Zmienne

Jak podaje Reuters, siedem na dziesięć amerykańskich gospodarstw posiada co najmniej jedno zwierzę domowe, najczęściej psa lub kota. Czworonogów przybyło w okresie pandemii i jak na razie nie ubywa. Z ankiet przeprowadzonych przez American Pet Products Association wynika, że zwierzęta traktowane są jako „długoterminowa inwestycja” – w dobrostan członków rodzin, wynikły z procesu budowania i utrzymywania więzi z pupilami. Analitycy agencji Morgan Stanley przewidują, że do 2030 roku mieszkańcy USA wydadzą ponad 275 mld dol. na produkty i usługi związane z posiadaniem zwierzęcego towarzystwa. Średnio to ponad 39 mld dol. rocznie.

W głośnym wywiadzie dla „The Economist”, którego w połowie grudnia udzielił gen. Walery Załużny, pada kilka niezbyt optymistycznych prognoz na najbliższe miesiące. Dowódca ukraińskiej armii przewiduje kolejną rosyjską ofensywę, z użyciem 200 tys. zmobilizowanych jesienią rezerwistów. „Oni nie odpuszczą…” – zapowiada – spodziewając się m.in. ponownego uderzenia na Kijów. „Ale ukraińskie siły są w stanie odnieść zwycięstwo nad silniejszym przeciwnikiem” – konkluduje Załużny, podkreślając, że w tym celu niezbędne jest wsparcie Zachodu.

– Konkretnie potrzebuję 300 czołgów, 600-700 bojowych wozów piechoty i 500 haubic. Myślę, że wówczas całkowicie realne byłoby osiągnięcie na polu walki granic z 23 lutego – mówi generał.

Licząc na szybko, po średnich cenach – uwzględniając przyzwoite bazowe pakiety amunicji, wsparcie logistyczne i szkoleniowe – wartość wskazanego przez Załużnego sprzętu waha się między 9 a 12 mld dol. Nie mam na myśli uzbrojenia wprost z hal fabrycznych, a zmagazynowane zapasy, w większości dostępne „na już”, przede wszystkim amerykańskie. Wystarczająco nowoczesne, by zapewnić Ukraińcom technologiczną przewagę na froncie.

Suma ta wzrasta do 20 mld dol., jeśli przyjmiemy straty sprzętu na poziomie 30 proc. w pół roku (tyle mniej więcej zachodniej artylerii udało się rosjanom zniszczyć między czerwcem a grudniem ub.r.) i związaną z tym konieczność uzupełnień. Owo podwojenie byłoby też skutkiem kolejnych dostaw amunicji (cały czas operujemy w obrębie wspomnianych czołgów, bwp-ów i haubic), szkoleń dla kolejnych załóg oraz obsługi logistycznej uszkodzonego i częściowo zużytego sprzętu (wymiana luf, remonty silników itp.).

To zestawienie nie obejmuje kosztów stałych jak żołd czy aprowizacja; czy ukraiński żołnierz będzie walczył na sowieckim BWP-ie (BMP-ie) czy na amerykańskim Bradleyu, pieniędzy dostanie tyle samo. Za tyle samo też zje. Inna sprawa, że poprawią się wówczas wskaźniki przeżywalności – co zmniejszy nakłady w obszarze pomocy medycznej i ubezpieczeń – no ale nie wchodźmy w szczegóły, bo nie o to chodzi.

A o co? Nie mam za złe Amerykanom, że dbają o zwierzęta, gdy pomocy potrzebują ludzie z drugiego końca świata. Ostatecznie mówimy o prywatnym majątku, którym każdy ma prawo rozporządzać wedle własnego uznania. Nie miejsce to i czas na traktaty etyczne, wskazywanie czy definiowanie powinności. Chciałbym tylko zwrócić uwagę na wielkość „amerykańskiego portfela”. Kluczową zmienną, gdy rozważamy losy tej wojny, wiedząc, że Stany Zjednoczone zamierzają stać za Ukrainą. Potęga ekonomii USA to oczywista-oczywistość, ale i abstrakcja, której nie potrafimy odnieść do realiów (spójrzmy na wartość PKB – niemal 23 biliony dol. – „to pewnie dużo”, pomyśli Kowalski, gdyby mu rozpisać te dwanaście zer po dwudziestce trójce). No więc proszę bardzo – za połowę sumy, którą zwykli Amerykanie wydają rocznie na pupile, we wschodniej Europie można przechylić szalę wojny. Wojny z rosją, największym obszarowo krajem na Ziemi, posiadającym rzekomo drugą armię świata i nieprzebrane zasoby, niezbędne do prowadzenia działań zbrojnych.

Takiego wała…

O tych zasobach mówi się ostatnio nieco więcej, także u nas (dostrzegam to również pośród swoich dyskutantów). To skutek działań kremlowskiej propagandy, która znów odpaliła protokół „no teraz to my wam pokażemy” (teraz, po mobilizacji), ale i zupełnie naturalnego pesymizmu, będącego efektem przedłużającej się wojny („kurde, końca nie widać…”). Diagnoza, wedle której konflikt na wschodzie stał się „wojną materiałową”, na wyniszczenie, jest oczywiście poprawna. Takie reguły gry narzucili rosjanie, gdy przekonali się, że nie potrafią odnieść szybkich i błyskotliwych zwycięstw. „(…) państwo rosyjskie, wbrew wcześniejszym prognozom, nie załamało się po ciężarem strat wojennych i sankcji gospodarczych, a jego ustrój przechodzi coraz szybszą ewolucję w stronę wojennego totalitaryzmu na wzór faszystowski”, trafnie zauważa Piotr Osęka, historyk z PAN. „Z Moskwy dobiega crescendo polityków i propagandystów (w istocie zapoczątkowane przez ultimatum z grudnia 2021): Rosja zmobilizuje wszystkie zasoby i rzuci na szalę życie wszystkich obywateli, aby odbudować strefę wpływów z czasów konferencji poczdamskiej. (…)”, pisze. Ale i zaraz dodaje: „Oczywiście, te wojownicze deklaracje za kilka lat mogą okazać się fanfaronadą. Nie brakuje przesłanek do optymizmu – nadziei, że wspierana przez Zachód Ukraina pokona Rosję i na długo pogrzebie jej imperialne ambicje”.

Otóż to. W dyskusji poświęconej „wojnie materiałowej/totalnej” nieustannie przewija się wątek demograficzny. Konkluzje płynące z prostego zestawienia potencjałów ludnościowych (rosja 140 mln ludzi, Ukraina 40) są zwykle ponure. Tyle że klucz demograficzny wcale nie jest odpowiedzią na pytanie, kto przedłużającą się wojnie zwycięży. 10-krotnie mniejszy Wietnam ostatecznie pokonał USA w połowie lat 70., siły zachodniej koalicji – nominalnie mniejsze o połowę – rozniosły w pył wojska Saddama Husajna podczas drugiej Pustynnej Burzy w 2003 roku. Maleńki Afganistan upokorzył olbrzymie sowieckie imperium w latach 80., a 70-milionowe Niemcy hitlerowskie w trzy lata zawojowały kawał Europy, zamieszkały przez 150 mln ludzi (wiem, jaki był finał, ale załóżmy, że ta historia kończy się wiosną 1941 roku…). Już po tych przykładach widzimy, że istotnych zmiennych jest więcej. Występują one razem, osobno, w rozmaitych konfiguracjach i miarach, na różnych etapach historii dowolne z nich mają do odegrania kluczową rolę. Poza „masą demograficzną” mówimy o przewadze technologicznej, organizacyjnej, o determinacji (rozumianej jako wola walki i nieustępliwość), o bazie przemysłowej czy wreszcie o potężnym sojuszniku, który wcale nie musi angażować się wprost w działania wojenne, by mieć na nie istotny czy wręcz decydujący wpływ.

Co z tego, że rosyjskie rezerwy ludzkie są większe niż ukraińskie? Wiem, że skrajny cynizm i bezduszność to endemiczne cechy rosyjskiej władzy i generalicji. I że na froncie widać to w postaci ludzkiej fali, pchanej na ukraińskie pozycje bez sensownego taktycznego zamysłu, bez należytego przygotowania i wyposażenia. Ale „luksus” szafowania ludzkim życiem nie jest dany raz na zawsze. W ostatecznych rozrachunku z kijami bambusowymi „mobików” do walki nie rzucą – nawet kremliny. A zapasy rosji okazują się równie mityczne jak sprawność armii. Pytanie, ile zapewni im zbrojeniówka postawiona w na wojenne tryby. Na razie nie zaskakuje i nie ma przesłanek, by sądzić, że zaskoczy.

Nie sposób wyobrazić sobie ukraińskiej wojny bez czołgów, poświęćmy im więc odrobinę uwagi. Ruskie mają obecnie około 1,5-2 tys. sprawnych wozów (w całej armii, nie w samej Ukrainie). Między końcem lutego, a końcem roku stracili co najmniej półtora tysiąca maszyn – a mam na myśli wyłącznie straty udokumentowane w oparciu o ogólnodostępne materiały. Realny ubytek jest zapewne na poziomie 2 tys. tanków (Ukraińcy twierdzą, w mojej ocenie nazbyt optymistycznie, że zniszczyli ich 3 tys.). Przy zachowaniu intensywności działań na poziomie z ostatnich 10 miesięcy, cały ekwiwalent obecnie sprawnych rosyjskich czołgów do jesieni ulegnie zniszczeniu.

Co na to przemysł? Ano jeszcze jesienią ub. r. otrzymał zadanie przywrócenia do użytku 800 starych (50-letnich…) T-62 – w ciągu trzech najbliższych lat. Pesymista uzna to za dowód, że rosjanie planują wojować jeszcze długo – co najmniej te trzy lata. Optymista sięgnie pod dane dotyczące możliwości produkcji nowych czołgów, których w warunkach reżimu sankcyjnego może powstać około dwustu rocznie.

Dla mnie to obraz marności bazy przemysłowej i dowód mocno ograniczonych możliwości armii. Która stratę na poziomie 2 tys. maszyn zniweluje dwustu pięćdziesięcioma starymi T-62 i dwoma setkami nowych T-90, z powodu sankcji pozbawionych nowoczesnej optoelektroniki.

I tu wjeżdżają – cali na czerwono – zwolennicy narracji „rosja jest wielka i ma wielkie zasoby”. Bo! – wykrzykną – „są jeszcze tysiące składowanych czołgów T-72/80, które można przywrócić do służby!”. Są. Wedle różnych szacunków, od czterech do sześciu tysięcy skorup. Celowo piszę „skorup”, bo miażdżąca większość „nawisu mobilizacyjnego” do niczego się nie nadaje. To skutek m.in. złych warunków składowania, wcześniejszych kanibalizacji (gdy nowych podzespołów nie produkowano, a maszyny w linii usprawniano tym, co było pod ręką) oraz złodziejstwa – zarówno tego drobnego (gdy znikały elementy wykonane z metali szlachetnych), jak i hurtowego (gdy opychano za granicę po kilkadziesiąt kompletnych maszyn). Jak z tej puli uda się wyłuskać kilkaset sztuk, to będzie sukces.

Tyle że taki sukces wygranej nie gwarantuje.

Goni zatem rosjan czas, by „póki w kupie siła”, zadać Ukraińcom na tyle bolesny cios, że odechce im się walczyć. Nie sądzę, by w kremlowskich kalkulacjach chodziło o coś więcej niż zmuszenie Kijowa do rozmów na dogodnych dla Moskwy warunkach. Ta wojna nie toczy się już o ukraińską niepodległość, a o kształt ukraińskich granic. Zarazem dla putina jest walką o przetrwanie, co przekłada się na rosyjską determinację. Szczęśliwie dla cara, naród nie oczekuje już zajęcia Ukrainy – wystarczy mu utrzymanie zdobyczy i chociaż jeden dodatkowy spektakularny sukces (który jednym pozwoli podtrzymać iluzję wielkiej rosji, dla innych będzie dowodem na rzeczywistą wielkość).

Tak dochodzimy do finalnej rozprawki, wieńczącej cykl moich przewidywań na 2023 rok. Czego zatem możemy spodziewać się po rosjanach? Gdzie będą chcieli osiągnąć ów wymarzony sukces?

Nie sądzę, by przeprowadzili generalny szturm na Kijów – i nie wynika to ze zmiany politycznych celów wojny, a z kalkulacji czysto wojskowej. Armia rosyjska już raz wybiła sobie zęby, usiłując zająć miasto. Zwycięzcy nie spoczęli na laurach, przeciwnie, przygotowali stołeczny region na ewentualność ponownego uderzenia. Najprościej rzecz ujmując, obecnie rosjanie napotkaliby więcej, lepiej przygotowanych punktów oporu. Dodajmy do tego trudne warunki terenowe i gorszy niż przed rokiem stan infrastruktury drogowej (dziś prawdopodobieństwo utopienia czołgu – w wodzie lub błocie – jest znacząco wyższe niż w lutym/marcu 2022 roku). Co więcej, ilość i jakość ukraińskich wojsk zgromadzonych w pobliżu stolicy nie pozwala rosjanom na stworzenie odpowiednio dużej przewagi, koniecznej przy operacjach ofensywnych. Musiałoby się to odbyć kosztem innych odcinków frontu, co niesie zbyt wiele ryzyk. Moim zdaniem, najeźdźcy poprzestaną na ograniczonych działaniach, co najwyżej markując uderzenie na stolicę – by odciągać uwagę i rezerwy gen. Załużnego.

Prawdziwy atak wyprowadzą w Donbasie? Nie. Ruskie już wiedzą, że Ukraińcy okopali się „po szyję” i nic ich stamtąd nie ruszy. Bachmut to dla skarpetkosceptycznych najświeższa lekcja na ten temat.

Południe z osią natarcia wymierzoną w Odessę? Oj, zajęcie tego miasta (i de facto odcięcie Ukrainy od morza) byłoby spektakularnym sukcesem, ale ucieczka z Chersonia pozbawiła rosjan dogodnego obszaru do wyprowadzenia ofensywy. Teraz musieliby pokonać Dniepr, a przecież z mniejszymi rzekami nie byli w stanie sobie poradzić.

I tak (drogą eliminacji) dochodzimy do Charkowa, owszem, dużego miasta, które już raz się wybroniło i zostało do obrony nieźle przygotowane. Ale gdyby rosjanie skupili na nim cały ofensywny wysiłek, zaangażowali na tym odcinku większość szkolonych obecnie rezerw, Charków mógłby upaść. Zwłaszcza że bliskość granic z rosją pozwoliłaby nacierającym uniknąć logistycznego koszmaru, który przyczynił się do klęski pod Kijowem.

Czy tak się stanie – zobaczymy. Graczy na boisku jest dwóch, a trybuny pełne dopingujących.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Ukraiński moździerz w akcji/fot. Центр стратегічних комунікацій та інформаційної безпеки

Konieczności

Dziś nad ranem miał miejsce kolejny rosyjski atak rakietowy na ukraińskie miasta. Prawdopodobnie ostatni w tym roku, będący jednak zapowiedzią kontynuacji terrorystycznej kampanii w 2023 roku. Co jak już wczoraj zauważyłem, wpłynie istotnie na działania sił zbrojnych Ukrainy. Ochrona ludności i kluczowej infrastruktury przed uderzeniami z powietrza jest i pozostanie priorytetowym zadaniem, które armia będzie realizować na dwa sposoby – pasywnie i aktywnie. Przy czym owa pasywność jest umowna, chodzi bowiem o dalszą rozbudowę obrony przeciwlotniczej/przeciwrakietowej, by w docelowej konfiguracji ograniczyć do minimum liczbę osiągających cele rosyjskich pocisków. W tej kwestii piłeczka leży przede wszystkim po stronie Zachodu jako dostawcy odpowiednich systemów.

Wymiar aktywny to ukraińskie działania nakierowane na paraliż rosyjskich zdolności do przeprowadzania ataków rakietowych.

Kilka dni temu doszło do drugiego uderzenia dronów na bazę bombowców strategicznych w Engels. Ukraińskie maszyny znów przedarły się 700 km w głąb rosji, co dowodzi, jak dziurawa jest rosyjska OPL i jej system wczesnego ostrzegania. Wedle oficjalnych zapewnień rosjan, w nalocie zginęły trzy osoby (major i dwóch starszych poruczników), rażone odłamkami dronów kamikadze. Bo tak jak poprzednio, rosyjskie MON twierdzi, że maszyny nie trafiły w żaden z samolotów, a zostały zestrzelone nad lotniskiem (co samo w sobie i tak jest kompromitujące, bo jakim cudem dotarły tak daleko, nad TAKĄ bazę, KOLEJNY raz?). Pech chciał, że odłamki spadły akurat na budynek zajmowany przez personel bazy. „Taaaaa…”, mawia zwykle w takich momentach mój dobry kolega. Nie wierzę rosjanom za grosz i jestem pewien, że skoro przyznali się do trzech zabitych (wczoraj opublikowano nawet zdjęcia z ich pogrzebu), to trupów musi być znacznie więcej. Sądzę też, że ukraiński dron nie znalazł się przypadkiem nad domkiem dla obsługi i pilotów. Uważam, że był to – obok stojących na płycie bombowców – jeden z celów. Ukraińcy – poza niszczeniem techniki (w tym nalocie uszkodzonych miało zostać aż pięć Tu-95) – zabrali się za niszczenie „siły żywej”. To racjonalny krok, biorąc pod uwagę, jak kosztowny i długotrwały jest proces wyszkolenia załóg i personelu pomocniczego. W sumie całe rosyjskie lotnictwo strategiczne to około 80 maszyn (Tu-95 i Tu-160), liczbę tę należy podwoić, jeśli za samoloty tej kategorii uznamy Tu-22M. W stanie lotnym jest pewnie połowa tego, kondycja lotnictwa federacji raczej nie pozwala na pełne zdublowanie załóg. Zatem każda zniszczona i uszkodzona maszyna, każdy trwale lub na dłużej wyeliminowany ze służby pilot czy nawigator, to poważne ciosy w potencjał rosji. I Ukraińcy będą je zadawać. Niewykluczone, że w 2023 roku będziemy świadkami działań dywersyjnych zmierzających do eliminacji elity rosyjskiego personelu lotniczego – że panowie ci będą wybuchać w swoich samochodach, przyjmować szkodliwe dawki ołowiu pod domem, bądź umierać w tajemniczych okolicznościach.

Umierać będą też marynarze floty czarnomorskiej i ich okręty. Część ataków na ukraińskie miasta jest bowiem realizowana z morza. Ukraińcy dysponują zarówno rakietami przeciwokrętowymi, jak i dronami morskimi – oba rodzaje broni wykazały się już wysoką skutecznością. Po utracie „Moskwy” rosjanie trzymają się z dala od ukraińskiego wybrzeża, ale okręty będzie można dopaść w miejscach bazowania (na Krymie i w Kraju Krasnodarskim). Co stanie się łatwiejsze po kolejnych ukraińskich zwycięstwach na lądzie – o czym szerzej za chwilę. Kalibry wycelowane w ukraińskie miasta startują również z pokładów okrętów rozlokowanych na Morzu Kaspijskim – tam żadna ukraińska broń ich nie dosięgnie. Ale wszystkie rosyjskie bazy, także morskie, od miesięcy trapione są dziwnymi pożarami – jeśli miałbym stawiać pieniądze, to postawiłbym je na wysokie prawdopodobieństwo podobnych wypadków, które ograniczą zdolność kaspijskiej filii floty czarnomorskiej.

Za pewne uznaję również akty dywersyjne w rosyjskich fabrykach produkujących rakiety i pociski balistyczne. Że to niemożliwe, bo mowa o obiektach najwyższej rangi? Wolne żarty. Ukraińcy wsadzili ruskim piłkę do kosza, „wizytując” bazę bombowców strategicznych stanowiących element nuklearnej triady. Jeśli rosjanie nie potrafią upilnować takiego miejsca, ogień może im wybuchnąć a choćby i na Kremlu.

Tyle (wybaczcie skrótowość), jeśli idzie o priorytety wynikłe z rosyjskiej kampanii rakietowej.

Wojna jednak toczyć się będzie nade wszystko na lądzie. Już dziś obiecujące wieści dochodzą z obwodu ługańskiego, z okolic miejscowości Swatowo i Kreminna. Przełamanie rosyjskiej obrony w tym miejscu pozwoli na odbicie Siewierodoniecka, co przyniesie ogromne korzyści symboliczne/propagandowe. Lecz w wymiarze operacyjnym nie o Siewierodonieck chodzi, a o oskrzydlenie Doniecka – temu ma służyć wyzwolenie ługańszczyzny. Donieck jest nie do wzięcia frontalnym szturmem; przez ostatnie siedem lat zachodnie, północne i południowe rubieże miasta zostały dobrze przygotowane do obrony. Do „stolicy” dawnej DRL trzeba więc pchać się od tyłu, czyli wschodu, co będzie możliwe po uprzednim zajęciu obwodu ługańskiego. Wejście głębiej w obszar ługańszczyzny oznacza również, że w zasięgu ukraińskich Himarsów znajdzie się lotnisko w Millerowie na terenie rosji, skąd operują samoloty wykorzystywane do bezpośredniego wsparcia rosyjskich oddziałów na froncie. A całkowite wyzwolenie obwodu przyprawi o drżenie rosyjskich generałów, dowodzących „specjalną operacją wojskową” z Rostowa nad Donem, ich „centr” bowiem także załapie się na zasięg wysokoprecyzyjnych pocisków rakietowych.

Nim rozstrzygnie się sytuacja z Donieckiem, będziemy świadkami ukraińskiego kontruderzenia z okolic Zaporoża w kierunku Morza Azowskiego. Mówi się o nim już o dawna i na tyle często, że łatwo uznać je za publicystyczny artefakt czy element ukraińskiej maskirówki. „Przecież rosjanie też patrzą na mapy”, czytam opinie sceptyków. No patrzą. I im również wychodzi, że rozcięcie lądowego pasa łączącego Krym z rosją najłatwiej przeprowadzić na wysokości Melitopola. Przemawiają za tym: szerokość korytarza, dogodne warunki terenowe oraz fakt, że w Melitopolu istnieje ukraińskie podziemie. rosjanie zatem umacniają miasto, usiłują wyłapać partyzantów, ściągają posiłki i trzymają rezerwy w Berdiańsku i Mariupolu. Inni słowy, łatwo skóry nie sprzedadzą, co winno dać Ukraińcom do myślenia. Tyle że Ukraińcy… innego wyjścia nie mają. Nie są w stanie stworzyć odpowiedniej presji na całej długości korytarza ciągnącego się od Donbasu po wschodni brzeg Dniepru, spychać ruskich ku morzu na froncie o długości ponad 300 km. Szczupłość sił wymaga koncentracji na wybranym fragmencie. Przymus wynika też z korzyści – rozcięcie korytarza mocno utrudni dalsze funkcjonowanie rosyjskich oddziałów zgromadzonych u ujścia Dniepru – zostaną one odcięte od sił głównych, mających za plecami rosję, i skazane na zaopatrzenie z Krymu. A szlaki logistyczne z półwyspu znajdują się pod kontrolą ukraińskiej artylerii. Co więcej, Krym nie ma naturalnego połączenia lądowego z rosją – stanowi je Most Krymski, którego przepustowość po październikowym ataku pozostaje ograniczona. I którego przyszłość jest już przesądzona – w mojej ocenie, most zostanie w ciągu najbliższych kilku-kilkunastu tygodni wyłączony z użycia. Próba generalna już się odbyła (a przykład bazy Engels pokazuje, jak kiepsko rosjanie uczą się na błędach i jak bardzo nie potrafią zabezpieczyć kluczowych obiektów).

Zaopatrywanie garnizonu krymskiego i oddziałów rozlokowanych na północ od półwyspu (przy założeniu, że te drugie w międzyczasie się nie podadzą, bądź nie wycofają, jak to miało miejsce na przyczółku chersońskim) spocznie wówczas na barkach lotnictwa i floty. Czy rosyjska logistyka poradzi sobie z takim wyzwaniem? Z pewnością będzie pod silną presją. Prawdę powiedziawszy, nie spodziewam się rychłego ukraińskiego uderzenia na Krym – gen. Załużny dysponuje zbyt szczupłymi siłami, by decydować się na lądową operację na półwyspie. Moim zdaniem, w najbliższych miesiącach Ukraińcy poprzestaną na izolacji tamtejszego garnizonu, czemu będą towarzyszyć próby paraliżowania dostaw przy użyciu dronów morskich i lotniczych (atakujących okręty i lotniska). Jeśli wachlarz możliwości ukraińskiej armii powiększą zachodnie samoloty i precyzyjne pociski rakietowe dalekiego zasięgu, Krym będzie „pozamiatany” bez konieczności krwawych walk.

A co na to wszystko rosjanie? Oni również nie będą mieli wyjścia i wiosną rozpoczną kolejną wielką ofensywę – na północy. Ale o tym w kolejnej części tekstu.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Bachmut

Zerknąłem na profil mojego „ulubionego” prorosyjskiego aktywisty medialnego – by zorientować się w nowych trendach, jakie obowiązują w przekazie moskali „na Polskę” (a nie zawsze są one tożsame z tym, co serwowane jest przez rosjan na użytek wewnętrznej propagandy). No i czytam, że „krwawa bitwa o Bachmut pochłania kolejne ofiary, oprócz tysięcy Ukraińców ostatnio zginęło wielu ochotników/najemników z innych państw, w tym pięciu Gruzinów oraz dwóch Polaków i obywatel Stanów Zjednoczonych”. Potem jest cytat za brytyjskim Telegraphem (tytuł i lead artykułu z 9 grudnia): „Wewnątrz miasta Bachmut: Dziwna i bezsensowna śmiertelna pułapka, wysysająca wyczerpaną armię Ukrainy. Miasto widziało setki zabitych lub rannych każdego dnia w krwawych frontalnych atakach, ale ma niewielkie znaczenie militarne”. I tyle. Czytelnik zostaje z przekonaniem, że Bachmut to „maszynka do mielenia mięsa” dla Ukraińców i zagraniczniaków. Coś mu nie gra w przekazie, gdy czyta o ledwie ośmiu poległych ochotnikach, no ale zaraz potem dostaje fragment z zachodniej prasy, gdzie kilka przymiotników potęguje nastrój grozy. Żaden z tego majstersztyk, ale dobre zagranie, generalnie wpisujące się w linię kremlowskiej propagandy, która opisuje bachmuckie zmagania w kategoriach epickiej bitwy, decydującej o losach „operacji specjalnej” (gdzie „tamci”, co oczywiste, ponoszą dużo większe straty niż „my”).

Jeśli w ogóle opisuje – tu bowiem potrzebne jest istotne zastrzeżenie. Ukraina wciąż pozostaje „na propsie” w rosyjskiej telewizji i Internecie, ale coraz częściej zastępują ją inne tematy. rosjanie, zamiast wieści z frontu, dostają paszkwilanckie artykuły o zgniłym i upadającym Zachodzie, mogę też sobie – w „prajmtajmie” – posłuchać wróżek i wróżów. Jest w tym sporo znamiennej dekadencji, ale ja dziś nie o tym.

Wróćmy do bitwy o Bachmut i jej medialnych odsłon. Artykuł z Telegrapha nie jest „wypadkiem przy pracy”. Ponure w wymowie teksty ukazują się w wielu innych tytułach w Polsce i w pozostałych krajach zachodniej wspólnoty. Niemal kropka w kropkę przypomina to olabożny nastrój z czasów walk o Siewierodonieck, które też skrwawiały Ukraińców i miały doprowadzić do ich spektakularnej porażki. Rosyjskie i „nasze” media grały tu w jednej drużynie, choć zakładam, że intencje były inne (w przypadku „naszych” chodziło zapewne o źle wyrażaną troskę oraz o clickbait – nie pokuszę się o stwierdzenie, co w tej parze było ważniejsze). Jak się skończył „Siewierodonieck”, wiemy – dość wspomnieć, że był to ostatni sukces rosjan, który na tyle zdziesiątkował najeźdźczą armię, że utraciła inicjatywę operacyjną na froncie. Od tego czasu rosjanie tylko przegrywają, a wąziutki bachmucki odcinek frontu jest jedynym, gdzie próbują jeszcze atakować.

I czynią to z determinacją. Presja na Bachmut nasiliła się dwa miesiące temu, ale zasadniczo walki o miasto trwają już od maja. W tym czasie oddziałom rosyjskim udało się przesunąć linię frontu o… 12,5 km. Za jaką cenę? Dzienne rosyjskie straty oscylują wokół 500 zabitych i rannych, mniej więcej jedna trzecia z tego przypada na odcinek bachmucki. To dużo, a w liczonej tygodniami perspektywie czasowej bardzo dużo. Biorąc pod uwagę skalę rosyjskiego zaangażowania w Ukrainie – dość, by uczynić Bachmut drugim Siewierodonieckiem, w czym kryją się intencje ukraińskiego dowództwa. Walery Załużny nie toczy samobójczego boju, ale robi to, na czym on i jego podwładni znają się najlepiej – wykrwawia rosjan. Oczywiście, ponosząc straty, ale nie są one wyższe od rosyjskich. I być nie mogą, wszak to rosjanie dokonują frontalnych ataków, a ich walce artyleryjski – jakkolwiek zgładził już niemal całą materialną powłokę Bachmutu – non stop się zacina, bo Ukraińcy skutecznie paraliżują dostawy amunicji, ładując himarsami po rosyjskich tyłach. No i ów walec „zawsze” był przereklamowany – bił gęsto, lecz na oślep, po pozycjach, które na czas nawały były (i są) przez obrońców opuszczane. Jeśli więc giną tysiące – jak chce tego przywołany na wstępie aktywista – to rosjan, rzucanych do co rusz ponawianych ataków (i to przy założeniu, że patrzymy na bitwę od jej początku, nie zaś na kilkudniowy wycinek).

Giną w okolicznościach, które przypominają pierwszowojenne zmagania, kiedy zdobycze terytorialne usiłowano osiągać przy użyciu ludzkiej masy. Co zresztą jest jedynym uprawnionym porównaniem do czasów Wielkiej Wojny. Mówienie o Bachmucie jako o współczesnym Verdun to nadużycie. Wiem, że zdjęcia wypalonych kikutów drzew czy zalanych błotem okopów uwalniają wyobraźnię, ale nie – nie ta skala, nie ta śmiertelność, nie to natężenie walk (podczas 10 miesięcy zmagań pod Verdun, w które zaangażowanych było 1,8 mln żołnierzy – a niemal 700 tys. zginęło (!) – wystrzelono 36 mln pocisków artyleryjskich; mniej więcej 120 tys. dziennie). Ale wróćmy do częściowo zasadnej analogii – „raszyn-stajl” sprowadza się do pchania w „ukraińską paszczę” kolejnych fal źle wyposażonych i niedoszkolonych „mobików”. Ich jedynym zadaniem jest przyjęcie na siebie ukraińskiego ognia, by tym samym zużyć zapasy obrońców, samych obrońców, a jednocześnie zdemaskować ich pozycje ogniowe. Za „mięsem” poruszają się lepiej wyekwipowane i wyszkolone oddziały wagnerowców – i to one, choć przecież też nie bez strat, odpowiadają za rosyjskie „sukcesy”.

Taka taktyka – z jej fatalną relacją między kosztem a zyskiem – nie mieści się w głowach zachodnich wojskowych. Zwłaszcza że ewentualne korzyści operacyjne wynikłe z zajęcia ruin Bachmutu nie będą wielkie. W mediach mówi się o mieście jako o bramie do Kramatorska i Słowiańska, jakby teren między tymi miejscowościami był spacerówką, a nie obszarem od dawna przygotowanym do obrony, zaś ćwierć milionowa kramatorsko-słowiańska aglomeracja wioseczką, którą bierze się z marszu. Tymczasem nawet jeśli rosjanie zdobędą Bachmut, dalej nie pójdą, bo zabraknie im sił.

Po co więc tak uporczywie walczą o miasto? Odpowiedź wymyka się porządkowi wojskowemu, mieści się bowiem w porządku politycznym i propagandowym. Najeźdźcy – po całej serii upokarzających porażek – niczym powietrza potrzebują j a k i e g o k o l w i e k zwycięstwa. putin chciałby pochwalić się przed narodem zdobyciem bachumuckiej twierdzy jeszcze przed końcem roku. Koszty nie grają roli. Swoją drogą zobaczcie, z jakim upadkiem mamy do czynienia. Rzekomo druga armia świata za swój wielki sukces uzna przejęcie miasta wielkości Suwałk. Przy założeniu, że je zdobędzie.

Bo czy zdobędzie? Dla Ukraińców walki o Bachmut nie są sprawą życia i śmierci. Trudna sytuacja broniących się tam oddziałów nie jest trudną sytuacją całej ukraińskiej armii. Bachmut jest jak magnes, który ma przyciągać co „aktywniejsze” opiłki rus-armii. To niewdzięczna rola, ale dzięki niej sztabowcy gen. Załużnego mogą poświęcić uwagę innym odcinkom frontu – ługańskiemu i zaporoskiemu. Na którymś z nich dojdzie niebawem do kolejnej kontrofensywy.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Przy tej okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Magdalenie Kaczmarek, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Piotrowi Maćkowiakowi, Przemkowi Piotrowskiemu, Tomkowi Lewandowskiemu, Przemkowi Klimajowi i Tomaszowi Frontczakowi. A także: Szymonowi Jończykowi, Mateuszowi Jasinie, Remiemu Schleicherowi, Miko Kopczakowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Bernardowi Afeltowiczowi, Justynie Miodowskiej, Łukaszowi Kotale, Jarosławowi Grabowskiemu, Bożenie Bolechale, Aleksandrowi Stępieniowi i Monice Kołakowskiej. Ponadto: Marii Ryll, Dariuszowi Pietrzakowi, Juliuszowi Zającowi i Katarzynie Byłów.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatnich siedmiu dni: Pawłowi Gralakowi, Michałowi Baszyńskiemu, Robertowi Wasiakowi oraz Czytelniczce o imieniu Ania. Ponadto: Piotrowi Mrawikowi, Agnieszce Stepaniak, Beacie Baranowskiej, Czytelnikowi posługującemu się nickiem wbardzinski, Czytelnikowi o imieniu Stefan oraz Piotrowi Dopierale.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały. Raz jeszcze dziękuję!

Nz. Ukraińska artyleria w walkach o Bachmut/fot. Sztab Generalny Ukraińskich Sił Zbrojnych

Racjonalność

Nie cichną echa wczorajszej zapowiedzi szefa rosyjskiego MON siergieja szojgu. Nic w tym dziwnego – oddanie Chersonia i ucieczka na wschodni brzeg Dniepru to wydarzenie porównywalne z wycofaniem się ruskich z północy Ukrainy wiosną tego roku. Wtedy też pierwszym doniesieniom towarzyszyły nieufność i sceptycyzm; trzeba było kilku dni, by zorientować się, że orki rzeczywiście dają nogę.

Wielu obserwatorów doszukuje się drugiego dna. Rosyjskiej pułapki polegającej na rzekomym opuszczeniu miasta, by wciągnąć weń ukraińskie oddziały, które następnie zostaną zdziesiątkowane. W tym scenariuszu w Chersoniu pozostały w ukryciu liczne rosyjskie jednostki, na wschodnim brzegu zaś przygotowywane jest silne uderzenie.

Nie mam złudzeń, że Chersoń kryje w sobie mnóstwo „niespodzianek”. Że gdy już wejdą tam Ukraińcy, konieczne będzie sprawdzenie domu po domu; w wielu zapewne kryją się miny-pułapki. Każdy odwrót produkuje maruderów, więc i tacy znajdą się na mieście. Większość się podda, część – zdemoralizowana i uzbrojona – może stanowić zagrożenie. Ale to, w mojej ocenie, wszystko. Innych ryzyk nie ma, rosjanie nie są obecnie zdolni do niczego poza wycofaniem i towarzyszących mu działań opóźniających.

Tak naprawdę wykazują się w tym momencie niepokojącym mnie pragmatyzmem. Już wyjaśniam dlaczego.

Przyczółek na zachodnim brzegu Dniepru został de facto odcięty od reszty rosyjskich wojsk – ukraińska artyleria zdewastowała przeprawy, zarówno te stałe, jak i zaimprowizowane. Brak możliwości regularnego zaopatrzenia sam w sobie jest dramatem. A byłoby jeszcze gorzej, gdyby także część wojsk na wschodnim brzegu została odcięta. rosjanie obawiają się ukraińskiego uderzenia „od góry”, z rejonu Zaporoża, na Melitopol, może Berdiańsk, w każdym razie w kierunku Morza Azowskiego. Rozcięłoby ono rosyjski korytarz lądowy z Krymu do rosji, w kotle między Chersoniem a Melitopolem zamykając kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy. Przeszkody naturalne – rozlewisko Dniepru na północy, linia rzeki na zachodzie, oba morza (Czarne i Azowskie) na południu – ułatwiałyby Ukraińcom zadanie. Wąziutkie połączenie z Krymem z pewnością nie wystarczyłoby do utrzymania odpowiednio „gęstych” linii zaopatrzenia, co oznaczałoby zagładę wziętych w kleszcze rosjan.

O ukraińskim uderzeniu ze wskazanego rejonu mówi się już od jakiegoś czasu. Spodziewano się, że nastąpi w drugiej połowie listopada, gdy skończy się jesienna odsłona rasputicy. Odwrót za Dniepr pozwala rosyjskiemu dowództwu na zacementowanie obrony wzdłuż rzeki aż po okolice Zaporoża i dalej na wschód równolegle do północnej krawędzi wyrąbanego wiosną korytarza. Co istotne z perspektywy rosjan, będą mogły to uczynić doborowe formacje – jednostki powietrznodesantowe, dotąd trzymane w Chersoniu. Rozkaz szojgu może zatem być próbą pokrzyżowania szyków Ukraińcom. Na ile skuteczną, boję się oceniać (choć wierzę, że gen. Załużny i spółka mają nie tylko plan B, ale i C i D).

Jako się rzekło, trochę mnie ta rosyjska racjonalność niepokoi. Bo stoją za nią trzy możliwe scenariusze:

putin nadal dowodzi. Wciąż pozostaje dyletantem, ale ten jeden raz dał się przekonać mądrzejszym generałom, że warto oddać trochę ziemi, by nie ponieść jeszcze większej klęski. Ów przebłysk mądrości to zła wiadomość, ale Hitlerowi również zdarzało się podjąć dobre decyzje, choć zasadniczo nadal ręcznie sterował armią, z wiadomym skutkiem. Spluńmy ze złością, pozostając przy nadziei, że kolejne „genialne” pomysły cara zniwelują osiągnięte korzyści.

putin stracił kontrolę nad wojskiem. Nominalnie pozostaje głównodowodzącym, ale decyzje podejmują fachowcy, realnie oceniający możliwości armii rosyjskiej. Co w dalszej perspektywie może przynieść deeskalację, ale równie dobrze może oznaczać kontynuację wojny, prowadzonej przez rosjan z większą rozwagą.

putin niczego nie stracił, ale „odzyskał rozum” i delegował kompetencje na wojskowych. Co niesie konsekwencje identyczne do tych ze scenariusza numer dwa.

Jest więc we mnie więcej ostrożności niż radości, co nie zmienia faktu, że uchronienie Chersonia przed wyniszczającymi walkami miejskimi to dobra wiadomość niezależnie od okoliczności.

Szanowni, Facebook obdarował mnie 6-dniowym banem – za zamieszczenie screena listu od Czytelnika, gdzie pada przymiotnik „kacapskiej”.

Odwołałem się, bezskutecznie. Do wtorku włącznie możecie mnie czytać na blogu, na Patronite, zajawki materiałów pojawią się też na moich kontach na Twitterze i Instagramie.

A jeśli chcecie mnie w pisaniu wesprzeć, będę szczerze zobowiązany. Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Nz. Czołg ukraińskiej armii/fot. Sztab Generalny Ukraińskich Sił Zbrojnych

Wytrwają?

– Lód u nas twardy jak chuj – umorusany ukraiński żołnierz zaśmiał się rubasznie. – Nie tak łatwo go skruszyć.

Odwzajemniłem uśmiech. Staliśmy na brzegu jeziora, przy którym zbudowano umocnienia. Tuż obok nas – w miejscu, gdzie zbiornik zwężał się do kilkunastu metrów – znajdował się most, będący częścią tak zwanej „drogi życia”. Prowadzącej na północ szosy, łączącej nieodległe Debalcewe z zasadniczym terytorium Ukrainy. Na zachodzie, południu i wschodzie rozciągały się pozycje rebeliantów i rosjan, których artyleria grzmiała teraz złowrogo.

Lód rzeczywiście był twardy. Dopiero seria kilku rakiet, które upadły obok siebie, skruszyła zamarzniętą skorupę. A i tak krater sprawiał niepozorne wrażenie – aż trudno było uwierzyć, że stworzyły go siejące spustoszenie Grady.

– Lód twardy jak chuj – powtórzył żołnierz. – Jak my – dodał.

Skrzywiłem usta i nic nie powiedziałem. A kilkadziesiąt minut później – gdy na posterunku zjawiła się kolejna zmiana – zapytałem jednego z wojskowych:

– Wytrzymacie?

– Widzisz brat, zmobilizowali nas na wiosnę, mają zwolnić w marcu, może kwietniu – żołnierz imieniem Walery westchnął głośno. – To jeszcze parę tygodni, a my jesteśmy tak bardzo zmęczeni…

Działo się to zimą 2015 roku. Czym innym była wówczas ukraińska armia, inne też było ukraińskie państwo. Słabsze, dużo słabsze.

Lecz obawy związane z tym, ile Ukraina i jej siły zbrojne jeszcze wytrwają, obecne są i dziś, a w ostatnim czasie – sądząc także po Waszych komentarzach – jest ich coraz więcej. „Bo ileż można…?”, konstatujecie ze smutkiem.

Nie znam konkretnej odpowiedzi na to pytanie. Odwołując się do swojej wiedzy i doświadczenia mogę tylko stwierdzić, że straty na poziomie 30 tys. zabitych, 60 tys. rannych – jakkolwiek są znaczące – nie powinny zagrozić dalszemu funkcjonowaniu ukraińskiej armii. We wszystkich formacjach mundurowych służy tam niemal milion ludzi, mówimy zatem o utracie 10 proc. personelu. To nie jest poziom, przy którym winny się odpalić „czerwone lampki”, o początkach zapaści moglibyśmy mówić, gdyby straty były trzykrotnie wyższe. Gwoli ciekawostki, gdy Polacy ruszali do Iraku w 2003 roku, przygotowujący założenia operacji gen. Mieczysław Cieniuch, założył straty na poziomie 2,5 proc. – w misji formalnie stabilizacyjnej, którą zresztą przez większość czasu była. W Ukrainie tymczasem mamy do czynienia z pełnoskalową wojną.

Co istotne, ukraińskie dowództwo wyciągnęło wnioski z doświadczeń na Donbasie. Nie ma mowy o trzymaniu miesiącami żołnierzy na pierwszej linii. Co do zasady obowiązuje mechanizm rotacji – oddziały wymieniają się co kilka tygodni. To jedna z zasadniczych przewag armii ukraińskiej nad rosyjską – ta druga walczy tak źle także dlatego, że zbyt wielu żołnierzy tkwi na froncie po trzy-cztery miesiące. A przy takim natężeniu walk to niszczące dla psychiki.

Więc jeśli pytacie mnie o perspektywy ukraińskiego oporu… – sądzę, że podwładni gen. Załużnego jeszcze długo będą w stanie nie tylko podejmować zbrojny opór, ale też kontynuować działania zaczepne. Nie czynnik ludzki mnie martwi, a materiałowy. I, umownie rzecz ujmując, polityczny.

Lecz rzeczywistość daje nadzieję. Spójrzmy bowiem na kwestię irańskich bieda-dronów. Szahidy miały zasypać Ukrainę, najpierw kluczowe elementy systemu obronnego, później infrastrukturę. I co? I podziały się ciekawe historie, w efekcie których dronów wcale już tak dużo nie przylatuje, a w ostatnim czasie trzy czwarte z nich zostaje strąconych. Ukraińcy nauczyli się z Szahidami walczyć, to raz. Pomogły w tym informacje wywiadowcze z Izraela, który był pierwotnym celem irańskich maszyn, i który – z typową dla siebie zapobiegliwością – rozpracował możliwości tej broni; to dwa. Trzy, Zachód zintensyfikował dostawy nowoczesnych systemów przeciwlotniczych, ba, nawet Izrael – choć milczy jak grób – posłał do Ukrainy dedykowane do strącania dronów zestawy. Cztery, rosjanie mają kłopot z kolejnymi dostawami Szahidów – i tu znów kłania się Izrael, który przeflancował montownię tego badziewia w Syrii. Dlaczego w Syrii?, spytacie. Ano Szahidy szły do rosji przez Syrię właśnie. Moskwa obsesyjnie zaprzecza, że bierze drony od Iranu – Szahidy mają być rosyjskiej produkcji. Powody są dwa – prestiżowy (no jak to, wielka rosja kupuje broń w Iranie…?) oraz prawny, tego typu zakupy są bowiem złamaniem embarga narzuconego Teheranowi. No więc nic z Iranu bezpośrednio do rosyjskiej armii nie trafiało, ale przez Syrię – do której rosja utrzymuje most powietrzny, a gdzie Irańczycy panoszą się jak u siebie – to i owszem. Do czasu, aż do gry weszło (w zeszłym tygodniu) izraelskie lotnictwo. I zniszczyło 80 proc. irańskiej infrastruktury wojskowej w Syrii.

Wróćmy do wyliczanki i punktu numer pięć – kilkanaście dni temu Ukraińcy zabili irańskich instruktorów, szkolących rosyjskich operatorów. Śniadolicych panów trafiła rakieta; w precyzji ostrzału zapewne również maczali palce Żydzi, którzy speców od ajatollaha starają się nie spuszczać z oczu. A już z pewnością to Mossad zabił przedwczoraj dwóch irańskich oficerów odpowiedzialnych za dostawy Szahidów do rosji (panowie zginęli w Iranie, zastrzeleni przez „nieznanych sprawców”).

Tak oto irańskie drony przestają być rosyjskim atutem w wojnie z Ukrainą. W czym pomagają także zewnętrzni gracze. Póki Ukraińcy mają takich sojuszników – dzielących się sprzętem, know-how i danymi wywiadowczymi, czasem też robiących coś ekstra – póty wytrzymają. I pokonają to ruskie zło, które wbrew utartym schematom, wcale nie jest twarde jak… lód.

—–

Nz. Wspomniane jezioro i krater. No i mój rozmówca od twardego lodu/fot. własne

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to