Mobilizacja

A zatem eskalacja – wieszczą niektórzy po dzisiejszym wystąpieniu Putina. Owszem, ale… pozorna, biorąc pod uwagę przewidywalne skutki.

Bo tak, ogłoszenie częściowej mobilizacji daje państwu więcej uprawnień do stosowania przymusu. Trudniej będzie wymigać się od poboru, wczorajsze zmiany w prawie wprowadzone przez Dumę dodatkowo temu pomogą. Ale nie zmienia się nastawienie rosjan do tej wojny – rzeczywiste, nie deklaratywne – i oni jak nie chcieli, tak nie zechcą walczyć. Widzieliśmy to wczoraj w metadanych – w gwałtownym skoku wyszukiwań treści na temat możliwości uniknięcia wojska i wyjazdu z rosji.

Zatem w mojej ocenie pobór mobilizacyjny będzie miał co najwyżej mocno ograniczone „osiągnięcia”. Oczywiście, te kilkadziesiąt tysięcy dodatkowych sztuk mięsa armatniego wpłynie na sytuację na froncie. Ale jej jakoś dramatycznie nie zmieni.

Reszta (putinowskiego wystąpienia), to stara mantra: źli Ukraińcy, zły Zachód, konieczność wsparcia „swoich” w Donbasie, groźby użycia broni jądrowej.

Zapowiedź kontynuowania wojny? Tu też bez zaskoczeń – putin, z powodów, o których już tu pisałem, chce konflikt przeciągnąć przez zimę (częściowa mobilizacja ma mu w tym pomóc, bo na froncie jednostki liniowe mają po 40-50 proc. stanów i za chwilę nie byłoby kim walczyć).

Jak dla mnie to wystąpienia to pokaz NIE-mocy. Musimy ogłosić częściową mobilizację – mówi putin, tym samym przyznając się, że „operacja specjalna” leży i kwiczy. Wbrew przewidywaniom, nie zadeklarował przyjęcia DRL i ŁRL do rosji – dobrze wie, że nie byłby w stanie dać „republikom” odpowiednich gwarancji bezpieczeństwa. Nie bez znaczenia jest zapewne projekt legislacyjny z USA, przewidujący – w razie uznania przez moskwę wyników „referendów” – transfer 300 mld dol. rosyjskich aktywów, zamrożonych w Stanach, do… Ukrainy. Widmo takiej straty przywołuje putina do porządku, co skądinąd jest dobrą wiadomością, bo pozwala wierzyć w elementarną racjonalności reżimu.

Ale ten reżim jest schyłkowy – i słabo-silne wystąpienie putina najlepszym tego dowodem. Zauważcie, że znów skłamał, przekonując rosjan, że Ługanda jest już „wyzwolona”. Tymczasem od kilku dni harcują tam oddziały armii ukraińskiej. Luzer nie potrafi się do takich faktów przyznać…

Ps. Wystąpienie tego gamonia szojgu – który dał głos zaraz po putinie – najlepiej ilustruje, jaki to był cyrk. „Straciliśmy 6 tys. zabitych”, mówi minister obrony i zaraz potem dodaje: „Mobilizacja obejmie 300 tys. osób”. Czy ktoś tym durniom jeszcze wierzy?

PS. Za Lotnictwo: „Dzisiejsze ogłoszenie w Rosji mobilizacji wojskowej pozytywnie wpłynęło na ożywienie rynku przewozów lotniczych tego kraju. Samoloty na połączeniach międzynarodowych zaczęły zapełniać się pasażerami do ostatniego miejsca. W kilka minut po przemówieniu prezydenta Putina, w którym ogłosił częściową mobilizację rezerwistów, wszystkie bezpośrednie bilety na 21 września do Stambułu i Erewania zostały wyprzedane.

Jak informuje serwis Aviasales, również w kolejnych dniach zabraknie biletów na bezpośrednie loty z Rosji do Armenii lub Turcji. Za to wciąż istnieje możliwość wykupienia lotu do Dubaju, a dopiero stamtąd do Stambułu. O godzinie 10:30 zostało tylko kilka wolnych miejsc na bezpośrednie loty z Moskwy do Turcji, jednak z terminem wylotu pod koniec bieżącego tygodnia”.

Zobaczy putler te 300 tys. zmobilizowanych jak świnia niebo…

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Deklaracje

Panowie szojgu i putin mają lada moment wygłosić jakieś ważne oświadczenia. Prawdopodobnie będą one dotyczyć „referendów” – i tego, że Moskwa chętnie, a jakże i w ogóle, wesprze swoich braci w mowie, i w razie „społecznego mandatu” przygarnie na łono matuszki rassiji wschodnio-ukraińskie „republiki”. Obecność szojgu każe przypuszczać, że padną jakieś militarne zapowiedzi. Mówi się, że reżim planuje uciec do przodu i ogłosi stan wojenny oraz mobilizację.

Nim dacie się przestraszyć wizją „no to teraz ruskie się rozkręcą; rzucą do walki milionową armię”, chciałbym Was uspokoić. Nim rzucą do walki, muszą:

  • z powodzeniem przeprowadzić mobilizację;
  • odpowiednio wyekwipować nowe oddziały;
  • odpowiednio je przeszkolić.

Tymczasem…

O zebraniu odpowiedniej ilości sprzętu – i o tym, że nie jest to możliwe przy zachowaniu elementarnej jakości – już pisałem.

Odpowiednie szkolenie to pół roku; Ukraińcy dopiero teraz wprowadzają do walki brygady, których formowanie rozpoczęło się zaraz po inwazji. Czynią to po przejściu pełnego cyklu szkoleń. O tym, że ma to sens, przekonaliśmy się podczas niedawnej ofensywy pod Charkowem. O tym, że wprowadzanie do boju na szybko organizowanych oddziałów – bez uprzedniego ich zgrania, ba, bez elementarnych szkoleń dla pojedynczego żołnierza – nie ma sensu, przekonują koszmarne rosyjskie straty i generalne niepowodzenia wszędzie tam, gdzie pojawiają się ochotnicy (i „ochotnicy”).

Co zaś się tyczy mobilizacji – przedsmak za nami. I wcale nie mam na myśli kulawej kampanii rekrutacyjnej, która w ostatecznym rozrachunku trafia co najwyżej do wykolejeńców. Jak pamiętacie, wiosną rozpoczął się w rosji pobór. To w gruncie rzeczy była mobilizacja (analogicznie jak u nas w czasach obowiązkowej zasadniczej służby wojskowej), z tą różnicą, że dotyczyła konkretnych roczników. Wedle planów, od kwietnia do połowy lipca miano zmobilizować 150 tys. mężczyzn. Nim dane utajniono, pod koniec czerwca, wiadomo było, że plan w skali kraju udało się zrealizować w… 26 procentach. W kamasze poszło 40 tys. poborowych. Gros młodych ludzi dało nogę z kraju, ci którzy zostali w rosji, na głowie stawali, by nie założyć munduru.

I dla przykładu – w Samarze do służby stawiło się 100 na 3200 poborowych, w regionie woroneskim – także stu na 2800. Niżny Nowogród zrealizował plan poboru w 44 proc., w Tule do armii zgłosił się co trzeci rekrut.

Kilkanaście dni temu rosyjski urząd statystyczny Rosstat podał, że w pierwszym półroczu z rosji wyjechało (nie w celach turystycznych, a na dłużej) 419 tys. osób. To ponad dwa razy więcej niż w tym samym okresie poprzedniego roku. Pierwszy raz w historii rosji po 1991 roku więcej osób wyemigrowało, niż imigrowało. Imigrantów – głównie z dawnych republik sowieckich – było 322 tys. Tradycyjnie przybyli oni do rosji w poszukiwaniu pracy (mimo zachęt skierowanych do tego środowiska – m.in. obietnicy szybkiego uzyskania obywatelstwa – nie stało się ono rezerwuarem rekrutacyjnym).

– 76 proc. poparcia dla wojny to poparcie z kanapy? Zwolennicy wojny nie są gotowi pójść i umrzeć za ojczyznę?” – pyta Lwa Gudkowa, socjologa z Centrum Lewady Masza Makarowa, rosyjska dziennikarka mieszkająca w Polsce (w rozmowie dla OkoPress).

– Oczywiście, że nie są – odpowiada Gudkow. – Jest to znane i stabilne zjawisko. W 2014 roku, kiedy w Donbasie odbywała się próba powtórzenia tego, co stało się na Krymie, pytaliśmy „Czy Pan/Pani jest gotowy/gotowa pojechać tam, by walczyć?” albo: „Czy Pan/Pani zgadza się, by syn, mąż, brat pojechał tam, by bronić Rosjan w Donbasie?” Albo jeszcze inaczej: „Czy Pan/Pani jest gotowy/gotowa ponieść koszty aneksji Donbasu?” Gotowych czysto deklaratywnie było od 3 do 5 proc. A reakcja innych to: „Ale co to ma wspólnego ze mną? Dlaczego ja mam być za to odpowiedzialny?”. Wsparcie na słowach i aktywne uczestnictwo to różne płaszczyzny świadomości.

Innymi słowy wowa, czego byś nie zrobił, to jeb…e.

—–

Nz. Czołg ukraińskiej armii – jeden z tych, którego załoga miesiącami przygotowywała się do walki/fot. Sztab Generalny Ukraińskich Sił Zbrojnych

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Rasputica

Pytacie, co dalej/jak potoczy się sytuacja na froncie, po ewidentnym przyśpieszeniu, z jakim mieliśmy do czynienia w ostatnich tygodniach. Odpowiem Wam, przyjmując na chwilę perspektywę rosyjskich generałów, którym zostało… modlić się o deszcz. O błoto, a później mróz (mam nadzieję, że Wojtek Jagielski nie będzie miał mi za złe tej parafrazy tytułu jego książki).

W języku rosyjskim warunki pogodowe sprzyjające powstawaniu błota doczekały się własnej nazwy: распу́тица (pol. rasputica). To swoisty dowód uznania dla skutków wywoływanych przez rasputicę. W ZSRR zjawisko to odcinało od świata około 40% wiosek położonych w europejskiej części kraju. Potężne imperium aż po swój kres nie było w stanie zbudować przyzwoitej sieci dróg, w związku z czym dwa razy do roku gruntowe w większości szlaki stawały się trudno lub w ogóle nieprzejezdne. Po rozpadzie ZSRR sytuacja nie uległa istotnym zmianom – rasputica nadal dokucza rosjanom, Ukraińcom i Białorusinom. Ta jesienna, wywołana intensywnymi opadami deszczu, rozpoczyna się w połowie października, kończy miesiąc później wraz z pierwszymi mrozami, kiedy wilgotna ziemia zamarza na głębokość metra. Podczas roztopów następuje rasputica wiosenna, groźniejsza z powodu wody uwięzionej w glebie. Jej wytopienie rozmiękcza grunt, co prowadzi do powstania grząskiego błota, głębokiego nawet na kilkadziesiąt centymetrów.

W marcu tego roku w takim błocie utopiło się mnóstwo rosyjskich czołgów, biorących udział w inwazji na Ukrainę. Świat obiegły wówczas zdjęcia porzuconych wozów, będące kolejnym dowodem fatalnej jakości planowania w rosyjskiej armii. Rasputica nie powinna była zaskoczyć rosjan – żyją z nią od wieków. Generałowie z Moskwy doskonale też wiedzieli, że na obszarze między Ukrainą a Białorusią dominują bagna i mokradła. I że podczas odwilży teren ten będzie w większości nieprzejezdny. Jeśli chcieli zacząć wojnę zimą, należało to uczynić do połowy lutego, podczas największych mrozów. Atak tymczasem nastąpił kilkanaście dni później, na najbardziej priorytetowym kierunku wiodąc przez „królestwo rasputicy”. Media ochrzciły ją wtedy kolejnym określeniem – jednego z „czterech jeźdźców armii ukraińskiej”, obok pocisków Javelin i Stinger oraz platform społecznościowych (gdzie Ukraińcy toczą skuteczną wojnę informacyjną).

Rasputica obnażyła jeszcze inną słabość rosyjskiego wojska – fakt iż korzysta ono z kiepskiej jakości ogumienia. Przekłada się to na poważne kłopoty z transportem i logistyką – tym większe, im bardziej nie dopisuje pogoda. W czasach radzieckich przemysł oponiarski produkował solidne opony, sprawdzające się w każdych warunkach atmosferycznych. Ale to już pieśń przeszłości, odległa także z powodu sankcji gospodarczych, uniemożliwiających rosji import niezbędnych narzędzi i komponentów do produkcji. W praktyce oznacza to, że Ziły i Kamazy jeżdżą na oponach importowanych z zaprzyjaźnionych krajów. W użyciu są m.in. chińskie „gumy” YS20, czyli kiepska kopia doskonałej skądinąd wojskowej opony Michelin XZL. W porównaniu z oryginałem, podróbka ściera się setki razy szybciej. Zwykle wystarcza na pojedynczy przejazd z bazy logistycznej w rosji do oddalonego o kilkadziesiąt kilometrów zgrupowania własnych wojsk. rosjanie korzystają też z białoruskich opon Bel-95. Zakładają je np. na ciężarówki będące nośnikami niezwykle kosztownych systemów przeciwlotniczych Pancyr. W marcu br. jeden z takich Kamazów nie był w stanie samodzielnie wydostać się z błotnej pułapki. Wóz rosjanie porzucili, Ukraińcy puścili go z dymem.

Nie tylko w ocenie mediów, ale i zdaniem wojskowych analityków, pogoda i wywołane nią komplikacje w sposób istotny przyczyniły się do ukraińskiego zwycięstwa w bitwie o Kijów. Wiosenna rasputica zagrała wtedy w jednej drużynie z Ukraińcami. Komu przysłuży się ta jesienna? Ukraińska kontrofensywa w obwodzie charkowskim z początku września oraz wcześniejsze „mielenie” rosyjskiego zaplecza logistycznego i systemu dowodzenia przy użyciu precyzyjnych systemów artyleryjskich (głównie Himarsów), sprawiły, że na froncie rosjanie stracili inicjatywę operacyjną. Nadal, przy użyciu broni strategicznej, mogą razić cele w całej Ukrainie, bez większego ryzyka symetrycznej odpowiedzi. Tyle że nie przekłada się to na sytuację ich wojsk bezpośrednio zaangażowanych w walkę. Obecnie są one w stanie prowadzić niemal wyłącznie operacje obronne (w skali frontu pojedyncze akcje zaczepne nie mają większego znaczenia). Od chwili szokującej porażki pod Charkowem rosyjscy generałowie modlą się o deszcz i błoto, zakładając, że dzięki temu ukraińska presja ulegnie wyhamowaniu. A to pozwoli im przegrupować wojsko, uzupełnić stany osobowe i zapasy. Z tym jednak może być niemały problem, bo po rosyjskiej stronie linii frontu w Donbasie jest niewiele solidnych szlaków komunikacyjnych. Z konieczności więc uzupełnienia będą musiały pójść głębszym zapleczem, przez tereny rosji – co istotnie wydłuża drogę.

Na tym etapie wojny wydaje się, że Kreml chce ją przeciągnąć przez zimę. Licząc, że niskie temperatury dadzą się we znaki zachodnim Europejczykom. Zmarznięci obywatele Unii zażądają od swoich rządów powrotu do taniej rosyjskiej energii, co będzie możliwe tylko po uprzednim zawieszeniu wsparcia wojskowego dla Ukrainy. A odcięci od „zachodniej kroplówki” Ukraińcy nie będą w stanie długo się bronić. I tak pogoda znów ocali rosję, kalkuluje putin. Rasputica to jedno, ale i generał Mróz ma przecież niemałe w tym zasługi…

Obyś się gamoniu po raz kolejny przeliczył!

—–

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Ból

Ależ ich to boli – ta porażka w charkowszczyźnie. Mam na myśli naszych użytecznych idiotów – cyfrowych aktywistów, usiłujących rozpowszechnić (pro)rosyjską narrację w mediach społecznościowych. Tłumaczę gamoniom, że to ból fantomowy, po czymś, czego dawno już nie ma – po potędze „anałoga-w-miru-niet” ruSSarmii.

Zjawisko jest oczywiście szersze, w największym natężeniu występuje w rosyjskiej info-sferze. Widać, że minął już pierwszy szok, przyszła trudna akceptacja dla faktów, której towarzyszy szukanie wyjaśnień (co oznacza również typowanie winnych). Są pytania „co teraz?” i odpowiedzi, z których zwykle wynika, że rosjanie nadal wierzą w możliwości swojej armii („klęski spadają na wszystkich, my potrafimy się z nich podnosić”). W związku z tym sporo jest nawoływań do zemsty, „zmiecenia Ukrainy z powierzchni Ziemi”. Głosów rozsądku próżno szukać w ilościach, które mogłyby się przełożyć na jakąś istotną jakość – zdaje się, że większość rosjan, przynajmniej tych aktywnych cyfrowo, nadal pragnie wojny.

Wracając do racjonalizacji – „walczymy z całym NATO”, to jedna z najpopularniejszych. Jest w tym mocny rys rosyjskiego rasizmu i ksenofobii, bo przecież armia wielkiej rosji nie może przegrać z „chochołami”, wieśniakami ze stepów. Sojusz zatem wydaje się godniejszym przeciwnikiem – w końcu to mnóstwo państw (domyślnie, rozwiniętych i bogatych – ale takie słowa „porządnemu” rosjaninowi nie zejdą z klawiatury). Jest w tym myśleniu logiczna pułapka – a może zwykła niekonsekwencja? – bo przecież „my jesteśmy w stanie pokonać wszystkich!”, przekonywali nie tak dawno ci sami propagandyści, blogerzy, lokalne i regionalne „autorytety opinii”. Ale pal licho, nie o tym chcę pisać.

„Walczymy z całym NATO”, to takie nasze „gloria victis”/chwała pokonanym, z tą różnicą, że myśmy naprawdę przyjmowali łupnia (gdy popularyzowano to hasło) od dużo silniejszych. A rosja pod Charkowem?

Prawdą jest, że ukraińskie dowództwo na bieżąco otrzymywało informacje ze zwiadu satelitarnego, co najpierw pomogło wytypować słabsze punkty rosyjskiej obrony, a później – niemal w czasie rzeczywistym – pozwalało obserwować reakcje wroga;
Prawdą jest, że działania ofensywne poprzedziły gry wojenne, prowadzone z udziałem natowskiej generalicji, przy użyciu natowskich narzędzi cyfrowych. Że na etapie przygotowania Ukraińcy mogli „walić jak w dym” z prośbami o rady, sugestie czy krytykę – przede wszystkim do Amerykanów, ale i Europejczycy nie pozostali obojętni;
Prawdą jest, że na froncie znalazło się sporo pochodzącego z natowskich krajów sprzętu i uzbrojenia, w tym eks-polskie czołgi;

Ale też prawdą jest:
… że Ukraińcy użyli do ataku zaledwie czterech, wedle innych źródeł pięciu brygad, czyli nie więcej niż 20 tys. ludzi;
… że wsparcie lotnicze, jakim dysponowali, było skromne;
… że w ostatecznym rozrachunku okazało się, iż w obszarze ich działań (rozszerzanym w miarę postępów) przebywało niemal 40 tys. rosjan i separatystów;
… że (o czym pisałem już wczoraj) nie były to tylko II-rzutowe i tyłowe jednostki, ale także istotne elementy gwardyjskiej armii pancernej.

Idźmy dalej. W kontrofensywie owszem, użyto oddziałów Legionu Międzynarodowego, ale miażdżąca większość kontyngentu to rdzenni Ukraińcy (swoją drogą, ciekaw jestem, ilu wśród nich było obywateli Ukrainy rosyjskiego pochodzenia. Dostępny materiał filmowy pozwala stwierdzić, że rosyjskojęzyczni żołnierze to oczywista-oczywistość ukraińskiej armii – wspominam o tym także dlatego, że dobrze pamiętam początki wojny w Donbasie, kiedy w rejon „operacji antyterrorystycznej” Kijów wysyłał przede wszystkim wojskowych ze środkowej i zachodniej Ukrainy). Jest to zatem nade wszystko ukraińskie zwycięstwo, osiągnięte relatywnie niedużym nakładem sił, przy nieznacznym wsparciu NATO. Informacja jest diabelnie ważna na wojnie, to fakt, ale ostatecznie największy wysiłek i tak pozostaje udziałem tych z pierwszej linii. To oni sprawili, że 20 tys. rosjan uciekło aż za granicę, do matuszki, oddając w kilka dni teren wcześniej wywalczony w krwawych dwumiesięcznych bojach. O niebotycznych ilościach porzuconego przy tej okazji sprzętu już tu pisałem.

Co znamienne, to głównie sprzętu żałują rosyjscy „racjonalizatorzy”. I nie chodzi tylko o najnowszą technikę – a trzeba przyznać, że Ukraińcy zdobyli kilka ciekawych gadżetów do walki radio-elektronicznej – ale też o czołgi, wozy bojowe i wszelkiej maści pojazdy logistyczne. W rosyjskiej narracji nie ma tego tak dużo, ale na tyle dużo, by złościć się na „dozbrajanie NATO”. Skądinąd śmieszne jest to złorzeczenie, gdy patrzy człowiek na zdjęcie zdobycznego, 50-letniego T-62, który wygląda tak, jakby zaraz miał się rozlecieć. O czym zresztą napisałem jednemu gamoniowi, dodając z dziką satysfakcją – w nawiązaniu do słów putina – że NATO tak naprawdę jeszcze nie zaczęło i pewnie nigdy nie będzie musiało. Bo sami Ukraińcy – wsparci ułamkiem potencjału Sojuszu (ułamek podkreśliłem) – najpewniej załatwią sprawę.

A skoro o putlerze mowa. Dziś – jak zapewne wielu z Was – oglądałem też zdjęcia prezydenta Zełenskiego z jego wizyty w Izjumie, a więc w strefie przyfrontowej. Nie pierwszy to raz, gdy ukraińska głowa państwa wizytuje żołnierzy. A co w tym czasie robi rosyjska? Zaszyła się w Soczi, z dala od Moskwy, czyżby przed czymś/kimś uciekając? Tak czy inaczej, putin swych żołnierzy na froncie nie odwiedzi, tchórze takich rzeczy nie robią.

—–

Nz. Wołodymyr Zełenski w Izjumie/fot. Офіс Президента України

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Motłoch

Ukraińska kontrofensywa w obwodzie charkowskim wytraciła impet, przy czym nie jest to efekt działań armii rosyjskiej. Szalone tempo natarcia zużyło ludzi i środki materiałowe – odpoczynek i odbudowa zdolności bojowych stały się koniecznością. Nie znam dokładnych założeń planistów, ale wydaje się, że Ukraińcy zrealizowali najbardziej optymistyczny scenariusz. Analiza post factum wiedzie do wniosku, że pierwotnym celem było zajęcie Kupiańska – ważnego węzła logistycznego rosjan. W obliczu sypiącej się obrony – w wielu przypadkach panicznej ucieczki całych oddziałów – siły zbrojne Ukrainy poszły za ciosem. Skutkiem jest wyzwolenie niemal całości obwodu charkowskiego oraz liczne zdobycze sprzętowe (kilkadziesiąt czołgów, kilkaset innych pojazdów) i materiałowe (przede wszystkim amunicja). Wyeliminowano z walki półtora tysiąca rosjan i separatystów, z nieoficjalnych informacji wynika, że pojmano około tysiąca jeńców, w tym tuzin wyższych rangą oficerów.

Jednak największy sukces dokonał się w wymiarze symbolicznym i politycznym. Ukraina dowiodła, że jest w stanie przejąć inicjatywę operacyjną, skupiona wokół niej koalicja dostała czytelny sygnał, że pomoc wojskowa ma sens. Jak zauważają analitycy Ośrodka Studiów Wschodnich, sukces operacji charkowskiej „można określić mianem sojuszniczego – decyzje sztabowe wypracowywane były w oparciu o amerykańskie dane rozpoznawcze, a główną siłę przełamania zapewniały otrzymane od Polski czołgi”. Porażka na froncie solidnie podmyła filary kremlowskiej narracji mówiącej o konsekwentnym zwyciężaniu w wojnie („operacji specjalnej”). Zdezorientowani i przerażeni propagandyści w mniejszym bądź większym stopniu skapitulowali przed faktami, przyznając, że nie jest dobrze. Trudno na razie ocenić, jakie będą tego długofalowe skutki, niemniej już dziś widać, że „ogień” dotarł i do Moskwy. Znamienna jest w tym kontekście postawa Margarity Siemonian, naczelnej Russia Today. Ta zjadliwie antyukraińska ulubienica putina, nagle zatęskniła za wspólnym śpiewaniem rosjan i Ukraińców. Jej wpis w medium społecznościowym przesiąknięty był tanim i zapewne fałszywym sentymentalizmem, tęsknotą za czasami dawnej (sowieckiej) wspólnoty. „Czy nie mogłoby tak być znów?”, pytała.

Wracając do kwestii ściśle wojskowych – ukraińska kontrofensywa obnażyła słabość służb wywiadowczych rosji. Uderzenie na kierunku charkowskim zastało rosyjskich generałów „ze spuszczonymi portkami”. Spodziewali się presji przeciwnika na południu, w okolicach Chersonia, tymczasem tamto kontrnatarcie było jedynie pomocniczym i odwracającym uwagę. Wielokrotne zapowiedzi Ukraińców, że ruszą na Chersoń oraz towarzyszące im ataki artylerii sprawiły, że rosyjskie dowództwo rzuciło na południe większość swoich sił. „Przegapiło” lub zignorowało ukraińskie przygotowania na północy i odsłoniło się zanadto na tym odcinku frontu. Dziś nie da się wykluczyć dalszych negatywnych dla rosjan konsekwencji, włącznie z posypaniem się kolejnych linii obronnych. Wirus defetyzmu łatwo się rozprzestrzenia, no i wciąż nie wiemy, co jeszcze planuje naczelny dowódca armii ukraińskiej gen. Walery Załużny. Ze szczątkowych informacji docierających z frontu można wyciągnąć wniosek o następującej pauzie operacyjnej w charkowszczyźnie, ale i o przeniesieniu działań zaczepnych do obwodów ługańskiego i donieckiego. „Mgła wojny” jest w tym obszarze i dla mnie nieprzenikniona.

*          *          *

Doskonale za to widzę upokorzone rosyjskie wojsko. I jakkolwiek Ukraińcy przyzwyczaili nas do myśli, że potrafią raszystom spuścić łomot, skala porażki w obwodzie charkowskim wciąż mnie zdumiewa. Nad przyczynami klęski okupantów rozwodzi się teraz wielu analityków, ja chciałbym zwrócić uwagę na dwie kwestie. Jedna wiąże się z możliwościami technicznymi rosyjskiej armii i przemysłu, druga ma charakter kulturowy.

Najpierw jednak trochę statystyki i historii.

Tuż przed atakiem na Kupiańsk rozmawiałem z moim najlepszym ukraińskim źródłem. „Między czerwcem a sierpniem zniszczyliśmy ponad setkę rosyjskich składów amunicyjnych. Szacujemy, że dzięki temu pozbawiliśmy rosjan co najmniej miliona pocisków artyleryjskich”.

Czy to dużo? I tak, i nie. Nasz przemysł między 2014 a 2022 rokiem wyprodukował niespełna 40 tys. pocisków artyleryjskich kalibru 155 mm. W marcu 2017 roku w Bałakliji – tej samej, od zajęcia której kilka dni temu zaczęła się operacja charkowska – doszło do wybuchu w składzie amunicji. Był to wówczas największy taki magazyn w Ukrainie, w którym (na 370 hektarach) zgromadzono 140 tys. (!) ton środków bojowych do armat i haubic o kalibrze powyżej 100 mm. Owe 140 tys. ton to w przybliżeniu 3,5 mln pocisków artyleryjskich. W gigantycznym pożarze zniszczeniu uległo 70 proc. zapasów, czyli jakieś 2,5 mln pocisków. W ocenie ukraińskich organów ścigania, w Bałakliji doszło do sabotażu – przyczyną pierwotnej eksplozji był dron-samobójca, który przyleciał zza pobliskiej granicy z rosją.

Na tym przykładzie widać, że pojedynczy atak może być dużo skuteczniejszy niż cała seria artyleryjskich napadów. Nie umniejsza to jednak skali osiągnięć Ukraińców, gdy zestawimy je z innymi danymi. Rosyjskie rezerwy pocisków artyleryjskich przed lutym 2022 roku szacowane były na 15 mln sztuk, a możliwości produkcyjne przemysłu zbrojeniowego oceniano na poziomie 1,5 mln sztuk rocznie (milion nowych pocisków i pół miliona „odzyskanych” z głębokich, sowieckich zapasów; ten ostatni rezerwuar jest przeogromny – dość wspomnieć, że inwentaryzacja z 2010 roku ujawniła w składach ponad 100 mln sztuk takiej amunicji. Lecz nie widnieje ona w bieżącej ewidencji środków bojowych, gdyż nie nadaje się do użycia „z automatu”, bez wcześniejszego czaso-i-kosztochłonnego uzdatnienia).

Zatem kilkunastotygodniowe „himarsowanie” – jak nazwano ukraińskie ataki na rosyjskie magazyny – pozbawiło armię najeźdźców zapasów odpowiadających rocznej produkcji.

Idźmy dalej. Na przełomie maja i czerwca br. rosjanie zużywali dziennie od 40 do 60 tys. pocisków. Uśredniając, mamy 1,5 mln na miesiąc, 3 mln we wspomnianym okresie. Wcześniej wojna nie miała tak artyleryjskiego charakteru, rosyjskie wielkokalibrowe lufy wyrzucały z siebie nie więcej niż 10 tys. pocisków. W lipcu – gdy raszyści zaczęli odczuwać pierwsze poważne skutki ukraińskich ataków na ich zaplecze – natężenie rosyjskiego ognia artyleryjskiego spadło do poziomu z zimy. W sierpniu pozostało takie samo, co znaczy, że rosjanie wystrzelali już ponad 4 mln sztuk amunicji artyleryjskiej. W połączeniu ze zniszczonym milionem daje nam to jedną trzecią przedwojennych zapasów. A Ukraińcy nie zinwentaryzowali jeszcze zdobyczy materiałowych, będących skutkiem kontrofensywy charkowskiej. Najprawdopodobniej to kolejne kilkaset tysięcy pocisków.

Zanim Ukraińcy przetrzepali rosjanom skórę pod Charkowem, amerykańskie media donosiły (powołując się na wywiad USA), że Moskwa zamierza kupować amunicję artyleryjską w Korei Północnej i Iranie. Teraz ten ruch wydaje się bardziej zrozumiały, zwłaszcza gdy mamy świadomość, jak niska jest kultura techniczna rosjan – w jak fatalnym warunkach magazynowany jest sprzęt wojskowy. Widzimy to chociażby po czołgach, które od później wiosny trafiają na front w miejsce wytraconych wozów z jednostek liniowych. Jeśli tak samo jak czołgi składowana jest amunicja, jakość szczególnie starszych partii może być problematyczna, a 10-milionowy zapas pozornym bogactwem.

A przecież Ukraińcy nie powiedzieli ostatniego słowa w kwestii niszczenia rosyjskiego zaplecza materiałowego.

*          *          *

Dlaczego to tak istotne? Najpierw musimy nieco odmitologizować twierdzenie, wedle którego istotą rosyjskiej sztuki wojennej jest tak zwany walec artyleryjski. Czyli zasypanie przeciwnika ogniem z dział, co ma służyć jego obezwładnieniu i ułatwić zadanie atakującej w następnym kroku piechocie (współcześnie – oddziałom zmechanizowanym). O walcu pisano w kontekście ostatniej wojny światowej, pisze się też w odniesieniu do zmagań w Ukrainie. Co mówią statystyki? W 1941 roku sowieci zużywali średnio 35 tys. pocisków artyleryjskich dziennie, w 1942 100 tys., w 1943 230 tys. Szczyt nastąpił w kolejnym roku – wówczas średnio-dzienne zużycie osiągnęło poziom 270 tys. sztuk. Niemcy w 1941 roku strzelali dziennie 210 tys. pocisków, dwa lata później 260 tys., w 1944 roku – będąc już w odwrocie – lufy ich dział „wypluwały” każdej doby 300 tys. pocisków.

Jest oczywistym, że artyleria odegrała w II wojnie ogromną rolę, niszcząc siłę żywą, broń i umocnienia. Ale czy zdecydowała o ostatecznym zwycięstwie sowietów, skoro poziom natężenia ich ognia artyleryjskiego ustępował, a pod koniec wojny zrównał się z niemieckim (pamiętam, że Niemcy walczyły na dwa, potem zaś na trzy fronty, ale 80 proc. ich sił było zaangażowanych na wschodzie)? Odpowiedź może nam przynieść bitwa o wzgórza Seelow z kwietnia 1945 roku. Przełamanie tej ostatniej naturalnej przeszkody na drodze do Berlina kosztowało armię czerwoną 33 tys. zabitych i trzy razy tyle rannych (niemieckie straty to 12 tys. zabitych). Czterodniowy bój obnażył po całości bezwzględność marszałka Gieorgija Żukowa i brak talentów dowódczych gwiazdy sowieckiej generalicji. Zwycięstwo nie było bowiem skutkiem wyrafinowanych manewrów, nie było też efektem artyleryjskiej nawały, choć armat użyto wówczas rekordowo dużo. Niemiecka obrona pękła na skutek powtarzanych co rusz ataków piechoty. Był to schemat znany z dotychczasowych działań – sowieccy dowódcy mieli za nic życie własnych żołnierzy. Pchali ich w ogień bez względu na straty, licząc, że po którymś ataku przeciwnik w końcu się załamie. Nie było zresztą innej opcji – we wspomnieniach wielu żołnierzy Wehrmachtu przewija się motyw otępienia po odparciu kolejnych sowieckich szturmów, skutkującego utratą zdolności bojowych. Zużywała się amunicja, lufy karabinów, ludzie – wojna w końcu to koszmarne doświadczenie sensoryczne. A tamci szli następną falą, i następną. Pozostając przy analogi walca, bardziej tworzyły go nie armatnie lufy, a organiczna ludzka tkanka.

Ta „wybitna” strategia kosztowała życie co najmniej 12,5 mln sowieckich żołnierzy.

Raz jeszcze podkreślę – nawała artyleryjska odgrywała istotną rolę w działaniach ofensywnych sowietów. Ale mimo rosnących możliwości – przede wszystkim większej liczby luf na froncie, co było efektem rozbudowy własnej bazy przemysłowej oraz amerykańskiej pomocy w ramach Lend-Lease – czerwoni dowódcy bez skrupułów sięgali po „argument ludzkiej masy”. I w ujęciu końcowym to on zdecydowała o sukcesie militarnym ZSRR.

*          *          *

Osiem dekad później wydawało się, że rosjanie już „z tego wyrośli”. Szybko jednak okazało się, że nadal opierają armię o stare wzorce. Z tym że teraz mierzyć się muszą z zasadniczą różnicą, decydującą o ich słabości – brakiem nieprzebranej ludzkiej masy. W 1945 roku armia czerwona miała na froncie 7 mln ludzi, w 2022 roku rosyjski kontyngent zaangażowany w wojnę z Ukrainą liczy 330-350 tys. osób (z czego połowa przebywa w strefie walk). Stalin zmobilizował 40 mln ludzi, dziś rosyjskie dowództwo nie jest w stanie w pełni zrekompensować utraty 80 tys. żołnierzy – zabitych, rannych, zaginionych i wziętych do niewoli po 24 lutego. Przymusowy i masowy pobór jest rozwiązaniem, którego Kreml się boi, dobrze wiedząc, że rosjanie nie chcą umierać w Ukrainie (powody tych postaw to temat na odrębny artykuł). Powszechna obstrukcja wymagałaby reakcji – Stalin nie miał z tym problemów. Stosował terror w takiej skali, że sowieckie społeczeństwo przełomu lat 30. i 40. nie potrafiło się zbuntować. Putinowski autorytaryzm nie dysponuje takimi narzędziami represji. Obnażenie słabości struktur państwowych mogłoby sprowokować obywateli federacji do buntów, lepiej więc nie ryzykować poboru, który się nie uda. Poza tym świat się zmienił – narzędzia i sposoby prowadzenia wojen udoskonalono, masą niewiele dziś da się wskórać. A drenaż nowoczesnych systemów uzbrojenia – wessanych bezpowrotnie przez ukraiński front – sprawia, że pomysł zmobilizowania miliona młodych mężczyzn (co postulują niektórzy propagandziści) mieści się w kategorii mrzonek.

Rosyjskim generałom pozostaje więc walczyć tym, co mają – wojskiem z ochotniczego i najemniczego zaciągu. Do czego wrócę za chwilę, najpierw poświęcając uwagę kwestii masowego użycia artylerii. Tygodnie, w trakcie których dzienne zużycie amunicji sięgało 60 tys. pocisków, nie różniły się specjalnie intensywnością ostrzałów od zmagań z lat 40. Być może nawet okresowo cechowały się większym nasyceniem „latającego żelastwa”, wziąwszy pod uwagę znacznie krótszą linię frontu i kilkunastokrotnie mniejsze siły zaangażowane w walkę (latem 1944 roku na froncie wschodnim stało naprzeciw siebie 11 mln żołnierzy, dziś jest to kilkaset tysięcy). W porównaniu z armią czerwoną, wojsku rosyjskiemu w Ukrainie przybyło dział (w przeliczeniu „na głowę”), do czasu „himarsowych nocy” najbardziej szalone tempo zużycia amunicji nie stanowiło problemu. W Donbasie więc rzeczywiście mieliśmy do czynienia z walcem artyleryjskim, który pozwalał rosjanom na zajmowanie kolejnych terenów. Ale był to walec powolny, a i tak nie obyło się bez „atrakcji” w postaci iście drugowojennego użycia piechoty. Na nieszczęście szeregowych gotowość dowódców do „rozpoznania bojem” jest mocno zakorzeniona w rosyjskiej tradycji wojskowej. Rozpoznania w najgorszym stylu, czyli pchania pozbawionych osłony ludzi pod lufy. Podczas zmagań o Łymań, Rubiżne, Siewierodonieck czy Lisiczańsk rosjanie wielokrotnie ponawiali ataki piechoty. Z raportów strony ukraińskiej wynika, że często były to natarcia samobójcze – bez należytego wsparcia, w otwartym terenie, przy użyciu kiepsko wyekwipowanego i taktycznie „zielonego” żołnierza. Co z tego, że poprzedzały je nawały artyleryjskie, skoro obrońcy – jeśli tylko była taka sposobność – na czas ostrzałów opuszczali pozycje, wracając na rubieże, gdy działa cichły (póki było do czego wracać; generalnie to nie straty osobowe, a dewastacje linii obronnych decydowały o tym, że Ukraińcy się cofali).

Te odcinki frontu szybko nazwano maszynkami do mielenia mięsa. „Wsad” stanowili żołnierze Rosgwardii, milicjanci z separatystycznych „armii” czy ochotnicy z naprędce skleconych oddziałów, lecz nie brakuje przykładów używania do frontalnych ataków elitarnych jednostek wojsk powietrznodesantowych. Niski poziom zabezpieczenia medycznego i jeszcze niższej jakości szkolenia z medycyny pola walki dla zwykłych żołnierzy, podbiły wskaźniki śmiertelności. Wprost przełożyło się to na spadek morale.

*          *          *

Które i bez tego nie mogło być szczególnie wysokie. „Czy zdajesz sobie sprawę, że to wszystko to szumowiny społeczne?”, pyta publicystkę „Nowej Gaziety” Paweł Łuzin, ekspert ds. rosyjskiej polityki zagranicznej i obronnej. „Mężczyzna w wieku 40 lat nagle chce iść na wojnę? No przecież nie po to, by bronić swojego kraju, swojej rodziny, ale po to, by walczyć, by zarabiać pieniądze. Jaką inną motywację mógłby mieć?”, Łuzin nie pozostawia złudzeń przeprowadzającej z nim wywiad dziennikarce Irinie Tumakowej. „Bo kocha swoją ojczyznę?”, słyszy. „Ta ‘miłość do ojczyzny’ w praktyce oznacza przede wszystkim, że nikt go nie potrzebuje, łącznie z żoną, dziećmi i starszymi rodzicami. Po drugie, nie osiągnął w życiu nic, więc chce udowodnić wszystkim, że wciąż jest do czegoś zdolny. Po trzecie, jest człowiekiem, który cierpi z powodu problemów materialnych i myśli, że rozwiąże je na wojnie”, Rosjanin twardo obstaje przy swoim. „Ale tacy ludzie też są potrzebni”, oponuje rodaczka. „Tacy ludzie nie mogą wygrać żadnej wojny”, kwituje rozważania ekspert.

Ta gorzka rozmowa nie ilustruje widzimisię wywiadowanego. Zacytowany fragment to rzetelna recenzja modelu rekrutacji, uruchomionego przez rosyjskie ministerstwo obrony, by uzupełnić straty poniesione w Ukrainie. Problem w tym, że system nie działa, tak jak powinien. Finansowe zachęty – pensje wielokrotnie wyższe od średnich (sięgające w przeliczeniu kilkunastu tysięcy złotych miesięcznie) – nie przyciągają wartościowego materiału ludzkiego – młodych, zdrowych mężczyzn o stabilnej sytuacji życiowej, najlepiej po przeszkoleniu wojskowym. Doszło to tego, że masowo rekrutowani są więźniowie, także ci skazani za najpoważniejsze przestępstwa kryminalne. Ci ostatni zwykle nie trafiają do armii, a do Grupy Wagnera, firmy najemniczej, która na zlecenie Kremla działa w Ukrainie (nie ma to jednak większego znaczenia, bo wojsko i najemnicy ściśle współpracują, pod tym samym dowództwem). Niegdyś wagnerowcami zostawali byli żołnierze sił specjalnych, ale i ta jakość została wytracona – z nieoficjalnych informacji wynika, że dotąd zginęło w Ukrainie co najmniej 15 tys. najemników. Tymczasem Kreml ani myśli zrezygnować z usług firmy, ba, przekazuje jej coraz więcej kompetencji do tej pory zastrzeżonych dla armii (to sposób na jeszcze mniej transparentne prowadzenie „operacji specjalnej”; straty osobowe najemników łatwiej jest ukryć, gdyż oficjalnie to komercyjna działalność, poza kompetencjami i odpowiedzialnością urzędników ministerstwa obrony). W obliczu takiej presji dramatycznie obniżono kryteria rekrutacyjne. Słaby odzew społeczny na akcję formowania ochotniczych pułków jeszcze bardziej przesunął punkt ciężkości na Grupę Wagnera – stąd wziął się pomysł docelowego zmobilizowania nawet 50 tys. (!) więźniów.

A niskie morale nie wynika wyłącznie z faktu utraty „kwiatu armii”. Nawet w swym najlepszym składzie osobowym rosyjskie siły zbrojne pozostawały mocno zakorzenione we wschodniej tradycji wojskowej. Dla której charakterystyczna jest silnie zhierarchizowana struktura, z kompetencjami delegowanymi maksymalnie ku górze. Średni i niższy szczebel dowodzenia niewiele może, o wszystkim decyduje wyższe dowództwo. Model się sprawdza, jeśli najwyżsi rangą oficerowie dysponują technicznymi możliwościami zarządzania polem walki. Gdy ich zabraknie, bądź zabraknie dowódców, do głosu dochodzą negatywne skutki treningu kulturowego, osadzonego na braku poczucia sprawczości i odpowiedzialności – nieumiejętność podejmowania inicjatywy oraz (jak to się mówi w potocznym języku Wojska Polskiego) „a-chuj-mnie-to-obchodzizm”. „Nie wiem”, „nie potrafię” i wreszcie „boję się”; strach jest bowiem wzmacniany doświadczeniem, w którym zbytnia samodzielność niosła ryzyko kary. Równowaga w pionowo zorientowanych systemach zarządzania opiera się na wybitnie nierównomiernym dostępie do wiedzy i władzy. Ktoś z nieswojego, niższego poziomu traktowany jest jako intruz/uzurpator. W wojsku, gdzie system kar – oficjalnych i nieoficjalnych – jest zwykle bardziej dotkliwy niż w cywilu, „panoszenie się” to niebezpieczny proceder. Zwłaszcza w obliczu porażki. W praktyce oznacza to, że pozbawione dowództwa jednostki nie są w stanie podjąć sensownych działań. Dla przykładu, mimo informacji o nacierającym przeciwniku, ani się nie wycofują, ani nie przygotowują do obrony; żołnierze czekają, aż ktoś wreszcie wyda im jakiś rozkaz. Gdy ten nie nadchodzi, za to pojawia się wróg, opcje w zasadzie są już tylko trzy: można wiać, można się poddać, można też podjąć nierówną z powodu nieprzygotowania walkę (oczywiście, możliwy jest scenariusz realizujący w różnym stopniu wszystkie trzy postawy). Gdy wybór pada na walkę, jakkolwiek często nie ma w tym heroizmu a raczej fatalizm, post factum wojenna propaganda nadaje takim wydarzeniom hurrapatriotyczny charakter.

*          *          *

Armia ukraińska, mimo wspólnych organizacyjnych korzeni z rosyjską, po 2014 roku zaczęła rozwód z wojskowym „wschodniactwem”. Zmiany mentalności to zwykle długotrwały proces, ale w tym przypadku obserwujemy coś na wzór turbo-przyśpieszenia. W transformacji wojska niebagatelną rolę odegrało rosyjskie zagrożenie – to ono wymusiło przejście na bardziej efektywny, zachodni model zarządzania i dowodzenia armią. Dzięki niemu możliwe stało się częściowe zniwelowanie przewagi technicznej i technologicznej rosjan, co przed 24 lutego uchodziło za pusty frazes, dziś jest hasłem po korek wypełnionym treścią. Widać bowiem jak na dłoni, że delegowanie kompetencji i odpowiedzialności w dół – przede wszystkim na barki podoficerów i oficerów niższego szczebla, ale i do poziomu zwykłego żołnierza – skutkuje większą żywotnością oddziałów (nie idą tak łatwo w rozsypkę), sprzyja taktycznej inicjatywie, generując korzystne sytuacje, także wcześniej nie do przewidzenia. Ukraińskie chodzenie za ciosem z ostatnich dni to była również suma decyzji dowódców plutonów, kompani czy batalionów, którzy nie bali się wykorzystać otwierających się możliwości. Inna sprawa, że pomagała im nieosiągalna dla armii rosyjskiej świadomość sytuacyjna. Znacznie wydolniejsza łączność i sieciocentryczność pozwalająca na bieżącą wymianę informacji między nacierającymi jednostkami i dowództwem ułatwiała konsultowanie i podejmowanie decyzji.

rosjanie w obwodzie charkowskim zostali przed kontrofensywą skutecznie dekapitowani. Na południe pomaszerowały najlepsze oddziały, a wraz z nimi najwartościowsza kadra oficerska. Uwagę dowództwa „operacji specjalnej” przykuł Chersoń, ukraińscy komandosi i precyzyjna artyleria wyeliminowali kilka punktów dowodzenia. Gdy Ukraińcy ruszyli, jakościowo drugo-i-trzeciorzędne jednostki wroga wybrały ucieczkę – tylko w nielicznych przypadkach rosjanie byli w stanie stawić zorganizowany opór. Póki „jakoś szło” – do końca sierpnia – słabości raszystowskiej armii objawiały się w jej bandyckich praktykach wobec ludności cywilnej. Zdeprawowani żołnierze kradli, gwałcili, mordowali, w czym oficerowie im zbytnio nie przeszkadzali, świadomi, że taka jest cena dyspozycyjności uczestnika „operacji specjalnej”. Gdy iść zaczęło Ukraińcom, pozornie zorganizowana struktura zmieniła się w wojskowy motłoch.

Dalszy przebieg konfliktu zależy zatem od tego, w jakiej kondycji uda się rosjanom zachować własną armię. Motłochem walczyć się nie da, a dla utrzymania dyscypliny niezbędne jest odzyskanie inicjatywy operacyjnej. W realiach rosyjskiego wojska oznacza to konieczność powrotu do wojny artyleryjskiej, będącej jak dotąd jedyną skuteczną metodą raszystów na długotrwałe i wyczerpujące angażowanie sił ukraińskich. Z nadzieją, że może w końcu pękną.

Tyle że ukraiński sztab generalny świetnie zdaje sobie z tego sprawę. I zapewne nie zaprzestanie dalszych działań paraliżujących rosyjską logistykę i system dowodzenia.

—–

Nz. Ukraińskie czołgi/fot. Центр стратегічних комунікацій та інформаційної безпеки

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to