Rasputica

Pytacie, co dalej/jak potoczy się sytuacja na froncie, po ewidentnym przyśpieszeniu, z jakim mieliśmy do czynienia w ostatnich tygodniach. Odpowiem Wam, przyjmując na chwilę perspektywę rosyjskich generałów, którym zostało… modlić się o deszcz. O błoto, a później mróz (mam nadzieję, że Wojtek Jagielski nie będzie miał mi za złe tej parafrazy tytułu jego książki).

W języku rosyjskim warunki pogodowe sprzyjające powstawaniu błota doczekały się własnej nazwy: распу́тица (pol. rasputica). To swoisty dowód uznania dla skutków wywoływanych przez rasputicę. W ZSRR zjawisko to odcinało od świata około 40% wiosek położonych w europejskiej części kraju. Potężne imperium aż po swój kres nie było w stanie zbudować przyzwoitej sieci dróg, w związku z czym dwa razy do roku gruntowe w większości szlaki stawały się trudno lub w ogóle nieprzejezdne. Po rozpadzie ZSRR sytuacja nie uległa istotnym zmianom – rasputica nadal dokucza rosjanom, Ukraińcom i Białorusinom. Ta jesienna, wywołana intensywnymi opadami deszczu, rozpoczyna się w połowie października, kończy miesiąc później wraz z pierwszymi mrozami, kiedy wilgotna ziemia zamarza na głębokość metra. Podczas roztopów następuje rasputica wiosenna, groźniejsza z powodu wody uwięzionej w glebie. Jej wytopienie rozmiękcza grunt, co prowadzi do powstania grząskiego błota, głębokiego nawet na kilkadziesiąt centymetrów.

W marcu tego roku w takim błocie utopiło się mnóstwo rosyjskich czołgów, biorących udział w inwazji na Ukrainę. Świat obiegły wówczas zdjęcia porzuconych wozów, będące kolejnym dowodem fatalnej jakości planowania w rosyjskiej armii. Rasputica nie powinna była zaskoczyć rosjan – żyją z nią od wieków. Generałowie z Moskwy doskonale też wiedzieli, że na obszarze między Ukrainą a Białorusią dominują bagna i mokradła. I że podczas odwilży teren ten będzie w większości nieprzejezdny. Jeśli chcieli zacząć wojnę zimą, należało to uczynić do połowy lutego, podczas największych mrozów. Atak tymczasem nastąpił kilkanaście dni później, na najbardziej priorytetowym kierunku wiodąc przez „królestwo rasputicy”. Media ochrzciły ją wtedy kolejnym określeniem – jednego z „czterech jeźdźców armii ukraińskiej”, obok pocisków Javelin i Stinger oraz platform społecznościowych (gdzie Ukraińcy toczą skuteczną wojnę informacyjną).

Rasputica obnażyła jeszcze inną słabość rosyjskiego wojska – fakt iż korzysta ono z kiepskiej jakości ogumienia. Przekłada się to na poważne kłopoty z transportem i logistyką – tym większe, im bardziej nie dopisuje pogoda. W czasach radzieckich przemysł oponiarski produkował solidne opony, sprawdzające się w każdych warunkach atmosferycznych. Ale to już pieśń przeszłości, odległa także z powodu sankcji gospodarczych, uniemożliwiających rosji import niezbędnych narzędzi i komponentów do produkcji. W praktyce oznacza to, że Ziły i Kamazy jeżdżą na oponach importowanych z zaprzyjaźnionych krajów. W użyciu są m.in. chińskie „gumy” YS20, czyli kiepska kopia doskonałej skądinąd wojskowej opony Michelin XZL. W porównaniu z oryginałem, podróbka ściera się setki razy szybciej. Zwykle wystarcza na pojedynczy przejazd z bazy logistycznej w rosji do oddalonego o kilkadziesiąt kilometrów zgrupowania własnych wojsk. rosjanie korzystają też z białoruskich opon Bel-95. Zakładają je np. na ciężarówki będące nośnikami niezwykle kosztownych systemów przeciwlotniczych Pancyr. W marcu br. jeden z takich Kamazów nie był w stanie samodzielnie wydostać się z błotnej pułapki. Wóz rosjanie porzucili, Ukraińcy puścili go z dymem.

Nie tylko w ocenie mediów, ale i zdaniem wojskowych analityków, pogoda i wywołane nią komplikacje w sposób istotny przyczyniły się do ukraińskiego zwycięstwa w bitwie o Kijów. Wiosenna rasputica zagrała wtedy w jednej drużynie z Ukraińcami. Komu przysłuży się ta jesienna? Ukraińska kontrofensywa w obwodzie charkowskim z początku września oraz wcześniejsze „mielenie” rosyjskiego zaplecza logistycznego i systemu dowodzenia przy użyciu precyzyjnych systemów artyleryjskich (głównie Himarsów), sprawiły, że na froncie rosjanie stracili inicjatywę operacyjną. Nadal, przy użyciu broni strategicznej, mogą razić cele w całej Ukrainie, bez większego ryzyka symetrycznej odpowiedzi. Tyle że nie przekłada się to na sytuację ich wojsk bezpośrednio zaangażowanych w walkę. Obecnie są one w stanie prowadzić niemal wyłącznie operacje obronne (w skali frontu pojedyncze akcje zaczepne nie mają większego znaczenia). Od chwili szokującej porażki pod Charkowem rosyjscy generałowie modlą się o deszcz i błoto, zakładając, że dzięki temu ukraińska presja ulegnie wyhamowaniu. A to pozwoli im przegrupować wojsko, uzupełnić stany osobowe i zapasy. Z tym jednak może być niemały problem, bo po rosyjskiej stronie linii frontu w Donbasie jest niewiele solidnych szlaków komunikacyjnych. Z konieczności więc uzupełnienia będą musiały pójść głębszym zapleczem, przez tereny rosji – co istotnie wydłuża drogę.

Na tym etapie wojny wydaje się, że Kreml chce ją przeciągnąć przez zimę. Licząc, że niskie temperatury dadzą się we znaki zachodnim Europejczykom. Zmarznięci obywatele Unii zażądają od swoich rządów powrotu do taniej rosyjskiej energii, co będzie możliwe tylko po uprzednim zawieszeniu wsparcia wojskowego dla Ukrainy. A odcięci od „zachodniej kroplówki” Ukraińcy nie będą w stanie długo się bronić. I tak pogoda znów ocali rosję, kalkuluje putin. Rasputica to jedno, ale i generał Mróz ma przecież niemałe w tym zasługi…

Obyś się gamoniu po raz kolejny przeliczył!

—–

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Izjum

Gdzie rosja, tam cierpienie.

W wyzwolonym Izjumie odkryto kilkaset grobów, w tym kilka masowych, z ciałami mieszkańców miasta i ukraińskich żołnierzy. Trwają właśnie ekshumacje i badania kryminalistyczne, ale już teraz wiadomo, że część ciał nosi ślady tortur. Tak upada rosyjska narracja na temat okoliczności powstania cmentarzy, wedle której pochowano tam ofiary walk, jakie toczyły się o Izjum wiosną. Dlaczego pod miastem, dlaczego w lesie – nad takimi szczegółami orkowe tuby propagandowe już się nie rozwodzą.

„A co mieli zrobić? Zostawić zabitych w miejscach, gdzie dopadła ich śmierć?”, pyta mnie, w zamyśle retorycznie, jeden z rodzimych prorosyjskich medialnych aktywistów. „Wtedy dopiero byłby raban, że ruskie to dzikusy…”.

Co mieli zrobić? K…! Nie zaczynać tej wojny. Siedzieć na dupach u siebie. Nawet przyjmując na chwilę optykę orkowych krzykaczy – że nie było mordów, a ludzie zginęli przypadkiem i w walce – każda z tych śmierci idzie na konto ruSSkich. Każda.

—–

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Imperatyw

Najpierw tezy wyjściowe:

– Pomoc wojskowa Zachodu dla Ukrainy mieści się w kategorii imperatywu etycznego.

– Jako taka jest dziś przesądzona. Będzie kontynuowana i będzie podlegać istotnym jakościowym zmianom.

– Nigdy – w wymiarze ilościowym – nie osiągnie rozmiarów znanych z czasów II wojny i zachodniego (przede wszystkim amerykańskiego) wsparcia dla walczącego z III Rzeszą ZSRR.

– Co w żaden sposób nie przesądza o jej nieefektywności.

I do rzeczy.

Zaczęło się niepozornie, jeszcze w styczniu, na kilka tygodni przed rosyjskim atakiem. Na lotnisku w podkijowskim Boryspolu zrobiło się tłoczniej niż zwykle – za sprawą samolotów wojskowych z USA. Na ich pokładach przylatywały do Ukrainy zapakowane w skrzynie wyrzutnie przeciwpancerne i przeciwlotnicze wraz z amunicją. Nie były to pierwsze dostawy amerykańskiego sprzętu – Waszyngton wspierał Kijów od 2014 r. Zwykle jednak nie wysyłał broni, a sprzęt pomocniczy. Tymczasem Stingery i Javeliny służyły wprost do zabijania – pierwsze pilotów, drugie czołgistów. „To systemy nieofensywne”, zastrzegano w Pentagonie, który wtedy znacznie bardziej niż dziś liczył się z pomrukami z Moskwy.

Śladem Amerykanów poszli Brytyjczycy, a niebawem i Polacy. Kolejne wyrzutnie przeznaczone do palenia czołgów i samolotów wydatnie zasiliły arsenał ukraińskiej armii. Mało kto zakładał wówczas, że pozwolą na coś więcej niż napsucie Rosjanom krwi. Nie jest tajemnicą, że donatorzy nie wierzyli w ocalenie Ukrainy. Myślano, że napadnięty kraj po kilku-kilkunastu dniach się ugnie, a najeźdźcy triumfalnie wjadą do Kijowa. Po kilku tygodniach uciekali spod niego w popłochu, a Zachód zrozumiał, że warto i należy pomagać, o czym ostatecznie przesądziło ujawnienie rosyjskich zbrodni w Buczy i Irpieniu.

Do końca sierpnia br. amerykańskie wsparcie wojskowe dla Ukrainy wyniosło 13,5 mld dol., brytyjskie – 2,3 mld funtów, a polskie dostawy osiągnęły wartość 1,8 mld euro. Ociągające się Niemcy przeznaczyły na ten cel 0,7 mld euro. Pomagają też inne państwa – zestawienie wymienia najhojniejsze. Oficjalnie, bowiem niektórzy dostawcy nie ujawniają części transferów. Przykładem może być Francja, która w potocznym przekonaniu niechętnie dozbraja Ukrainę, za kulisami zasilając Kijów nie tylko bronią kinetyczną, ale i informacjami.

Lista przekazanego sprzętu jest długa – wspomnianych Stingerów znajduje się tam 1,4 tys., Javelinów 6,5 tys. Liczby nabojów karabinowych idą w dziesiątki milionów, pocisków artyleryjskich w setki tysięcy. Obok tej „drobnicy” jest i 20 śmigłowców, 18 łodzi patrolowych, kilkaset transporterów opancerzonych, co najmniej 350 czołgów, większość z Polski. Jest wreszcie ponad 200 haubic (samobieżnych i holowanych), około 30 mobilnych wieloprowadnicowych systemów rakietowych (przede wszystkim amerykańskich Himarsów). Tysiące dronów (w tym kamikadze, także z Polski) i dziesiątki radarów poprawiających skuteczność artylerii. Sami Amerykanie dostarczyli 75 tys. zestawów kamizelek balistycznych i hełmów. Ukraińskie nieba bronią rakietowe systemy przeciwlotnicze S-300 ze Słowacji i NASAMS z USA. Są mobilne wyrzutnie z Wielkiej Brytanii, do dostarczenia kolejnych zobowiązali się Niemcy.

Jak dotąd nad teatrem działań wojennych nie pojawiły się zachodnie samoloty. Kilka tygodni temu analitycy wojskowi wstrzymali oddech, gdy okazało się, że Ukraińcy przeprowadzili skuteczną akcję „wygaszania” rosyjskiej obrony przeciwlotniczej. Aby stało się to możliwe, najpierw należało zniszczyć stacje radarowe, do czego NATO wykorzystuje pociski AGM-88 HARM. To rakieta powietrze-ziemia, do przenoszenia której niezbędny był – jak się wydawało – samolot amerykańskiej konstrukcji. Fakt, iż na zniszczonych rosyjskich pozycjach znaleziono szczątki HARM-ów zrodził spekulacje, że Ukraińcy dysponują myśliwcami F-16. Wkrótce okazało się, że z rakiet strzelały ukraińskie (poradzieckie) MiG-i-29, a za „pożenieniem” wschodniej i zachodniej technologii stali amerykańscy inżynierowie. „Efów” zatem za naszą wschodnią granicą nie ma, ale nie będzie wielkiego zaskoczenia, gdy w końcu się pojawią. Jeszcze w czerwcu weterani sił powietrznych USA, republikański kongresmen Adam Kinzinger i  demokratka Chrissy Houlahan, przedstawili projekt ustawy o szkoleniu ukraińskich pilotów w amerykańskim lotnictwie wojskowym. Ów pomysł legislacyjny nie przełożył się dotąd na konkrety – przynajmniej takie, o których mówiono by publicznie. Ale, zdaniem wielu ekspertów, nie da się wykluczyć, że takie szkolenia już trwają (tak, puszczam do Was oczko).

Choć rzeka zachodniej broni jest coraz szersza, z perspektywy armii ukraińskiej nadal niewystarczająca. Przeszkody polityczne są znoszone stopniowo – w miarę rosnącego przekonania o słabości Rosji. Dobrze ilustruje to przykład wspomnianych Himarsów. Najpierw Joe Biden mówił, że Ukraina nie dostanie systemów rakietowych zdolnych razić cele w Rosji. Potem Pentagon ogłosił, że jednak Kijów otrzyma takie uzbrojenie, lecz bez rakiet przeznaczonych do najdłuższego lotu. Na końcu zaś amerykańska ambasador w Kijowie stwierdziła, że decyzje o sposobie użycia Himarsów należą wyłącznie do Ukraińców. Tak gotuje się rosyjską żabę – etapowo oswaja Rosjan z rosnącym potencjałem ich przeciwników oraz z następującymi w wyniku tego porażkami. Tym sposobem ogranicza się ryzyko gwałtownych reakcji (np. użycia przez Moskwę taktycznej broni jądrowej), a zarazem wysyła sygnał głównemu lokatorowi Kremla: „Wycofaj się, nim Ukraińcy jeszcze bardziej upokorzą twoje wojsko i ciebie”. W takim ujęciu docelowym modelem jest maksymalna westernizacja sprzętowa ukraińskiej armii, także z powodu innych czynników rozpisana w czasie.

Jakich? Posłużmy się znów Himarsami. USA posiadają około 500 wyrzutni, jedną piątą mogą bez uszczerbku dla własnych zdolności przekazać Ukrainie. Ale… Roczna produkcja rakiet w ostatniej dekadzie mieściła się między 5 a 9 tys. sztuk rocznie. Jedna wyrzutnia to sześć rakiet, Ukraińcy mają ich około 20. Pełna salwa oznacza wystrzelenie 120 pocisków. Niespełna 60 salw zużywa całą śrdnioroczną produkcję rakiet. Ukraińcy tylu pocisków nie dostali – z oficjalnych informacji wynika, że przekazano im około 2 tys. rakiet. Zaś cały amerykański zapas to 50-kilka tysięcy pocisków. Cena pojedynczego to 150 tys. dol. Kontener wyrzutni waży 2,5 tony, a do tego dodać trzeba wiozącą go ciężarówkę. Nie ma zatem możliwości, by Ukraińcy używali Himarsów masowo (inna rzecz, że przy tej precyzji rażenia nie istnieje taka potrzeba) – na przeszkodzie stają kwestie logistyczne, organizacyjne, finansowe i ściśle wojskowe. Sprzęt wymaga przerzutu przez ocean, jest kosztowny, zaś moce produkcyjne nawet amerykańskiej zbrojeniówki zostały po zakończeniu zimnej wojny mocno ograniczone. Jak i zapasy na „czas W”, którymi dzielić się należy z umiarem, by nie obniżać gotowości własnej armii.

Poziom komplikacji uzbrojenia i cena niezbędnych komponentów w wielu przypadkach wykluczają scenariusz rozwinięcia masowej produkcji. „Głupią” amunicję można tłuc w imponujących ilościach, precyzyjnej już nie. Niedawno ujawniono, że Ukraińcy posiadają pociski Excalibur, zdolne razić cele na odległość do 40 km. Co więcej, można je wystrzeliwać z niejednego typów haubic, a Ukraina otrzymała ich kilka, z różnych państw. Wyposażone w GPS Excalibury potrafią uderzyć w cel z dokładnością do dwóch metrów. Są odporne na zakłócenia, przewidziane do operowania w każdych warunkach pogodowych – i kosztują po 100 tys. dol. 900 sztuk zamówionych dla Ukrainy przez Pentagon wydaje się mikroskopijnym wsparciem – do czasu, aż uświadomimy sobie, że to 900 niemal pewnych trafień. I że w przypadku „głupiej” amunicji skuteczność da się odmierzyć co najwyżej promilami. Pojedyncze trafienie może zniszczyć wóz bojowy z całą załogą, ale realia wojny są bezwzględne dla księgowych i logistyków – statystycznie na jednego wyeliminowanego z walki przeciwnika przypadają tysiące sztuk wszelkiej maści „nieinteligentnych” nabojów.

Ta jakość zniszczy rosyjską armię.

—–

Nz. rosyjska jakość jej nie ocali…/fot. Sztab Generalny Ukraińskich Sił Zbrojnych

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Ból

Ależ ich to boli – ta porażka w charkowszczyźnie. Mam na myśli naszych użytecznych idiotów – cyfrowych aktywistów, usiłujących rozpowszechnić (pro)rosyjską narrację w mediach społecznościowych. Tłumaczę gamoniom, że to ból fantomowy, po czymś, czego dawno już nie ma – po potędze „anałoga-w-miru-niet” ruSSarmii.

Zjawisko jest oczywiście szersze, w największym natężeniu występuje w rosyjskiej info-sferze. Widać, że minął już pierwszy szok, przyszła trudna akceptacja dla faktów, której towarzyszy szukanie wyjaśnień (co oznacza również typowanie winnych). Są pytania „co teraz?” i odpowiedzi, z których zwykle wynika, że rosjanie nadal wierzą w możliwości swojej armii („klęski spadają na wszystkich, my potrafimy się z nich podnosić”). W związku z tym sporo jest nawoływań do zemsty, „zmiecenia Ukrainy z powierzchni Ziemi”. Głosów rozsądku próżno szukać w ilościach, które mogłyby się przełożyć na jakąś istotną jakość – zdaje się, że większość rosjan, przynajmniej tych aktywnych cyfrowo, nadal pragnie wojny.

Wracając do racjonalizacji – „walczymy z całym NATO”, to jedna z najpopularniejszych. Jest w tym mocny rys rosyjskiego rasizmu i ksenofobii, bo przecież armia wielkiej rosji nie może przegrać z „chochołami”, wieśniakami ze stepów. Sojusz zatem wydaje się godniejszym przeciwnikiem – w końcu to mnóstwo państw (domyślnie, rozwiniętych i bogatych – ale takie słowa „porządnemu” rosjaninowi nie zejdą z klawiatury). Jest w tym myśleniu logiczna pułapka – a może zwykła niekonsekwencja? – bo przecież „my jesteśmy w stanie pokonać wszystkich!”, przekonywali nie tak dawno ci sami propagandyści, blogerzy, lokalne i regionalne „autorytety opinii”. Ale pal licho, nie o tym chcę pisać.

„Walczymy z całym NATO”, to takie nasze „gloria victis”/chwała pokonanym, z tą różnicą, że myśmy naprawdę przyjmowali łupnia (gdy popularyzowano to hasło) od dużo silniejszych. A rosja pod Charkowem?

Prawdą jest, że ukraińskie dowództwo na bieżąco otrzymywało informacje ze zwiadu satelitarnego, co najpierw pomogło wytypować słabsze punkty rosyjskiej obrony, a później – niemal w czasie rzeczywistym – pozwalało obserwować reakcje wroga;
Prawdą jest, że działania ofensywne poprzedziły gry wojenne, prowadzone z udziałem natowskiej generalicji, przy użyciu natowskich narzędzi cyfrowych. Że na etapie przygotowania Ukraińcy mogli „walić jak w dym” z prośbami o rady, sugestie czy krytykę – przede wszystkim do Amerykanów, ale i Europejczycy nie pozostali obojętni;
Prawdą jest, że na froncie znalazło się sporo pochodzącego z natowskich krajów sprzętu i uzbrojenia, w tym eks-polskie czołgi;

Ale też prawdą jest:
… że Ukraińcy użyli do ataku zaledwie czterech, wedle innych źródeł pięciu brygad, czyli nie więcej niż 20 tys. ludzi;
… że wsparcie lotnicze, jakim dysponowali, było skromne;
… że w ostatecznym rozrachunku okazało się, iż w obszarze ich działań (rozszerzanym w miarę postępów) przebywało niemal 40 tys. rosjan i separatystów;
… że (o czym pisałem już wczoraj) nie były to tylko II-rzutowe i tyłowe jednostki, ale także istotne elementy gwardyjskiej armii pancernej.

Idźmy dalej. W kontrofensywie owszem, użyto oddziałów Legionu Międzynarodowego, ale miażdżąca większość kontyngentu to rdzenni Ukraińcy (swoją drogą, ciekaw jestem, ilu wśród nich było obywateli Ukrainy rosyjskiego pochodzenia. Dostępny materiał filmowy pozwala stwierdzić, że rosyjskojęzyczni żołnierze to oczywista-oczywistość ukraińskiej armii – wspominam o tym także dlatego, że dobrze pamiętam początki wojny w Donbasie, kiedy w rejon „operacji antyterrorystycznej” Kijów wysyłał przede wszystkim wojskowych ze środkowej i zachodniej Ukrainy). Jest to zatem nade wszystko ukraińskie zwycięstwo, osiągnięte relatywnie niedużym nakładem sił, przy nieznacznym wsparciu NATO. Informacja jest diabelnie ważna na wojnie, to fakt, ale ostatecznie największy wysiłek i tak pozostaje udziałem tych z pierwszej linii. To oni sprawili, że 20 tys. rosjan uciekło aż za granicę, do matuszki, oddając w kilka dni teren wcześniej wywalczony w krwawych dwumiesięcznych bojach. O niebotycznych ilościach porzuconego przy tej okazji sprzętu już tu pisałem.

Co znamienne, to głównie sprzętu żałują rosyjscy „racjonalizatorzy”. I nie chodzi tylko o najnowszą technikę – a trzeba przyznać, że Ukraińcy zdobyli kilka ciekawych gadżetów do walki radio-elektronicznej – ale też o czołgi, wozy bojowe i wszelkiej maści pojazdy logistyczne. W rosyjskiej narracji nie ma tego tak dużo, ale na tyle dużo, by złościć się na „dozbrajanie NATO”. Skądinąd śmieszne jest to złorzeczenie, gdy patrzy człowiek na zdjęcie zdobycznego, 50-letniego T-62, który wygląda tak, jakby zaraz miał się rozlecieć. O czym zresztą napisałem jednemu gamoniowi, dodając z dziką satysfakcją – w nawiązaniu do słów putina – że NATO tak naprawdę jeszcze nie zaczęło i pewnie nigdy nie będzie musiało. Bo sami Ukraińcy – wsparci ułamkiem potencjału Sojuszu (ułamek podkreśliłem) – najpewniej załatwią sprawę.

A skoro o putlerze mowa. Dziś – jak zapewne wielu z Was – oglądałem też zdjęcia prezydenta Zełenskiego z jego wizyty w Izjumie, a więc w strefie przyfrontowej. Nie pierwszy to raz, gdy ukraińska głowa państwa wizytuje żołnierzy. A co w tym czasie robi rosyjska? Zaszyła się w Soczi, z dala od Moskwy, czyżby przed czymś/kimś uciekając? Tak czy inaczej, putin swych żołnierzy na froncie nie odwiedzi, tchórze takich rzeczy nie robią.

—–

Nz. Wołodymyr Zełenski w Izjumie/fot. Офіс Президента України

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Iluzje

Do lata 2008 r. wojna była dla Europejczyków mocno abstrakcyjnym pojęciem. Owszem, ich armie brały udział w odległych konfliktach, lecz dotyczyło to niewielkich odsetków populacji. Rosyjski atak na Gruzję – choć na chwilę wywołał ferment w opiniach publicznych – szybko przestał być powodem do zmartwień. Wojnę stoczono daleko, gdzieś na pograniczu z Azją, zaś jej ekonomiczne i demograficzne skutki miały symboliczny wymiar. Sześć lat później ta sama percepcja zwyciężyła w postrzeganiu krwawych zmagań w Donbasie – nawet środkowo-wschodni Europejczycy w większości uznali je za coś, co ich nie dotyczy. Aż nastał 24 lutego br. i armia Putina dokonała pełnoskalowej inwazji na Ukrainę. Dziś za naszą wschodnią granicą toczy się konflikt zbrojny o intensywności, której kontynent nie doświadczył po 1945 r. Jego konsekwencje nie rozkładają się równomiernie, te ekonomiczne właściwie dopiero przed nami, niemniej jasne jest, że wojna ponownie zakotwiczyła w codzienności mieszkańców Europy. Nie trzeba spadających na głowę bomb, by wiedzieć, że trwa.

Kiedy to już wojna?

Tyle że to nasza europocentryczna perspektywa, fałszywe z gruntu przekonanie o świecie, w którym niemal bez wyjątku panuje pokój. Nieistniejący już niemiecki Instytut Badań Przyczyn Wojny (AKUF) podawał, że w 2010 r. toczyły się 32 konflikty zbrojne, z czego 90% miało miejsce w krajach rozwijających się. Z kolei w 2011 r. ich liczba wzrosła do 36, rok później wynosiła 34. W 2013 r. AKUF zarejestrował 30 wojen o różnej intensywności. Przeglądając europejskie gazety z tamtych lat, znaleźć można jedynie ślad tych dramatów – stosunkowo nieliczne doniesienia z Iraku i Afganistanu, których zapewne byłoby jeszcze mniej, gdyby nie udział zachodnich wojsk. 2014 okazał się rokiem 31 konfliktów. Najkrwawszy rozgrywał się w Syrii, przy niewielkim zainteresowaniu europejskich opinii publicznych aż do kolejnego roku. Wtedy ponad milion Syryjczyków ruszyło na bezpieczny kontynent w poszukiwaniu lepszego życia. W takich okolicznościach powstała presja na rządy, „żeby wreszcie zrobiły coś z Syrią”. W przypadku krajów skupionych w NATO skończyło się na ograniczonej misji wojskowej, powołanej do zniszczenia tzw.: Państwa Islamskiego (ISIS).

Wróćmy do lat bieżących. W zeszłym roku liczba ofiar śmiertelnych starć zbrojnych i zamachów terrorystycznych wskazywała na stan wojny w 20 krajach świata. Według naukowców ze szwedzkiego Uniwersytetu w Uppsali – gromadzących dane związane z przemocą zorganizowaną – za wojnę uznać należy konflikt, na skutek którego w roku kalendarzowym ginie ponad tysiąc osób. W przypadku Afganistanu „limit” ów w 2021 r. przekroczono 41 razy – tyle kosztowała przede wszystkim droga talibów do powrotu do władzy, rozpoczęta wiosną, zakończona wejściem do Kabulu w połowie sierpnia ub.r. W tamtym czasie walczono też w Jemenie, gdzie od 2014 r. (aż do dziś) trwa wojna domowa wzniecona przez powstańców z szyickiego plemienia Huti. Według ONZ, tylko w minionym roku kosztowała ona życie 22 tys. osób, sprawiając jednocześnie, że aż 16 mln Jemeńczyków żyło na granicy głodu. Wziąwszy pod uwagę fakt, że Jemen graniczy z niezwykle zasobną Arabią Saudyjską (która przy wsparciu logistycznym USA jest stroną konfliktu, przeciwną powstańcom), tragiczna sytuacja humanitarna zasługuje na miano okrutnego paradoksu. Podobnie można określić sytuację w Nigerii – w jednym z najbogatszych w zasoby naturalne krajów świata – gdzie w 2021 r. aż 9,3 tys. osób zginęło na skutek wojny z terrorystyczną organizacją Boko Haram.

Odwrócony rozwój

Ale po drugiej stronie nie zawsze stoją żołnierze, partyzanci czy terroryści – wojna może mieć również postać zmagań z pospolitymi przestępcami. Z taką sytuacją mamy do czynienia w Meksyku, którego władze od dekad borykają się z działalnością karteli narkotykowych, a od 2006 r. prowadzą z nimi regularną wojnę. W zeszłym roku pochłonęła ona 7,7 tys. ofiar, a multimedialne zapisy potyczek przywodzą skojarzenia z partyzanckimi walkami miejskimi. Bojówki narkotykowych baronów są świetnie wyekwipowane, także w broń przeciwlotniczą, odkąd policja i armia używa wobec nich śmigłowców. Niektóre z maszyn spadają, a kadry niczym z „Black Hawk Down” (pol. „Helikopter w ogniu”) – fabularnej opowieści Ridleya Scotta o amerykańskiej akcji w somalijskim Mogadiszu – regularnie trafiają do meksykańskich mediów i sieci.

A skoro jesteśmy przy Somalii – w 2021 r. doszło tam do 1,6 tys. potyczek i 500 eksplozji, w których zginęło niemal 3,2 tys. osób. W kraju od wielu lat trwa kampania terrorystyczna prowadzona przez radykalnych islamistów z Asz-Szabab. W najnowszej odsłonie tego dramatu, zaledwie sprzed kilkunastu dni, zginęło 19 osób, gdy bojownicy ostrzelali pojazdy na drodze w regionie Hiran. Zabici to pasażerowie i kierowcy cywilnego mikrobusu oraz ciężarówek przewożących pomoc humanitarną. Członek miejscowej starszyzny przekazał Reutersowi, że stworzonym przez mieszkańców grupom samoobrony udało się pozbyć bojowników z tego terenu, siły rządowe nie przysłały jednak żadnego wsparcia, które zapobiegłoby powrotowi terrorystów.

Jest więc Somalia nadal na liście państw objętych działaniami zbrojnymi – i to wysoko. Wspomina się ją w najnowszej „Mapie wojny” Grupy Banku Światowego (WBG), zaprezentowanej w marcu br. podczas Fragility Forum 2022. Prezes grupy David Malpass wymienił wówczas konflikty o wysokiej lub średniej intensywności, toczące się w 23 państwach, w których łącznie mieszka 850 mln ludzi (czyli 1/9 ziemskiej populacji…). Malpass zaznaczył, że od ostatniego Forum (w 2020 r.) dramatycznie wzrosła niestabilność, liczba ofiar śmiertelnych związanych z konfliktami i niepokojami społecznymi. Według przytaczanych przez niego danych, w 2021 r. 300 mln mieszkańców krajów konfliktu doświadczyło „poważnego braku zabezpieczenia żywnościowego”. „Miliony rodzin mierzy się z odwróceniem rozwoju i największym kryzysem gospodarczym od prawie stulecia”, alarmował szef WBG.

Krwawiąca Syria

O tym, że wojna poza śmiercią i zniszczeniami oznacza też dotkliwe ekonomiczne skutki przekonują się właśnie Ukraińcy. Aż 75% budżetu państwa jest obecnie przeznaczanych na prowadzenie działań zbrojnych. W czasach pokoju utrzymanie armii oscyluje na poziomie 10% wpływów budżetowych, mamy więc do czynienia z kilkukrotnym wzrostem (nie 7,5-krotnym, bo po 2014 roku Kijów wydawał na wojsko więcej z uwagi na wojnę w Donbasie) – oczywiście kosztem usług oferowanych obywatelom.

Choć obiektywnie trudne, warunki życia większości Ukraińców są dużo lepsze niż w przypadku Syryjczyków. O czym Europejczykom łatwo zapomnieć, bo po zgruchotaniu ISIS uznaliśmy wojnę w Syrii za zakończoną. Ona tymczasem trwa, mimo iż nie jest już tak intensywna. Dla przykładu, w czerwcu br. lotnictwo USA dokonało nalotu, w którym zginął Abu Hamzah al-Jemeni, jeden z przywódców Al-Kaidy. Pod koniec sierpnia samoloty F-35 zaatakowały pozycje wspieranych przez Iran bojówek w północno-wschodniej Syrii. Był to odwet za wcześniejszy atak na amerykańskie instalacje. W tym samym czasie agencje donosiły o intensywnej wymianie ognia między Kurdami a turecką armią w okolicy Kobane, na pograniczu z Turcją. Ta garść informacji dobrze ilustruje skomplikowaną sytuację Syrii. Baszar Asad kontroluje dziś ponad 80% terytorium kraju, reszta znajduje się w rękach islamskich radykałów oraz Kurdów. Skrawek państwa zajmują Amerykanie, wzdłuż własnej granicy kordon bezpieczeństwa zbudowała Turcja. Na terenach pod kontrolą Asada goszczą zaś Rosjanie (którzy w ostatnich tygodniach wycofują część sprzętu, kompensując straty poniesione w Ukrainie). A ponieważ interesy wszystkich tych podmiotów są sprzeczne, nie da się wykluczyć eskalacji walk. Zresztą, nawet bez tego jest źle – w wyniku zorganizowanej przemocy w Syrii zginęło w 2021 r. 5,5 tys. osób. Bieżący nie zapowiada się lepiej.

A na koniec mała ciekawostka (którą wytropił Wojciech Orliński, publicysta „Gazety Wyborczej”, nauczyciel): z powodu braku traktatu pokojowego, drugą wojnę światową zakończył akt bezwarunkowej kapitulacji Niemiec oraz jednostronne deklaracje państw walczących z Niemcami, że już z nimi nie walczą. Polska przyjęła stosowny dokument późno – 18 lutego 1955 r. – ale do tej pory nie zrobiło tego aż 14 innych krajów. Formalnie zatem wciąż pozostają one w stanie wojny z Berlinem…

—–

Nz. Dzieci syryjskich uchodźców w Libanie, w jednym z wielu obozów w pobliżu miasta Arsal/fot. własne

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 38/2022

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to