Rekonstruktorzy

Rosjanie zamierzają rozkonserwować i przywrócić do linii samoloty Su-17 i MiG-27. To staruszki (taki latający odpowiednik masowo już udrażnianych do służby czołgów T-62). Polskie lotnictwo dysponuje kilkunastoma Su-22, będącymi eksportową wersją siedemnastek. To maszyny o znikomej wartości bojowej, pozostawione w użyciu, by podtrzymać nawyki kadry i zabezpieczyć potrzeby szkoleniowe armii (ćwiczenia, w których zakłada się użycie lotnictwa; gdyby do wszystkich takich zadań delegować F-16, „zalatalibyśmy” flotyllę Jastrzębi na amen). Suchoje Sił Powietrznych RP mają schodzić ze stanów, gdy zaczną do nas trafiać F-35, choć wedle nieoficjalnych danych kres ich służby ma nastąpić do końca b.r. MiG-ów 27 nigdy w polskim lotnictwie nie było – dysponowaliśmy ich wcześniejszą wersją, oznaczoną jako MiG-23. W 1999 roku – po uznaniu maszyn za przestarzałe i nieperspektywiczne – zrezygnowaliśmy z eksploatacji dwudziestek trójek.

Rosjanie używali Su-17 i MiG-i 27 jeszcze podczas drugiej wojny w Czeczenii na początku tego wieku. W obu przypadkach mówimy o maszynach z „myśliwcem” w nazwie, ale de facto mamy do czynienia z samolotami szturmowymi, przeznaczonymi do wsparcia wojsk na lądzie – stąd ich główne uzbrojenie, czyli bomby i pociski rakietowe powietrze-ziemia.

A skąd pomysł na reaktywację i jakie wnioski można z tego wyciągnąć?

Na początek zauważmy, że rosyjskie lotnictwo od wielu tygodni nie zapuszcza się w głąb Ukrainy. Rosjanie boją się takich rajdów, co wynika z wysokiej skuteczności ukraińskiej obrony przeciwlotniczej. Co więcej, nic nie wskazuje na to, aby ta sytuacja miała ulec zmianie. Bo co prawda poradzieckie systemy rakietowe się zużywają, lecz Amerykanie już zapowiedzieli dostawy własnych, nawet lepszych od tego, czym w tej chwili dysponują Ukraińcy. Nie bez znaczenia jest też fakt dużego nasycenia ukraińskich oddziałów ręcznymi zestawami przeciwlotniczymi, takimi jak polskie Pioruny czy amerykańskie Stingery. W tym obszarze także nie należy spodziewać się istotnych zmian; dostawy dla Kijowa są i będą kontynuowane. Ale to nie znaczy, że Rosjan w powietrzu nie ma – nad miastami się nie pojawiają, ale często i gęsto wspierają oddziały frontowe. Mówi się o 200-300 takich operacjach dziennie, w których rolę konia roboczego spełniają klasyczne szturmowce Su-25. Obładowane bombami i rakietami, dolatują nad cele na niskich wysokościach i po przeprowadzonym ataku usiłują wydostać się z pola rażenia. Zwykle się udaje, lecz w ostatnich dniach Rosjanie odnotowali spore straty.

Tożsamość zestrzelonych pilotów i ich zeznania wskazują na istotne problemy rosyjskiego lotnictwa. Po pierwsze, w misjach bojowych biorą udział wysocy rangą oficerowie – pułkownicy, a nierzadko i generałowie. Po drugie, operacje delegowane są „na zewnątrz” armii – do firmy najemniczej Grupa Wagnera, której siły powietrzne użyczają samolotów. Dlaczego tak się dzieje? Ano takie są konsekwencje lipnego szkolenia kadr. Młodych rosyjskich pilotów od wielu lat uczono jedynie „latać po sznurku” – tak, by dali radę odpowiednio zaprezentować się na paradzie i przewidywalnych do bólu ćwiczeniach robionych pod VIP-ów i media. Taktyki lotniczej nie było tam niemal wcale, a gdy pojawiały się trudniejsze zadania, za sterami i tak siadali doświadczeni piloci. „Miało być dobrze, a my chcieliśmy mieć święty spokój”, zeznają ujęci przez Ukraińców oficerowie (tego rodzaju opinie pojawiają się też w zamkniętych grupach dyskusyjnych na rosyjskim Telegramie).

Wśród pojmanych jest Andriej Fiedorczukow, emerytowany major sił powietrznych, zestrzelony 17 czerwca nad Swietłodarskiem. Fiedorczukow – choć siedzi teraz w obozie – może mówić o szczęściu – żyje, w przeciwieństwie do 67-letniego pułkownika Mikołaja Markawa czy 63-letniego generała Kanamata Botaszewa, strąconych w maju. Ta dwójka także latała „u Wagnera”, w komponencie lotniczym, który w ostatnich tygodniach został naprędce rozbudowany, tak, by móc formalnie przejąć zadania regularnych pułków rosyjskiego lotnictwa. Młodzi nie muszą już latać – robotę wykonują za nich starzy wyjadacze u „prywaciarza”. Zresztą, nie bardzo mieliby czym, bo okazuje się, że po czterech miesiącach wojny większość maszyn – szczególnie tych nowszych typów – jest już znacząco zużyta i wymaga remontów. Rosjanie projektują niezłe samoloty, ale jakości wykonawstwa i kultury technicznej obsługi nie da się porównać z zachodnimi standardami. I nie chodzi tylko o kwestie mentalne, ale też ściśle technologiczne – duża część maszyn i urządzeń w przemyśle lotniczym lata świetności ma już dawno za sobą. Popularność Su-25 bierze się zatem nie tylko z faktu, że idealnie nadaje się do misji bezpośredniego wsparcia oddziałów na lądzie. Prostota jego konstrukcji oraz fakt, że używane egzemplarze wykonano w czasach, kiedy fabryczne urządzenia były w lepszej kondycji, mają tu równie istotne znaczenie.

Ale Su-25 nie pochodzą z nieskończonego zbioru. I też się zużywają. Stąd pomysł na przywrócenie do służby Su-17 i MiG-i 27 – wykonanych w „starych, dobrych czasach”, do obsługi których zapewne znajdą się doświadczeni (ale i wiekowi…) „wyjadacze”. Co istotne, oba typu maszyn powstały w czasach CoComu (ang. Coordinating Committee for Multilateral Export Controls), czyli ostrego embarga na wysokie technologie, obejmującego ZSRR i kraje bloku wschodniego. W ich przypadku nie ma zatem mowy o zachodniej elektronice (wykorzystywanej w awionice), której zastosowanie okazało się piętą achillesową najnowszych rosyjskich maszyn. Po prawdzie, częściowo „zalatanych” jeszcze zanim nastąpiła inwazja, w ustawkach dla mediów, w trakcie których budowano narrację o potężnych siłach powietrznych Federacji. Dorżnięte po inwazji, stoją teraz bezużyteczne z uwagi na brak odpowiednich podzespołów i oprzyrządowania.

Spodziewajmy się zatem kolejnej odsłony występów „grupy rekonstrukcyjnej armii radzieckiej”, jak z coraz większą zasadnością można mówić o siłach inwazyjnych. W lotnictwie widać to także po doborze rakiet wykorzystywanych do ataków na ukraińskie miasta. Rosjanie bardzo oszczędnie gospodarują najnowszymi pociskami, masowo używając tych z rodowodem ZSRR. Zwykle są to pociski Ch-22, konstrukcja z przełomu lat 50. i 60., wystrzeliwane z samolotów bombowych, które nie wlatują w przestrzeń powietrzną Ukrainy (ataki następują z terytorium Rosji i Białorusi). Wczorajsze uderzenie w centrum handlowe w Krzemieńczuku przeprowadzono właśnie przy użyciu Ch-22. Fakt, iż były to dwie rakiety (zaprojektowane do zatapiania największych amerykańskich okrętów…), unieważnia twierdzenia o przypadkowym trafieniu.

A co nam mówi o intencjach Rosjan?

Nalot miał wybitnie terrorystyczny zamiar – chodziło w nim o zabicie jak największej liczby cywilnych osób. Jak na razie mówimy o 70 zabitych i rannych, ale ekipy ratownicze wciąż przeszukują gruzy. Poza oczywistym przesłaniem dla Ukraińców: „nigdy i nigdzie nie możecie czuć się bezpieczni”, atak, wpisujący się w całą serię podobnych zdarzeń z ostatnich dni [1], ma też charakter zemsty. Przez cały weekend Ukraińcy bezlitośnie punktowali rosyjski system obronny, także przy użyciu nowo dostarczonych amerykańskich wyrzutni Himars. Po raz kolejny zniszczono instalacje wojskowe na Wężowej Wyspie – co ma ważne znaczenie symboliczne. Przede wszystkim jednak ostrzelano duże składy amunicyjne i punkty dowodzenia Rosjan (m.in. rosyjskiej 20. Armii). Agresorzy stracili mnóstwo sprzętu, sporo ludzi, w tym wielu oficerów (niebawem powinniśmy poznać bardziej szczegółowe dane), odwinęli się więc ostrzeliwując z rakiet Kijów, Odessę, Żytomierz, a wczoraj Krzemieńczuk. Mściwi zwyrodnialcy, niezdolni do honorowej walki…

[1] 4 dni temu Rosjanie wystrzelili na ukraińskie miasta 53 pociski manewrujące, 3 dni temu – 26 rakiet, 2 dni temu prawie 40, wczoraj – 12.

—–

Nz. Strażacy na gruzach centrum handlowego w Krzemieńczuku /fot. Центр стратегічних комунікацій та інформаційної безпеки

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Domykanie

– Mrugniemy powieką i Kijów będzie nasz! – deklarował w jednym ze swoich programów Władimir Sołowiow, rzekomy dziennikarz, a faktycznie naczelny kremlowski propagandysta. Działo się to w lutym, kilkanaście dni później armia rosyjska wkroczyła do Ukrainy. Nie wiem, z jaką prędkością mruga powiekami Sołowiow i jego szajka – u reszty ludzi owa czynność zajmuje jedną trzecią sekundy. W ciągu minuty mrugamy zwykle 15-20 razy, co daje ponad milion sześćset tysięcy powtórzeń w okresie 100 dni. Tyle razy ruskie powinny mieć już Kijów, a mają…

Oczywiście, nawet Sołowiow nie traktował literalnie wypowiadanych przez siebie słów. Szło mu o efektowną frazę, jakby określenie „błyskawicznie” brzmiało niedostatecznie dosadnie. Nie zmienia to faktu, że jakby się chłop nie nadął i po jakie słowne gierki nie sięgnął, dziś i tak wyszedłby na durnia. Jak jego kremlowski pryncypał, wybornie podsumowany w komentarzu satyrycznym Tygodnika NIE. „No geniuszu, dziś setny dzień twojej trzydniowej operacji wojskowej”, drwi sobie admin profilu, ilustrując post zdjęciem zafrasowanego Putina. Karma, gamonie…

Żart, żadna karma, a gigantyczny wysiłek ukraińskiej armii i społeczeństwa, wsparty zachodnimi sankcjami, dostawami broni i danych wywiadowczych. To najważniejsze czynniki, które decydują o tym, że rosyjskie wojsko – miast chełpić się szybkim i całkowitym pokonaniem Ukrainy – wykrwawia się dziś w walce o średniej wielkości miasto powiatowe, po uprzedniej kilkukrotnej redukcji celów strategicznych operacji. Bo najpierw kazano mu zająć cały kraj, potem cały wschód i południe, następnie tylko Donbas, a na koniec jedynie dwa z pięciu donbaskich regionów.

No i utrzymać to, co już zdobyte, bo armia przeciwnika ani myśli się poddawać, a na niektórych odcinkach frontu wręcz kontratakuje. Patrząc na sytuację z boku, trudno dziwić się naciskom Kremla na rosyjskie media – by „nie zauważyły” dzisiejszej symbolicznej daty. Skala kompromitacji rosyjskiej armii, wywiadu i władz politycznych jest bowiem porażająca. I wcale nie jest zjawiskiem historycznym, diagnozą dotyczącą początków inwazji. To proces, który trwa – półtora miesiąca bitwy o Donbas pozwoliło Rosjanom przesunąć front w głąb Ukrainy najdalej o 32 km.

Za jaką cenę? Ogromną. O ile w pierwszych tygodniach inwazji podawane przez Ukraińców rosyjskie straty wydawały się być zawyżone, dziś można tym raportom zarzucić… powściągliwość. Nie chodzi mi o dane dotyczące sprzętu (choć należy zauważyć, że dwie trzecie raportowanych przez Ukraińców zniszczeń znajduje potwierdzenie w niezależnych źródłach, oceniających skalę strat na podstawie materiałów zdjęciowych i filmowych). Mówię o statystykach dotyczących ludzi. Wedle dowództwa ukraińskiej armii, do tej pory poległo, zostało rannych, zaginęło i dostało się do niewoli 31 tys. Rosjan. Tymczasem amerykański wywiad szacuje liczbę poległych agresorów na co najmniej 15 tys. (nie licząc najemników), a rannych na ponad 40 tys. Dla przypomnienia – siły inwazyjne 24 lutego liczyły między 170 a 190 tys. ludzi.

Oczywiście, giną też Ukraińcy, przede wszystkim cywile. Oficjalne dane ONZ mówią o niespełna pięciu tysiącach zabitych, ale to tylko absolutnie bezsporne przypadki. Szacuje się, że starty cywilne są 10 razy wyższe; w samym Mariupolu na skutek działań wojennych śmierć poniosło 20 tys. osób. Okupanci jak mogą utrudniają zbieranie danych na zajętych terytoriach, ale masowe groby widać z kosmosu, zaś działalność zespołów wyposażonych w mobilne krematoria rejestrują ukraińscy patrioci – i informacje na ten temat co rusz trafiają na „naszą” stronę. Co zaś się tyczy strat militarnych – w połowie kwietnia Ukraińcy raportowali, że mają trzy tysiące zabitych i 10 tys. rannych żołnierzy. Potem nastała bitwa o Donbas, w efekcie której dzienne ukraińskie straty wzrosły do 60-100 żołnierzy zabitych i nawet pół tysiąca rannych. Daje nam to, licząc średnią, kolejne trzy tysiące sześćset zabitych i ponad 22 tys. rannych. W sumie zatem mówimy o niemal 7 tys. poległych i ponad 30 tys. zranionych i wyeliminowanych z walki ukraińskich wojskowych. Źródła, do których mam dostęp, wskazują, że rannych może być o kilka tysięcy więcej, zaś liczba zabitych dochodzić do 10 tys.

Na 10 tys. – tym razem sztuk pocisków największych kalibrów – szacuje dzienne zapotrzebowanie własnej artylerii najlepiej poinformowane z moich ukraińskich źródeł. Rosjanie strzelają kilkukrotnie „gęściej”, załóżmy, że pięć razy (a to naprawdę ostrożne założenie…) – co daje nam 60 tys. wystrzelonych pocisków armatnich na dobę. Licząc od początku bitwy o Donbas wychodzi 2,7 mln sztuk zużytej amunicji. Nie może zatem dziwić drastyczny wzrost rannych ukraińskich żołnierzy, bo jakkolwiek Rosjanie specjalnie nie celują, to część z tej ogniowej masy i tak spada na pozycje obrońców. W tym kontekście zupełnie naturalną jest zmiana w relacji strat obu stron. Trend zmierzający do zrównania się jest silny nie tylko dlatego, że Rosjanie stosują zasadę artyleryjskiego walca (zgodnie z którą ruszają do natarcia dopiero po solidnym, wielokrotnym pokryciu ogniem linii obronnych nieprzyjaciela). Lokalne ukraińskie kontrataki także potęgują straty – na niekorzyść Ukraińców działa nie tylko samo odkrywanie się (bo nie sposób szturmować skrycie), ale też brak wystarczającej osłony z powietrza. Część kontrataków na południu została przez Rosjan zatrzymana na etapie wyjściowym, gdy ich lotnictwo zauważyło, a następnie przetrzebiło koncentrujące się oddziały ukraińskie.

Przywodzi nas to do wniosku, że nie będzie mowy o jakiejkolwiek większej operacji zaczepnej armii ukraińskiej bez uporządkowania kwestii przewagi w powietrzu. Ukraińskie lotnictwo jest na to zbyt skromne, a rozbudowa jego możliwości… Zdradzę Wam pewien sekret – otóż głęboko wierzę, że Ukraińcy będą latać na efach szesnastych, a może i piętnastych. Ale nie nastąpi to ani dziś, ani jutro, ani nawet pojutrze; to kwestia wielu miesięcy, wspomnicie moje słowa. Lecz obrońcy nie mogą sobie pozwolić na tak długi pat na froncie, więc sposobem na wzmiankowany problem będą zapewne kolejne dostawy posowieckich samolotów „niewiadomego pochodzenia” (patrz bułgarskie „ale to nie nasze samoloty, takie samoloty można kupić w każdym sklepie z samolotami” – w odpowiedzi na doniesienia prasowe o przekazaniu Ukrainie czternastu Su-25) oraz dalsza rozbudowa możliwości obrony przeciwlotniczej, także w oparciu o zachodnie systemy. Już dziś rosyjskie lotnictwo działa zdecydowanie poniżej swoich teoretycznych możliwości, asekurancko i ze słabnącym natężeniem (chyba komuś kończą się resursy i zasoby odpowiednio wyszkolonych pilotów).

Kolejnym wymogiem (dla zwiększenia potencjału ofensywnego armii ukraińskiej) pozostaje rozbudowa artylerii. W tej kwestii sporo się ostatnio wydarzyło, a spośród pozytywnych informacji najważniejsza dotyczy amerykańskiego systemu HIMARS. To wieloprowadnicowe wyrzutnie rakietowe, zdolne razić cele na głębokich tyłach (nawet do 300 km). Mobilne, precyzyjne, o dużej sile rażenia, stanowią śmiertelne zagrożenie nie tylko dla pozycji artylerii wroga, ale też jego lotnisk, baz logistycznych i przede wszystkim centrów dowodzenia. Na ukraińskim froncie, przy odpowiednim nasyceniu – na poziomie 150-200 wyrzutni – zniknie przewaga Rosjan wynikająca z większej liczby artyleryjskich luf (jakość przebije ilość). I choć na razie USA przekazały Ukrainie zaledwie cztery wyrzutnie – na których Ukraińcy już się szkolą – wkrótce nastąpią kolejne dostawy.

Bo i owszem, nie spodziewam się ustania amerykańskiej pomocy. „Zatroskani” (celowo w cudzysłowie) wieszczą zwycięstwo republikanów w wyborach na jesieni tego roku, po których „skończy się Bidenowe rumakowanie, bo Joe nie będzie miał większości”. Pozbawiona jankeskiej kroplówki Ukraina upadnie, Putin dopnie swego – zacierają ręce nie tylko prawackie „kuce”, ale i spora część postkomunistycznej, „genetycznie” rusofilskiej lewicy (nad czym jako lewicowiec pochylę się przy którymś z kolejnych wpisów, bodzie mnie to bowiem strasznie). Na czym opieram przekonanie, że nawet niekorzystne dla demokratów wyniki wyborów uzupełniających nie wpłyną na determinację Waszyngtonu? Administracja Bidena jasno zdefiniowała swoje cele w kontekście wojny Rosji z Ukrainą – idzie w nich o takie wykrwawienie agresora, by nie był w stanie przez najbliższe dziesięciolecia nikomu już zagrozić. Jak na razie istnieje co do tego konsensus między oboma amerykańskimi partiami, a ustawa Lend Lease to swoisty bezpiecznik na okoliczność braku takiej zgody. LL daje prezydentowi ogromną władzę w kwestii decydowania o skali pomocy wojskowej, normalni republikanie poparli nadanie Bidenowi ekstraordynaryjnych uprawnień także z obawy przed ewentualnymi ekscesami trumpistów. Demokraci pomocy dla Ukrainy nie zablokują, a prezydent… a prezydent, człowiek uformowany w czasach zimnej wojny, ma poczucie misji. Biden chce domknąć historię, rozstrzygnąć amerykańsko-sowiecką rywalizację, bo choć w 1991 roku ZSRR upadł, a USA zapewniły sobie dwie dekady supremacji, to jednak putinowska Rosja wróciła na ścieżkę imperialnych ambicji. Ponowne sprowadzenie jej do roli podrzędnego mocarstwa (bo mocarstwem pozostanie z uwagi na broń jądrową) ma być „dziedzictwem Bidena”, jego osobistym wkładem w historię przez wielkie H.

Himarsy będą niezwykle pomocnym narzędziem w pisaniu tej historii. Zwróćcie proszę uwagę na sposób, w jaki „pojawiają się na scenie”. Najpierw Biden mówi, że Ukraina nie dostanie systemów rakietowych zdolnych razić cele w Rosji. Potem Pentagon ogłasza, że jednak Kijów otrzyma takie uzbrojenie, ale bez rakiet przeznaczonych do najdłuższego lotu. Na końcu zaś amerykańska ambasador twierdzi, że decyzje o sposobie użycia Himarsów należą wyłącznie do Ukraińców. Tak gotuje się rosyjską żabę – stopniowe budowanie świadomości, w jak głębokiej dupie znajdą się Rosjanie, ma im dać czas na otrząśnięcie się, na zaakceptowanie trudno akceptowalnych faktów. Tym sposobem ogranicza się ryzyko gwałtownych reakcji, a zarazem wysyła czytelny komunikat głównemu lokatorowi Kremla: „Wycofaj się, nim Ukraińcy jeszcze bardziej upokorzą twoją armię, a przy okazji i ciebie”. Moim zdaniem, jest to jedyna akceptowalna metoda stwarzania Putinowi możliwości wyjścia z twarzą. Wszystko inne to niepotrzebne i nieadekwatne kapitulanctwo.

—–

Nz. Wyrzutnia Himars w akcji/fot. Departament Obrony USA

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Siekiery

We wrześniu 1939 roku rodzina mojej Babci została ewakuowana na wschód Rzeczpospolitej – na tereny ówczesnego województwa wołyńskiego. Po koszmarze ucieczki pociągiem ostrzeliwanym przez samoloty Luftwaffe, uchodźców ulokowano w jednej z wiosek. I tam nie dane im było zaznać spokoju. Po kilku dniach, nocą, musieli uciekać przed skrzykniętymi ad hoc ukraińskimi bandami, które upadek państwa polskiego sprowokował do rozliczeń z Lachami.

„Moi” nie zostali na Wołyniu – jeszcze jesienią 1939 roku wrócili do Torunia, na terytoria zajęte przez Niemców. Niewykluczone, że była to decyzja, która uratowała im życia (cała czwórka – pradziad, prababka, Babcia i jej brat – doczekali końca wojny). Rzeź wołyńska z lata 1943 roku nie była zatem ich osobistym doświadczeniem. Lecz traumatyczne przeżycia z 1939 roku sprawiły, że temat ukraińskich mordów na Polakach wracał w moim domu przy różnych okazjach.

Babcia nie pielęgnowała nienawiści. Nie chciała jej przekazywać – przynajmniej intencjonalnie. Lecz dzieląc się swoim strachem, sprawiła, że wyszedłem z domu wyposażony w pewien myślowy schemat. Odkąd pamiętam, słowo „Ukrainiec” przywodziło skojarzenie z siekierą. Wracały babcine opowieści, do których z czasem dołączyły historie wyczytane z książek i wysłuchane od innych świadków tamtych wydarzeń. Tym łatwiej, że przez wiele lat nie miałem z Ukraińcami żadnych kontaktów. Ukraina to był odległy ląd w posowieckim Mordorze, z którego mojemu krajowi szczęśliwie udało się wyrwać.

Zjeżyłem się, gdy latem 2005 roku spotkałem ukraińskich żołnierzy w Iraku. Byli sojusznikami, ale ja widziałem te przeklęte siekiery.

Kibicowałem Majdanowi w 2013 i 14 roku, ale morze ukraińskich flag – dobitny wyraz lokalnego etnosu – nie pozwalało tak do końca zidentyfikować się ze słusznym przecież protestem. Znów zaważyły siekiery.

Zdrętwiałem, gdy ukraiński żołnierz, ze słowem „brat” na ustach, objął mnie gdzieś na linii frontu pod Debalcewem. Była zima 2015 roku, Ukraina toczyła wojnę z rosyjskim najeźdźcą. Wrogim także nam, Polakom. Świadom tego, wciąż ciążyłem ku siekierom.

To siekiery – chyba bardziej niż przywiązanie do potrzeby zachowania dziennikarskiego obiektywizmu – napędzały moje oburzenie widokiem polskich reporterów, w geście solidarności owijających się ukraińskimi flagami.

Więc gdy wiosną 2016 roku na froncie pod Mariupolem zobaczyłem Ukraińców w pobliżu prawdziwych siekier, nie mogłem się powstrzymać. Zwolniłem migawkę, rejestrując swoje uprzedzenia. Załączam je jako ilustrację do tego postu.

Tak, uprzedzenia – bo w istocie o coś złego tutaj szło. O paskudne uproszczenie, które uwiodło mnie przed laty. Które sprawiło, że tak bardzo bałem się filmu „Wołyń”. Tego, że znów poczuję niemal fizyczną obecność siekier. I tak też się stało. Wyszedłem z seansu utwierdzony w przekonaniu, że Ukraińcy tak długo, jak stanowią etniczną wspólnotę genetycznie związaną ze sprawcami mordów, winni się czuć odpowiedzialni za Wołyń. Zawstydzeni, skruszeni i przepraszający – podobnie jak Niemcy w odniesieniu do Holocaustu i piekła II wojny światowej. Choć sytuacja na Wołyniu czarno-biała nie była, nie może być mowy o żadnym „symetrycznym dzieleniu winy”. Kat był jeden i ofiara jedna.

To rzecz dla mnie niedyskutowalna – ani wtedy, ani dziś. Tylko u licha, co dalej?

Prof. Maria Janion wspominała kiedyś o konieczności przemiany żałoby w empatię. Pisała szerzej – o całościowym stosunku do polskiej historii – lecz jej radę można wykorzystać i w tym kontekście. Empatia to między innymi zrozumienie, zrozummy zatem, skąd się bierze ukraińskie wyparcie wołyńskiej zbrodni, co decyduje o tym, że znienawidzony u nas Bandera w Ukrainie zyskuje status narodowego bohatera. Przecież większość Ukraińców nie ma pojęcia o wołyńskich wyczynach UPA, dla innych ważniejszy jest fakt, że formacja ta walczyła z sowietami. Część wierzy w radzieckie prowokacje, niektórych przekonuje argument o rzekomo masowej współpracy Polaków z Niemcami – przeciw Ukraińcom. Znamy skądś te schematy znoszenia odpowiedzialności, prawda? Dość przypomnieć sprawę Jedwabnego i histeryczne reakcje rodzimych „patriotów”.

Gdy zacząłem poznawać Ukraińców, łatwiej mi było przetwarzać żałobę (i wynikłe z niej uprzedzenia) w empatię, która z czasem zmieniła się w miłość. Zwłaszcza że widziałem ich w sytuacjach granicznych, na wojnie. I tak przepędziłem z głowy siekiery, co wcale nie oznacza „wyczyszczenia” pamięci. Wojna na wschodzie zmusiła nasze kraje do współpracy, a miliony Ukraińców pchnęła do Polski jako uchodźców. Nigdy po 1945 roku nie byliśmy tak blisko, stąd moja wiara, że gdy minie rosyjskie zagrożenie, porozmawiamy jak przyjaciele o wspólnej, tragicznej przeszłości. Ostatecznie więcej nas łączy, niż dzieli – i żaden moskiewski satrapa, któremu ta przyjaźń tak bardzo wadzi, nie będzie nam się wpierdalał między wódkę a zakąskę.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

„S.T.A.L.K.E.R.”

Zachodnie media skupiają uwagę na koncentracji rosyjskich wojsk wzdłuż ukraińskiej granicy. Tymczasem po drugiej stronie mamy do czynienia z podobnymi działaniami, choć w mniejszej skali. Co ciekawe, dotyczą one także Czarnobylskiej Strefy Wykluczenia.

Unikanie „gorących punktów”

Pierwsi funkcjonariusze ukraińskiej prikordonnej służby pojawili się na miejscu jeszcze w listopadzie ub.r. Przebiegająca przez strefę granica między Ukrainą a Białorusią nie była do tej pory chroniona. Kijów obawiał się jednak prowokowanej przez Aleksandra Łukaszenkę presji migracyjnej. Z Polską białoruskiemu dyktatorowi nie wyszło, a wielu zwiezionych do Mińska uchodźców z Bliskiego Wschodu nie miało dokąd wracać – Ukraina wydawała się zatem naturalnym „zastępczym szlakiem” w drodze na zachód Europy. Z biegiem czasu strażników zaczęli uzupełniać wojskowi, a proces ten przyśpieszył w ostatnich dniach, gdy eskalująca rosyjsko-ukraińskie napięcie Moskwa rozpoczęła wysłanie na Białoruś tysięcy żołnierzy i masy sprzętu. Celem tej dyslokacji ma być udział w rosyjsko-białoruskich manewrach, ale niezależnie od oficjalnych deklaracji Kremla, Kijów na wszelki wypadek przygotowuje się także na scenariusz inwazji.

Zona to niemal całkowicie opustoszały teren, w wielu miejscach wciąż niebezpiecznie radioaktywny. Korzyści z przejęcia takiego obszaru nie ma właściwie żadnych – jak i z faktu, że to tamtędy wiedzie najkrótsza droga do Kijowa. Uderzenie z tego kierunku wykluczają bowiem fatalne warunki terenowe – rozlewiska, bagna, lasy. Ale odludzie, które nie sprzyja czołgom i pojazdom opancerzonym, idealnie nadaje się do działania grup dywersyjnych. Do przenikania na terytorium Ukrainy i „zaszywania się” po przeprowadzonych akcjach. „Nie ma znaczenia, że zona jest skażona i że nikt tu nie mieszka – przekonywał kilka dni temu ppłk Jurij Szachrajczuk z ukraińskiej straży granicznej. – To nasze terytorium, nasz kraj i musimy go bronić”. Jak na razie obrona sprowadza się do pieszych patroli – z bronią w ręku i dozymetrem u szyi. „Zbieramy dane o sytuacji wzdłuż granicy i przekazujemy je służbom wywiadowczym” – cytuje pułkownika „The New York Times”.

Nie jest jasne, ilu mundurowych pracuje w strefie. Na liczącą ponad 1000 km ukraińsko-białoruską granicę wysłano w ostatnich tygodniach 7,5 tys. strażników. Liczba żołnierzy pozostaje nieznana. Wiadomo, że ci w zonie funkcjonują w ścisłym reżimie. By unikać „gorących punktów”, gdzie promieniowanie jest tysiące razy wyższe niż dopuszczalne normy, patrole poruszają się wytyczonymi trasami. Z deklaracji ppłk. Szachrajczuka wynika, że dotąd żaden ze strażników i żołnierzy nie był narażony na działanie wysokich dawek. Gdyby taki incydent nastąpił, pechowiec zostanie wycofany ze strefy na urlop i leczenie. „Staramy się być ostrożni – twierdzi mjr Aleksiej Vegera z czarnobylskiej policji, która pomaga wojsku i straży. „Ale cóż mogę powiedzieć, jestem do tego przyzwyczajony” – zapewnia oficer od lat zmagający się z nielegalnymi grzybiarzami, złomiarzami i żądnymi wrażeń turystami.

Szaber i samosioły

W nocy z 25 na 26 kwietnia 1986 r. w elektrowni jądrowej w Czarnobylu przeprowadzano test systemów bezpieczeństwa reaktora nr 4. Wady konstrukcyjne i błędy proceduralne spowodowały przegrzanie urządzenia i wybuch wodoru. Doszło do pożaru oraz rozprzestrzenienia substancji promieniotwórczych na niespotykaną skalę. W efekcie skażeniu uległ obszar niemal 150 tys. km kw. Na najbardziej dotkniętym terenie, o powierzchni 2,6 tys. km kw., ustanowiono Strefę Wykluczenia. Decyzję w tej sprawie – oznaczającą również przymusowe wysiedlenie ludności – podjęło najwyższe kierownictwo Związku Radzieckiego. Kilka lat później ZSRR upadł, a „dziedzictwem” Czarnobylu podzieliły się Ukraina i Białoruś. Wokół zony zaś narastały coraz bardziej niedorzeczne mity, których ucieleśnieniem stały się filmowe horrory. No i gra komputerowa S.T.A.L.K.E.R, gdzie w postapokaliptycznym otoczeniu elektrowni grupa śmiałków zmaga się z wszelkiej maści anomaliami i mutantami.

W rzeczywistości niedziałająca już elektrownia nadal zatrudnia tysiące ludzi. Dojeżdżają oni do pracy z miasta Sławutycz, położonego 50 km od elektrowni, bądź rotacyjnie mieszkają w samym Czarnobylu. Opuszczona pozostaje Prypeć – miasteczko od podstaw stworzone dla pracowników kombinatu, od lat będące celem wycieczek. Początkowo nielegalnych, a dziś coraz bardziej rozczarowujących. W Prypeci nie ma już nic tajemniczego, choć proces zarastania 50-tysięcznego niegdyś miasta wygląda imponująco. W sieci łatwo znaleźć galerie dokumentujące nie tylko skalę inwazji przyrody, ale i porzucony dobytek mieszkańców. To ostatnie chwile, by móc jeszcze takie fotografie zrobić samemu – niebawem w „mieście duchów” pozostaną tylko gołe szkielety budynków. Rozkradziono już niemal wszystko, co przedstawiało jakąkolwiek wartość – od użytkowej po symboliczną. Turystyka dopełniła jedynie skali procederu, gdyż ten zaczął się dużo wcześniej.

– Już pierwszego dnia po ewakuacji – opowiadał mi kilka lat temu Wasilij, mechanik z Czarnobyla. – Tuż przed katastrofą kupiłem sobie nową wannę. I to ją ukradli najpierw. Opuszczający miasto ludzie brali swoje i nie swoje. Brała milicja, brało wojsko. Na dobrą sprawę, gdy weszły pierwsze zakazy zabraniające wywózki, najcenniejsze rzeczy były już rozkradzione – zapewniał mój rozmówca. Szaber kwitł w najlepsze niezależnie od administracyjnych kar i ryzyka wynikłego z używania napromieniowanych rzeczy. Gdy organizowanie wycieczek do strefy stało się biznesem, miejscowe biura podróży wynajmowały ludzi, którzy znosili porzucony dobytek na niższe piętra, ogołocone w pierwszej kolejności. Działalność mająca ułatwić turystom kontakt z poradzieckimi artefaktami przyśpieszyła tylko grabież. Symbolicznym dopełnieniem nieskuteczności zakazów stały się samosioły – osoby, które nigdy nie opuściły strefy. Dziś żyje ich pół setki, wszystkie są w podeszłym wieku.

Najlepsza gwarancja

Gdy doszło do eksplozji reaktora RBMK-1000, Kreml próbował sprawę zatuszować. Nie odwołano pochodów pierwszomajowych w miastach zagrożonych opadem radioaktywnym, co wkrótce zemściło się na radzieckim kierownictwie. Ta bezduszność wzmogła bowiem nastroje antyradzieckie w Rosji, Białorusi i na Ukrainie, w republikach najbardziej dotkniętych skutkami tragedii. Wraz ze splotem innych okoliczności wypadek przyczynił się do upadku ZSRR pięć lat później. Ukraińcy nadali mu dodatkowe znaczenie – stał się, obok hołodomoru, przykładem radzieckiego imperializmu i pogardy dla ludzkiego życia. Po 2014 r. wykorzystano go w nacjonalistycznej kampanii, promującej antyrosyjskie postawy. Gdy w kwietniu 2016 r. odwiedziłem Muzeum Czarnobylskie w Kijowie, poza eksponatami i multimediami dotyczącymi katastrofy oraz ekspozycją poświęconą wielkiemu głodowi, były tam również zdjęcia z Donbasu, ilustrujące ukraińsko-rosyjskie zmagania.

Oczywiście, symboliczna wartość Czarnobyla w żaden sposób nie przesądza o jego militarnym znaczeniu. Ale teren dawnej elektrowni i tak wymaga nadzwyczajnych środków ostrożności. Tuż po katastrofie uszkodzony reaktor zakryto sarkofagiem, który już po kilku latach wymagał renowacji. Prace nad wzmocnieniem konstrukcji trwały przez kolejne dekady. Mrowie ludzi, dźwigi i ciężarówki przywodziły skojarzenia z inwestycją w potężny zespół loftów – i tylko widok podwójnego płotu zwieńczonego drutem kolczastym i usianego kamerami przypominał o prawdziwym charakterze miejsca. Pięć lat temu ów krajobraz zmienił się za sprawą Arki, jak nazwano nowy sarkofag. Wysoki na 108, szeroki na 257 i długi na 150 m, kosztował zagranicznych donatorów Ukrainy 1,7 mld dol. Powstał nieopodal siłowni, po czym przez wiele miesięcy nasuwano go na budynek, w którym znajduje się uszkodzony reaktor.

Ukończenie Arki nie oznaczało końca Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej. Jeszcze przez długie lata tłumy naukowców i inżynierów będą czuwać nad wygaszonymi reaktorami. A tysiące robotników pracować przy bieżącym zabezpieczaniu sarkofagu, naprawach, rozbudowie dróg i innej infrastruktury. Mówi się również o demontażu pierwotnego sarkofagu i zebraniu wciąż zalegającego pod nim paliwa jądrowego. Bo to ono stanowi największe zagrożenie, a jego niekontrolowane uwolnienie mogłoby przynieść katastrofę ekologiczną o gigantycznej skali. Dziś to najlepsza gwarancja bezpieczeństwa dla zony – lepsza niż nawet liczniejsze i lepiej uzbrojone oddziały. Bo kto przy zdrowych zmysłach chciałby atakować i przejąć tak kłopotliwy teren? Tę refleksję można by odnieść do całej Ukrainy – kraju borykającego się z ogromnymi problemami ekonomicznymi, politycznymi, społecznymi i demograficznymi. Które, niczym paliwo w reaktorze nr 4, czynią ów kraj niemal „nieatakowalnym”.

—–

Nz. Arka, widok z kwietnia 2016 roku. Nasuwanie rozpoczęło się jesienią/fot. autor

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 7/2022

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Syndrom

To książka o tym, jak złym miejscem do życia jest Rosja. I nie tylko o skalę zagrożenia islamskim terroryzmem chodzi (nieporównywalnie większą niż w Europie). To opowieść o „syndromie rosyjskim”, zjawisku – jak w przypadku syndromu sztokholmskiego – odnoszącym się do zakładników.

Jeszcze w latach 80. XX wieku radzieckie ofiary terrorystów miały ogromne szanse na przeżycie zamachów. Później nastąpiła radykalizacja działalności wszelkiej maści „bojowników”, przede wszystkim jednak stwardniała rosyjska władza. Życie zakładników przestało mieć znaczenie, ba, zaczęto wręcz traktować ich jak współwinnych – co jest istotą wspomnianego syndromu. Szkoła w Biesłanie czy teatr na Dubrowce to najbardziej spektakularne przykłady tej filozofii.

Ale zdarzeń tego typu – choć w mniejszej skali – jest w najnowszej historii Rosji znacznie więcej. Autor wylicza je skrupulatnie, co pozwala wychwycić jeszcze jedną zależność. Rosyjskie Alfy i Wympieły nie biorą jeńców. Zamachowcy giną (bądź zapadają się pod ziemię), zabierając swoje tajemnice do grobów. Często są to również tajemnice rosyjskiego państwa, którego służby mają z „kaukazkimi” dziwaczne powiązania. Tylko część z nich udało się odsłonić, reszta pozostaje w sferze uzasadnionych (!) spekulacji.

Jest więc Rosja we krwi, bo pacyfikuje Kaukaz, co spotyka się z zemstą radykałów. Jest nią, bo nie wybacza tym ostatnim obrazy majestatu, nadając mu wartość wyższą od życia obywateli. I jest wreszcie, bo rozgrywa terrorystów (chociażby pamiętne zamachy w Moskwie przed II wojną czeczeńską, które miały dać Putinowi zielone światło do rozprawy z bandytami), a później tuszuje swoje grzechy w dole z wapnem.

Nieludzka, przeklęta ziemia…

—–

Fot. Darek Prosiński

Postaw mi kawę na buycoffee.to