Presja

Poproszono mnie o komentarz w sprawie sensacyjnych doniesień „New York Timesa” dotyczących okoliczności śmierci Darii Duginy. Niezorientowanym pokrótce zrekapituluję: otóż z ustaleń amerykańskich dziennikarzy wynika, że za sierpniowym zamachem stoją ukraińskie służby specjalne. Rzeczywistym celem miał być Aleksander Dugin, ale zbieg okoliczności sprawił, że to nie on, a jego córka wsiadła do auta, w którym podłożono bombę. Waszyngton nie miał pojęcia o tej operacji, gdyby znał plany, byłby jej przeciwny, nie akceptuje bowiem takich działań – relacjonuje rozmowy z przedstawicielami administracji i wywiadu NYT. Kijów miał zostać przez Biały Dom „upomniany”, choć cytowany w tekście Mychajło Podolak – bliski współpracownik Wołodymyra Zełenskiego – obstaje przy twierdzeniu, że Ukraina nie ma ze sprawą nic wspólnego.

– Chcę jeszcze raz podkreślić, że każde zabójstwo podczas wojny w danym kraju musi mieć jakiś praktyczny wymiar. Musi służyć określonemu celowi – taktycznemu lub strategicznemu. Osoba taka jak Dugina nie mogła być strategicznym ani taktycznym celem dla Ukrainy – odpowiedział reporterom Podolak. Zapytany, o jakie cele w rosji chodzi, odparł: – Mam na myśli współpracowników i przedstawicieli rosyjskiego dowództwa.

„Od początku wojny Ukraina wielokrotnie udowadniała, że ​​jest zdolna do sabotażu na terenie Rosji, ale zabójstwo Duginy, jeśli informacje się potwierdzą, można uznać za najśmielszą operację tego typu. Pokazuje, jak blisko ukraińskie agencje wywiadowcze mogą zbliżyć się do rosyjskich osobistości”, pisze renomowany dziennik.

I jeszcze jedna uwaga tytułem wprowadzenia – de facto metodyczna. W wydanej przed trzema laty powieści pt.: „Międzyrzecze”, poświęconej hipotetycznej wojnie polsko-rosyjskiej, zawarłem istotny fragment dotyczący terroryzmu państwowego. Nie wszyscy tu obecni książkę znają, zatem by nie zdradzać suspensu napiszę tylko, iż chodzi o serię działań podjętych przez polskie służby na terytorium rosji, w efekcie których następuje zawieszenie broni, a później wycofanie się rosyjskiej armii z zajętych regionów Rzeczpospolitej. Nie jest to „czysta” operacja, przeciwnie. Gdy wpadłem na ów fabularny pomysł, wydał mi się nie tylko logiczny (w sensie, mogący poskutkować opisanym finałem), ale i czułem, że jest on zgodny z moim sumieniem. Uważam bowiem, że z etycznego punktu widzenia, zaatakowane przez znacząco silniejszego wroga państwo ma prawo sięgać po ekstraordynaryjne rozwiązania, także terrorystyczne (z wyczuciem rzecz jasna, by sobie bardziej przez to nie zaszkodzić). Temu przekonaniu dałem wyraz w podtytule „Międzyrzecza”, który brzmi następująco: „Cena przetrwania”. Wyraźnie to podkreślę: gdy na szali jest wolność czy wręcz biologiczne przetrwanie wspólnoty, nie oburzą mnie „niehonorowe” metody. I bazując na takim przekonaniu podchodzę do sprawy śmierci Duginy oraz ustaleń amerykańskiego dziennika.

NYT to solidna firma – teksty tej gazety są rzetelne, oparte o wiele źródeł poddanych krytycznej analizie i krzyżowym weryfikacjom. Jeśli NYT coś ustala, zwykle nie odbiega to od prawdy. Przyjmuję zatem za bardzo prawdopodobne, że Ukraińcy chcieli zabić Dugina, ale wyszło, jak wyszło. Przyznam, iż dla mnie był to trzeci w kolejności możliwy scenariusz – bardziej prawdopodobne wydawało mi się, że putinowskiego ideologa „odwalić” chcieli sami rosjanie, by po zrzuceniu winy na Ukraińców zdobyć pretekst dla bardziej zdecydowanych działań na froncie. Nieco tylko mniej prawdopodobna opcja zakładała, że wybuch na podmoskiewskiej autostradzie to efekt wewnętrznych porachunków między rosyjskimi nacjonalistami; to środowisko na poły przestępcze, z rozmaitymi biznesami – Dugin mógł kogoś mocno zdenerwować/wejść komuś w szyki. Chciano go więc zabić albo nastraszyć zabijając mu córkę. Wątek ukraiński był dla mnie czysto teoretyczną możliwością.

Tym niemniej zakładałem, że może to być sygnał wysłany przez Kijów Moskwie (który byłby bardziej czytelny, gdyby zabito ojca, nie córkę). Moskwie rozumianej jako rosyjska elita państwowa i wojskowa. „Uważajcie, bo mamy długie ręce”. Może była to akcja w odpowiedzi na powtarzające się próby zamachu na prezydenta Zełenskiego, a może element szerzej rozumianej wojny psychologicznej, zorientowanej na paraliż rosyjskich ośrodków władzy. A może jedno i drugie.

Od końca sierpnia sytuacja rosyjskich wojsk uległa dramatycznemu pogorszeniu. Gdzie nie spojrzeć są w odwrocie, a w najlepszym razie w defensywie. Staje się coraz oczywistsze, że konwencjonalnymi środkami walki rosja tej wojny nie wygra, a najprawdopodobniej sromotnie ją przegra. Pojawiają się zatem elementy atomowego szantażu, skierowanego zarówno do Ukrainy (z przesłaniem „przestańcie walczyć, bo…”) oraz do Zachodu („przestańcie ich wspierać, bo…”). Moskwa uruchomiła całą kampanię dezinformacyjną, której celem jest wywołanie powszechnego lęku przed skutkami atomowej eskalacji – aktywność (por)rosyjskich trolli, wieszczących rychłą zagładę, gdy „durny Zachód sprowokuje rosję”, obserwowana jest i w naszej infosferze. Wszystko rzecz jasna po to, by poprzez wywołanie społecznego niepokoju, wpłynąć na decyzje zachodnich rządów.

Te jednak pozostają nieugięte, co największe znaczenie ma w przypadku władz Stanów Zjednoczonych. Waszyngton, w odpowiedzi na rosyjski blef, wysyła jednoznaczne sygnały. Nie znamy szczegółów depesz, które trafiły do Moskwy, ale… Ale jeśli były szef CIA (gen. David Petraeus) mówi w wywiadzie prasowym, że odpowiedzią USA na użycie broni jądrowej w Ukrainie będzie zniszczenie rosyjskiej armii ekspedycyjnej i floty czarnomorskiej, to nie są to spekulacje emeryta, a wyraźny sygnał. Jeśli informatorzy amerykańskiego „Newsweeka” z wysokich szczebli administracji zapowiadają w odwecie fizyczną eliminację władz rosji, to nie jest to niekontrolowany przeciek. Jeśli rozmówcy NYT sugerują, że Ukraińcy mogą dosięgnąć rosyjskie VIP-y – z których część może wziąć udział w ewentualnym procesie decyzyjnym dotyczącym użycia broni A – to nie jest to przypadek. Zostawienie czytelnika z przekonaniem, że we współpracy na linii Waszyngton-Kijów coś zgrzyta pozostaje niewielką ceną w porównaniu z zyskiem, jakim jest lęk rosyjskich elit.

Presja idzie z różnych kierunków – media (świadomie lub nie) czasem stają się tej presji narzędziem. I gitara – jak mawia klasyk – bo strach zabije w końcu ten reżim. Wystarczy świadomość u części wpływowych rosjan, że łatwiej pozbyć się putlera niż nieustannie drżeć o własne życie.

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Dyplomacja…

…to poważna sprawa, nie ma tam za wiele miejsca na żarty. Zwłaszcza dowcipy z przebiegu granic, ze statusów prawnych terytoriów, nie daj boże takich, o które kiedyś toczono międzynarodowe spory. Drwiny w tym zakresie mogą zachwiać relacjami międzypaństwowymi, szczególnie gdy mocno rezonują. Wyobraźcie sobie reakcję władz RP (jakichkolwiek), gdyby niemieccy dyplomaci zaczęli robić sobie jaja z polskiej jurysdykcji na Pomorzu Zachodnim (coś w stylu „dajmy miejscowym 2000 euro miesięcznie, to ogłoszą region kolejnym landem”). Kociokwik byłby nieprawdopodobny…

Od kilku dni rozkręcą się internetowa inba dotycząca statusu obwodu kaliningradzkiego. Żart polskiego internauty, który w reakcji na rosyjskie pseudoreferenda we wschodniej Ukrainie rzucił pomysł podziału eksklawy między Polskę a Czechy, zaowocował wysypem jajcarskich inicjatyw. Podjęli je sami Czesi, także politycy, na tyle skutecznie, że gdzieś po drodze przepadł pomysł polsko-czeskiego rozbioru. Obwód „stał się” częścią Republiki Czeskiej, Kaliningrad Kralovcem, a o radości 98 proc. mieszkańców regionu – którzy w referendum zagłosowali na „tak” – można dziś przeczytać na dedykowanym twitterowym profilu.

Ale historyjka multiplikuje się głównie memami, z których część to prawdziwe majstersztyki dowcipu (jak choćby te z Krecikiem wypoczywającym nad „czeskim Bałtykiem”).

A ruscy dostają kurwicy, bo przecież jak tak można, podważać status ICH terytorium!? Ano można, i trzeba, jest bowiem dowcip znakomitym sposobem na wojnę z tyranią. Z bandyteską ujętą w państwowe ramy, która ma za nic podstawowe reguły prawa międzynarodowego. Łobuz ośmieszony, zwłaszcza taki z kompleksem niższości (a to istotny rys rosyjskiej tożsamości kulturowej), to łobuz mniej straszny i dotkliwie ugodzony.

Ładują więc w ruskich także Amerykanie. I to dyplomaci. Praga zwróciła się dziś do Waszyngtonu – zupełnie serio! – z pytaniem o możliwość zakupu 24 myśliwców F-35. Na odpowiedź oficjalną i rzeczową czeski rząd pewnie jeszcze poczeka, za to na reakcję wpisującą się w kaliningradzką inbę już nie musi. Pyta bowiem amerykańska ambasada w Pradze – na oficjalnym profilu – czy nie zechcieliby Czesi, do tych efów trzydziestych piątych… lotniskowca. No bo skoro mają już dostęp do morza…

Skisłem, gdy to przeczytałem. Naprawdę, dawno się tak nie uśmiałem. Niemniej sprawa ma też bardzo poważny wymiar. Znakomicie ilustruje, czym w międzynarodowej percepcji jest dziś rosja. putin chciał jej nadać status mocarstwa, tymczasem uczynił z rosji pośmiewisko, którego reakcjami nie ma sensu się przejmować. Taki z niego geniusz geopolityki…

—–

Nz. Jeden z memów…

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Drogi

Zauważyliście pewnie, jak zasuwają ostatnio Ukraińcy. Co ich tak gna, poza oczywistą potrzebą wyzwolenia własnych terytoriów?

Najpierw trochę historii.

Zachodnio-centryczna wizja zmagań z lat 1914-18 zdominowała refleksję historyczną i w naszej części Europy. Wielka Wojna to i dla nas, Polaków, nade wszystko okopowa rzeź na polach Flandrii, w błotnym anturażu odpowiedzialnym za śmiercionośne warunki sanitarne. Ale przecież i na froncie wschodnim maź zatruwała żołnierzom życie. W zapiskach dokumentujących szlaki bojowe niemieckich i austro-węgierskich pułków wielokrotnie wspomina się o błocie (niekiedy, w zależności od rejonu działań, towarzyszy temu przymiotnik „polskie”). Hamowało one ofensywę na Warszawę z wczesnej jesieni 1914 roku, solidnie krzyżowało szyki podczas zmagań nad jeziorami mazurskimi w lutym 1915 roku. Wówczas to gwałtowna odwilż i rzęsiste deszcze przemieniły pole bitwy w rozlewisko, a szlaki komunikacyjne w bagna i potoki. A potem przyszedł mróz, skuwając wszystko lodem, rosjanom utrudniając ucieczkę, nie na tyle skutecznie jednak, co Niemcom pościg.

Pomni tych doświadczeń dowódcy Wehrmachtu kampanię w Polsce zaplanowali na późne lato 1939 roku. Suchy wrzesień nie zawiódł ich oczekiwań, pomagając w przeprowadzaniu błyskawicznych uderzeń. Dwa lata później ów czynnik pogodowy wzięto pod uwagę, projektując założenia operacji Barbarossa. Przewidując, że im dalej na wschód, tym gorsze drogi, a więc i większe problemy. Wielu amatorów historii podziela dziś mylne przekonanie, że niemiecki atak na ZSRR został opóźniony o kilka tygodni, z uwagi na nieplanowane wcześniej zaangażowanie sił zbrojnych III Rzeszy na Bałkanach (co miało zadecydować o niemieckiej klęsce pod Moskwą, do której najeźdźcy podeszli za późno). Tymczasem jeszcze na początku czerwca 1941 roku na rozległych obszarach rosji, Białorusi i Ukrainy deszcz „produkował” nieprzebrane masy błota, w którym utknęłyby nie tylko zmotoryzowane oddziały armii niemieckiej, ale i jej wciąż oparta o transport konny logistyka. Wiedział o tym Hitler, wiedzieli jego generałowie, stąd końcówka czerwca świadomie wybrana jako moment ataku. Stąd podjęcie kolejnej operacji zaczepnej dopiero w lipcu następnego roku…

Wracam do tematu rasputnicy, bo za kilkanaście dni powinna nastąpić jej jesienna odsłona. Co w mojej ocenie przełoży się na dynamikę działań wojennych w Ukrainie. Gdy podjąłem temat dwa tygodnie temu, kilka osób napisało mi, że współczesne armie są już w wysokim stopniu uniezależnione od kaprysów pogody – w związku z tym front „nie ostygnie”. Też nie twierdzę, że ostygnie – po prostu przewiduję wyhamowanie dużych, manewrowych operacji do czasu aż nastaną pierwsze mrozy. Współczesne czołgi wciąż pozostają niezgrabnymi kolosami – i przy odpowiednim nagromadzeniu błota zwyczajnie w nim utkną (zauważyliście, że na północy Ukraińcy używają już teraz przede wszystkim lżejszych wozów?). Obserwowaliśmy to w marcu, z satysfakcją kontemplując podtopione ruskie tanki; wtedy to orki były w natarciu i to im bardziej zależało na przejezdności pokonywanych terenów. Dziś inicjatywa jest po ukraińskiej stronie, a front przesuwa się w rejony Donbasu, gdzie nie ma za wielu przyzwoitych dróg.

W tym miejscu pozwolę sobie na pewną anegdotę. Latem 2016 roku podróżowałem samochodem z Charkowa do Siewierodoniecka. Dość szybko zjechaliśmy z porządnej szosy i… przepadliśmy. To znaczy takie wrażenie odniósł towarzyszący mi fotoreporter, dla którego był to pierwszy wyjazd do Ukrainy. „Kiedy wskoczymy na jakąś główną drogę?”, zapytał, umęczony jazdą po wertepach, przy których najgorsza polska droga z połowy lat 90. wyglądała jak autostrada. „Paweł”, odparłem. „Ale my jedziemy główną drogą…”.

Donbas do 2014 roku i bez wojny był miejscem zapomnianym przez boga. Po upadku sowietu państwo niemal przestało tam istnieć i świadczyć wiele z podstawowych usług. Publiczna infrastruktura popadała w ruinę, remonty przeprowadzano rzadko i byle jak. Prowincja, zarządzana niczym udzielne księstewko przez złodziei i prorosyjskich politycznych baronów (co zwykle oznaczało te same osoby), miała oczywiście swoje „okna wystawowe” – Donieck i kilka innych większych miast – lecz generalnie tkwiła w materialnym rozkładzie, w którym trudno się żyło i trudno przemieszczało.

A teraz te drogi porozjeżdżały jeszcze czołgi.

Oczywiście, pogoda może nas zaskoczyć. Zmiana klimatu jest faktem, zaburzenia naturalnych dotąd cyklów stają się coraz powszechniejszym zjawiskiem. W efekcie jesiennej rasputnicy może nie być, może okazać się nie tak dokuczliwa; na tym etapie to wróżenie z fusów (mniej uprawnione niż wnioski z historycznych doświadczeń). Przyjmijmy jednak, że wszystko potoczy się „po staremu”. Nie sądzę, by Ukraińcy zawiesili wówczas działania zaczepne. Po prostu, nie będą one tak spektakularne. Nastąpi ciąg dalszy grillowania rosjan przy użyciu precyzyjnej artylerii, czemu będą towarzyszyć lokalne kontrataki – nie tyle dla kolejnych korekt terytorialnych, co dla nękania przeciwnika.

Bo rosjanie – ten zamysł wydaje się coraz bardziej oczywisty – inicjatywy operacyjnej woleliby nie podejmować. Nie spodziewam się rosyjskich ofensyw, wieszczonych przez niektórych po ogłoszeniu przez Kreml mobilizacji. Moim zdaniem, najeźdźcy zamierzają się przegrupować – odpocząć, odbudować na ile się da potencjał bojowy poharatanych oddziałów – i w takim „stanie skupienia” przeczekać zimę.

Aby stało się to możliwe, na północy muszą ustabilizować front, na południu rozbudować obronę. Pytanie, czy Ukraińcy pozwolą, nie jest jedynym, jakie muszą sobie teraz zadać dowódcy „operacji specjalnej”. W rosyjskiej infosferze (mam świadomość ograniczonej reprezentatywności środowiska internetowego) następuje bowiem coś nieprawdopodobnego – rozlewa się fala krytyki dowództwa i armii (choć jeszcze nie putina). Padają najcięższe zarzuty – głupoty, tchórzostwa, nepotyzmu – pojawia się refleksja (jakże trafna…), że wojsko jest nic niewarte. Ten chór wzmagają opinie Kadyrowa i Prigożyna (szefa Wagnera), którzy wprost domagają się dymisji szojgu. Ów „pręgierz” można potraktować jako medialny szum, ale jak potraktuje go putin? Jeśli dostrzeże w nim oznaki buntu/rozkładu dyscypliny trzymającej w ryzach reżim, i on może zażądać głów. Przede wszystkim zaś działania. Gotowi (wyszkoleni, uzbrojeni) czy nie, rosyjscy żołnierze mogą wówczas zostać pchnięci do szaleńczych ataków. Byle tylko wykazać, że to Moskwa znów rozdaje karty…

PS. A ja mam dziś urodziny, w związku z czym życzę sobie sromotnej porażki armii rosyjskiej i międzynarodowego trybunału dla putina. Najpierw jednak chciałbym, żeby w jednym z ostatnich dekretów posłał putler Kadyrowa na front. Wiele bym dał, by zobaczyć tego tik-tokowego bohatera z gruzem w nogawkach…

—–

Zdjęcie ilustracyjne – wykonałem je w Afganistanie zimą 2012 roku/fot. własne

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Riposta

Pojawiły się prośby, bym napisał, jak wyglądałoby użycie przez rosjan broni jądrowej – w odpowiedzi na porażki w Ukrainie. Szanowni, właśnie o to tym gamoniom chodzi – byśmy nieustannie rozważali najdziksze scenariusze, od których włos jeży się na głowie. Które rozbudzą w nas choćby tylko podskórne lęki. W użyciu „atomówek” nie chodzi jedynie o materialny wymiar destrukcji, ale też o spustoszenia natury psychicznej/psychologicznej. Efekt mrożący, czyli pożądaną przez atakujących zmianę – w tym przypadku złamanie woli ukraińskiego oporu oraz powstrzymanie zachodniej pomocy z obawy przed eskalacją. Tyle że ów efekt (nie od razu i nie w całości) może wywołać sama groźba użycia takiej broni. Atomowy blef, którym usiłuje grać putin, a którego skuteczność zwiększają medialne dywagacje.

No więc nie, nie zagram w tej orkiestrze.

Dodam jednak – bo mam świadomość, że ziarna niepokoju zostały już zasiane, a potoczne wyobrażenia niosą szkodliwe skutki – że:

Po pierwsze, aktywność sił zbrojnych federacji jest monitorowana przez całą dobę, putinowska armia pozostaje w istotnej mierze transparentna dla zachodnich wywiadów, głównie amerykańskiego; to zasługa imponującego zaplecza technologicznego, wielkości i jakości agentury oraz rosyjskiej bylejakości i podatności na korupcję. Dzięki temu wiemy, że nie dzieje się nic, co wskazywałoby na rosyjskie przygotowania do użycia głowic jądrowych.

Po drugie, odpalenie głowic nie następuje „z automatu”. Przycisk w słynnej walizce nie posyła rakiet „w świat”, a jedynie rozkaz ich użycia. Ostateczne decyzje podejmują dowódcy wyrzutni. Wykorzystanie broni strategicznej (dużych głowic przenoszonych przez międzykontynentalne rakiety) poprzedza proces decyzyjny, który nie jest ograniczony do jednej osoby – putina. Tyle wiemy na pewno – klarownej wiedzy na temat szczegółów tego procesu nie mamy. Zdaniem wielu analityków, inicjacja na poziomie strategicznym wymaga jednoczesnej zgody prezydenta, ministra obrony i szefa sztabu generalnego. Z kolei sięgnięcie po broń taktyczną (małe głowice) leży w kompetencjach dowódcy teatru działań, choć z jednej strony wymagana jest zgoda (polityczna) naczelnego dowódcy, z drugiej, rozkaz wędruje przez kolejne szczeble aż do operatora nośnika – pilota czy dowódcy działonu (który musi wiedzieć, co zrzuca/czym strzela). Innymi słowy, mamy do czynienia z długim łańcuchem zależności i reakcji, co pozwala wierzyć, że gdzieś/ktoś w końcu się opamięta.

Bo ryzyka, patrząc z perspektywy Kremla, są ogromne. Pomijam oczywiste stwierdzenie, że w razie eskalacji i wciągnięcia NATO w wymianę nuklearnych ciosów, nikt takiej wojny nie wygra. Gwarantowane Wzajemne Zniszczenie chroni nas przed wielkim nuklearnym konfliktem.

Co zaś się tyczy pomniejszych scenariuszy – zrzucenie taktycznego ładunku w Ukrainie nie pozostanie bez reakcji Zachodu. Ta wojskowa ma być druzgocąca – mówią to wprost przedstawiciele amerykańskiej administracji. Zapowiedzi pozostają bardzo ogólne, a szczegóły – na przykład dotyczące zniszczenia floty czarnomorskiej przy użyciu amerykańskich pocisków samosterujących – to medialne spekulacje. Warto w tym miejscu zaznaczyć, że generał Mark Milley, przewodniczący połączonych szefów sztabów (najważniejszy żołnierz w USA), jesienią ubiegłego roku tak zdefiniował zasady postępowania z rosją („krajem o nadzwyczajnych zdolnościach nuklearnych”):

1: „Nie miej konfliktu kinetycznego między wojskami USA i NATO a Rosją”.

2: „Zatrzymaj wojnę w granicach geograficznych Ukrainy”.

3: „Wzmacniaj i utrzymuj jedność NATO”.

4: „Umocnij Ukrainę i daj jej środki do walki”.

Jeśli ekstraordynaryjne posunięcie – jakim byłoby odpalenie głowicy atomowej – nie zmieniłoby tych zasad, militarna odpowiedź Zachodu miałaby charakter pośredni i odbyłaby się ukraińskimi rękoma. Ponieważ istotna w tym kontekście byłaby szybkość odpowiedzi, przeprowadzono by ją w oparciu o potencjał, którym Ukraina już dysponuje – acz „na szybkości doładowany”. W mojej ocenie mielibyśmy do czynienia z serią ataków rakietowych na bazy rosyjskiej floty na Krymie, na rosyjskie centra dowodzenia, lotniska i na inne elementy kluczowej wojskowej infrastruktury. Nihil novi, ale… Ale Himarsy strzelałby także pociskami o największym zasięgu (300 km), z natężeniem dotąd nieobserwowanym. Rakiety przeciwokrętowe, w oparciu o precyzyjne koordynaty pochodzące z natowskich samolotów, zafundowałyby rosjanom powtórkę z „Moskwy” do potęgi entej. Ogłoszona wczoraj (a pewnie już zrealizowana) wysyłka do Ukrainy kolejnych kilkunastu Himarsów (co w praktyce oznacza podwojenie ich liczby) daje obrońcom odpowiednią paletę możliwości.

Dekapitacja dowództwa polowego, paraliż lotnictwa oraz utrata floty (a więc również koszmarny prestiżowy cios) przyniosłyby dalszą degradację możliwości rosji – i to w ekspresowym tempie. A przecież cały czas mówimy o scenariuszu, w którym wojska USA i NATO nie angażują się w konflikt kinetyczny. Na „drabinie eskalacyjnej” to wciąż jeden z pierwszych szczebli.

C.d.n.

PS. Rzecznik Kremla poinformował, że w piątek dojdzie do „ceremonii podpisania umów o przyłączeniu nowych terytoriów do Rosji” – tzw.: DRL, ŁRL, części zajętego obwodu chersońskiego i zaporoskiego. Uważam, że ten krok ma wymiar przede wszystkim propagandowy i jest skierowany do swoich. Wszystko się sypie, obywatele zaczynają wątpić w siłę i skuteczność armii i państwa. No więc pokażmy im – kalkulują kremliny – żeśmy silni, zwarci, gotowi. Że rosja bierze, co chce. A że nasze groźby ochrony „własnego” terytorium nie odstraszą Ukraińców? Załatwimy im tyle roboty, że nie będą mieli sposobności buszować po „naszym”. Tę masę świeżo zmobilizowanego mięsa armatniego ktoś będzie musiał przerobić. A to zajęcie na całą jesień i zimę. A po zimie, kto wie, może Zachód zmięknie…

—–

Nz. Zniszczymy je w trzy dni – taki los ukraińskiemu lotnictwu zapowiedzieli rosjanie. Z dużym dystansem – tak trzeba traktować rosyjskie groźby/fot. Центр стратегічних комунікацій та інформаційної безпеки

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

(Nie)inność

rosja. Stu protestujących wieje przed jednym policjantem.

– Ej, a dlaczego my uciekamy? – reflektuje się niechętny mobilizacji demonstrant. – Przecież nas jest setka, a on jeden?

– A bo to wiadomo, komu przypierdoli? – odpowiada mu kolega, równie niechętny wysyłce na front.

I uciekają dalej…

Prezentowałem już kiedyś dowcip oparty o ten schemat (ich stu – on jeden). Zaadaptowałem go do potrzeb teraźniejszości, by łatwiej mi było zilustrować pewną kwestię. Mam rzecz jasna świadomość niepoprawności politycznej, ale nie zamierzam za to przepraszać. Ostatecznie rosjanie zasługują na nasze drwiny, co i tak jest łagodnym potraktowaniem za setki lat egzystencjalnego zagrożenia, jakie nam tu zgotowali. Ale ja nie o tym.

Ogłoszenie mobilizacji wywołało w rosji niemałą panikę. Pisałem o tym wczoraj, wspomnę więc dla porządku o tłumach na lotniskach i na granicach, które rosjanie jeszcze mogą przekraczać. Potencjalni poborowi wolą uciec niż dać się wcielić i trafić na front. Przy tej okazji mała historyczna dygresja. Tylko dwa procent żołnierzy armii czerwonej w 1945 roku stanowili weterani wcieleni do służby przed wybuchem wojny w czerwcu 1941 roku. Reszta poległa, została ranna lub trafiła do niewoli, co w większości przypadków i tak oznaczało śmierć. Między 1941 a 1945 rokiem zginęło co najmniej 12,5 mln czerwonoarmistów. Na 5 mln niemieckich żołnierzy zabitych podczas II wojny światowej, 4 mln ofiar przypada na front wschodni. Wschód (i „wschód”, bo przecież sowieci mieli nieco inną perspektywę geograficzną niż Niemcy) był przedsionkiem piekła. W relacjach rodzinnych – tej części mojej familii, która miała niemieckie korzenie – jeszcze długo po wojnie obecny był wątek bezbrzeżnego lęku przed posłaniem do rosji, z jakim mierzyli się męscy krewni. Babcia wspominała kiedyś o uldze – która spadła na rodzinę – gdy okazało się, że zmobilizowani brat i kuzyn zostali wysłani do Francji. Ten drugi i tak zginął, co jednak nie zmieniło wyobrażeń o piekielnym wschodzie. Sowieckie bestialstwo wobec cywilów – nieodłączny element towarzyszący przemarszowi armii czerwonej – tylko je ugruntowało.

Wróćmy do współczesności. Przez front ukraiński (z naszej perspektywy wschodni, dla rosjan raczej południowy), przewinęło się dotąd 400 tys. wojskowych z armii putina. 80 tys. zginęło, zostało rannych i kontuzjowanych, dostało się do niewoli. Innymi słowy, co piąty żołnierz został wyeliminowany z walki (przy czym jeńców jest tam garstka). Powiestki – wezwania mobilizacyjne – są zatem dla rosjan niczym zaproszenie do tańca z diabłem. Tak jak kiedyś były dla ich (pra)dziadków i (pra)dziadków dawnych wrogów. To wyroki śmierci lub kalectwa, obarczone ogromnym ryzykiem realizacji.

Nie dziwi mnie zatem „nie” dla mobilizacji, lecz na boga, stanowczo protestuję przed nazywaniem demonstrantów „obrońcami praw człowieka”. Zagotowało się we mnie, gdy po raz pierwszy – wczoraj wieczorem – zetknąłem się z tą frazą. Bo nie o prawa człowieka tu idzie, a prawo Andrieja czy innego Saszy do wygodnego życia. Gdzie byli ci wszyscy obrońcy do tej pory? Jakoś nie przeszkadzało im, że giną Ukraińcy, w tym kobiety i dzieci, a większość tych śmierci to efekt terrorystycznej kampanii oraz zwyczajnego łajdactwa. Obudzili się, gdy zawisło nad nimi, nad ich bliskimi, ryzyko wysyłki na śmierć. Ja to oczywiście rozumiem, bunt zaś wspieram (jak wszystko, co kruszy zręby tego pseudopaństwa), ale nazywajmy rzeczy po imieniu.

Z tego samego powodu (intelektualnej uczciwości) nie ulegajmy narracji o jakimś gwałtownym przebudzeniu – rosji/rosjan. To, co od wczoraj oglądamy, to reakcja zlęknionej wielkomiejskiej elity, która zdała sobie sprawę, że jej w miarę wygodne życie może zostać zaburzone. Dopóki ruchawki nie obejmą biednej prowincji, dopóty nie będzie to nic istotnego. Z dostępnych informacji wynika, że policja zatrzymała półtora tysiąca demonstrantów. Sporo? Cóż, to dziesięć procent protestujących, w 144-milionowym kraju…

Ale nie chcę utwierdzać Was w przekonaniu, że „ruskie są jakieś inne/dziwne”. Pozwólcie, że znów wspomogę się historią. Babcia mojej żony spędziła okupację w jednej z podkrakowskich wsi. Jako dziewczynka, potem nastolatka, przeżyła wojnę świadomie. Z jej wspomnień wyłania się obraz zupełnie inny od martyrologicznej wizji, do jakiej jesteśmy przyzwyczajeni. Niemców właściwie tam nie ma – od czasu do czasu do wsi przyjeżdżał policjant na rowerze. Taki dobroduszny pierdoła z mauzerem niezdarnie przewieszonym przez plecy, co to może i kiedyś – podczas poprzedniej wojny – zdolny był do jakichś heroicznych czynów, ale jako chłop pod pięćdziesiątkę myślał tylko o tym, żeby mieć święty spokój. Co jakiś czas do wsi wbijała większa grupa okupantów – po kontrybucje – i wówczas już tak sielsko nie było, niemniej wciąż mówimy o świecie zupełnie innym niż realia wielkich miast. Gdzie okupacja równała się bezpardonowemu terrorowi na niespotykaną wcześniej skalę. Ale w percepcji bohaterki mojej opowieści te miasta były daleko, dalekie też wydawały się wsie, które poddano brutalnym pacyfikacjom. Okupacyjny nadzór realizował ów nieszczęśnik na rowerze (nieszczęśnik, bo w końcu utłukli go partyzanci) oraz „strażnik w głowach” wieśniaków, który „przypominał im”, że Niemcy dysponują atutem przemocy i chętnie po niego sięgają.

Polska była krajem przyfrontowym, przez cały okres okupacji zmierzały nią nieprzebrane masy wojska, lecz do służby okupacyjnej oddelegowano tylko nieznaczną część niemieckich sił zbrojnych i aparatu bezpieczeństwa. Przez większość tego czasu na jednego hitlerowskiego funkcjonariusza przypadło dosłownie – jak w zacytowanym dowcipie – stu Polaków. A jednak dali się zastraszyć. Oczywiście, powstało podziemie, prowadzono akcję zbrojną, lecz wyzwolenie musiało przyjść z zewnątrz (na nieszczęście byli to sowieci).

W czasach PRL-u tylko w okresie stalinowskim mieliśmy do czynienia z powszechnym terrorem – później opresyjność systemu była już tylko niższa. Ale trwał, dzięki strategii terroru selektywnego. Nie było konieczności masowego gnębienia ludzi – wystarczyło, że raz na jakiś czas milicja obtłukła komuś twarz, ktoś trafił do pudła za „działalność antysystemową”, kto inny miał kłopoty (z pracą, z otrzymaniem mieszkania, z dostępem do jakichś dóbr). Ludzie wiedzieli, i bez spektakularnych akcji typu rozpędzona demonstracja czy strajk, że władza ma narzędzia do stosowania przemocy. I to wystarczało, by „karawana toczyła się dalej”. Sprzyjał temu naturalny konformizm – potrzeba zorganizowania sobie życia niezależnie od okoliczności, a choćby i z bagnetem przy dupie.

Tak naprawdę rosjanie nie realizują jakiejś etnicznie swoistej strategii życiowej – robią to, co (robiliby) inni. Z tą różnicą, że oni żyją w warunkach okupacji/zniewolenia od dawna. „Był czas przywyknąć”, wchłonąć normy wiernopoddaństwa do tego stopnia, że niemożnością wydają się inne reguły.

Na szczęście putinowskie imperium ufundowane jest na kłamstwie. Wojna w Ukrainie pokazała, że rzekoma reforma armii rosyjskiej była jedną wielką ściemą. Oszukiwano się nawzajem, trudno w tej chwili ocenić, kto kogo bardziej i kto w tym wszystkim miał większą świadomość realiów. putin, zdaje się, uwierzył, że biliony rubli wyłożone na zbrojenia dały mu wojsko na miarę XXI wieku. No i się przejechał. A upadłych mitów może być więcej. Armia jest zwykle wzorcową instytucją, świadczącą o sprawności państwa – jeśli więc ona nie działa, uprawnionym są podejrzenia, że aparat represji jest w podobnej kondycji.

Czy jest? rosjanie chyba tego nie wiedzą, nie wiem, czy chcą wiedzieć. Czy chcą sprawdzić, co się stanie, jak wrzucą „pierdołę na rowerze” do studni. Będzie to (byłoby!) co najmniej tak ważne jak ukraińskie zwycięstwa na froncie. Bez wewnętrznej presji to obrzydliwe gmaszysko się nie przewali.

—–

Nz. „Sprawdzam!” w odniesieniu do rosyjskiej armii przynosi takie skutki…/fot. Sztab Generalny Ukraińskich Sił Zbrojnych.

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to