Oczekiwania

To już ostatni rozdział artykułu poświęconego wydarzeniom z 16 grudnia ub.r. oraz ich konsekwencjom (część I i część II). Nim jednak wrócę do zasadniczego wątku, chciałbym jeszcze nawiązać do wczorajszej bitwy nad Kijowem. W jej trakcie zachodnie systemy OPL, w tym amerykańskie patrioty, starły się z rosyjską super-techniką – pociskami hipersonicznymi Kindżał, rakietami Iskander i Kalibr. Obie strony ogłosiły zwycięstwo – Ukraińcy m.in. zestrzelenie wszystkich sześciu posłanych przez wroga „hipersoników”, rosjanie zaś zniszczenie „baterii Patriot”. Dziś wiemy już nieco więcej na temat efektów zwarcia – na przykład, że rosyjskie zapewnienia można włożyć między bajki. Elementy systemu Patriot rzeczywiście ucierpiały, ale nie na skutek „bezpośredniego trafienia pociskiem Kindżał”, a od odłamków, no i nie jest to „cała bateria” (jak pisze RIA Novosti), a jedna z wyrzutni. Przypomnijmy, w posiadaniu ZSU są obecnie dwie baterie patriotów, jeśli w najpopularniejszej konfiguracji, to każda z nich ma po osiem wyrzutni. Realna skala rosyjskiego sukcesu jest zatem raczej symboliczna. Dodajmy do tego fakt, że wyrzutnie – choć niezwykle istotne – są najtańszym elementem systemu. Newralgiczną rolę odgrywają w nim dwie pozostałe składowe – stanowiska dowodzenia i radary („mózg” i „oczy”).

Co istotne, baterie w położeniu bojowym – zwłaszcza gdy chroniony obszar jest rozległy (jak aglomeracja kijowska) – rozmieszczone są w sporym rozproszeniu. Poszczególne elementy może dzielić nawet kilkukilometrowa odległość. Nie ma zatem sposobności, by całą baterię zniszczyć pojedynczym kindżałem, chyba że byłby to pocisk przenoszący głowicę jądrową. A takiej, jak wiemy, rosjanie nie użyli. Dlaczego więc kłamią? Bo mogą. Bo jest na to zapotrzebowanie, bo istnieje szereg innych zmiennych, ale bezkarność jest tutaj czynnikiem kluczowym. Mogą, bo większość odbiorców ich przekazu uzna go za prawdziwy. Bo rzeczona większość nie ma pojęcia, bądź ma niewielkie, o technicznych aspektach funkcjonowania współczesnych rodzajów broni (i wcale mieć nie musi; specjalistyczna wiedza nie jest żadnym obiektywnym obligo). Tak tworzy się pole do nadużyć, a świadomość jego istnienia jest niezbędna także dla zrozumienia tego, co działo się w Polsce po przylocie Ch-55.

Na półce z „drugą armią świata”

Sedno rozważań zawiera się w określeniu „nierealistyczne oczekiwania”. Występują one nie tylko w Polsce czy rosji – kompetencyjna ułomność (ta fraza nie ma charakteru ocennego) w odniesieniu do możliwości systemów obronnych jest zjawiskiem powszechnym. Pewne drobne różnice mogą się nakładać na granice państw – zasadnym byłby wniosek, że w krajach o wyższym stopniu zmilitaryzowania, więcej wysiłku wkłada się w wojskową edukację obywateli. Nierealistyczne oczekiwania mogą mieć dwie postaci – niedoszacowaną i przeszacowaną. Zwykle mierzymy się ze skutkami tej drugiej, zwłaszcza w sytuacji, w której aparat propagandowy państwa spory nacisk kładzie na budowanie poczucia bezpieczeństwa obywateli. Niestety, prawda często przegrywa tu z politycznym marketingiem i zamiast komunikatów typu: „Ten system pozwoli znacząco zredukować ryzyko…”, słyszymy zapewnienia: „Nic wam nie grozi, bo mamy to, to i tamto”. Sielanka trwa, póki ktoś nie powie: „sprawdzam!”. Tymczasem rzeczywistość jest brutalna – wunderwaffe nie istnieje. Żaden kraj nie zapewni sobie skutecznej obrony przeciwlotniczej dla 100 proc. terytorium. Może jedynie chronić kluczowe elementy – stolicę (gdzie mieści się „mózg” państwa), duże skupiska ludności, elementy krytycznej infrastruktury (ważne fabryki, rafinerie, porty itp.) czy zgrupowania wojsk. Czysto teoretycznie da się doprowadzić do sytuacji: „jeden powiat-jedna bateria antyrakiet”. Tyle że praktycznie to stan nieosiągalny. Bateria patriotów na powiat to gwarancja bardzo szczelnego nieba – ale powiatów mamy w Polsce 308, a pojedyncza bateria kosztuje 2,5 mld dol. Kto za to zapłaci? Najzasobniejszych krajów nie stać na takie wydatki, więc inwestują wyłącznie w dobrą, punktową OPL.

Dla nas to niedościgły wzorzec (ta relatywnie skuteczna OPL). I nie, nie jest winą PiS-u, że jesteśmy w tym obszarze w przysłowiowej ciemnej dupie. Kondycja obrony przeciwlotniczej nie jest jedynie wynikiem skandalicznych zaniedbań z czasów Antoniego Macierewicza. O tym, że sprawnej OPL potrzebujemy „na wczoraj”, wiadomo od ponad dwóch dekad. Zaniedbania, machanie ręką na problem nieszczelnego parasola (odraczanie niezbędnych zakupów na „lepsze czasy”), to zasługa całej klasy politycznej. Kilku kolejnych gabinetów, działających w myśl zasady „jakoś to będzie”. Ale jest odpowiedzialnością PiS, i Mariusza Błaszczaka osobiście, wywindowanie oczekiwań wobec możliwości obronnych państwa na poziom, na którym rosjanie ulokowali swoją opowieść o „drugiej armii świata”. Nie-realizm jest tam tak duży, że spokojnie można mówić o mitach. Błaszczak j u ż stworzył wielopiętrową OPL, j u ż kupił (to jego słynne „kupiłem”, jakby wydawał własne pieniądze…) wszelkie niezbędne elementy. Ta narracja dotyczy nie tylko obrony powietrznej – w ostatnim czasie wysiłki szefa MON poszły w kierunku kreowania wyobrażeń o „najsilniejszej armii lądowej Europy”. „Już” zmieniło się w „za dwa lata”, lecz to nadal ta sama nierealistyczna perspektywa. W 2025 roku będzie w Polsce spora część zakupionych czołgów – a gdzie ludzie, szkolenie, zgranie? Proces dochodzenia do gotowości bojowej nie kończy się wraz z odebraniem nowej broni. To początek kilkuletnich przygotowań. Kilkunastoletnich, gdy mowa o OPL – tyle że o tym większość Polaków nie ma zielonego pojęcia. Stąd szok, gdy wpadła do nas pierwsza rakieta, szok, gdy kilkanaście dni temu okazało się, że była również druga.

Zarejestrowany zawód

Jak to ludziom zakomunikować, nie tracąc twarzy? Oczywiście, nie byłoby problemu, gdyby Błaszczak budował wizerunek na prawdziwych oświadczeniach. No ale nie budował, a sceptyczne opinie ekspertów z różnych powodów nie przebijały się do powszechnej świadomości. Co więcej, w przypadku szefa MON mamy do czynienia z czymś więcej niż osobiste ambicje i wynikająca z nich potrzeba zachowania wiarygodności. PiS od dłuższego czasu konsekwentnie realizuje – jak mówią w wojsku – „projekt Mariusz”. W jego ramach postać ministra obrony kreowana jest na tego, który „zastał armię poradziecką i słabą, a zostawił zwesternizowaną i silną”. To część szerszego zamysłu – uczynienia kwestii bezpieczeństwa państwa motorem kampanii wyborczej. Przekonania Polaków, że nikt tak jak PiS w tej materii o nich nie zadba. Partia władzy ma tu nie lada atuty – możemy zżymać się na kłamstwa ministra obrony, ale faktem jest, że to za jego kadencji doszło do największych zakupów zbrojeniowych w historii III RP. Nie wszystkie były sensowne, wiele przeprowadzono w co najmniej dziwacznym trybie, ale takimi szczegółami przeciętni zjadacze chleba nie zaprzątają sobie głów. Z pewnością nie robią tego wyborcy Zjednoczonej Prawicy – aż 93 proc. z nich uważa, że poziom bezpieczeństwa kraju w ciągu ośmiu lat rządów PiS się poprawił (badania IBRiS z kwietnia br. na zlecenie „Rzeczpospolitej”). „Dzięki Błaszczakowi”, brzmi rządowy przekaz, dzięki któremu partia władzy chciałaby wygrać wybory parlamentarne. I zyskać mocnego kandydata do prezydenckiej rozgrywki w 2025 roku. W końcu człowiek, który „postawił armię na nogi”, jak nikt nadaje się do roli głowy państwa. Nierealistyczne oczekiwania obywateli nie byłyby w tym kontekście żadnym problemem – przeciwnie, „niosłyby” kampanię, bo przecież lubimy czuć się silni i wspieramy ludzi, którzy nam poczucie siły dają. Ale co, gdy wyjdzie na jaw, że robili nas w konia? Pisowska władza nie chciała tego sprawdzać – stąd pomysł, by sprawę Ch-55 zamieść pod dywan.

Jeden z moich mundurowych rozmówców sugeruje, że prośba, by nie nagłaśniać incydentu, wyszła od Amerykanów. Jeśli to prawda, raczej nie mamy do czynienia z amerykańską próbą zachowania politycznego status quo w Polsce. Kluczowa, w mojej ocenie, znów byłaby kwestia nierealistycznych oczekiwań. Rządowa propaganda także w odniesieniu do Stanów Zjednoczonych i NATO weszła na niebotyczne poziomy. W ciągu ostatnich miesięcy od rozpoczęcia rosyjskiej inwazji w Ukrainie nie raz już słyszeliśmy – z ust prezydenta Dudy, premiera Morawieckiego czy właśnie Mariusza Błaszczaka – że drugim filarem naszego bezpieczeństwa (obok silnej armii), jest obecność wojsk sojuszniczych w Polsce. Na tyle licznych, na tyle silnych i doskonale wyposażonych, że n i c nam nie grozi. No więc owo „nic” to jednak jest „coś” – jak choćby zabłąkana rakieta, która mogłaby kogoś zabić. Jedna już zabiła, w Przewodowie, niemal miesiąc przed incydentem z Ch-55. Ukraiński pocisk przeciwlotniczy S-300, pierwotnie posłany w kierunku rosyjskich rakiet, przestrzelił i wylądował u nas, odbierając życie dwóm przypadkowym osobom. Przez cały kraj przeszedł wówczas jęk zawodu – że jak to, „siedzi u nas całe NATO i nikt, nic, nie był w stanie zrobić?”. Ów zawód zarejestrowano w Polsce, zarejestrowali go również nasi sojusznicy. Poza skrajnymi środowiskami, Przewodów nie uruchomił u Polaków refleksji na temat sensowności zaangażowania w pomoc Ukrainie, ale nieufność wobec NATO i jego możliwości dało się wyczuć – usłyszeć w codziennych rozmowach, wyczytać z publicystyki i komentarzy. Kolejna rakieta – tym razem rosyjska – mogłaby wzmocnić oba zjawiska. Patrząc z perspektywy Waszyngtonu czy Sojuszu jako całości – w kraju frontowym, pełniącym rolę hubu logistycznego, postawy antynatowskie i antyukraińskie są niepożądane, zwłaszcza gdyby się rozlały. Przemilczenie incydentu mogłoby temu zapobiec i być tańsze niż ściąganie nad Wisłę dodatkowych zestawów OPL, by zaspokoić nierealistyczne oczekiwania Polaków.

Gdyby szukano…

Tylko czy Polacy rzeczywiście by się tak bardzo kolejną rakietą przejęli? Teraz – gdy już wiemy, że przyleciała (poniewczasie, ale wiemy…) – możemy oczekiwać odpowiedzi na tak postawione pytanie. Pośrednią przynosi nam sondaż IBRiS dla Radia Zet, przeprowadzony w miniony weekend (a zatem w szczytowym momencie medialnego zamieszania wokół Ch-55). Wynika z niego, że 93,4 proc. Polaków słyszało o incydencie związanym z rosyjską rakietą odnalezioną pod Bydgoszczą – czyli możemy mówić o wiedzy powszechnej. „Czy ta sytuacja wpłynęła na Pana/Pani ocenę skuteczności polskiego systemu obronnego?”, pytali ankieterzy. Odpowiedzi „tak, obniżyła ocenę” udzieliło 51,8 proc. badanych. Przeciwnego zdania (że ocena pozostaje bez zmian) było 48,2 proc. ankietowanych. Co istotne, najwięcej uczestników badania, którzy przyznali, że ich ocena skuteczności nie spadła, jest wśród wyborców Zjednoczonej Prawicy – to aż 85 proc. Konkludując więc – w nieco gorzkawym tonie – twardy elektorat nie storpedowałby „projektu Mariusz”, a strach przed paniczną reakcją opinii publicznej był przynajmniej częściowo bezzasadny.

A to ten strach sprawił, że 19 grudnia ub.r. całkowicie odstąpiono od poszukiwań wraku. Jeśli przy tej okazji za dobrą monetę wzięto zapewnienia rosjan, że zgubili nieuzbrojony wabik, byłby to dowód na skrajną naiwność decydentów. Post factum jesteśmy mądrzy (wiemy, że Ch-55 nie przenosił głowicy bojowej), ale czy nie mam racji sądząc, iż domyślną reakcją na jakiekolwiek deklaracje Moskwy winna być nieufność? Czyli w tym konkretnym przypadku szukanie szczątków rakiety do skutku. Jeśli zaś brakowało jasności, co do nas wpadło – a w oparciu o dostępne informacje dało się jedynie założyć, że z dużym prawdopodobieństwem był to pocisk manewrujący – zarzucenie poszukiwań to skrajna nieodpowiedzialność. W obu scenariuszach zaś delikt – narażenie przypadkowych osób na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu. „Po 19 grudnia dalsze czynności prowadzono dyskretnie, by nie wzbudzić podejrzeń cywilów”, przekonywał mnie jeden z emerytowanych generałów Wojska Polskiego. Doprawdy? Dzięki danym z radaru F-16 dość precyzyjnie wyznaczono obszar upadku Ch-55. Więc nawet w rygorze dyskretnych poszukiwań udałoby się szczątki odnaleźć. Gdyby szukano…

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Wystrzelenie pocisku Patriot, zdjęcie ilustracyjne/fot. Bohyun Pyun, domena publiczna

Niepożądany

Jeszcze w nawiązaniu do poprzedniego wpisu.

Dowództwo ukraińskich sił powietrznych nie potwierdza zestrzelenia pocisku hipersonicznego Kindżał, do czego miało dojść 4 maja o 2.40 nad Kijowem. Tym samym zaprzecza doniesieniom uznanych ukraińskich dziennikarzy i ekspertów od wojskowości, co u zewnętrznego obserwatora może wywołać konfuzję. Oczywiście, nawet najlepsi spece, najlepiej poinformowani redaktorzy, mogą się mylić (mylić może się również piszący te słowa), ale i tak trudno oprzeć się wrażeniu, że coś dziwnego wydarzyło się w ukraińskim przekazie z ostatnich godzin. Informacja o zniszczeniu Kindżała – najprawdopodobniej przy użyciu wdrożonego właśnie do obrony stolicy systemu Patriot – nie pojawiłaby się w ukraińskich mediach ot tak. W realiach wojennej cenzury publikację takiego „hitu” z pewnością poprzedziło „zielone światło” z ministerstwa obrony albo innej ważnej instytucji. Wychodzi więc, że ktoś się zreflektował. Z jakichś powodów uznał, że nie czas i miejsce na ujawnianie informacji o incydencie, danych o nowych możliwościach ukraińskiej obrony przeciwlotniczej.

A może chodzi o to, że ów sukces mógłby przynieść niepożądane skutki? Kremlowska propaganda jest obecnie w rozpaczliwej sytuacji – „druga armia świata” nie może zdobyć powiatowego miasteczka, w rosji płoną składy paliw i rafinerie, na polityczno-wojskowej górze toczy się demoralizująca bijatyka lordów wojny (prigożyna, szojgu, gierasimowa). A 9 maja, dzień pabiedy – najważniejsze święto putinowskiej rosji – tuż za progiem. Jak się nie obrócić, dupa zawsze z tyłu, a tu jeszcze Kijów chwali się zestrzeleniem „niezestrzeliwalnej” wunderwaffe. To potencjalnie niebezpieczna sytuacja – analogia ze zbójem przypartym do muru pasuje jak ulał. Bo ów zbój mógłby powiedzieć „nie!”, udowodnić, że jednak dysponuje wunderwaffe, zrobić coś, co da się przedstawić jako sukces.

Nie wiem, ile jednocześnie Kindżałów mogą posłać rosjanie – cztery, sześć, dziesięć? Pewnie nie więcej, bo to kwestia operacyjnej gotowości nośników (samolotów), których za wiele nie mają. Ale dziesięć to i tak sporo, by „przetrenować” obronę przeciwlotniczą ukraińskiej stolicy. Patrioty są świetne, tyle że Ukraińcy nie mają ich za wiele. Mniejsza o liczbę wyrzutni, w pierwszym pakiecie pomocowym znalazło się zaledwie 100 antyrakiet. Oficjalnie, więc możemy założyć, że realnie było ich ze dwa razy więcej. I owszem, sojusznicy dostarczą kolejne, lecz nie dziś czy jutro. I zapewne nie przed tym cholernym 9 maja, który dyszy za plecami rosjan, wymuszając na nich desperackie działania. „Strącacie Kindżały? No to się przekonajmy…”.

Ukraińskie dowództwo widocznie nie chce się przekonywać. Salwa odpierająca atak znacząco uszczupliłaby arsenał, a i tak coś by się przedarło – taka jest „natura” zmasowanych ataków rakietowych.

Idźmy dalej. Choć w doniesieniach ukraińskich mediów wprost sugerowano, że zestrzelenie Kindżała to zasługa Patriotów, wcale tak być nie musiało. Nie dalej jak wczoraj ambasador Ukrainy w Tel-Awiwie Jewhen Korniczuk ujawnił, że Izrael dostarczył i rozmieścił w Kijowie system wczesnego ostrzegania. Jest on obecnie testowany, a pozwala na identyfikację rakiet i pocisków wszelkiego rodzaju oraz przewidzenie, gdzie dokładnie spadną. W oficjalnych doniesieniach nacisk położony jest na korzyści dla ludności – system zawęża zagrożony obszar, oblicza również czas na szukanie schronienia. Nie sposób tego zrobić bez solidnych komputerów balistycznych, których dane można wykorzystać także do aktywnej obrony. Wyliczanie trajektorii to wstęp do zniszczenia nadlatujących rakiet – tak działa słynna izraelska Żelazna Kopuła, której pasywne elementy – jak sądzę – znalazły się właśnie w Kijowie (choć nikt tego tak nie nazywa). Do czego zmierzam? Skoro izraelskie komputery balistyczne wpięto w system stołecznej OPL (a wpiąć musiano, jeśli trwają teksty), zestrzelenie Kindżała niekoniecznie jest zasługą amerykańskiej antyrakiety. Może hipersonika zdjął poczciwy sowiecki S-300, podrasowany możliwościami żydowskiej technologii?

By jeszcze bardziej pokomplikować sprawy – nie ma też jasności, czy na zaprezentowanych przez ukraińskie media zdjęciach widzimy wrak Kindżała czy innego rosyjskiego pocisku, Iskandera. Obie rakiety mają bardzo podobnie wyglądające głowice. Tyle dobrego, że w wymiarze propagandowym niewiele to zmienia. W ocenie rosjan bowiem, Iskander również miał być „niezestrzeliwalny”…

No, to namieszałem Wam trochę tym i poprzednim wpisem – i to w piątek. Wybaczcie, ale czasem tej wojny nie sposób opowiedzieć w klarowny sposób…

PS. (dopisane w sobotę rano): A jednak dowództwo ukraińskich sił powietrznych potwierdza – i zestrzelenie, i Patriota. Moim zdaniem, Ukraińcy uznali, że skoro mleko się rozlało, nie ma co iść w zaparte. Podważać wiarygodności własnej polityki informacyjnej.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. MiG-31 z podwieszonym Kindżałem/fot. domena publiczna

„Sukcesy”

Dziś w nocy rosjanie przeprowadzili kolejny atak rakietowy na Ukrainę. Było to pierwsze tak poważne uderzenie od 9 marca, z drugiej strony i tak relatywnie ograniczone. Agresorzy użyli 23 pocisków manewrujących Ch-101 i Ch-555, „klejnotów” w swoim rakietowym arsenale. Wystrzeliły je bombowce Tu-95 operujące znad Morza Kaspijskiego. Dla porównania, w najliczniejszym jak dotąd ataku – z 15 listopada ub.r. – rosjanie wykorzystali 96 Ch-101 i Ch-555, w czasie zimowego nasilenia kampanii rakietowej (której nadrzędnym celem była próba zniszczenia ukraińskiej infrastruktury krytycznej), zużywali średnio po 50-60 skrzydlatych pocisków w pojedynczym uderzeniu.

Czyżby naprawdę zaczynało im brakować rakiet? Być może to kwestia kurczących się zapasów, z uzupełnianiem których nie nadąża bieżąca produkcja. Ale może to też być konsekwencja spadającej efektywności nośników – wspomnianych bombowców. To wiekowe konstrukcje, w istotnym stopniu zużyte, w niedostatecznym zakresie remontowane i modernizowane. Tylko część Tu-95 nadaje się do operacyjnego użycia, ale i tak nie sposób podwiesić pod nie rakiet o maksymalnej przewidzianej w projekcie samolotu masie – płatowiec mógłby takich obciążeń nie wytrzymać i sam stać się spadającym pociskiem. Jest znamienne, że rosjanie wykorzystują w kampanii lotniczej nie więcej niż 25 proc. oficjalnie dostępnych bombowców.

Których załogi nie mogą się dziś poszczycić wielkimi sukcesami. Ukraińskiej obronie przeciwlotniczej udało się zdjąć 21 pocisków. Skuteczność na poziomie 90 proc. to doskonały wynik, wyższy niż przeciętna z ostatnich tygodni rosyjskiej kampanii rakietowej. Gors rakiet poleciało w stronę Kijowa, a tam dyżury operacyjne pełnią już Patrioty; niewykluczone zatem, że to one odpowiadają za pogrom raszystowskich rakiet. Ukraińska OPL jak dotąd nieźle sobie radziła z rosyjskim zagrożeniem z powietrza, ale jasnym było, że wraz ze zużywaniem nieodnawialnych zasobów poradzieckiej techniki, wydajność zacznie spadać. W lutym i marcu oscylowała już w granicach 40-50 proc., także dlatego, że z braku amunicji strzelano wyłącznie „na pewniaka”, w cele obarczone niższym ryzykiem niestrącenia. Stąd konieczność wdrażania zachodnich systemów, które – nie mam co do tego wątpliwości – zapewnią ukraińskiej armii skokowy wzrost skuteczności.

Ale i tak zawsze coś się przebije – jak dziś. Jedna z rosyjskich rakiet spadła na budynek mieszkalny w Humaniu (w środkowej Ukrainie, w obwodzie czerkaskim). Gdy zaczynałem pisać ten tekst, mowa była o siedmiu zabitych, 30 minut później okazało się, że ratownicy wydobyli spod gruzów trzy kolejne ciała.

Jakkolwiek mamy tu do czynienia z kolejnym przykładem rosyjskiego bestialstwa, nie sądzę, by rosjanie zamierzali atakować wieżowiec. Agresorzy wykazali się w tej wojnie wielką bezdusznością i rażącą niekompetencją, ale aż tacy niemądrzy i nonszalanccy nie są, by koszmarnie drogimi rakietami – których nie mają za wiele – napierniczać po cywilnych obiektach. Ch-101/Ch-555, który wylądował w Humaniu, miał zapewne trafić w jakiś cenniejszy z militarnego punktu widzenia cel. Do siania terroru wśród cywilów rosjanom służą dużo tańsze drony-kamikadze oraz przystosowane do użycia w trybie ziemia-ziemia rakiety S-300.

Dlaczego więc doszło do wspomnianej tragedii? Po pierwsze, nie wiadomo, czy mieliśmy do czynienia z bezpośrednim trafieniem. Możliwe, że na budynek spadły szczątki zestrzelonej wcześniej rakiety. Inna opcja to przypadkowe uderzenie, będące skutkiem wad rakiety – rosjanie „od zawsze” mieli problem z systemami celowniczymi/z naprowadzaniem swojej precyzyjnej amunicji. Przed sankcjami ratowali się zachodnimi komponentami, teraz jest z tym kłopot. Sporo do życzenia pozostawiała też jakość wykonania, niewykluczone, że w realiach wojennej produkcji jeszcze niższa (historycznie patrząc, taki reżim w rosji zawsze generował niższą jakość). Oczywiście, to ruskich nie usprawiedliwia, ba, nawet nie znosi zarzutu działania z premedytacją, bo rosyjscy generałowie doskonale znają wady i zalety swojej broni, dobrze wiedzą, z jakim ryzykiem „przypadkowych ofiar” wiąże się jej użycie.

I na koniec jedna uwaga. W rosyjskim internecie roi się od filmików ukazujących kolejna trafienia – zwykle przy użyciu amunicji krążącej – ukraińskich systemów obrony przeciwlotniczej. Duża część materiałów nie nosi śladów manipulacji, ukraińskie zasoby są ograniczone, dostawy z Zachodu tak naprawdę dopiero się rozkręcają (jeśli idzie o ten rodzaj broni). A mimo to OPL Ukrainy wciąż „robi robotę”. Jak to możliwe? Spójrzcie na załączone zdjęcie, wykonane na bocznicy kolejowej w… Ohio w USA. Co widzimy na lawetach? Zestawy OPL Tor i S-300 sowieckiej produkcji, będące na wyposażeniu ukraińskiej armii. Wyglądają „jak żywe”, czyż nie? Nawet z bliska (zapewne także okiem kamery drona-samobójcy). Tymczasem to doskonale wykonane atrapy, żadne tam dmuchane balony. Nie wiem, ile takich „systemów” trafiło do Ukrainy, ale być może to one stoją za „sukcesami” rosyjskich dronów…

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Fot. Joseph Zadeh/aboveaverage.joe

„Żukow”

Pisałem kilka dni temu o wyjątkowo nieroztropnych działaniach rosyjskiego dowództwa, które pod Wuhłedarem wytracało dziesiątki czołgów i wozów pancernych oraz setki żołnierzy dziennie. Wczoraj – wszystko na to wskazuje – atak ostatecznie się załamał; tzn. rosjanie nadal próbują podchodzić Ukraińców, ale intensywność działań spadła i przypomina tę ze stycznia. Najogólniej rzecz ujmując, ruskie na tym odcinku „wypstrykały się” ze sprzętu i ludzi. Nawet ich wojenni blogerzy przyznają, że działo się to w okolicznościach zasługujących na miano „kretynizmu”, mając na myśli takie praktyki jak trzymanie się w kupie czy jazdę w kolumnie w bezpośrednim zasięgu ukraińskich luf. Efektem są stosy rosyjskich trupów, eksplodujące bądź już wypalone pojazdy, uchwycone na ukraińskich filmikach, z iście masochistyczną determinacją prezentowanych teraz w rusnecie. „Tacy jesteśmy durni”, grzmią militarni blogerzy (gwoli rzetelności – nie wszyscy).

Odpowiedzialnym za tę jatkę jest gen. Aleksiej Kim, jeden z zastępców Gierasimowa, w (pro)rosyjskich mediach prezentowany jako autor założeń „ofensywy zimowej”, jak pisze się już wprost o ostatnich działaniach armii najeźdźców. Rozbawił mnie komentarz, jaki znalazłem na jednym ze skarpetkosceptycznych profili na FB, zgodnie z którym Kim ma szansę stać się dla putina tym, czy Żukow był dla Stalina (w domyśle, „dostarczycielem” zwycięstwa). No więc jak na razie porównanie z sowieckim marszałkiem sprawdza się wyłącznie w kwestii szafowania żołnierskim życiem.

Miarą „sukcesu” są kolejne symboliczne progi przekraczane przez rosjan. Jak donosi Oryx – niezależna grupa analityczna – kilkadziesiąt godzin temu Ukraińcy zniszczyli tysięczny rosyjski czołg. W sumie zaś rosja straciła już 1713 tanków: obok 1012 zniszczonych, 546 wozy zdobyli ukraińscy obrońcy, 80 zostało uszkodzonych, a 75 czołgów rosyjscy żołnierze po prostu porzucili. Przy czym dane Oryx’a bazują wyłącznie na dowodach wizualnych – ogólnodostępnych fotografiach i nagraniach. Realnie rosyjskie straty są wyższe – wśród analityków panuje zgoda, że co najmniej o jedną trzecią.

Lecz straty ponoszą też Ukraińcy – na odcinku wuhłedarskim głównie od artylerii. Co ciekawe, rosjanie zgromadzili tam (i na innych „aktywnych” fragmentach frontu), masę kilkudziesięcioletnich armat, dotąd przechowywanych w zauralskich składach. Wygląda to jak siedem nieszczęść za sprawą złażącej farby i rdzy, pozbawione nowoczesnych systemów celowniczych. Niemniej działa, ilością budując jakość. Generalnie rosyjska artyleria też nie była przygotowana na wojnę o takiej intensywności. Straty bojowe – w zależności od źródeł na poziomie od 700 do 2700 dział i wyrzutni rakietowych – nie oddają istoty rzeczy. Mnóstwo armat wycofano z linii na skutek uszkodzeń, będących konsekwencją intensywnego użycia (lufy mają swoją żywotność). W efekcie koniecznym stało się sięgnięcie do głębokich zapasów. Ale to niejedyny powód – zasięg części wiekowych dział (na przykład samobieżnych hiacyntów) przekracza 30 km, co pozwala przynajmniej częściowo niwelować słabości „wielkiego nieobecnego” tej wojny – rosyjskiego lotnictwa frontowego. Niskie kwalifikacje pilotów, dramatyczny brak precyzyjnej amunicji, przy jednoczesnym dużym nasyceniu środkami obrony przeciwlotniczej po stronie ukraińskiej sprawiają, że rosyjscy żołnierze nie mogą liczyć na bezpośrednie wsparcie z powietrza – uderzenia w punkty oporu Ukraińców i ich bezpośrednie zaplecze. Stara się to zatem robić artyleria.

Lotnictwo strategiczne – po wymuszonej przez ukraińskie drony rejteradzie z europejskich lotnisk – nadal niestety ma względnie wysoką zdolność bojową. Przekonaliśmy się o tym dziś w nocy i nad ranem, przy okazji kolejnego zmasowanego ataku rakietowego na ukraińskie miasta i infrastrukturę krytyczną. Najeźdźcy wystrzelili ponad 70 pocisków manewrujących, większość z bombowców Tu-95MS.

Do ataku na bliższe cele – Charków i Zaporoże – rosjanie wykorzystali przerobione rakiety przeciwlotnicze S-300. Odpalono ich 35, co jest najliczniejszym dotąd jednorazowym użyciem S-300 w charakterze pocisków do rażenia celów naziemnych.

Strzelały również okręty z Morza Czarnego – kalibrami, z których dwa przeleciały nad Mołdawią, co zostało potwierdzone oficjalnym komunikatem tamtejszych władz. Kalibry miały też wlecieć w przestrzeń powietrzną Rumunii; Bukareszt zaprzecza, ukraińskie dowództwo, powołując się na dane z nadzoru, twierdzi, że taki incydent miał miejsce. Rumunia jest członkiem NATO, gdyby rzeczywiście doszło do takiej sytuacji, nie byłby to casus belli, ale jakaś reakcja Sojuszu musiałaby nastąpić. Obserwuję media od rana i widzę gorączkę w temacie, ale radziłbym powściągnąć emocje. I nie, nikt o chowaniu głowy w piasek nie mówi, NATO ma bowiem niezawodny środek, by odgryźć się rosji – jest nim intensyfikacja pomocy dla armii ukraińskiej. Jeśli ruskie nabroiły, same kręcą na siebie bicz.

Póki co kręci ich świadomość strat zadanych ukraińskiej infrastrukturze. Naprawdę, w rusnecie – jak przy okazji wcześniejszych nalotów – liczne grono komentatorów tej wojny cieszy się, że „znów im dołożyliśmy”. Tylko czy na pewno? Obrońcy raportują zestrzelenie ponad 80 proc. pocisków manewrujących, nie wiadomo, ile S-300 dosięgło celów. Wczesnym popołudniem 150 tys. mieszkańców Charkowa nadal pozbawionych było prądu. A ukraińskie koleje – absolutnie niezbędne do obsługi wojennego wysiłku – notowały opóźnienia pociągów od 5 do 30 minut. Sukces godny Żukowa, chciałoby się rzec…

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Ukraińska haubica samobieżna gdzieś na froncie/fot. Sztab Generalny ZSU

Podgryzanie

Od rana w rosyjskim Internecie panika, złość i chęć odwetu. A wszystko za sprawą dwóch niemal jednoczesnych eksplozji, do których doszło na lotniskach wojskowych Engels (koło Saratowa) i Diagilewo (pod Riazaniem). Pierwsza baza znajduje się około 700 km od granicy z Ukrainą, druga – niespełna 600 km. O czym wspominam, bo wiele wskazuje na to, że przynajmniej w Engels mieliśmy do czynienia z atakiem ukraińskich dronów-samobójców.

W obu przypadkach chodzi o niezwykle ważne obiekty, które przynajmniej w teorii powinny mieć doskonałą obronę przeciwlotniczą. Engels to stała baza bombowców dalekiego zasięgu Tu-95 (zwanych w kodzie NATO „niedźwiedziami”), z kolei w Diagilewie stacjonują bombowce średniego zasięgu Tu-22M. „Niedźwiedzie” stanowią element sił strategicznych rosji; zaprojektowano je do przenoszenia ładunków jądrowych na ogromne odległości i taką rolę próbowałyby odegrać, gdyby doszło do starcia z NATO.

W wojnie z Ukrainą tupolewy używają konwencjonalnej amunicji. Co istotne, nie wykonują klasycznych rajdów bombowych – nadlatując nad cel i zrzucając bomby – a atakują znad terytorium rosji, strzelając dalekonośnymi rakietami i pociskami manewrującymi. De facto są bezkarne, działają bowiem poza zasięgiem ukraińskiej obrony przeciwlotniczej (wyrzutnie S-300 – nadal stanowiące najważniejszą część parasola Ukrainy – ślą pociski na odległość do 200 km). Realnie nie grozi im również ukraińskie lotnictwo załogowe, zbyt szczupłe, by decydować się na misje nad rosją. Walka z Tu-22M i Tu-95 ma zatem charakter pośredni i sprowadza się do zestrzeliwania wysłanych przez bombowce rakiet.

A właściwie miała taki charakter – do dziś. Jak wynika z dostępnych informacji, w Engels poważnie uszkodzono dwa Tu-95, ranne zostały dwie osoby. W Diagilewie zginęły trzy osoby z obsługi lotniska, jest też sześciu rannych; na razie nie wiemy, czy zniszczeniu uległa któraś z „tutek”.

Zgodnie z zapewnieniami rosjan, pod Riazaniem nie doszło do ataku, a wypadku – pożaru ciężarówki z paliwem. Na temat wydarzeń z Engels oficjalne czynniki nabrały wody w usta – mimo wspomnianej nadaktywności militarnych blogerów, piszących o ukraińskich dronach. Należy tu wspomnieć, że Ukraińcy – przynajmniej oficjalnie – nie dysponują dronami kamikadze o zasięgu umożliwiającym tak odległe ataki. Testują system zdolny do rażenia obiektów na odległość do 1000 km, na razie jednak brakuje solidnych informacji o jego gotowości. Oczywiście, wojna przyśpiesza prace konstrukcyjne, ale pod uwagę należy brać także inne możliwości – użycia przez Ukraińców jakiejś zachodniej konstrukcji bądź dronów krótkiego zasięgu, wystrzelonych przez dywersantów operujących w rosji.

Uderzenie w elementy kluczowej infrastruktury militarnej, w głębi własnego terytorium, to dla rosjan siarczysty policzek. Niewykluczone, że dzisiejszy ostrzał rakietowy ukraińskich miast był typową dla najeźdźców reakcją na kolejną doznaną porażkę. Ale w obiegu jest też opinia, zgodnie z którą atak rosjan był wcześniej zaplanowany, a ukraińskie uderzenie na lotnisko/a miało charakter wyprzedzający. Flotylla Tu-95 nie jest liczna – to około 60 maszyn, zapewne tylko część w stanie lotnym. Już wyeliminowanie kilku oznacza osłabienie potencjału agresora. Byłoby to „podgryzanie” podobne do działań wymierzonych we flotę czarnomorską. Ukraińcy nie dysponują imponującymi siłami nawodnymi, tymczasem rosjanie gros ataków rakietowych wyprowadzają właśnie z morza. Sposobem na ich ograniczenie stały się punktowe ataki na rosyjskie okręty, z wykorzystaniem dostępnych środków – rakiet przeciwokrętowych i morskich dronów. W efekcie flota czarnomorska dała nogę z Krymu – większość okrętów przebazowano do odleglejszych portów w rosji. Rakiety wystrzeliwane z morza wciąż w kierunku Ukrainy lecą, ale o ograniczonej swobodzie operacyjnej rosjan najlepiej świadczy fakt, że istotna część ataków wykonywana jest z Morza Kaspijskiego.

Zniszczenie rosyjskich nośników (samolotów/okrętów), to w tej chwili kluczowa sprawa. Ukraińcy dysponują niezłą obroną przeciwlotniczą (dziś udało się zestrzelić 60 z 70 rakiet), a dzięki NATO ponoszą w rosyjskich ostrzałach rakietowych nieliczne straty ludzkie. Amerykański zwiad satelitarny na bieżąco monitoruje aktywność rosyjskiego lotnictwa strategicznego. Analitykom wywiadu nie umyka zwiększonych ruch w bazach lotniczych na terenie federacji, poprzedzający kolejne operacje. Starty bombowców są rejestrowane w czasie rzeczywistym, informacje na ich temat natychmiast trafiają do ukraińskiej armii. Stąd alarmy przeciwlotnicze, które odzywają się z wyprzedzeniem pozwalającym ludności cywilnej udać się do schronów (bombowce potrzebują kilkunastu minut na osiągnięcie pozycji i pułapu, z którego możliwe jest wystrzelenie rakiet). Podobnie funkcjonuje nadzór morskiego potencjału moskwy. Tyle że to działania reaktywne. Nasycenie ukraińskiej OPL kolejnymi systemami poprawi jej skuteczność, ale w obliczu skali rosyjskich ataków coś się zawsze przebije. Tymczasem system energetyczny Ukrainy – będący podstawowym celem rosjan – jest na krawędzi załamania. I co, jeśli „skończy się” szybciej niż rosyjskie rakiety? W odpowiedzi na to pytanie kryje się dramat milionów ludzi pozbawionych prądu, wody i ogrzewania. Zimą, która dopiero się rozkręca.

Skasowanie jak największej liczby rosyjskich bombowców to sposób na ograniczenie skali humanitarnej katastrofy.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Tu-95 „złapany” w pobliżu Wysp Brytyjskich/fot. RAF