(Nie)sprawiedliwość

„A na wojnie świszczą kule, Lud się wali jako snopy, / A najdzielniej biją króle, / A najgęściej giną chłopy”, pisała przed laty Maria Konopnicka. Było, minęło? Niekoniecznie – wojny nadal w istotnej mierze prowadzone są rękoma najbiedniejszych warstw społecznych. Prawidłowość ta dotyczy również zmagań rosyjsko-ukraińskich. Strategie rekrutacyjne armii putina wymagają oddzielnego tekstu, ten chciałbym poświęcić cechom i skutkom ukraińskiego modelu mobilizacji.

Pełnoskalowa inwazja sprawiła, że siły zbrojne Ukrainy zwiększyły się niemal trzykrotnie – do 700 tys. ludzi. Choć szybko ogłoszono mobilizację, w pierwszych miesiącach wojny gros jej uczestników stanowili ochotnicy. Obywatelsko-patriotyczne wzmożenie objęło przedstawicieli wszystkich grup społecznych, była to więc armia na wskroś demokratyczna. Profesor stał w okopie z robotnikiem, przedstawiciel małego biznesu walczył ramię w ramię z rolnikiem.

Tyle że front dla obu stron okazał się „młynem”, pochłaniającym dziesiątki tysięcy ofiar miesięcznie.

Ochotnicy z pierwszego zaciągu ginęli, zostawali ranni, piekło wojny skutecznie zniechęcało więc kolejnych. W efekcie wraz z początkiem drugiego roku konfliktu wojsko ukraińskie odtwarzało stany osobowe już głównie poprzez przymusowy pobór.

Władze przyjęły założenie, że będą oszczędzać „najcenniejszy zasób demograficzny”, czyli młodzież. Z mobilizacji wykluczono zatem mężczyzn do 27. roku życia. Z tego powodu w okopach zaroiło się od 40- i 50-latków, którzy w normalnych warunkach uznawani są za osoby w sile wieku, jednak na wojnie to już „dziadkowie”.

Zmobilizowanie ich było łatwiejsze również ze względów formalnych, te roczniki bowiem widniały jeszcze w wojskowych kartotekach. Ewidencję rezerwistów zaniedbano, jak wiele innych powinności państwa ukraińskiego, w połowie lat dziewięćdziesiątych. Po 2014 roku zaczęto robić z tym porządek, co najszybciej szło w małych i średnich miejscowościach. To dlatego ich mieszkańcy stanowią dziś nadreprezentację w szeregach armii. Z kolei pośród wielkomiejskich rekrutów najwięcej jest pracowników dużych przedsiębiorstw i fabryk – zewidencjonowani przez pracodawców, zgromadzeni w dużej liczbie w jednym miejscu, stanowili idealny „cel” dla przedstawicieli „wojenkomitetów”.

Dodajmy do tego endemiczną ukraińską korupcję, która skaziła również proces rekrutacyjny. Z poboru można było się wykupić. Łapówki, w zależności od wielkości miejscowości, wahały się od kilku do kilkunastu tysięcy dolarów. Dla wielu była to cena zaporowa.

Organizacyjne i kryminalne uwarunkowania sprawiły, że armia ukraińska straciła dużo ze swej obywatelskości i demokratyczności. Koszty wojny – te najwyższe, związane ze śmiercią i ranami – w sposób nieproporcjonalny obciążyły biedną prowincję i najuboższe środowiska wielkomiejskie. Z identyczną sytuacją mamy do czynienia w rosji, tyle że tam nadal nie przekłada się to na społeczne niezadowolenie.

Tymczasem Ukraińcy coraz głośniej domagają się sprawiedliwego podziału kosztów wojny (…).

Jak? O tym przeczytacie w moim felietonie dla „Polski Zbrojnej” – oto link do całości artykułu.

Nz. Ukraiński żołnierz. „Dziadki” pojawiły się w okopach już podczas wcześniejszej fazy wojny – zmagań w Donbasie – tyle że wówczas nie było to aż tak masowe zjawisko. To zdjęcie zrobiłem wiosną 2016 roku na froncie pod Mariupolem/fot. własne

PS. Przypominam o nowej funkcjonalności mojego profilu na Patronite – chyba ciekawej. Pojawił się mianowicie sklep, a w nim „Alfabet…” w specjalnej edycji z autografem.

A gdybyście chcieli posłuchać, co mówiłem w audycji „Studnio wschodnie” Radia Lublin, zapraszam pod wskazany link.

Ataman

No więc stało się – Walery Załużny został odwołany ze stanowiska dowódcy ukraińskich sił zbrojnych. To nie jest dobra wiadomość.

Na jego miejsce prezydent Zełenski wyznaczył Ołeksandra Syrskiego, dotychczasowego dowódcę wojsk lądowych. To też nie jest dobra wiadomość, Syrski bowiem dowodzi po sowiecko-rosyjsku.

Ale może w tym szaleństwie jest jakaś metoda? Może „zachodniość” Załużnego – w sytuacji niedostatku środków technicznych niezbędnych do prowadzenia wojny wedle natowskiej doktryny – na tym etapie była bardziej obciążeniem niż zaletą?

Może. Tylko czy Ukrainę stać na „rozpoznania bojem”, „mięsne szturmy”, strzelanie wagonami amunicji, obronę nieperspektywicznych pozycji do upadłego? No chyba nie.

A może szaleństwo jest pozorne? Tak naprawdę niewiele wiemy o kulisach zarządzania ukraińskim państwem i armią. Nie dysponujemy konkretną wiedzą o dalszych możliwościach obronnych, zapasach, zasobach ludzkich. Może na jej gruncie sprawy wyglądają nieco inaczej?

Od wielu tygodni chodzi mi po głowie taka myśl – że Ukraina sposobi się do zawarcia pokoju. Że Kijów gotów jest zaakceptować (część?) rosyjskich zdobyczy, byleby zakończyć wojnę i pójść dalej. Stracić przeszłość, zyskać przyszłość, integrując się z zachodnimi strukturami. „Odpuszczamy”, gdyby takie hasło padło z ust Wołodymyra Zełenskiego, kraj by wybuchł. A gdy powie to „Ataman” – uwielbiany generał, symbol jedynej bezwzględnie szanowanej instytucji państwowej, jaką jest armia? Nieobciążony jarzmem dowodzenia, ale wciąż oświetlony blaskiem odniesionych sukcesów (generalnie udanej operacji obronnej i rekonkwisty części okupowanych ziem).

Carl Gustaf Mannerheim, naczelny dowódca fińskiej armii, następnie prezydent tego kraju, zręcznie obronił Finlandię przed sowiecką zarazą. Utracił część terytoriów, ale zachował dla kraju niepodległość.

Może w Ukrainie realizuje się podobny scenariusz?

Dla porządku odnotujmy – to pierwsza zmiana ukraińskiego głównodowodzącego po 24 lutego 2022 roku. Cokolwiek się za nią kryje, raczej nie jest to niekompetencja. Tymczasem to właśnie niekompetencja sprawiła, że w pierwszym roku pełnoskalowej wojny doszło do czterech zmian dowódców rosyjskich sił inwazyjnych. Nie znamy pierwszego dowódcy, drugi był aleksandr dwornikow, trzeci giennadij żydko, czwarty siergiej surowikin, którego na początku 2023 roku zastąpił sam generał gierasimow, „pierwszy żołnierz rosji”. Który nadal utrzymuje się na stołku (choć może to stwierdzenie mocno na wyrost, bo generała nie widziano publicznie od kilku tygodni) nie dlatego, że jest taki dobry, a dlatego, że nie bardzo jest go kim zastąpić.

—–

Dziękuję za uwagę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. „Z nami bóg i ataman Załużny”, głosi napis pod sylwetką generała. Zdjęcie to zrobiłem w Bachmucie, w styczniu ub.r.

Odcięcie

Dwóch kolegów rozmawia o polityce:

– Co nowego?

– NATO jest w stanie wojny z rosją.

– I jak to wygląda?

– rosja straciła trzysta pięćdziesiąt tysięcy żołnierzy, kilkanaście tysięcy czołgów i wozów bojowych, kilkaset samolotów i śmigłowców.

– A jak trzyma się NATO?

– NATO jeszcze nie weszło do akcji.

Dowcip dowcipem, ale tak to mniej więcej wygląda. Rosyjska armia utraciła mnóstwo ludzi, najcenniejszego sprzętu i reputację. Szczytowym osiągnięciem rosyjskich generałów jest dziś zachowanie kontroli nad kilkunastoma procentami zajętych wcześniej terenów Ukrainy, a największą zdobyczą mijającego roku pozostaje powiatowy Bachmut, liczący przed wojną 70 tys. mieszkańców.

Kurdyjski przykład

Oczywiście, to nie NATO było przeciwnikiem moskali, a Siły Zbrojne Ukrainy – i to one „zmieliły” całe wojska lądowe federacji w ich stanach i liczebności sprzed inwazji. Sojusz „tylko” podrzucał sprzęt, amunicję i dane wywiadowcze – w tym sensie, pośrednio, uczestniczył w działaniach wojennych. No i pamiętajmy, że z ukraińskiej perspektywy sprawy tak różowo nie wyglądają – jest bowiem 200 tys. zabitych i rannych żołnierzy, jest 70 tys. ofiar wśród cywilów, jest wreszcie zniszczony kraj i zdemolowana gospodarka. Niemniej z punktu widzenia Zachodu – który nie utracił w tej wojnie żadnego żołnierza, a na jej prowadzenie przeznaczył ułamki własnych budżetów – efektywność przedsięwzięcia zmierzającego do osłabienia głównego przeciwnika wydaje się porażająca. Ujmując rzecz prostymi słowami: NATO, rękoma Ukraińców, spuściło rosji solidny łomot.

I teraz, ku zdumieniu (i rozpaczy…) nie tylko Ukrainy, zdaje się tracić zainteresowanie ciągiem dalszym.

Czy rzeczywiście traci? Uważam, że niezależnie od wewnętrznych rozgrywek w Stanach i Europie, początek roku przyniesie rozstrzygnięcia korzystne dla Ukrainy. Będzie dalsze finansowanie, będą kolejne transze wsparcia wojskowego oraz pakiety gospodarcze i pomocowe. Ale rzetelne przewidywania muszą uwzględniać także najgorsze scenariusze – a choćby dlatego, że historia lubi się powtarzać, a reputacja Amerykanów (siły napędowej zachodniego sojuszu), jako chwiejnych protektorów, nie bierze się znikąd. Nie trzeba wcale sięgać głęboko wstecz – dość wspomnieć haniebne potraktowanie Kurdów po zakończeniu „Pustynnej Burzy” w 1991 roku. Najpierw Waszyngton zachęcał ich do rebelii przeciwko siłom Saddama Husajna, a potem – gdy powstanie wybuchło – zostawił bojowników na pastwę irackiego lotnictwa. No więc także w imię intelektualnej uczciwości pójdźmy tym tropem i spróbujmy wyobrazić sobie, czym byłoby odcięcie „zachodniej kroplówki”.

To oczywiście wyrywkowa i mocno uproszczona analiza, na potrzeby krótkiego tekstu; fanów rozbudowanej narracji już dziś zapraszam do lektury mojej „ukraińskiej” książki, która ukaże się pod koniec lutego przyszłego roku.

„Ładowanie po zapleczu”

Wracając do sedna – bez dodatkowej pomocy USA i UE Ukrainie szybko zabraknie rakiet dla systemów obrony powietrznej. Do zestawów poradzieckich amunicji brakuje już teraz (w najlepszym razie jest na wyczerpaniu), a przemysł nie ma zdolności do jej produkcji. Wojenna wynalazczość skutkuje hybrydami – wschodnimi wyrzutniami, które strzelają zachodnimi rakietami – ale ciężar obrony w coraz większym stopniu spoczywa na sprzęcie w pełni zachodnim. Doskonałe systemy Patriot czy IRIS-T czynią Kijów najlepiej chronionym miastem w Europie, systemy lufowe – jak niemiecki Gepard – dziesiątkują rosyjskie drony kamikadze nad Odessą, Dnipro czy Charkowem. Gdyby ich zabrakło/nie miałyby czym strzelać, ukraińskie miasta byłyby bezbronne wobec rakiet, pocisków manewrujących i dronów.

Agresorzy mieliby sposobność, by zniszczyć infrastrukturę energetyczną oraz w większej liczbie dokonywać uderzeń „mrożących” (ataków ściśle terrorystycznych, nastawionych na wywoływanie paniki wśród cywilów). Z czasem – wobec braku pocisków do ręcznych wyrzutni przeciwlotniczych, które w miażdżącej większości również pochodzą z zachodnich dostaw – mogłyby to robić samoloty, używając zwykłych i dużo tańszych bomb. Jak na razie rosyjskie lotnictwo nie zapuszcza się w głąb Ukrainy, ale sparaliżowana obrona przeciwlotnicza zniosłaby ryzyka związane z takimi rajdami.

Tymczasem „płonące” zaplecze z pewnością wpłynęłoby na morale zaangażowanego na froncie wojska. Dziś względne bezpieczeństwo rodzin pozwala żołnierzom nie martwić się ich losem i skupiać na zadaniach. Jeśli tej pewności zabraknie, efektywność wojskowych spadnie. Gdy alianci zaczęli masowe bombardowania III Rzeszy, dowództwo Wehrmachtu stawało na głowie, by cenzurować listy i ograniczać przepustki – wszystko, by walczący na froncie wschodnim żołnierze nie dowiedzieli się, jak łatwo ich bliscy mogą stracić życie. Tak bardzo obawiano się defetyzmu i dezercji.

Ale i bez tego bezkarne „ładowanie po zapleczu” byłoby dla pierwszoliniowych jednostek problemem – rosjanie bombardowaliby fabryki, zakłady naprawcze, centra logistyczne, odcinając wojsko od dostaw. Za cel wzięliby miejsca dyslokacji jednostek odpoczywających i szkolących się. Innymi słowy, znacząco zakłóciliby proces odtwarzania gotowości bojowej armii. A to wszystko tylko dzięki rakietom i samolotom.

Postępująca degrengolada

Na linii styku wojsk również doszłoby do dramatycznych niedoborów. Prawdopodobnie najszybciej „wyszłyby” pociski przeciwpancerne do zachodnich wyrzutni, zaraz potem amunicja artyleryjska. W obu zakresach Ukraińcy mają bardzo ograniczone możliwości produkcji własnej, co oznacza, że w którymś momencie do obrony zostałaby żołnierzom jedynie broń ręczna, granaty, no i drony (w ich produkcji Ukraińcy poczynili znaczące postępy). To dużo za mało, by powstrzymać presję oddziałów pancernych, wspartych „gęstym” ogniem artylerii. Skutkiem byłoby posypanie się frontu. Kiedy?

Odpowiedź znajdziecie w dalszej części tekstu. Opublikowałem go w portalu Interia.pl – oto aktywny link.

Nz. zniszczony rosyjski czołg w okolicach Izjumu/fot. własne

Beneficjent

Jesienią 2015 r. wojska lądowe Sił Zbrojnych RP dysponowały trzema dywizjami (11., 12. i 16.). Osiem lat później dywizji jest sześć, z czego dwie (1. i 8.) na papierze, na początkowym etapie formowania, a jedna (18.) w trakcie budowy. Plany mamy więc ambitne, a dla lepszego zobrazowania ich skali posłużmy się danymi statystyczno-ewidencyjnymi.

W polskich realiach dywizja to około 15 tys. ludzi. Sześć dywizji to niemal 100 tys. żołnierzy, co wraz z innymi jednostkami wojsk lądowych oraz personelem pozostałych rodzajów sił zbrojnych (lotnictwa, marynarki, wojsk specjalnych i obrony terytorialnej) i komponentów specjalistycznych (oddziałów cyber-obrony i żandarmerii wojskowej) daje nam 300-tysięczną armię. O takiej liczbie żołnierzy – jako docelowej na czas pokoju – mówią zresztą politycy ustępującego obozu władzy.

Co to oznacza w wymiarze technicznym? Sześciodywizyjna struktura wiąże się z koniecznością posiadania 1,8 tys. czołgów oraz 3 tys. wozów bojowych i transporterów opancerzonych (w równych proporcjach gąsienicowych i kołowych). Oznacza również, że winniśmy mieć ponad 800 samobieżnych armato-haubic i drugie tyle wieloprowadnicowych wyrzutni rakietowych. Z takim arsenałem – i przy założeniu, że mówimy o sprzęcie wysokiej jakości – rzeczywiście byłaby to najsilniejsza armia lądowa w Europie. Wziąwszy pod uwagę to, czym WP dysponuje obecnie (a co trzyma odpowiednie parametry) oraz już realizowane kontrakty (czyli sprzęt, który trafi do jednostek w ciągu najbliższych pięciu lat), osiągnięcie takiego statusu wymagałoby zakupu dodatkowych ponad tysiąca czołgów i… 2,5 tys. wozów bojowych i transporterów. A do tego 500 wyrzutni i blisko 400 armato-haubic. Słowem, wydatków liczonych w setki miliardów złotych, a przecież wielkie potrzeby mają także inne rodzaje sił zbrojnych. Dość wspomnieć absolutnie niezbędne dla zabezpieczenia interesów morskich RP fregaty „Miecznik”, które realnie będą nas kosztować co najmniej 15 mld zł.

Zostawmy jednak finansową niepewność i skupmy się na kwestii zasobów ludzkich. Trzy dywizje to 45 tys. żołnierzy, co z grubsza odpowiadało liczebności wojsk lądowych w 2015 r. Tyle że w „lądówce” było wówczas jeszcze kilka samodzielnych brygad, z których każda mogła liczyć po 3-4 tys. wojskowych. „Mogła” to słowo-klucz – miażdżąca większość związków taktycznych WP (pułków, brygad, dywizji) funkcjonowała w realiach niepełnych stanów. Poziom ukompletowania liniowych jednostek wahał się w przedziale między 40 a 80 proc., część z nich była z zasady skadrowana (posiadała minimalną obsadę przewidzianą do rozwinięcia w razie mobilizacji). To w takich okolicznościach bogactwo liczby jednostek nie kolidowało ze szczupłością ich obsady. Co ma kluczowe znaczenie, gdy uświadomimy sobie, że dziś sytuacja wygląda tak samo.

Szczegółowe dane o przepływach kadrowych są niejawne, ale wystarczy prześledzić ścieżki karier oficerów średniego i wyższego szczebla 18. Dywizji Zmechanizowanej, by stało się jasne, że w istotnej mierze „posiliła się” ona ludźmi z innych jednostek. Obietnice szybszych awansów, nowe wyzwania czy choćby kalkulacja, że w dywizji będącej oczkiem w głowie władzy służba może być bardziej intratna, zrobiły swoje. Identyczny proces drenażu kadr obserwowaliśmy, gdy ruszał projekt „WOT”. W efekcie nawet w brygadach oddawanych do dyspozycji NATO/UE, posyłanych na międzynarodowe misje, istnieje sporo wakatów. Ba, kreatywna księgowość pozwala na policzenie jednego człowieka razy dwa – gdy na przykład w jednej kompanii jest na etacie strzelca, a do drugiej oddelegowano go na etat kierowcy ciężarówki.

Taki stan rzeczy skutkuje przeciążeniem obowiązkami, spadkiem morale, odejściami ze służby. W ujęciu całościowym pokazuje, jak trudnym wyzwaniem jest powiększanie armii. Presja na rekrutacyjny sukces wybranej jednostki niechybnie oznacza problemy kadrowe gdzie indziej. Obfitość ludzkiego rezerwuaru – kobiet i mężczyzn zdolnych do służby wojskowej – jest bowiem pozorna. Co z tego, że mamy w Polsce kilkanaście milionów potencjalnych żołnierzy, skoro młodzież nie garnie się w kamasze? Proces formowania 18. DZ jest zaawansowany w dwóch trzecich (przewidziano go na lata 2019-2026), a dywizja nie powstaje od zera. Przy współczesnych uwarunkowaniach demograficznych i kulturowych 200 tys. ludzi pod bronią – czyli niewiele więcej niż mamy obecnie uwzględniając WOT – to dla sił zbrojnych szklany sufit. Budowanie dwóch kolejnych dywizji – od podstaw, bez wykorzystania istniejących jednostek – wydaje się więc przedsięwzięciem nie do zrealizowania.

Pytanie, czy rzeczywiście potrzebujemy 300-tysięcznego wojska? W latach 2014-22 armia ukraińska (ZSU) liczyła zwykle ćwierć miliona żołnierzy, z których jedna piąta była stale zaangażowana w konflikt na Donbasie. Gdy nastąpiła pełnoskalowa inwazja, Kijów ogłosił mobilizację. W ciągu kilku tygodni wojsko rozrosło się do pół miliona, dziś – z uwzględnieniem formacji tyłowych – liczy sobie 700 tys. ludzi. Armia takich rozmiarów wystarczyła, by Ukraina ocaliła niepodległość, choć nie obyło się bez poważnych strat terytorialnych.

Jak to się ma do sytuacji Polski? Ano tak, że liczy się nie tyle stan liczebny wojska czasu pokoju, co jego możliwości mobilizacyjne. Zamiast fiksować się na 300-tysięcznej zawodowej armii, państwo polskie powinno położyć nacisk na budowanie rezerw – na krótkotrwałe, powtarzalne i częste ćwiczenia dla licznej populacji dorosłych Polaków. Najlepiej obu płci. Tak, by te 200 tys. zawodowców zostało w razie potrzeby wsparte przez kolejne 500-600 tys. przyzwoicie wyszkolonych rezerwistów. Można by to zrobić, traktując dwie nowopowołane dywizje nie jako jednostki liniowe, ale centra szkoleniowe. Szkieletowe obsady uzupełniałyby wówczas kolejne roczniki rekrutów. Koncept dywizji szkolnych/szkoleniowych nowy nie jest, choć w najświeższej historii wojskowości ich istnieniu zwykle towarzyszyło zaangażowanie danego państwa w otwarty konflikt zbrojny. Polska na wojnie nie jest, ale też środowisko bezpieczeństwa, w jakim funkcjonujemy, nie daje nam luksusu korzystania z dywidendy pokoju.

Otwartym pozostaje pytanie, czy wspomniane szkolenie rezerw da się efektywnie przeprowadzić bez powrotu do obowiązkowej zasadniczej służby wojskowej. Moim zdaniem nie.

Przykład ukraiński mówi nam coś jeszcze.

Co konkretnie? O tym w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu Interia.pl – znajdziecie go pod tym linkiem.

Nz. Wyrzutnia Langusta podczas ćwiczeń Anakonda/fot. Adam Roik, DGRSZ

Abrams

Pojawiło się pierwsze zdjęcie ukraińskiego Abramsa w pobliżu linii frontu – a wraz z nim dzikie teorie o pochodzeniu czołgu. „Polski” kamuflaż (taki sam bądź bardzo podobny do tego, jaki noszą nasze Abramsy) ma jakoby świadczyć o tym, że to maszyna z zasobów Wojska Polskiego, czytaj: oddajemy Ukraińcom swoje najlepsze, dopiero co kupione czołgi.

No nie. Nie będę Czytelników zanudzał szczegółami, ale proszę mi uwierzyć – wóz jest w starszej wersji niż ta, jaką pozyskała nasza armia. Kamuflaż może być rodzajem wybiegu – by czołgi niepostrzeżenie dotarły do Europy wraz z maszynami kupionymi przez Polskę – może też być efektem czysto pragmatycznej kalkulacji. Skoro malowano już w ten sposób polskie Abramsy, pomalowano i ukraińskie. Zwłaszcza że wzór kamo odpowiada warunkom geograficznym tak w Polsce, jak i w Ukrainie.

Co ciekawe, zdjęcie wykonano w okolicach Charkowa, co może być pośrednim dowodem na plany ukraińskiego dowództwa. Ofensywne? Chyba niekoniecznie, zważywszy na fakt, że ZSU mocno wyczerpały zapasy amunicji w walkach na Zaporożu. Defensywne? Czołgi niespecjalnie się do tego nadają, ale elementem dobrze prowadzonej obrony są lokalne kontrataki – a tu tanki, zwłaszcza tej klasy, byłyby jak znalazł.

Tymczasem od kilku tygodni rosjanie zostawiają szereg śladów, sugerujących, że zamierzają dokonać uderzenia z własnego terenu, właśnie w okolicach Charkowa. Maskirówka czy realne przygotowania? Na tym etapie nie jestem w stanie udzielić jednoznacznej odpowiedzi. Bałbym się też stwierdzenia, że „skoro na tym obszarze pojawiły się Abramsy, Ukraińcy coś muszą wiedzieć”. Muszą nie muszą, w którymś momencie wozy made in USA powinny przejść bojowy debiut. I równie dobrze może być tak, że ukraińscy dowódcy wybrali dla nich stosunkowo spokojny odcinek frontu, by nie zaliczyć propagandowej wpadki, jaką było posłanie niemieckich Leopardów na silnie zaminowane i mocno obsadzone pozycje rosjan na Zaporożu.

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Fot. ZSU