Niedyskrecja

Przywołana w jednym z wcześniejszych wpisów wpadka w Berdiańsku niczego Rosjan nie nauczyła. 2S4 Tulipan to 240-milimetrowy moździerz, niemający odpowiednika w zachodnich armiach. Zainstalowany na gąsienicowym podwoziu, poza wielką siłą rażenia cechuje się też wysoką mobilnością. Niezwykle niebezpieczna broń, gdyby używać jej zgodnie z przeznaczeniem i… z dala od mediów. Pod koniec maja br. jeden z moździerzy trafił na front na przemysłowych przedmieściach Rubiżne w obwodzie ługańskim. Aleksander Kots – reporter „Komsomolskiej Prawdy” i bloger – umieścił na swoim kanale na Telegramie filmik ilustrujący pracę artylerzystów. Materiał poszedł „na żywca”, bez wizualnej obróbki. Efekt? Niespełna dobę później tulipan – wciąż na tej samej pozycji – został trafiony bombą z drona, a ukraińskie dowództwo zwróciło się do autora reportażu na jednym z oficjalnych profili. „Dzięki za cynk!”, napisano, załączając do wpisu wideo z zarejestrowanym atakiem na moździerz.

W połowie sierpnia br. dotkliwe straty poniosła tzw. Grupa Wagnera, firma najemnicza działająca w Ukrainie na zlecenie Kremla. W pojedynczym ataku ukraińskiej artylerii zginęła setka najemników, przez wiele godzin wydawało się, że był wśród nich założyciel przedsiębiorstwa Jewgienij Prigożyn, bliski współpracownik prezydenta Rosji. „Kucharz Putina” przeżył, ale to jego zdjęcie w towarzystwie współpracowników – umieszczone na propagandowym kanale Grey Zone na Telegramie – posłużyło Ukraińcom do identyfikacji miejsca skoszarowania wagnerowców. Resztę roboty wykonała wyrzutnia Himars, rażąc precyzyjnie zamieszkały do niedawna przez cywilów blok w okupowanej Popasnej.

Pokora i zrozumienie

Nie zamierzam bynajmniej zostawić czytelnika z przekonaniem, że błędy tego typu są charakterystyczne dla konkretnej nacji. Kilkanaście lat temu opublikowałem fotografię spadochroniarzy z 6. Brygady Desantowo-Szturmowej, wykonaną podczas patrolu w Afganistanie. Żołnierze nie nosili na głowach hełmów, co podczas spuszczania migawki nie wydawało mi się niczym nadzwyczajnym (sam unikałem kłopotliwego „garnka”). Gdy tekst ukazał się na prowadzonym przeze mnie blogu, pod „moim” kampem ustawiła się kolejka „petentów”. Okazało się, że popełniłem potencjalnie szkodliwe faux pas. „Jeśli zginę, ubezpieczyciel będzie miał dowód, że nie zawsze postępowałem zgodnie z zasadami BHP. A każdy pretekst do odmowy wypłaty odszkodowania jest dobry…”, wyjaśnił mi jeden z wojskowych. Jakiś czas później poproszono mnie, bym nie informował internautów na bieżąco, gdzie przebywam. W oczach opinii publicznej śmierć żołnierzy nie była już wówczas niczym wyjątkowym, ale zabicie dziennikarza zapewne odbiłoby się szerokim echem – na czym bardzo zależało talibom. „Ruch oporu ma wyspecjalizowane komórki białego wywiadu, czytają też i ciebie”, przekonywał mundurowy ze służb. Troszczył się o swoich, którym towarzyszyłem, a którzy mogliby zginąć przy próbie zabicia reportera. W patrolu przestrzeganie tej zasady nie było trudne – niewidzialny parasol zakłóceń, uniemożliwiający zdalne odpalanie min-pułapek, pozbawiał łącza i mój telefon. Ale z dala od wozów i w bazach, pojawiała się pokusa „bycia on-line”. Skłamałbym, deklarując, że pokora i zrozumienie dla wymogów wojska przyszły automatycznie.

„Pierwszego polskiego Kraba widzę dobre 300 km przed Donbasem. To chyba dobra wróżba”, zatweetował w połowie lipca br. reporter Onetu Marcin Wyrwał. Ów krótki wpis wywołał burzę, łącznie z sugestiami szpiegostwa na rzecz Rosji, w czym celowali medialni funkcjonariusze „dobrej zmiany”. Lecz niesprawiedliwe oskarżenia nie zmieniają faktu, że dziennikarz popełnił błąd. Na zdjęciu widać sporo szczegółów ułatwiających lokalizację. Co więcej, przedstawia ono jedną z podarowanych Ukrainie armato-haubic na lawecie, unieważniając późniejszy argument reportera, że fotografię osadził w sieci kilka dni po wykonaniu. Kilkudziesięciotonowy zestaw ma mobilność ograniczoną przez nośność mostów; informacja, że sprzęt jedzie na front „asfaltem”, a nie koleją (na wschodzie eszelon to nadal domyślny sposób przerzutu wojska i uzbrojenia), pozwala wytypować ograniczoną liczbę możliwych dróg. Potem wystarczy się przyczaić w oczekiwaniu na kolejną okazję. Rosjanom nie powiodły się polowania na kraby ani na froncie, ani na tyłach, co świadczy o słabości ich lotnictwa i niemożności penetracji zaplecza nieprzyjaciela przy użyciu grup dywersyjnych. Ale to może się zmienić.

Źródło i narzędzie

Od zawsze jednym z elementów decydujących o zwycięstwie w wojnie był dostęp do informacji. Wygrywała zwykle ta strona, która więcej wiedziała o przeciwniku – jego planach, uzbrojeniu, miejscach dyslokacji wojsk. Dziś – jakkolwiek większość takich informacji jest niejawna i ma charakter rozproszonej wiedzy – nie trzeba „siedzieć w głowach” wrogich dowódców czy cieszyć się dostępem do supertajnych baz. Mnóstwo użytecznych danych pozostaje „na wyciągnięcie ręki”, za sprawą sieci komórkowych i Internetu, będących zarazem źródłem wiedzy i narzędziem jej pozyskiwania. Zajmują się tym komórki OSINT (ang. Open-Source Intelligence; rozpoznanie na podstawie ogólnodostępnych źródeł), działające jako formalne struktury sił zbrojnych, zajmują też detektywi-amatorzy, często skupiający wokół siebie liczne sieci współpracowników. Pojedyncze zdjęcie wykonane dla ilustracji jakiegoś zdarzenia najczęściej zawiera dodatkowy pakiet danych. Elementy zabudowy mieszkalnej, w tym wnętrza domów i uchwycone didaskalia, miejska infrastruktura – od znaków drogowych po wielkie konstrukcje jak mosty – obiekty przyrodnicze, budowle symboliczne i wiele innych szczegółów pozwalają zidentyfikować miejsce i czas wykonania fotografii. W geolokalizacji pomocne okazują się kąty padania światła czy charakter chmur. Przy dostępie do baz danych meteo – gdzie odnotowuje się rodzaje zachmurzeń dla danych regionów – niewinne tło w postaci obłoków na niebie może zadecydować o trafności wskazania.

Oczywiście, bez odpowiednich mocy obliczeniowych i właściwej przepustowości łącza, zawiodą najlepsze algorytmy zaprojektowane do szukania podobieństw w zbiorach obrazów. Wymogi sprzętowe i techniczne (oraz dostęp do zasobów różnych instytucji) premiują więc legalnych osintowców, ale ci nieformalni czerpią ze społecznościowego charakteru swoich przedsięwzięć. Justin Peden, Amerykanin posługujący się nickiem „Intel Crab”, weryfikuje przypuszczenia w gronie 255 tys. użytkowników. Większość to Europejczycy, co ma ogromne znaczenie, Peden bowiem śledzi postępy rosyjskich wojsk w Ukrainie. „Tak, to moja okolica!”, „to z pewnością punkt X, byłem tam, proszę, mam takie zdjęcia” – reakcje społeczności są niczym rekordy w wyszukiwarce. Parający się białym wywiadem amatorzy i zawodowcy to dwa różne światy, działające w oparciu o inne motywacje. Gdy pierwszym chodzi o zaspakajanie ciekawości, drudzy idą dalej i robią bojowy użytek ze zdobytych informacji. Jednym z oblicz wojny w Ukrainie jest inwigilacja środowisk osintowych przez wyspecjalizowane służby i związany z tym transfer wiedzy. Po prawdzie, wielu detektywów-amatorów ochoczo na taki układ przystaje, wykorzystywanie własnych ustaleń przez ukraińską armię traktując jako wkład w wojenny wysiłek. Po drugiej stronie działa to tak samo, czego przykładem może być społeczność skupiona wokół kanału Rybar na Telegramie. Na motywacji patriotycznej bazuje także mechanizm stosowany w aplikacji telefonicznej Diia. Jej użytkownicy wysyłają dane na temat obserwowanych przez siebie ruchów rosyjskich wojsk. Z dostępnych informacji wynika, że Dii użyło w tym celu co najmniej ćwierć miliona osób.

Fotka z wakacji

Sieciowa niedyskrecja, która tworzy obfite łowiska dla speców od OSINT-u, nie jest oczywiście skutkiem działalności li tylko mediów. Przydatne ślady zostawiają – bądź mogą zostawiać – w zasadzie wszyscy przebywający w rejonie konfliktu, podłączeni do globalnego systemu wymiany informacji. 27 lutego br. – trzy dni po rozpoczęciu rosyjskiej inwazji – firma Google wyłączyła na swoich mapach dla Ukrainy warstwę natężenia ruchu drogowego. Stało się to na prośbę ukraińskich władz, które argumentowały, że ogólnodostępne dane o zatorach mogą stanowić dla Rosjan pośrednią informację o ruchach ukraińskiej armii. Casus już istniał, co więcej, był „świeżutki” i pochodził z okresu tuż przed atakiem, kiedy światowe media informowały o koncentracji rosyjskich wojsk. Część doniesień oparta była o googlowskie mapy, które rejestrowały poważne zatory w Rosji i Białorusi przy granicy z Ukrainą. Występowanie korków wielokrotnie pokrywało się z obserwowanymi na inne sposoby ruchami rosyjskich kolumn pancernych i transportowych – co pozwoliło uznać „czytanie Googla” za pełnoprawną metodę OSINT. Gwoli wyjaśnienia, Google Maps wykorzystuje do monitorowania natężenia ruchu dane lokalizacyjne smartfonów używanych przez okolicznych kierowców. „Wyłączcie geolokalizację w telefonach”, prosiło obywateli ukraińskie MSW. Gdy padły pierwsze strzały, Ukraińcy z zagrożonych rejonów zniszczyli znaki na drogach i budynkach. „Rosjanie zaczynają orientować się na intensywność mobilnego ruchu, nie ułatwiajmy im zadania”, apelowano. Przy tej okazji wyszło na jaw, że rosyjski system nawigacji satelitarnej Glonass – w założeniu pełnoprawny odpowiednik GPS – jest zbyt „dziurawy” i niewydolny. Do tego stopnia, że wojska inwazyjnie albo były ślepe, albo ratowały się cywilnymi urządzeniami GPS (co wyjaśnia, dlaczego Rosjanie – mimo posiadania odpowiedniej technologii – nie zagłuszają tego rodzaju sygnałów i nie niszczą naziemnych urządzeń odbiorczych; po prostu, są na nie skazani).

Cyfrowy ślad zostawiany przez wojskowych ma też bardziej prozaiczną postać i wynika z codziennych nawyków czasu pokoju. Dmitrij Kartaszow ze 175. Brygady Dowodzenia Południowego Okręgu Wojskowego regularnie aktualizował swój profil na Vkontakte, rosyjskim Facebooku. W maju 2015 r. wrzucił do ogólnodostępnego serwisu selfie, nie zadbał jednak o usunięcie metadanych, dodanych przez smartfon, które zdradziły miejsce wykonania fotografii. Przeoczył również specyficzną „drobnostkę” – znajdujące się za plecami anteny systemu walki radioelektronicznej Rtuć-BM, będącego na wyposażeniu wyłącznie rosyjskiej armii. W tamtym czasie Kreml stanowczo odżegnywał się od udziału swoich żołnierzy w wojnie na Donbasie. Twierdził, że to wewnątrz ukraiński konflikt, z którym Rosja nie ma nic wspólnego. Zdjęcie – jedno z wielu, które wówczas namierzono i spopularyzowano – dowodziło kłamstw Moskwy. Nieznane są dalsze losy Dmitrija Kartaszowa, tak jak nie wiemy, co stało się z rosyjskim turystą, który kilkanaście dni temu postanowił zrobić sobie pamiątkę z wakacji. I podzielić się nią z użytkownikami Vkontakte. Zdjęcie opalonego 60-parolatka na krymskiej plaży nie byłoby niczym godnym uwagi, gdyby nie tło – zestaw obrony przeciwlotniczej S-400 Triumf. Plaża okazała się bardzo charakterystycznym miejscem, fotografię z cyfrowego morza danych wyłowił ukraiński wywiad. Reszty łatwo się domyśleć, co przywodzi do wniosku, że dla świętego spokoju lepiej nie fotografować wojskowych instalacji. O czym mówi się także w Polsce przy okazji każdych większych ćwiczeń, a ostatnio w kontekście licznych transportów uzbrojenia, zmierzających naszymi drogami i torami do Ukrainy.

Nz. 2S4 Tulipan z materiału Aleksandra Kotsa

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 36/2022

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

„Ropuchy”

24 marca br. dowódca okupacyjnego garnizonu w Berdiańsku przecierał oczy ze zdumienia. W normalnych okolicznościach z położonej na wzniesieniu komendantury rozpościerał się doskonały widok na port. Tego ranka nadbrzeżne instalacje spowiły potężne kłęby dymu, co rusz rozlegał się dźwięk eksplodującej amunicji. Chwilę wcześniej duży okręt desantowy Floty Czarnomorskiej wyleciał w powietrze, a dwie inne jednostki (swoją drogą, zamówione i zbudowane w Polsce „ropuchy”) właśnie salwowały się ucieczką. Do dziś nie ma jasności, czego konkretnie użyli Ukraińcy – czy był to atak dywersantów czy uderzenie precyzyjnymi pociskami (rakietami Neptun, które kilka tygodni później posłały na dno flagowy krążownik „Moskwa”). Pewne jest, że w dniu poprzedzającym spektakularny pożar, w jednej z rosyjskich telewizji nadano krótki materiał z Berdiańska. Autor przechadzał się po placu składowym i z przejęciem opowiadał o masie wojskowego sprzętu, który na pokładach wspomnianych okrętów przypłynął właśnie z Krymu. Równie dobrze mógłby podświetlić zacumowane jednostki znacznikiem laserowym, używanym przy naprowadzaniu „inteligentnych” bomb…

Taki akapit popełniłem wczoraj. To wstęp do większego tekstu, którego obszerny fragment ukaże się w poniedziałek w papierze, a całość – jako jeden z rozdziałów – zawrę w swojej najnowszej książce. Przy okazji – jeśli chcecie pomóc w jej powstaniu, polecam Wam przycisk buycoffee.to u dołu wpisu.

Wracając do Berdiańska i ataku na rus-flotę – dziś rano doszły do mnie echa tamtego zdarzenia. Najpierw jednak – tytułem wprowadzenia – chciałbym zwrócić Waszą uwagę na nie najlepszą kondycję rosyjskiego przemysłu stoczniowego. Zaraz ktoś mi powie, że przecież wodują nowe jednostki. No tak, ale jakie? W jakich liczbach? I ile zajmuje ich budowa? No więc drobnicę i średniaki (w rosji nie powstaje nic o tonażu powyżej 10 tys. ton), niewiele, z opóźnieniami sięgającymi lat. O fatalnej terminowości i niskiej jakości napraw stoczniowych piszą nawet otwarcie branżowe rosyjskie media. Jako przykład degradacji możliwości niech posłuży ciężki krążownik rakietowy „Admirał Nachimow”, remontowany i modernizowany od… 23 lat. Z najświeższych doniesień wynika, że okręt ma wrócić do służby w przyszłym roku. Podobna sytuacja ma miejsce z krążownikiem lotniczym „Admirał Kuzniecow” – to ten dymiący „lotniskowiec”, który swego czasu można było oglądać na Morzu Śródziemnym, gdy próbował – wzorem amerykańskich jednostek – zabezpieczać lotniczo kontyngent lądowy w Syrii. Skończyło się na kilku katastrofach samolotów i powrotem na kolejny remont, który trwa od czterech lat. I którego końca nie widać. Przy okazji okręt przeszedł pożar (ahh te zaprószenia…), zatonął też dok pływający, w którym go umieszczono.

I mógłbym tak dużo i długo, ale nie w tym rzecz. 24 marca ogień strawił duży okręt desantowy „Saratow”, a uszkodzeniu uległy dwie mniejsze jednostki – „Kunikow” i „Nowoczerkawsk”, wspomniane „ropuchy”. Pięć miesięcy później okazuje się, że oba desantowce jednak nie wrócą do służby. I tu zaczyna się ciekawie, winę bowiem przypisują rosjanie… Polakom. Problemem nie są rzekomo zniszczenia wywołane pożarem (i nieumiejętność ich usunięcia), a wadliwe dysze silników wysokoprężnych, które rosyjska marynarka zakupiła w Polsce w 2019 roku. Diesle obnażyły swe słabości dopiero teraz, akurat na dwóch jednostkach poturbowanych w Berdiańsku. Inne „ropuchy”, wyposażone w te same podzespoły, pozostają sprawne. Z powodu sankcji nie ma możliwości zakupu jednostek napędowych w Polsce – skarżą się rosjanie.

Cóż, w tej sytuacji nie pozostaje nic innego, jak oba desantowce zalać betonem i posadzić na dnie. Najlepiej koło „Moskwy”, będzie im raźniej.

—–

Nz. Berdiańsk w momencie ataku. Na pierwszym planie jedna z „ropuch”, w tle płonący „Saratow”.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Wunderwaffe

Pół roku. Tyle trwa już rosyjsko-ukraińska wojna w pełnoskalowym wymiarze. Pamiętacie te analizy z końca lutego – nie CZY, ale KIEDY padnie Kijów? Rozważania o losie Ukrainy pod rosyjską okupacją? Własne lęki związane z przekonaniem, że niebawem zwycięska armia rosyjska stanie u naszych południowo-wschodnich granic? „Spodziewał się pan, że wojna potrwa tak długo?”, spytała mnie dziś rano prowadząca program informacyjny w jednej z telewizji. Spodziewać to się nie spodziewałem, ale marzyłem o tym, by Ukraina się nie ugięła. A w najgorszym razie, by drogo sprzedała skórę.

I Ukraina przetrwała. Od przekonania, że „zaraz wszystko się skończy” (zwycięstwem Moskwy), doszliśmy do oczywistości, wedle której Ukraina jest i będzie. Niezależna od rosji, pytanie tylko czy i jak poharatana terytorialnie. Dziś jedynie fantaści dalej wieszczą bezwzględne zwycięstwo agresora. Zdumiewające, w jak wielu łbach roi się wizja rosyjskich wunderwaffe – tych wszystkich T-14, Su-57 i innych terminatorów, dotąd „trzymanych w zapasie” (by mniej zaawansowanym sprzętem zużyć ukraińską obronę) – które „wjadą i pozamiatają” Ukraińców. Odświeżyłem sobie niedawno doskonały „Upadek” oraz (nieco naiwną, lecz i tak ciekawą) serię National Geographic „Wielkie konstrukcje III Rzeszy” – jednym z wiodących motywów obu produkcji jest obsesja Adolfa Hitlera dotycząca cudownych broni i ich możliwości. Wódz do samego końca wierzył, że przyniosą mu zwycięstwo. Aż w końcu musiał sobie strzelić w łeb…

Rosja nie posiada wunderwaffe, a wykorzystanie broni jądrowej nie wchodzi w grę. Dlaczego?

Po pierwsze, nie ma pewności, czy jej użycie złamałoby ukraiński opór. Biorąc pod uwagę to, co obserwujemy przez ostatnie pół roku, równie prawdopodobny jest scenariusz jeszcze większej determinacji obrońców.

Po drugie, owa determinacja mogłaby oznaczać przeniesienie wojny na rdzennie rosyjskie terytoria. Jak na razie Ukraińcy stosują zasadę samoograniczania, lecz w obliczu tak bezpardonowej akcji rosjan, mogliby rozkręcić w Federacji kampanię terrorystyczną. Dotychczasowe „pożary” byłyby przy tym przygrywką z placu zabaw. Pragnę zauważyć – podkreślając jednocześnie, że w tym momencie wychodzę ze skóry analityka i wchodzę w rolę pisarza political fiction – że rosja do dziś nie doliczyła się około dwudziestu walizkowych ładunków jądrowych, które przepadły w czasach posowieckiej rozpierduchy. Kto je ma? W „Międzyrzeczu…” (biorąc za punkt wyjścia prawdziwą i przerwaną przez Amerykanów operację naszego wywiadu), założyłem, że trochę tego „dobra” skapnęło nam, Polakom. Ale czy Kreml może wykluczyć, że beneficjantami nie są Ukraińcy? Tak naprawdę putin nie jest dziś niczego pewien, tak bardzo zawiodły go własne służby. A że to paranoik, zapewne wyobraża sobie różne, najdziksze warianty ukraińskiej zemsty. I niech tak zostanie.

Po trzecie, ukraińska odpowiedź zostałaby bez wątpienia wsparta przez Zachód. Jestem przekonany, że zniesiono by wówczas ograniczenia dotyczące wysyłanego Ukrainie uzbrojenia. Do tej pory Zachód (przede wszystkim USA) stosuje strategię „gotowania żaby” – sączy sprzęt w takich ilościach i o takich parametrach, by ukraińska „obróbka” rosjan nie przybrała postaci gwałtownej i spektakularnej katastrofy (patrząc z perspektywy tych drugich). Trwa oswajanie rosyjskich decydentów z niemożnością pokonania Ukrainy, z koniecznością redukcji celów strategicznych operacji. Rozpisana na wiele etapów klęska ma zredukować ryzyko użycia przez agresorów broni jądrowej – tak jak ostatecznie nie użyli jej w Wietnamie systematycznie dożynani Amerykanie. Zyskiem Kremla ma być możliwość wyjścia „z twarzą”, bez ryzyka wewnętrznych buntów, którym sprzyjałoby przekonanie o słabowitej władzy („wycofaliśmy się w geście dobrej woli, bo ta wojna przestała mieć sens”). No więc nagle mogłoby się okazać, że „chrzanić to, jedziemy z gamoniami!” – i doszłoby do gwałtownego wzrostu możliwości ofensywnych Ukrainy.

Czemu – i tu czas na po czwarte – mogłoby towarzyszyć twarde, kinetyczne zaangażowanie się USA w wojnę. Kremlowscy liczą się i z takim ryzykiem, otrzymali już bowiem nieformalne sygnały, że użycie wobec Ukrainy broni jądrowej byłoby przekroczeniem czerwonej linii. Oczywiście, mogą grozić – i grożą – atomową reakcją na „zachodnie zakusy”, ale wiąże się to z perspektywą całkowitego zdewastowania rosji w ramach amerykańskiej retorsji. Pytanie, czy Ukraina warta jest niechybnej zagłady Federacji, ma rzecz jasna retoryczny charakter. I nawet jeśli putin uznałby, że zagra va banque, nie sądzę, by otoczenie było aż tak odważne. Tymczasem wejście do akcji nawet ograniczonego liczbowo i terytorialnie (na przykład zobowiązanego do działań wyłącznie w Ukrainie) amerykańskiego kontyngentu – przede wszystkim lotnictwa – niechybnie zakończyłoby się spektakularną porażką rosyjskich sił zbrojnych. A tego zwykli rosjanie mogliby putinowi nie darować.

Co przywodzi nas do piątego argumentu – reakcji rosyjskiej opinii publicznej. W rosji trwa „medialna obróbka” narodu, zgodnie z którą ukraińska „operacja specjalna” to rozprawa nie tylko z „faszyzującą Ukrainą”, ale i całym wspierającym ją Zachodem. To ich wersja wojny (bez używania słowa „wojna”…) dobra ze złem. Konfliktu, w którym „nasze malcziki sobie radzą!”. Po co więc ta bomba? Jak zracjonalizować „swoim” jej użycie? W rosyjskiej propagandzie niewiele jest logiki, niemniej byłaby to kwadratura koła. Tym bardziej niebezpieczna, że atak jądrowy zrujnowałby inny, niezwykle istotny element narracji, mówiący o „delikatności” rosyjskiej armii. Nam może się to wydawać absurdalne, ale wielu rosjan naprawdę wierzy, że ich żołnierze nie mordują, nie strzelają do cywilnych obiektów, nie grabią, nie gwałcą i generalnie postępują fair play. Przywalenie atomówką średnio pasuje do tego obrazu.

Obrazu budowanego także w międzynarodowym przekazie – tam, gdzie Kremlowi udaje się narzuć wizję Rosji reagującej zbrojnie na prowokacje Zachodu, w szczególności USA. Afryka, część Azji i Ameryki Południowej kibicuje dziś rosjanom nie tyle z sympatii do ich kraju, co z antypatii do Amerykanów. Istotne są rzecz jasna interesy ekonomiczne, co tylko podbija stawkę. Północ i Południe (globu) nie różnią się w zakresie postrzegania broni jądrowej jako ostatecznego argumentu. Moskwie zatem trudno byłoby znaleźć uzasadnienie dla sięgnięcia po atomówkę – to Zachód/Ukraina musiałyby jako pierwsze wykonać jakąś „grubą” akcję. Bez tego rosja straciłaby w oczach sympatyków, co przełożyłoby się na dalszą polityczną i ekonomiczną izolację. Proszę zwrócić uwagę, że istotna baza dla prorosyjskości to antyamerykanizm, postrzeganie Stanów jako kraju imperialistycznego, łatwo sięgającego po przemoc wobec innych. Owa łatwość bierze z poczucia bezkarności, gwarantowanego przez arsenał jądrowy. Którego Amerykanie – to niezwykle ważny element – już raz użyli wobec innego kraju, mordując dziesiątki tysięcy ludzi. Zrzut atomówki na Ukrainę byłby w tej perspektywie wejściem rosji w amerykańskie buty – w czym zawiera się szóste „nie”.

Zatem i ta wunderwaffe pozostanie zapewne poza zasięgiem rosjan.

Skądinąd, płodna jest ta „niemiecka analogia”. Rosja strategicznie przegrywa wojnę w Ukrainie. Jej armia – aspirująca do miana drugiej na świecie – okazała się niezdolna do przeprowadzenia zwycięskiej kampanii przeciw średniej wielkości państwu. Dotkliwie pobita, musiała wycofać się z terenów północnej Ukrainy. Po trzech miesiącach kampanii zdobyła niewielkie obszary w Donbasie („brakującą” połowę obwodu ługańskiego). Wybiła co prawda korytarz na południu, zajmując na początku inwazji jedno (!) obwodowe miasto (Chersoń), ale dziś przerzuciła w ten rejon połowę sił, obawiając się kontrofensywy. Na skutek precyzyjnych ataków ukraińskiej artylerii – w trakcie których niszczone są magazyny amunicji, centra dowodzenia, lotniska i obrona przeciwlotnicza – pozostaje częściowo sparaliżowana, pozbawiona inicjatywy operacyjnej. Od półtora miesiąca nie może się pochwalić żadnymi zdobyczami terytorialnymi – tkwi na pozycjach, zbyt słaba, by atakować (lokalne akcje nie mają większego znaczenia), zbyt silna, by dać się wyprzeć. Jeszcze zbyt silna… Niemniej wciąż jest to armia z licznym arsenałem pozwalającym na ataki rakietowe z dużej odległości, skierowane – niczym niemieckie V-1 i V-2 – na miasta i obiekty cywilne. Te terrorystyczne ostrzały nadal postrzegane są przez rosyjskie dowództwo jako docelowo skuteczne. Prezydent putin – jak Hitler i jego wiara w psychologiczne skutki zgruzowania Londynu – gotów jest zamordować tysiące cywilów, byle tylko rzucić przeciwnika na kolana.

Jutro, w święto niepodległości Ukrainy, należy spodziewać się zmasowanych ataków.

—–

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Nz. Próbna eksplozja jądrowa/fot. domena publiczna

Rok

Miażdżąca większość afgańskich rzek zasilana jest śniegiem. Ilość opadów i grubość pokrywy wysoko w górach wprost przekłada się na dostępność wody w rolniczych dolinach. Trzy z rzędu suche i łagodne zimy stawiają Afganistan przed nie lada wyzwaniem. Susza i jej skutki trapiły kraj już wcześniej, lecz w realiach talibskiego reżimu stanowią dodatkowe wyzwania. Czy radykałowie – z których większość gardzi nowoczesną wiedzą, także z zakresu rolniczej inżynierii – poradzą sobie z hydro-ekologicznym kryzysem? Czy będą w stanie zwiększyć import pszenicy, gdy rynki zbożowe poddane są cynicznej grze spekulacyjnej, rozkręconej na dobre po rosyjskiej inwazji na Ukrainę? Czy starczy im kompetencji i sprytu, by uratować afgańskie narody przed głodem?

Państwo rudymentarne

Po prawdzie, nie są to nowe pytania. Świat zadawał je sobie, w nieco innej formie, już przed rokiem, gdy talibowie triumfalnie wkroczyli do Kabulu. Wedle własnej percepcji – odzyskali miasto, i kraj, utracone w 2001 r. po amerykańsko-natowskiej interwencji. Szybkość, z jaką rozpadły się prozachodni rząd i wierna mu armia, zdumiewała. Dramatyczne obrazki ze stolicy, z której uciec usiłowali obywatele Zachodu i tysiące lokalnych współpracowników dotychczasowych władz, przywodziły skojarzenia z upadkiem Wietnamu Południowego w 1975 r. NATO wiało z Afganistanu z podkulonym ogonem, zostawiając za sobą koszmarny bałagan. Do 2021 r. 40% PKB kraju – i cztery piąte budżetu państwa – stanowiła pomoc międzynarodowa. Gdy Kabulem zawładnęli religijni fundamentaliści, Zachód wstrzymał donacje i zamroził afgańskie aktywa. ONZ nazwała te działania „bezprecedensowym szokiem fiskalnym”, a Światowy Program Żywnościowy szacował, że 14 milionom Afgańczyków grozi klęska głodu. „Wielu nie przeżyje tej zimy…”, wieszczono. W następnych miesiącach gospodarka skurczyła się o 40%, inflacja sięgnęła 50%, a bezrobocie skoczyło z 13 do 40%. Kraj analfabetów (60% populacji…) opuściło ponad 200 tys. przedstawicieli elit, w tym nauczyciele, urzędnicy i lekarze. Ich wyjazd miał być zresztą początkiem potężnej emigracyjnej fali, która dotarłaby również do Europy.

Wbrew wszystkiemu Afganistan przetrwał. Ludzie nie umierają z głodu, milionowe rzesze nie szturmują granic sytej Europy. W styczniu br. zatwierdzono pierwszy budżet od momentu przejęcia władzy przez talibów. „Pieniądze pochodzą tylko z naszych własnych źródeł, m.in. z ceł, podatku dochodowego, dochodu ministerstw”, podkreślał rzecznik resortu finansów Ahmad Haqmal. Środki w pierwszej kolejności przeznaczono na wypłaty zaległych pensji, większość pracowników na rządowych posadach od sierpnia ub.r. pracowała bowiem za darmo.

– To państwo rudymentarne, szkieletowe – twierdzi Marcin Krzyżanowski, dawny konsul w Ambasadzie RP w Kabulu. – U nas 10 milionów dolarów starczyłoby na popularne „waciki”, tam na miesięczne utrzymanie całej administracji – podaje wyniki własnych kalkulacji były dyplomata. – Pamiętajmy jednak o wąskim zakresie i niskiej jakości oferowanych przez państwo usług.

Talibom udało się utrzymać gospodarkę na powierzchni – przyznaje mój rozmówca.

– Przy wydatnej pomocy ONZ i dobrej woli administracji Joe Bidena – podkreśla. – W Afganistanie nadal działa kilka dużych organizacji humanitarnych i to przez nie płynie teraz pomoc w wysokości od 30 do 100 mln dol. miesięcznie. Dzięki temu funkcjonują szpitale, udaje się również utrzymać stabilność afgańskiej waluty.

Systemowe uprzedmiotowianie

Ale wielu Afgańczyków nie dojada. Talibowie usiłują rozkręcić gospodarkę, zwiększając wydobycie i eksport węgla. Sprzyja im wzrost cen surowca, obserwowany od wybuchu wojny w Ukrainie. David Mansfield, autor raportu na temat handlu pod rządami talibów, szacuje, że od sierpnia 2021 r. eksport węgla do Pakistanu podwoił się do ok. 4 mln ton rocznie. Cytowany przez „Financial Times” Mansfield zwraca uwagę na zaskakującą skuteczność talibów. Kabul w pełni kontroluje handel, pozbawiając regionalnych watażków niezależnych źródeł dochodów. Poza zwiększaniem wpływów do centralnego budżetu mamy zatem do czynienia także z konsolidacją władzy. Jak na razie pracuje tylko 17 z 80 kopalń węgla.

– To więcej niż kroplówka, mniej niż solidny posiłek – komentuje Krzyżanowski, sceptycznie nastawiony do kwestii zwiększenia efektywności afgańskiego przemysłu wydobywczego. – Bez dużych inwestycji z zewnątrz niewiele da się jeszcze zmienić – wyjaśnia.

„W kopalniach zatrudniani są 11-letni chłopcy!”, alarmuje „Financial Times”, co stanowi jeden z wielu przykładów nieprzestrzegania praw człowieka w Afganistanie. Praca dzieci, jakkolwiek oburzająca, nie jest jednak tak wielkim problemem jak systemowe uprzedmiotowienie kobiet. W maju nakazano im całkowite zakrywanie ciała w miejscach publicznych, wcześniej ograniczono ich prawo do swobodnego przemieszczania się (nakaz podróży w asyście mężczyzny). Dziewczynki objęte są zakazem nauczania powyżej szóstej klasy, choć przywilej wczesnoszkolnej edukacji i tak pozostaje pusty, bo jak dotąd nie uruchomiono specjalnych szkół. Kobietom utrudnia się powrót do pracy, na porządku dziennym są sugestie – zwykle niewybredne i agresywne – odejścia z zawodów, gdzie mogą być zastąpione przez mężczyzn.

Dramatycznie ograniczono wolności słowa i mediów. W raporcie przygotowanym przez Reporterów bez Granic (RSF) czytamy, że rok po objęciu władzy przez talibów przestało działać 40% redakcji, a pracę straciło 60% dziennikarzy, głównie kobiet (cztery na pięć musiało odejść z zawodu). Przed utworzeniem Islamskiego Emiratu w sierpniu 2021 r., w Afganistanie funkcjonowało 547 instytucji medialnych, dziś jest ich o 219 mniej. Z 11 857 zarejestrowanych dziennikarzy zostało tylko 4759. „(…) Dziennikarstwo w Afganistanie zdziesiątkowano i poddano nikczemnym regulacjom, otwierającym drogę do represji i prześladowań”, oświadczył sekretarz generalny RSF Christophe Deloire. Odniósł się tym samym m.in. do lipcowego dekretu mułły Haibatullaha Achundzada, według którego „zniesławianie i krytykowanie urzędników rządowych bez dowodów” oraz „rozpowszechnianie fałszywych wiadomości i plotek” jest zabronione w islamie. „Oczernianie pracowników rządowych, nawet nieświadome, oznacza współpracę z wrogiem i rodzi konieczność surowego ukarania”, grozi najwyższy duchowy przywódca talibów. W ciągu ostatnich 12 miesięcy służby bezpieczeństwa zatrzymały co najmniej 80 dziennikarzy. Trzech nadal przebywa za kratami.

Reżim bez łagodności

– Maski spadły? – pytam Krzyżanowskiego, mając na uwadze zeszłoroczne opinie części specjalistów o „nowych talibach”, którzy nie będą tak radykalni jak ci z lat 1996-2001.

– Trochę tak – słyszę w odpowiedzi. – Nie są to gołąbki pokoju, a fundamentaliści, którzy chcą wprowadzić w życie radykalną interpretację szariatu. Ale w porównaniu z tym, co działo się w połowie lat 90., można mówić o zmianie na plus. Zdarzają się zabójstwa osób związanych z prozachodnim reżimem, lecz nie przybrało to postaci systematycznej kampanii. Nie doszło do czystek etnicznych. Przedstawiciele mniejszości są rugowani z życia publicznego, odnotowuje się przypadki przymusowych przesiedleń, ale znów – nie jest to element systemowej polityki państwa, a raczej lokalne ekscesy.

Amnestię dla współpracowników poprzedniego systemu ogłoszono 17 sierpnia 2021 r. ONZ udokumentowała od tego czasu 160 zabójstw pozasądowych oraz 56 przypadków tortur osób związanych z poprzednimi władzami, głównie byłych przedstawicieli sił porządkowych i armii.

Z drugiej strony należy wspomnieć o znaczącej poprawie stanu bezpieczeństwa. Zwycięstwo talibów i objęcie przez nich kontroli nad niemal całym krajem oznaczało koniec 20-letniej wojny domowej, co wprost przełożyło się na statystyki dotyczące gwałtownej przemocy. Między 15 sierpnia 2021 r. a 15 czerwca br. odnotowano 2106 ofiar cywilnych (w tym 700 zabitych). Dla porównania, w całym 2020 r. w efekcie działalności zbrojnej zabito i zraniono 8820 cywilów, a w pierwszej połowie minionego roku – 5183. Dawny ruch oporu dziś sprawuje władzę, a w jego miejsce nie pojawił się żaden równorzędny podmiot. Obecnie największym zagrożeniem militarnym w Afganistanie pozostaje Państwo Islamskie Prowincji Chorasan (ISKP), azjatycki, mocno niezależny odłam niesławnego ISIS. Liczy ono maksymalnie 4 tys. bojowników i to na nim spoczywa odpowiedzialność za większość ataków terrorystycznych – zarówno na talibów, jak i obiekty cywilne (szkoły, szpitale, meczety).

– Niewątpliwym sukcesem talibów jest też utrzymanie spójności – dodaje Marcin Krzyżanowski. – Niektórzy przewidywali, że zaraz po opanowaniu kraju, radykałowie wezmą się za łby i wkrótce cały talibski ruch się rozpadnie. Obecnie brakuje ku temu mocnych przesłanek, ale – jak to w Afganistanie – ryzyka wojny domowej nie da się wykluczyć. Trudno również przewidzieć wydarzenia typu globalny krach gospodarczy bądź kolejna pandemia, których skutki mogłyby przynieść nieoczekiwane, rewolucyjne zmiany. Pozbawiony takich sensacji Afganistan ma szanse na powolne, gospodarcze stawanie na nogi.

– A czy jest nadzieja na łagodnienie reżimu w wymiarze społeczno-obyczajowym? – dopytuję.

– Nie liczyłbym na poprawę losu kobiet – Krzyżanowski nie pozostawia złudzeń. – Może z czasem powstanie bardziej reprezentatywny rząd, ale i tu nie oczekiwałbym cudów. Powiedzmy, że udział Pasztunów we władzach spadnie na rzecz mniejszości etnicznych z 95 do 90 procent.

Odroczona sprawiedliwość

Przyszłość Afganistanu zawiera się także w relacjach z otoczeniem. Pierwszy Emirat zyskał formalne uznanie Pakistanu i Arabii Saudyjskiej, obecnie – choć upłynął rok – żadna ze stolic nie zdecydowała się na taki krok.

– Nie czynią tego nawet Rosja i Chiny, mimo jątrzącego się konfliktu z USA – zauważa Krzyżanowski. Zdaniem byłego konsula, trudno wyrokować, kiedy ten stan ulegnie zmianie. – Władzom Afganistanu z lat 1996-2001 nie zależało na międzynarodowym uznaniu, teraz obserwuję nieco inne podejście. Wśród części elit panuje przekonanie, że normalne relacje dyplomatyczne pomogłoby w stabilizacji gospodarki.

W tym kontekście jedna kwestia wydaje się pewna – dotycząca ryzyka interwencji. Pod koniec lipca br. amerykański dron operujący nad Kabulem zabił lidera Al-Kaidy Ajmana az-Zawahiriego. Przywódca terrorystów nie mógł mieszkać w afgańskiej stolicy bez wiedzy tamtejszych władz. Zwłaszcza że zabito go w lokalu należącym do szefa MSW Siradżuddina Hakkaniego, członka potężnego klanu Hakkanich. Tym samym na jaw wyszły związki talibów z dawnymi sojusznikami, które niegdyś sprowadziły na reżim amerykańską zemstę. Zdaniem specjalistów, nie są to jednak tak bliskie relacje, jak przed 2001 rokiem, a i Al-Kaida nie stanowi dziś poważnego zagrożenia dla Zachodu.

– Musiałoby się wydarzyć coś na wzór 11 września, byśmy mogli oczekiwać poważniejszych reakcji – twierdzi dawny dyplomata. – A i wówczas przybrałyby one postać precyzyjnych nalotów, połączonych być może z działaniami sił specjalnych. Wejście licznych kontyngentów do Afganistanu jest niemożliwe. Świat odebrał kolejną, bolesną afgańską lekcję i na długie lata pozostanie pod jej wpływem.

A propos wniosków – porzucenie Afganistanu przez Zachód było dla Moskwy dowodem „śmierci mózgowej NATO” (ujmując rzecz słowami Emanuela Macrona). „Wielki sojusz nie podołał lekkozbrojnej partyzantce, by ostatecznie przed nią uciec”, zawyrokowano. Owo przekonanie legło u podstaw decyzji Władimira Putina o ataku na Ukrainę – rosyjski prezydent nie spodziewał się innych niż symboliczne reakcji. Zignorował opinie części generałów, którzy powtarzali, że zorganizowana ad hoc, ale imponująca ewakuacja kilkuset tysięcy osób, przeprowadzona przez NATO w sierpniu 2021 r., dowodzi niezwykłej militarnej sprawności Zachodu. Cenę za nieroztropność Putina płacą rosyjscy wojskowi na polu bitwy. Pakt Północnoatlantycki wsparł bowiem Ukrainę, dostarczając jej broń (także tę niegdyś przeznaczoną dla Afganistanu), dane wywiadowcze oraz szkoląc żołnierzy – co wybitnie przyczynia się do jakości ukraińskiego oporu i strategicznych porażek Rosjan. NATO po 24 lutego br. przeżywa kolejną młodość, reorganizuje się, powiększając arsenały i obszar. Wśród diaspory afgańskiej w USA – która uciekała z kraju w latach 80. – popularność zyskuje pogląd mówiący o odroczonej sprawiedliwości. Błędny wniosek wyciągnięty z afgańskiej lekcji udzielonej Zachodowi przekłada się dziś na śmierć i rany tysięcy rosyjskich żołnierzy. „Szurawi” – jak nazywano brutalnych radzieckich okupantów z lat 1979-88 – obrywają za swoje…

—–

Nz. Afgańska dziewczynka, zdjęcie ilustracyjne. Wykonałem je jesienią 2010 roku w mieście Ghazni

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 35/2022

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Dugin

Aleksander Dugin to rosyjski odpowiednik Alfreda Rosenberga, naczelnego ideologa nazizmu. To w chorym łbie tego drugiego narodziła się wizja „lebensraum”, przestrzeni życiowej, na którą zasługują i którą muszą sobie wywalczyć Niemcy na wschodzie. Dunin w takich samych kategoriach myśli o rosjanach, przy czym sięga dalej niż nazistowski protoplasta – jego zdaniem, ruskij mir winien zapanował od zachodnich rubieży Europy aż po Władywostok. Oczywiście, nie ma w tych rojeniach miejsca na państwo polskie, zaś początkiem nowego ładu winien być podbój Ukrainy. Bezwzględny, połączony z eksterminacją „nieposłusznego elementu”.

Kocopoły Dugina leżą dziś u podstaw ideologii państwowej rosji, choć on sam nie jest już tak blisko z putinem, jak jeszcze kilka lat temu. I tu widać pewną paralelę z losami Rosenberga, który – jak wielu innych nazistowskich dygnitarzy – z biegiem czasu stracił znaczną część sympatii Hitlera.

Rosenberg wojnę przeżył – w Norymberdze dostał czapę i w 1946 roku zawisł na stryczku. Dugin żyje, choć wczoraj ledwie uniknął śmierci. W zamachu, którego był celem (bądź za cel miał uchodzić), zginęła za to jego córka Daria. Znam zasadę, wedle której dzieci nie powinny odpowiadać za grzechy rodziców. Zasadniczo podzielam, choć chciałbym podkreślić, że zabita w pełni utożsamiała się z „ideami” ojca, czemu wielokrotnie dawała publicznie wyraz. Trudno szlochać nad śmiercią kogoś takiego, a pozostając przy historycznej analogii – czy tragiczne śmierci dzieci nazistów winny wywoływać u współczesnych – ofiar i potencjalnych ofiar hitlerowców – odruch współczucia? To rzecz jasna retoryczne pytanie.

Ale ja nie o tym. Śmierć córki Dugina stała się pretekstem do nawoływań o „twardą” rozprawę z Ukraińcami. Pełno tego w rosyjskim internecie, który z miejsca orzekł, że za zamachem stoją ukraińskie służby specjalne. Mam wrażenie, że o to właśnie chodziło…

Dugin z córką brali wczoraj udział w „patriotycznej” imprezie – festiwalu „Tradycja”. Jego organizatorem był Zachar Prilepin, nacjonalista, przy którym nasz Bąkiewicz to chłopiec w krótkich gaciach. Pisarz, dziennikarz, a zarazem weteran obu czeczeńskich wojen i „ochotnik” w Donbasie. Ukrainożerca, jak można wywnioskować z jego publicznych wypowiedzi.

Dugin był gościem honorowym, jego SUV stał zaparkowany na vipowskiej części parkingu. Z uwagi na charakter imprezy oraz specyfikę lokalizacji – mam na myśli podmoskiewskie rezydencje ludzi władzy (w pobliżu miejsca eksplozji mieszka na przykład Siergiej Szojgu) – teren roił się od wszelkiej maści tajniaków.

Do eksplozji toyoty doszło około godz. 21:30, kobieta zginęła na miejscu. Na co dzień luksusową terenówką (swoją drogą, ciekawe dlaczego nie ładą nivą…?) jeździł Dugin, ale tego wieczora w ostatniej chwili zmienił zdanie. Po namowie kolegów-organizatorów wsiadł z nimi do auta. Nie ma znaczenia, czy życie uratowano mu przypadkiem czy z rozmysłem. Faktem jest, że zamach – czy zginąłby w nim Dugin, córka, czy oboje – stwarza wrażenie zuchwałego ataku na symbol wielkoruskiego imperializmu. „Tak z nami pogrywać nie można!”, czytam w rusnecie. Takie opinie przeplatają się z oburzeniem („jak można zabijać kobiety!?”), co zwykle kończy się wezwaniem do bezpardonowej zemsty.

Przypomina to nastroje społeczne po wysadzeniu bloków mieszkalnych w Moskwie, co stało się pretekstem do rozpoczęcia drugiej wojny w Czeczenii. Jakość tej prowokacji była marna, od razu bowiem dało się dostrzec wyraźny ślad FSB, ale większość rosjan nie zwracała uwagi na takie szczegóły. Tak jak teraz nie zadaje pytań, jakim cudem, w takim miejscu, udałoby się Ukraińcom podłożyć bombę (niewydolność rosyjskiego państwa, zgniłego od korupcji, nie wyklucza takiej opcji, lecz z uwagi na ukraińską strategię „no unnecessary violence”/działania bez niepotrzebnej przemocy, uważam taki scenariusz za mało realny).

Napisać, że rosjanom nie idzie w Ukrainie, to jakby nic nie napisać. Niewykluczone, że Kreml tworzy właśnie preteksty dla nadzwyczajnej mobilizacji (społeczeństwa, gospodarki, armii), bez których „operacja specjalna” skazana będzie na porażkę. Ostatecznie nikt nie lubi terrorystów, zwłaszcza gdy sięgają po „niewinne ofiary”. Jest w tym nuta perwersji, mowa bowiem o narodzie, który bez większego sprzeciwu akceptował dotąd mordowanie cywilnych Ukraińców. No ale „Kali ukraść – dobrze, Kalemu ukraść – źle”. A i na Zachodzie, przesiąkniętym aż po usranie zbędnym humanitaryzmem, znajdą się użyteczni idioci, oburzeni „państwowym terroryzmem Ukrainy”.

Tyle dobrego, że wielkoruskie kanalie ze szczytów będą się teraz zastanawiać: „kiedy trafi na mnie?”. I nie ma znaczenia, czy źródłem tych lęków będą swoi („czy zechcą i mnie poświęcić?”), czy Ukraińcy.

—–

Nz. Aleksander Dugin na miejscu eksplozji.

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to