„Zniknięci”

Rodzimi skarpetkosceptycy nadal w bezsilnej złości tupią nóżkami i wrzeszczą: „ale rosja odniosła wielkie zwycięstwo, nie możecie temu zaprzeczyć, że zdobyła Bachmut!”. No, zdobyła. A wczoraj wieczorem i dziś rano spadochroniarzy wchodzących na luzowane przez wagnerowców pozycje pokryła silnym ogniem ukraińska artyleria. Co ciekawe, chłopcy z WDW, którzy zastępują chłopców prigożyna, mają z ukraińską artylerią paskudne doświadczenia – mówimy bowiem o tych samych oddziałach, które na początku inwazji wzięły w skórę na płycie lotniska w Hostomelu. Niewielu weteranów tamtej misji przetrwało do dziś – rosja wszak szafowała życiem swoich najlepszych żołnierzy, jakby w każdej chwili można ich było zastąpić równie wartościowym wsadem – no ale tym, którzy pamiętają nieudany desant, zafundowano paskudne deja vu. Tyle dobrego – patrząc z perspektywy ruskich bojców – że ruiny miasta to jednak nie to samo, co odkryte lądowisko. Ale widoki na przyszłość i tak chujowe.

A skoro o widokach i wagnerowcach mowa – wczoraj trzydziestu z nich, korzystając z zamieszania, jakie towarzyszy relokacjom w Bachmucie, wzięło się i dało nogę. Nie że po prostu uciekło – oni drapnęli ciężarówkę, pick-upa, zamordowali dwóch cywilów i zastrzelili trzech żołnierzy. A potem zapadli się pod ziemię – o czym w dramatycznym tonie donoszą sami rosjanie. Suka-bladź! – rzeknie jeden z drugim. No ale cóż, tak się kończy werbowanie kryminalistów. Panowie zapewne obawiali się, że legalny powrót do rosji wcale nie skończy się dla nich dobrze – przyobiecanym darowaniem reszty wyroków. Wzięli więc sprawy w swoje ręce, a że to łapy nawykłe do przemocy – jest jak jest. Prigożynowe zeki urywały się już wcześniej, ale po raz pierwszy mamy do czynienia z tak liczną jednorazową dezercją. Hołubieni kilka dni temu przez putina „bohaterowie” zapewne zechcą wrócić do ojczyzny i „pójść w tajgę”. Uda im się czy nie, pewnie jeszcze o nich usłyszymy.

„Ni widu, ni słychu!”, mamiła wielbicieli ruskiego miru kremlowska propaganda. Raz donosząc, że już nie żyje, innym razem, że jeszcze dycha, ale koniec jest bliski, ostatnio zaś, że przeżył, lecz egzystuje w trybie mocno zwarzywionym. Idzie o Walerego Załużnego, dowódcę Sił Zbrojnych Ukrainy, trafionego pod Bachmutem, innym razem w Pawłohradzie, a wedle jeszcze innej wersji w Kijowie, w trakcie „zuchwałego ataku rakietowego” na kwaterę główną ZSU. Miał generał pożegnać się z życiem, a co najmniej ze zdrowiem, na początku maja; wtedy to pojawiły się pierwsze ruskie wrzutki. Jedna z nich – jakkolwiek wizualnie wyjątkowo nieprzyjemna – rozbawiła mnie szczególnie. Skadrowały bowiem orki zdjęcie żołnierskiego trupa, pokazując nadpsutą twarz od biedy podobną do wizerunku ukraińskiego wodza. Problem w tym, że na oryginale – dostępnym w sieci, jak wiele innych fotografii dokumentujących tę wojnę – nieboszczyk ma na ramieniu wstążkę świętego Jerzego. Jest więc martwym rosjaninem – zresztą bardzo konkretnym, zidentyfikowanym – nie zaś najważniejszym generałem Ukrainy.

Nie wiem, jakie wydarzenie dało początek plotkom, ale sprzyjała im publiczna nieobecność Załużnego. Gdy dobiła do niemal trzech tygodni i ja zacząłem się z lekka niepokoić. Propaganda moskali to wypełniony gównem strumień, ale czasem przemyka tam coś informacyjnie wartościowego. Ziarno prawdy, jak to zwykło się mówić. Szczęśliwie nie tym razem. „Ataman” żyje, ma się dobrze – mogliśmy się o tym przekonać wczoraj. Wygląda jakby nieco chudziej, ale bez wyraźnych śladów urazów czy choroby. Na świecie nie znajdziemy obecnie oficera tej rangi, który miałby na głowie więcej niż Załużny – chyba nie ma sensu szukać innych niż ten powodów absencji i prezencji generała.

Pozostając przy wątku „znikniętych” – kilka dni temu Ukraińcy zaatakowali dronami morskimi rosyjski okręt zwiadowczy „Iwan Churs”. Stało się to tuż po tym, jak jednostka wpłynęła na Morze Czarne przez cieśninę w Bosforze. Wedle zapewnień ministerstwa obrony rosji, wszystkie trzy bezzałogowce zostały zniszczone. Na dowód rosjanie pokazali moment eksplozji i zatopienia jednego z dronów. Następnego dnia Ukraińcy opublikowali własny film, na którym widać, że co najmniej jeden z morskich bezzałogówców uderzył w burtę rosyjskiego okrętu. Kadr przeciwko kadrowi, tyle że „Iwan Churs” już dawno winien być w Sewastopolu – a nadal go tam nie ma. Jeden z ruskich mil-blogerów opublikował właśnie zdjęcia i filmik, które mają ilustrować dotarcie jednostki na Krym. Rzecz w tym, że w tej części półwyspu jest dziś piękna słoneczna pogoda, są więc powody, by wątpić w prawdziwość tego materiału. Nie przesądzam, ale życzyłbym sobie, aby „Iwan Churs” dołączył do krążownika „Moskwa” – ten były czarnomorski flagowiec stał się ostatnio lotniskowcem, gdy do morza zanurkował rosyjski myśliwiec Su-35 (poczęstowany uprzednio rakietą przez ukraińską OPL). Lotniskowce zaś dobrze się czują w towarzystwie okrętów zwiadowczych.

Niestety, dronami posługują się również rosjanie. Dziś w nocy znów mieliśmy do czynienia ze zmasowanym atakiem na ukraińskie miasta przy użyciu szahidów. Regułą stało się już, że poranny przylot samolotu transportowego irańskich sił powietrznych do Moskwy – z nieujawnionym oficjalnie ładunkiem – oznacza przeprowadzony kilkanaście godzin później rosyjski nalot. Jakie stąd wnioski? Ano rosjanom nie udało się namówić Irańczyków do przeniesienia produkcji szahidów do rosji. Zaś produkcja w Iranie wystarcza jedynie na pokrycie bieżącego zapotrzebowania. Płytkie to źródełko i chyba czas, żeby w końcu wyschło. Iran to kolega rosji, ale możliwości kumpli Ukrainy są deczko większe…

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Selfiak wodza ZSU

Przeciek

Wyciek danych z Pentagonu wygląda na wpadkę, ale czy rzeczywiście nią jest? W mojej ocenie, to zręczna akcja dezinformacyjna w wykonaniu Amerykanów i, być może, Ukraińców.

O dokumentach Departamentu Obrony USA, które wyciekły do Internetu, od wielu dni piszą największe światowe agencje prasowe. Te zachodnie czynią to zwykle w tonie mocno sensacyjnym, czasem wręcz histerycznym, zostawiając uważnego czytelnika z poczuciem dysonansu. Dramatyczne wnioski wywodzi się bowiem z danych, które z jednej strony z daleka „pachną” dezinformacją, z drugiej, są znanymi faktami, których potencjalne skutki od dawna pozostają przedmiotem publicznych debat. Napięciu sprzyja postawa waszyngtońskiej administracji, której przedstawiciele przyznają, że doszło do niekontrolowanej dystrybucji materiałów opatrzonych gryfem „ściśle tajne”. Co jest osobliwą formą reakcji, nieprzystającą do znanych schematów – najoględniej mówiąc, Amerykanie nie mają w zwyczaju zbyt szybko przyznawać się do tego, że „spuszczono im spodnie”. O co więc w tym wszystkim chodzi?

Na wyciek składa się ponad setka sfotografowanych slajdów i dokumentów wyglądających jak wewnętrzne informacje wywiadowcze. Z ustaleń grupy śledczej Bellingcat wynika, że pierwsze zdjęcia pojawiły się w obiegu na początku marca br. Umieszczono je na Discordzie, popularnej platformie komunikacyjnej, w sekcji zdominowanej przez miłośników gry Minecraft. Nierodzące większych emocji (!) pliki znajdowały się tam przez kilka tygodni, do 7 kwietnia br. – usunięto je, gdy redakcje z całego świata zaczęły pisać o szpiegowskiej aferze. Powodem zainteresowania mediów były wpisy na innej platformie – Telegramie – gdzie na początku kwietnia rosyjskie konta opublikowały jeden z rzekomo zastrzeżonych materiałów. Fakt, iż za upublicznieniem informacji o istnieniu łatwodostępnego zbioru wrażliwych danych stoją rosjanie, sprzyja opinii, że to agenci lub współpracownicy Moskwy odpowiadają za przeciek. Ale to wniosek post factum, którego moc osłabia niepodważone dotąd ustalenie, że pierwotnym źródłem wycieku był Discord, nie zaś rosyjskie konta na Telegramie (też skądinąd rosyjskim).

Czy można mocniej bić się w pierś?

Co więcej, rosjanie reagują na ujawnione rewelacje wyjątkowo wstrzemięźliwie. Wspomniane wpisy na Telegramie dotyczyły slajdu z amerykańskimi szacunkami strat wojennych rosji i Ukrainy (na dzień 1 marca br.). Upublicznił go jeden z rosyjskich blogerów wojennych. Na pierwszy rzut oka to ślad prowadzący do kremlowskich spec-służb, bo mil-blogerzy (czy Z-blogerzy; oba określenia funkcjonują w rosyjskiej infosferze zamiennie), nie ukrywają swoich powiązań z armią i agencjami wywiadowczymi. Tyle że ów slajd został przerobiony – w wersji na Discordzie straty ukraińskie oszacowano na 16-17 tys. zabitych żołnierzy, rosyjskie na 30-45 tys. poległych. Na Telegramie straty ukraińskie przypisano rosjanom, liczba poległych Ukraińców zwiększyła się do 61-71 tys. „Dowód”, że „tamtych zginęło znacznie więcej niż naszych”, to użyteczne narzędzie propagandowe, a fabrykowanie danych leży w kompetencjach wywiadu i kontrwywiadu. Ale graficznej przeróbki dokonano tak nieumiejętnie, że trudno o nią podejrzewać profesjonalne służby. No i to w zasadzie tyle, jeśli idzie o warte odnotowania rosyjskie reakcje na wysyp „ściśle tajnych danych”.

Gdyby patrzeć na sprawę z perspektywy prasowych tytułów i zawartości tekstów ukazujących się w zachodnich mediach, rosyjska propaganda winna tańczyć z radości, eksportując w świat przetworzone na własny użytek sensacje. Oto bowiem Kreml dostaje na tacy dane, z których wynika, jak wielkie jest zaangażowanie USA w wojnę w Ukrainie. Ze slajdów można wyczytać, że Amerykanie nie tylko szkolą i zaopatrują ukraińskie wojska, ale de facto zajmują się niemal wszystkim poza bezpośrednim prowadzeniem działań wojennych, na przykład namierzają dla Ukraińców wartościowe cele. I jakkolwiek pomoc jest imponująca, wiele ukraińskich brygad istnieje jedynie na papierze, bo brakuje im wyszkolonych ludzi i wyposażenia. Kończy się amunicja przeciwlotnicza i pociski do Himarsów, elitarne rezerwy gen. Walery Załużny musiał rzuć do obrony Bachmutu (więc zabraknie ich gdzie indziej…). Co więcej, Amerykanie dwoją się i troją, szukając amunicji i broni dla Kijowa – w Korei czy Izraelu – ale idzie im tak sobie. „Jeżeli jesteś Ukraińcem, albo naszym sojusznikiem, jesteś wkurwiony na maksa. Zwłaszcza dlatego, że to Amerykanie zwykle pouczają innych w sprawach bezpieczeństwa” – komentuje zawartość ujawnionych dokumentów były ambasador USA w Polsce Daniel Fried (cytat za Oko.Press). Czy można mocniej uderzyć się w pierś? Chyba nie…

„Rozwadnianie” możliwości bojowych

Ale czy to naprawdę szczery gest, a nie element dezinformacyjnej gry, która wcale nie jest zaadresowana do rosjan (a przynajmniej nie czyni ich głównymi adresatami)? Dokumenty, które na pierwszy rzut oka demaskują zakres amerykańskiej pomocy, nie wnoszą nic nowego. Wiemy, co Amerykanie posyłają i kiedy – to informacje ogólnodostępne. Żaden z wojskowych decydentów z USA nie zaprzeczył, że Ukraińcy otrzymują precyzyjne dane wywiadowcze. Oczywiście, posiadanie „urzędowego potwierdzenia” (jakim byłby wykradziony dokument), to nowa jakość, ale dla rosjan nieszczególnie przydatna, bo ich propaganda już dawno poszła znacznie dalej, sugerując obywatelom federacji, że w Ukrainie walczą regularne oddziały NATO. Od „zawsze” wiadomo, że zapas pocisków do poradzieckich systemów obrony przeciwlotniczej nie jest niewyczerpalny. rosjanie mają świadomość, że Ukraina ich nie produkcje, byli w stanie oszacować, ile rakiet da się ściągnąć z zagranicy, gdzie eksportowano na przykład wyrzutnie S-300. Nie ma więc dla Moskwy wielkiej wartości konkluzja jednego z dokumentów, że do końca maja br. Ukraińcy nie będą już posiadali czynnych systemów S-300. Zachodnie media przychylne Ukrainie piszą o tym od miesięcy, wspierając narrację o konieczności pełnego przezbrojenia ukraińskiej OPL w sprzęt z USA, Wielkiej Brytanii czy Niemiec.

Informacja o braku rakiet do Himarsów brzmi jak żart – Amerykanie mają w magazynach 50 tys. pocisków, na przestrzeni ostatnich dwunastu miesięcy podwoili produkcję (z 4 do 9 tys. sztuk rocznie). Rakiet fizycznie nie zabraknie, o braku woli politycznej do ich przekazywania Kijowowi „ujawnione” dokumenty milczą. Równie niewiarygodne brzmią dane o ukompletowaniu i wyposażeniu ukraińskich brygad – opisana w nich praktyka rozdzielania nowoczesnego sprzętu na zasadzie „tu trochę, tam trochę”, faktycznego „rozwadniania” możliwości bojowych konkretnych oddziałów, w rzeczywistości nie ma miejsca. Co więcej, przecieki „powołały do życia” jednostki, których nigdy nie stworzono, co łatwo zweryfikuje średnio rozgarnięty analityk wojskowości, o aparacie wywiadowczo-analitycznym profesjonalnych służb nie wspominając. Po co więc ta cała hucpa?

Realia krótkiej kołderki

Nim odpowiem na to pytanie, cofnijmy się do początków kwietnia i publikacji brytyjskiego „The Times”. Gazeta – powołując się na źródła w wywiadzie wojskowym Ukrainy – opublikowała artykuł o kulisach nieudanej operacji wojsk ukraińskich, które w październiku 2022 r. próbowały odbić z rąk rosjan Zaporoską Elektrownię Jądrową. W akcji miało wziąć udział 600 ukraińskich komandosów, których na przeciwległy brzegu Dniepru zabrało 30 łodzi motorowych. Działania specjalsów wspierały wyrzutnie Himars i drony, ale twardy opór rosjan pokrzyżował Ukraińcom szyki. Opisy z tekstu sugerują potężną trzygodzinną bitwę, w trakcie której rosjanie sięgnęli po artylerię oraz czołgi. „Napotkaliśmy na zbyt gęsty ogień. Dowódca zdecydował się na odwrót” – podsumował ukraiński rozmówca „The Times”. A więc niebagatelne zwycięstwo rosjan, sroga porażka Ukraińców. Czemu więc nie istnieją żadne materiały filmowe dokumentujące zmagania? (ukraińscy komandosi regularnie zapuszczają się na drugi brzeg Dniepru – to rutynowe, nękające akcje. Kilka takich wypadów udało się rosjanom odeprzeć, istnieją zapisy wideo, lecz w żadnym razie nie przedstawiają one zmasowanego ataku sił specjalnych i równie zmasowanej reakcji rosjan). O ile dałoby się wytłumaczyć powściągliwość atakujących – wszak skrewili i to w tajnej operacji – o tyle trudno zrozumieć milczenie Moskwy. W październiku ub.r. kremlowska propaganda na gwałt potrzebowała jakiegoś sukcesu, po kompromitującej utracie charkowszczyzny. Dziś wspomnienie wielkiego zwycięstwa w bitwie o elektrownię mogłoby osłodzić gorzką pigułę nieudanej „ofensywy zimowej”. Tymczasem ani w październiku 2022 r. – bezpośrednio po akcji – ani też w kwietniu br. – po publikacji „Times’a” – rosjanie nie opiewali sukcesu. Bo nie było czego i czym, trudno przecież zainscenizować bitwę z udziałem setek żołnierzy, toczoną w bardzo specyficznym otoczeniu.

„The Times” jako źródło dezinformacji? Raczej narzędzie pomocne w przekonaniu, że nawet elita ukraińskich sił zbrojnych nie jest jeszcze gotowa do dużych, samodzielnych operacji. Że wiążą się one z ogromnym ryzykiem porażki. Od kilkunastu tygodni zachodnie media i opinie publiczne maglują wątek rychłej ukraińskiej kontrofensywy. De facto mamy już do czynienia z presją na Ukraińców – ich władze i armię – by dokonały uderzenia. Po którym będzie można zakończyć wojnę – sukcesem albo przynajmniej przekonaniem, że próbowaliśmy („my Zachód, i wy – Ukraińcy”). Problem w tym, że armia ukraińska nie jest do takiej kontrofensywy gotowa. Do Ukrainy trafiło sporo obiecanego zimą ciężkiego sprzętu, ale wciąż jest go za mało. A portfele donatorów nie są z gumy i jeśli rzeczywiście trzeba łatać ukraińską OPL – a trzeba – to dzieje się to kosztem innych systemów uzbrojenia. Realia krótkiej kołderki kompletnie nie współgrają z oczekiwaniami coraz bardziej zmęczonych wojną obywateli Zachodu. Z których zdaniem – także ewentualnym „nie!” dla dalszej pomocy Ukrainie – rządy krajów NATO muszą się liczyć. Z drugiej strony, przedwczesny atak i porażka armii ukraińskiej może tylko przyśpieszyć erozję tego poparcia („po co ich wspierać, skoro i tak przegrywają?”). Co gorsza, może też doprowadzić do załamania woli oporu u samych Ukraińców. Jak pogodzić tak sprzeczne interesy? Na przykład – za sprawą „przecieków” i „chętnych do rozmowy” informatorów – upubliczniając zręczną kombinację faktów, półprawd i bzdur, z których wynika, że niecierpliwi rozstrzygnięć na froncie muszą jeszcze poczekać. I – co chyba równie istotne – poprzeć intensyfikację pomocy.

—–

PS. „Amerykańskie służby ujęły osobę odpowiedzialną za przeciek” – donoszą media. Pozostając na gruncie podstawowej tezy tego teksu – albo mamy tu do czynienia z ciągiem dalszym dezinformacji i zatrzymany mężczyzna odgrywa rolę podejrzanego, albo to przypadek „użytecznego idioty”, któremu wydawało się, że z własnej inicjatywy ujawnia wrażliwe dane, a w istocie „wypuszczał w świat” spreparowane materiały.

I jeszcze jedna uwaga – intelektualna uczciwość nie pozwala mi wykluczyć bardziej „przyziemnego” celu tej „maskirówki”. W tym scenariuszu ukraiński atak nastąpi lada moment, a doniesienia z „przecieków” mają jedynie zamydlić Rosjanom oczy. Tak zresztą sądzi spora część rosyjskich komentatorów (co w jakiejś mierze wyjaśniałoby rosyjską wstrzemięźliwość). „Pożyjemy, zobaczymy”, jak mawia klasyk. Osobiście nie sądzę, by jakiekolwiek większe akcje zaczepne wydarzyły się na froncie przed latem. Abstrahując od niegotowości, trudno zignorować warunki pogodowe. Maj i czerwiec to okres, w którym na Ukrainie może naprawdę solidnie popadać. To także z tego powodu Niemcy wstrzymywali się z operacjami ofensywnymi do czerwca (w 1941 r.) i do lipca – w 1942 r. Wiem, że anegdotyczne dowody to żadne dowody, ale na Donbasie (gdzieś pod Piskami) spoczął swego czasu jeden z moich butów. Był czerwiec 2015 r., szedłem czymś, co wyglądało na drogę – w paskudnym, rudym błocku. No i za którymś razem noga zapadła się tak głęboko, tak ją zassało, że wyciągnąłem ją bez buta. Duży jestem, ciężkawy, ale gdzie mi do czołgu…?

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Transport ciężkiego uzbrojenia, południowa Ukraina, marzec 2023 r. I mnie widok wyprzedzanego konwoju (było tych lawet wiele) przywiódł do głowy myśl: „to pewnie ruchy związane z przygotowaniami do kontrofensywy”…/fot. Marcin Ogdowski

Uzupełnienia

To jeden z najpopularniejszych w ostatnich dniach memów w Ukrainie. „Szukam zdrowego chłopca, bez szkodliwych zwyczajów, najwyżej 27-letniego”, czytamy w kwestii przypisanej dziewczynie ze zdjęcia. „Ja też takiego szukam”, odpowiada gen. Walery Załużny, dowódca naczelny Ukraińskich Sił Zbrojnych (ZSU).

Kilka dni temu znajomy żołnierz, służący obecnie pod Bachmutem, napisał: „Nie mogę i nie chcę zrozumieć, dlaczego próbuje się wpychać do ZSU wszelkiego rodzaju śmieci, drani moralnych, gwałcicieli i resztę szumowin, poniżając w ten sposób armię. Armia to nie kolonia karna, nie miejsce zesłania. Z jakiegoś powodu gliniarze nie biorą takich drani do pracy, a w ZSU – proszę bardzo. Cholernie mnie to wszystko wkurza”.

Ukraina zaczyna mieć problemy z rezerwami; te dwie sytuacje – popularność mema i złość zasłużonego żołnierza, że w szeregi trafiają pośledniej jakości rekruci – dobrze ilustrują stan rzeczy. Kilka dni temu rosjanie rozpowszechnili informacje, wedle której do tej pory zginęło ponad 150 tys. ukraińskich żołnierzy, a 230 tys. zostało rannych. Co ciekawe, jednym z pierwotnych źródeł tych sensacji był emerytowany pułkownik US Army Douglas McGregor – zidiociały trumpista o wybitnie skarpetkosceptycznych sympatiach, ulubieniec nadwiślańskich ukrainofobów. Ten sam, który jeszcze w lipcu ub.r. twierdził, że armia ukraińska straciła 80 proc. żołnierzy, że na froncie jest już tylko bezużyteczna rezerwa, a rosjanie wycofali 80 proc. swojej armii na odpoczynek, bo separatyści sami dają radę. No więc takie źródło wypluło z siebie wspomniane statystyki, dodając, że to nie wszystkie straty Kijowa, bo doliczyć do nich należy także „tysiące” ochotników z Zachodu.

W tym samym czasie w tureckich mediach „wypłynęła” informacja – rzekomo pochodząca od izraelskiego wywiadu – że straty rosyjskie to 18,5 tys. zabitych, czyli osiem razy mniej niż w przypadku Ukraińców.

I rajcują się teraz tymi sensacjami (pro)rosyjskie profile w społecznościówkach, co w połączeniu z coraz częstszymi świadectwami na temat ukraińskich kłopotów z uzupełnieniami, sprzyja niepewność wśród zwolenników wolnej Ukrainy.

Ale czy rzeczywiście są powody do zmartwień? Do zmartwień tak, do paniki – nie.

Pisałem wczoraj o tym, że rosjanie najprawdopodobniej nie mają innych planów niż zajęcie Donbasu. Lecz to nie oznacza końca wojny, a zapowiedź zamrożenia konfliktu; takie, moim zdaniem, byłyby w tym scenariuszu intencje Moskwy. Zainicjowanie symulowanego dialogu, nawet zwieńczonego jakimś porozumieniem pokojowym, pod płaszczykiem którego rosja przygotowałaby się do kolejnej rozgrywki – bez konieczności ponoszenia bieżących strat i obciążeń związanych z wojną. Jeśli jednak Kreml chce dalej wojować – mimo iż znów traci elitę swojego wojska w bojach o obwód doniecki – żadnego zamrożenia nie będzie. W percepcji rosyjskiego dowództwa wojna na wyniszczenie, bez spektakularnych zysków terytorialnych, też ma sens, towarzyszy jej bowiem przekonanie, że gdy Ukraińcy w końcu pękną, kraj stanie przed najeźdźcami otworem.

Ale czy pękną? Gdyby łączne ukraińskie straty rzeczywiście dochodziły do 380 tys., wojna niechybnie zmierzałaby ku (tragicznemu) końcowi. Realnie jednak są one znacznie niższe – amerykańskie służby szacują je na 120 tys. zabitych, rannych i wziętych do niewoli (wedle tych samych źródeł, straty rosyjskie do końca stycznia wynosiły 180 tys. wyeliminowanych z walki; w przypadku obu stron, zabici stanowią mniej więcej jedną trzecią ogólnych liczb). 120 tys. z 700 tys. osób służących w ZSU to dużo – 15 proc., pośród których znajduje się najwartościowszy „materiał ludzki”. Żołnierze z liniowych, zaprawionych w boju, nierzadko elitarnych formacji. Musimy jednak pamiętać, że większość rannych (wedle ukraińskich źródeł sześciu na dziesięciu) wraca do pełnego zdrowia i do służby. Cykl rekonwalescencji trwa zwykle od 3 do 6 miesięcy, co oznacza, że wielu weteranów rannych podczas późno-letnich i jesiennych operacji ofensywnych dopiero teraz wraca do szeregów.

Dziury jednak łatać trzeba na bieżąco – stąd praktyka sięgania po często problematycznego rekruta. Niejedyna zresztą. Ukraińskie dowództwo od jakiegoś czasu obsadza linię frontu jednostkami gorszej jakości (oddziałami obrony terytorialnej, brygadami w całości składającymi się z rezerwistów), wychodząc z założenia, że ich potencjał jest wystarczający dla prowadzenia operacji obronnych. Duża część lepszych oddziałów – z dużym doświadczeniem bojowym – jest obecnie w odwodzie, wielu weteranów szkoli się na zagranicznym sprzęcie – na zachodzie kraju i zagranicą. To „straż pożarna”, ale i ukraińską pięść, która uderzy, gdy będzie wystarczająco dobrze wyszkolona i wyposażona. Na co Ukraińcy wpływ mają ograniczony, bo zdolność do budowania tego potencjału zależy od szybkości i wielkości zachodniej pomocy wojskowej.

I oczywiście, byłoby lepiej, gdyby gen. Załużny nie był zmuszony do takiego „chomikowania” ludzi i sprzętu. Bo taka strategia niesie ryzyko, że ci „gorsi” nie wytrzymają rosyjskiej presji, a pomoc przyjdzie za późno. I nie mam na myśli katastroficznych wizji posypania się całego frontu i rosyjskich uderzeń w głąb Ukrainy; dla mnie to scenariusz o bardzo niskim prawdopodobieństwie. Chodzi mi raczej o regionalne zyski terytorialne putlerowców, które w dalszej perspektywie napsują Ukraińcom mnóstwa krwi. Nie sądzę bowiem, by rosjanie wycofali się skądkolwiek dobrowolnie – zwrot ziem nie stanie się przedmiotem rozmów pokojowych, a Ukraina będzie tam, gdzie dotrą jej wojska. Tymczasem konieczność odzyskiwania kolejnych rozleglejszych terenów przełoży się na dodatkowe straty – zawsze wyższe, gdy prowadzi się operacje ofensywne. Więc w którymś momencie może się okazać, że na rekonkwistę zabraknie ludzi.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Magdalenie Kaczmarek, Pawłowi Ostojskiemu, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Piotrowi Maćkowiakowi, Przemkowi Piotrowskiemu, Tomaszowi Frontczakowi, Andrzejowi Kardasiowi i Jakubowi Wojtakajtisowi. A także: Szymonowi Jończykowi, Tomaszowi Sosnowskiemu, Mateuszowi Jasinie, Remiemu Schleicherowi, Miko Kopczakowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Bernardowi Afeltowiczowi, Justynie Miodowskiej, Maxowi Maksimovičowi, Michałowi Wielickiemu, Monice Rani, Jarosławowi Grabowskiemu, Bożenie Bolechale i Aleksandrowi Stępieniowi.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatnich ośmiu dni: Kamilowi Zemlakowi, Marcinowi W., Ewelinie Tkacz, Michałowi Skwarkowi i Pawłowi Jaczewskiemu.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

Nz. Ukraińscy żołnierze w Bachmucie, przy punkcie wydawania pomocy humanitarnej dla ludności/fot. Marcin Ogdowski

Krótkowzroczność?

– Obecnie operacja wojskowa udanie rozwija się w rejonie Wuhłedaru i Artiemowska – chwali się na konferencji prasowej siergiej szojgu, minister obrony rosji, używając przy tym starej nazwy Bachmutu. Zaiste, specyficzne rozumienie pojęcia „udane rozwijanie”. W rejonie Bachmutu trwają ciężkie walki, choć wbrew alarmistycznym doniesieniom miasto nie zostało okrążone. Część ukraińskich oddziałów cofnęła się do przedmieść, co dla atakujących oznacza zyski terytorialne na poziomie od kilkuset metrów do 3 km – liczone od momentu nasilenia rosyjskiej presji na Bachmut w połowie stycznia. A to wszystko za cenę bardzo wysokich strat w ludziach – od początku roku poległo lub zostało rannych 30 tys. rosyjskich żołnierzy, znaczna część na kierunku bachmuckim.

Ale to w okolicach Wuhłedaru trwa koszmarna z perspektywy rosjan rozwałka. Teren sprzyja użyciu czołgów i wozów bojowych, sprzyja też artylerii – ukraińskiej. Tylko dziś do południa Ukraińcy puścili z dymem lub uszkodzili około trzydziestu rosyjskich pojazdów. Podobnie jak wczoraj, nieco lepiej niż przedwczoraj, co za każdym razem daje 100-200 zabitych i co najmniej drugie tyle rannych (załogi plus towarzysząca im piechota). Co istotne, rosjanie giną w polu (dosłownie), tuż po opuszczeniu pozycji wyjściowych. Nie bardzo rozumiem, na czym ma polegać ich sukces, chyba że za jego miarę uznamy zasięg wraków („tam sięga rosja, gdzie stoją nasze wypalone czołgi”). Najpewniej w grę wchodzi typowo rosyjskie podejście do tematu – próba wymęczenia przeciwnika przy jednoczesnym nieliczeniu się ze stratami własnymi.

Tylko co dalej? W Bachmucie pałeczkę przejęły oddziały powietrznodesantowe, jednostki „zmechu”, które atakują Wuhłedar, również należą do elity rosyjskiej armii. A traktuje się je tak samo jak „nic niewartych” mobików czy kryminalistów zaciągniętych do Wagnera. Skąd ta determinacja rosyjskiej generalicji? Czas płynie, a obwód doniecki ma zostać zdobyty do marca – takie zadanie postawił przed siłami zbrojnymi putin. Separatyści i rosjanie kontrolują połowę regionu – i jest to stan, który nie uległ zasadniczym zmianom od lata ub.r. Marzec to już czwarty wyznaczony przez putina termin – wcześniejsze mijały wraz z końcem maja, czerwca i lipca 2022 roku. Za chwilę rocznica rozpoczęcia „specjalnej operacji wojskowej”, co dodatkowo wzmaga presję na sukces (swoją drogą, żenująco zredukowany względem pierwotnych planów zajęcia całej Ukrainy).

Ale w takim stylu rosjanie daleko nie zabrną. Wytraciwszy najwartościowsze wojsko, mogą zapomnieć o kolejnych akcjach ofensywnych. Albo więc mamy do czynienia z krótkowzrocznością rosyjskiego dowództwa („teraz Donbas, a potem się zobaczy”), albo innych celów poza „wyzwoleniem” obwodu donieckiego oraz utrzymaniem status quo na pozostałych okupowanych obszarach Moskwa nie ma. W obu przypadkach zapowiadana „wielka ofensywa rosjan” zwyczajnie się nie wydarzy.

Co wcale nie oznacza końca wojny…

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Bachmuckie graffiti. Po lewej napis: „Bachmut kocha Ukrainę”, w środku wizerunek gen. Walerego Załużnego, podpisany następującą sentencją: „Z nami Bóg i ataman Załużny”. Zdjęcie z połowy stycznia br./fot. Marcin Ogdowski

Karuzela

Przez wiele godzin siedziałem nad tekstem do papieru (skończony!), tymczasem sporo się podziało. Późno już, więc z konieczności będzie krótko.

Dzisiejsza wyprawa Andrzeja Dudy do Lwowa mocno ubodła (pro)rosyjskich aktywistów medialnych. O ból tyłków przyprawiło ich zwłaszcza jej symboliczne zwieńczenie, czyli wizyta w towarzystwie prezydenta Wołodymyra Zełenskiego na Cmentarzu Orląt Lwowskich. Trudno obecnie o lepszy symbol polsko-ukraińskiego pojednania.

Ale są też konkrety, czyli deklaracja, że Polska przekaże Ukrainie kompanię czołgów Leopard 2 (jeśli ukraińską – 11, jeśli polską – 14 sztuk; w tej chwili nie ma jasności). To oczywiście kropla w morzu potrzeb, bo armia ukraińska potrzebuje tych czołgów dużo-dużo więcej. Polska ma ich niespełna 250, ale na większy gest zwyczajnie nie możemy sobie pozwolić. Oddaliśmy Ukraińcom niemal wszystkie sprawne T-72, te, które zostały w Polsce, mają docelowo posłużyć jako rezerwuar części zamiennych dla uszkodzonych w boju wozów armii ukraińskiej. Są jeszcze rodzime modernizacje „siedem-dwójek” – PT-91 Twardy – ale i one niebawem zaczną być wysyłane na wschód (istnieje harmonogram przekazania, niewielka część z 230 wozów już służy do szkoleń ukraińskich załóg; generalnie do końca roku Twardych w Polsce nie będzie). Zostają zatem „Leosie”, bo występujących w „homeopatycznej” liczbie K-2 nie ma co na razie brać pod uwagę. 250 to trochę mało jak na realia przyfrontowego kraju, zwłaszcza że „na chodzie” jest… no właśnie.

Leopardy starszej wersji – 2A4 – są poddawane modernizacji, która ślimaczy się już od kilku lat. Finalne „spolonizowane” maszyny – tzw. Leopardy 2PL – wracają do wojska w zawrotnym tempie kilkunastu sztuk rocznie. Duża część „a-czwórek” – zdana już przez wojsko do PGZ-u – ani nie jest w linii, ani na linii (produkcyjnej, gdzie byłaby modernizowana). Armii zostaje setka nowszych A-5, plus około 30 2PL. Ekwiwalent jednej brygady pancernej, gdy potrzebujemy minimum czterech.

Dostawy Abramsów (116+250 szt.) i K-2 (180 szt.) załatwią problem (w uproszczeniu rzecz jasna), ale ich pozyskanie rozpisano na najbliższe cztery lata. Czyli Polska mogłaby pozbyć się Leopardów nie szybciej niż w 2026/7 roku (a nawet później, bo mieć czołgi to nie znaczy umieć z nich korzystać, jest więc jeszcze kwestia wdrożenia Abramsów i „ka-dwójek”…). Zapomnijmy zatem o jakiś spektakularnym transferze, bo zapewne na obiecanej kompanii się skończy. Ale…

Ale nie o nasze „Leosie” chodzi, a o stworzenie presji na Niemcy – producenta Leopardów – które „na spokojnie” mogłyby zorganizować pokaźną liczbę maszyn. Potrzebują tylko odpowiedniej zachęty ze strony innych użytkowników – Polski, Finlandii, Hiszpanii, które są gotowe na transfer, oraz innych krajów, na razie publicznie niczego nie deklarujących. Rola Niemców jest kluczowa, bo tylko oni – z ich bazą przemysłową – są w stanie zapewnić odpowiednią logistykę dla ukraińskich oddziałów przezbrojonych w Leopardy. No a z Berlinem wiecie, jak jest – dopiero postawiony pod murem, zaczyna dzielić się czymś więcej niż lekki sprzęt. Presję zwykle tworzą Amerykanie, ale mogą też – w końcu w kupie siła – europejscy sojusznicy. Do pokazania Niemcom, że zachodnie czołgi można już słać do Ukrainy, mając gdzieś „niet!” rosjan, przyłączyli się również Brytyjczycy. Do 20 stycznia – na kiedy zaplanowano kolejną konferencję darczyńców – zapewne pojawią się następni chętni.

Nie wiem, na ile chętnie obejmował dziś funkcję dowódcy rosyjskich sił w Ukrainie gen. Walerij Gierasimow. Szef sztabu rosyjskiej armii to już piąty (!) głównodowodzący siłami „na teatrze”. Pierwszego nie znamy, drugi był Aleksandr Dwornikow, trzeci Giennadij Żydko, czwarty Siergiej Surowikin, który od teraz pełni rolę zastępy Gierasimowa. Nie ma informacji, z których wynikałoby, że Gierasimow przestał być numerem jeden w całej rosyjskiej armii, a to oznacza, że sporo ryzykuje, zasiadając w „gorącym fotelu”, z którego wypadło już tylu poprzedników. Jedna dymisja – gdy i jemu się nie powiedzie w Ukrainie – pociągnie zapewne drugą, czyli utratę stanowiska szefa sztabu. De facto, byłby to koniec wojskowej kariery Gierasimowa.

Ale nie antycypujmy i nie śmiejmy się zanadto z karuzeli kadrowej. Bo owszem, udowadnia ona niską jakość rosyjskiej generalicji, ale w tym przypadku może być inaczej. O Gierasimowie z uznaniem wypowiada się jego przeciwnik – gen. Walery Załużny. Jest też rosyjski pierwszy żołnierz autorem (a na pewno twarzą) nowatorskiej doktryny, nazwanej jego nazwiskiem, poświęconej działaniom hybrydowym (jak mawiają wojskowi, poniżej progu kinetycznego zaangażowania). Mistrz dezinformacji i ojciec chrzestny zielonych ludzików może sobie nie poradzić z dowodzeniem w prawdziwej i to pełnoskalowej wojnie, lecz na pewno będzie miał łatwiej od poprzedników.

Zmorą rosyjskiej armii jest jej zbytnia hierarchiczność i kultura dupochronu, czyli uciekania od odpowiedzialności. W praktyce polega to na tym, że nim jakaś informacja zmieni się w rozkaz, wędruje przez wszystkie szczeble – im jest poważniejsza, tym wyżej. W efekcie, wiele działań podejmowanych jest poniewczasie, co na polu bitwy ma ogromne znacznie. Przykładem niech będzie obróbka danych ze zwiadu satelitarnego – co z tego, że rosjanie zarejestrowali brak obecności ukraińskich samolotów na lotniskach stałych 24 lutego, skoro „nie zdążyli” przekazać tych informacji obsługom wyrzutni pocisków balistycznych. I warte potężne pieniądze rakiety „waliły po pustym”.

No więc teraz góra przyszła do Mahometa – przynajmniej w teorii skraca się obieg kwitów i zwiększa decyzyjność najważniejszego generała „na teatrze”. Co z tego wyniknie? Zobaczymy już niebawem.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Tymczasem na bachmuckim odcinku frontu trwają zacięte walki. „Słona ziemia, ludzie ze stali”, piszą o tym zdjęciu służby prasowe Sztabu Generalnego Ukraińskich Sił Zbrojnych, nawiązując do Sołedaru i tamtejszej kopalni soli…