(post)Lenino

Już za kilka dni 81. rocznica bitwy pod Lenino (niegdyś hucznie obchodzona, także jako święto Wojska Polskiego). Jatki, którą niedoświadczonemu wojsku zafundowała sowiecka generalicja, z Józefem Stalinem na czele. Mimo ogromnych strat 1 Dywizja Piechoty przetrwała, ale co by się stało, gdyby została kompletnie zniszczona? Sądzę, że powojenne losy Polski mogłyby potoczyć się inaczej – oto próba ich „rekonstrukcji”. Napisałem ten tekst kilkanaście lat temu – w czasach fascynacji historią alternatywną. Zapomniałem, że powstał, „odkopany” i odrobinę odświeżony podoba mi się na tyle, że chciałbym się nim podzielić. Z zastrzeżeniem, że to przede wszystkim intelektualna rozrywka; proszę więc nie traktować artykułu całkiem serio i dać się ponieść formule.

Gdy dziś analizuje się przebieg bitwy pod Lenino, nie brakuje głosów, że Stalin celowo wysłał naszych żołnierzy na śmierć. Statystyka oraz odrobina znajomości wojskowej taktyki i strategii, przemawiają na korzyść tych opinii. Oto bowiem, w walce o nieistotne pozycje, przy niedostatecznym wsparciu artylerii, śmierć poniosło 510 polskich żołnierzy, 776 zaginęło bądź dostało się do niewoli, a 1776 odniosło rany. W sumie 1 DP utraciła 25 proc. stanu osobowego!

A dodajmy, że są to dane podawane na użytek komunistycznej propagandy; niewykluczane, że rzeczywiste straty były jeszcze wyższe.

Po co Stalinowi zagłada nowosformowanej dywizji? Czy pozbycie się niewygodnych Polaków przyniosłoby mu więcej korzyści (satysfakcji?), niż perspektywa (faktycznie zrealizowana) legitymizacji powojennego ładu nad Wisłą, właśnie za pośrednictwem podporządkowanej Kremlowi polskiej armii?

Na to pytanie, bez samego Stalina, nie znajdziemy odpowiedzi. Wiemy natomiast, że najpierw polskie oddziały rzucono do samobójczej misji, a później je z niej wycofano. Czyżby generalissimus się opamiętał, uznał, że jednak potrzebuje Polaków? Być może.

Na użytek naszego scenariusza załóżmy, że Stalin pozostał konsekwentny w swojej brutalności. Co jest o tyle prawdopodobne, że swoich żołnierzy traktował właśnie w taki sposób.

—–

Cofnijmy się zatem do koszmarnego popołudnia 13 października 1943 roku. Wyczerpani i zdziesiątkowani Polacy nie są już stroną atakującą – zewsząd odpierają kontrataki Niemców. Dowodzący 1 DP gen. Zygmunt Berling zostaje wezwany do sztabu radzieckiej 33. Armii. Między jej dowódcą a Berlingiem dochodzi do karczemnej awantury – rosjanin zarzuca Polakom tchórzostwo i żąda odbicia utraconych miejscowości.

W rzeczywistości spotkanie kończy się poinformowaniem polskiego generała, że najbliższej nocy jego oddziały zostaną zluzowane przez jednostki armii czerwonej. W naszym scenariuszu Berling dowiaduje się, że na tyłach jego pułków rozlokowały się bataliony zaporowe NKWD. „Jeśli się cofniecie, oni będą strzelać…”, grozi Wasilij Gordow.

Tymczasem na pierwszej linii trwa prawdziwa jatka, najgorsza w miejscowości Połzuchy, którą Niemcy odbili popołudniu. Polaków dziesiątkują przede wszystkim „sztukasy” – bombowce nurkujące Ju-87. Radziecka artyleria albo milczy, albo pokrywa ogniem pozycje zajęte przez Polaków. I tak zaczęte przez Junkersy dzieło zniszczenia dopełniają straszliwie skuteczne katiusze…

Niemcy działają systematycznie, okrążając większe grupy naszych żołnierzy. Gdy Polakom kończy się amunicja, ci poddają się – część ginie na miejscu, rozstrzelana na rozkaz oficerów Wehrmachtu, część trafia do niewoli, by później zostać wykorzystana jako dowód, że „Polacy wolą niemiecką niewolę niż służbę dla Stalina”.

Dowódca jednej z kompanii nie wytrzymuje i nakazuje swoim ludziom odwrót. Biegnących na tyły żołnierzy mordują cekaemy enkawudzistów…

Nad ranem 14 października nad polem bitwy unosi się gęsta mgła. Gdzieniegdzie słychać jeszcze serie i pojedyncze wystrzały – to Polacy walczą z Niemcami i żołnierzami NKWD, którzy uniemożliwiają im przedostanie się na tyły. Wśród tych huków ginie pojedynczy wystrzał z pistoletu – Berling, który niczym widmo przez całą noc krążył po pozycjach, odbiera sobie życie strzałem w podniebienie…

Śmierć dowódcy to tylko symboliczne dopełnienie losu jego żołnierzy. 1 DP nie istnieje. Przez kilkanaście następnych dni NKWD poluje w okolicy na żołnierzy, którzy zdołali wyrwać się z sowiecko-niemieckich kleszczy. Oficerowie i podoficerowie trafiają przed sądy polowe armii czerwonej, które wydają tylko jeden wyrok. Szeregowi zostają wcieleni do kompanii karnych w jednostkach radzieckich. Później okaże się, że większość z nich jest zbyt niebezpieczna, by dawać im broń. Rozkazem sowieckiego naczelnego dowództwa dawni kościuszkowcy trafiają do batalionów budowlanych.

—–

Mimo usilnych starań moskiewskiej dyplomacji, dowództwa armii i samego Stalina, nie udaje się ukryć aktywnej roli rosjan w masakrze pod Lenino. Do Londynu i do okupowanej Polski płyną informacje, z których jasno wynika, że sowieci doprowadzili do wymordowania polskiego wojska. „Po Stalinie można się było tego spodziewać”, mówi na spotkaniu z polskim rządem emigracyjnym Winston Churchill. „Ale przez ten incydent nie zerwę współpracy z sowietami”, deklaruje. „Przynajmniej pozbyliście się konkurencji dla waszej armii na Zachodzie”, dodaje cynicznie brytyjski premier. Równie pragmatyczny okazuje się amerykański prezydent, który zapewnia Stalina, że choć czuje oburzenie i obrzydzenie, dostaw w ramach Land-Lease nie zawiesi.

Jednak informacja o radzieckich poczynaniach nie pozostaje bez reakcji na terenach, które zajmuje armia czerwona. W 1944 roku, już po jej wejściu na wschodnie terytoria przedwojennej RP, okazuje się, że Polacy nie zamierzają wstępować w szeregi Polskiej Armii Ludowej.

Stalin oskarża o sabotaż komunistyczny Związek Patriotów Polskich. Jego szefowa, Wanda Wasilewska, trafia przed trybunał w Moskwie, który zarzuca jej celowe torpedowania akcji mobilizacyjnej. Wyrok – śmierć przez rozstrzelanie. ZPP, jako organizacja szkodliwa, przestaje istnieć. A naczelne dowództwo radzieckiej armii ogłasza przymusową mobilizację na „oswobodzonych” terenach wszystkich młodych mężczyzn. Pomne doświadczeń z kościuszkowcami, nie daje nowym rekrutom broni do ręki – Polacy trafiają do batalionów budowlanych. Większość zostaje przerzucona na południowy odcinek radziecko-niemieckiego frontu, ale kilkanaście tysięcy trafia nad Wisłę pod Warszawą.

W stolicy tymczasem wybucha powstanie. Stalin, tak jak w rzeczywistości, nie zamierza pomóc Armii Krajowej, zresztą nie ma dość sił, by kontynuować ofensywę. De facto więc pozwala Niemcom na krwawą rozprawę  z powstańcami. Służący w jednostkach pomocniczych Polacy dostają rozkaz budowy umocnień, w których armia sowiecka przeczeka do zimy. Bunt z płonącą Warszawą w tle jest tylko kwestią czasu. W czasie jednej z sierpniowych nocy Polacy masowo rozbrajają pilnujących ich sowietów, zdobywają kilka składów broni i amunicji i wpław, przez Wisłę, przedzierają się do stolicy.

Przez kilka dni wokół Warszawy toczy się prawdziwie dziwna wojna. Niemcy pacyfikują miasto, a ruscy przedzierających się do niej „dezerterów”. I nikt nikomu nie wchodzi w drogę…

—–

Na Zachodzie gen. Władysław Anders szaleje. Podobnie jak jego żołnierze, osławieni zakończoną kilkanaście tygodni wcześniej bitwą o Monte Cassino. Generał i rząd emigracyjny domagają się od sojuszników zdecydowanych działań wobec rosjan. Alianci ignorują te wezwania.

Anders stawia sprawę na ostrzu noża – na własną rękę wycofuje swoje oddziały z linii włoskiego frontu, dając Brytyjczykom i Amerykanom ultimatum: wrócimy, jeśli wymusicie na Stalinie koniec bombardowań. I zapewnienie, że działające za linią wschodniego frontu oddziały NKWD zostaną wycofane z terytorium Polski.

Szantaż spełza na niczym. Tym razem to Anders dostaje ultimatum – jego oddziały oddadzą broń dobrowolnie, albo zostaną rozbrojone siłą. Generał nie zamierza fundować swoim podwładnym pacyfikacji. Polscy żołnierze, także ci stacjonujący w Wielkiej Brytanii, zostają zdemobilizowani i internowani w obozach na terenie Włoch, Afryki i wysp brytyjskich. „Wobec nieodpowiedzialnych zachowań dowództwa polskich sił zbrojnych, braku sprzeciwu wobec nich ze strony polskiego rządu, władze Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii czują się zwolnione z odpowiedzialności wynikającej z zawartych z Polską sojuszy”, brzmi oficjalny komunikat amerykańskiego Departamentu Stanu i brytyjskiego MSZ. Stalin triumfuje…

W styczniu 1945 roku zaczyna się wielka radziecka ofensywa, która ostatecznie powala na kolana III Rzeszę. Wojna w Europie się kończy.

Nowy ład, w naszym scenariuszu, tym różni się od prawdziwego, że w Polsce nie ma pro-kremlowskich władz i armii. I że w kraju, choć potwornie doświadczonym niemiecką okupacją, trwa walka partyzancka z kolejnym okupantem – bez obciążenia „grzechem” wojny domowej i w znacznie większym zakresie, niż to miało miejsce w rzeczywistości. Najistotniejszą różnicą jest jednak postawa zachodnich aliantów, którzy nie muszą już stwarzać pozorów, że interesuje ich sprawa Polski. Żaden anglosaski polityk nie domaga się wolnych wyborów w zajętej przez armię czerwoną Polsce. Rządzi status quo.

Zbrojny opór polskiego podziemia trwa dwa lata. W tym czasie w zajętej przez rosjan części Europy instalują się – tak jak w rzeczywistości – komunistyczne rządy. Jednak wobec niepokornej Polski Stalin ma inne plany – chcąc upokorzyć Polaków, a jednocześnie „dać przykład” innym narodom, wódz nie pozwala nawet na kadłubową formę niezależności. Kresy stają się częścią Ukraińskiej i Białoruskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej, a centrum kraju, 1 stycznia 1948 roku, traci status strefy okupacyjnej, zmieniając się w Nadwiślańską Socjalistyczną Republikę Radziecką ze stolicą w Łodzi.

—–

Początkowo aparat władzy opiera się na Białorusinach i Ukraińcach, którzy przed wojną byli obywatelami II RP. Z czasem jego szeregi zasila coraz więcej Polaków, skuszonych przywilejami czy po prostu – przekonanych o beznadziejności form bezpośredniego oporu i pragnących jakoś poukładać sobie życie.

W kraju trwa tymczasem szaleńcza industrializacja. Fatalne warunki pracy i wyśrubowane normy nie zmieniają faktu, że w porównaniu z niemiecką okupacją Polakom żyje się lepiej. Mimo stalinowskiego terroru, który z biegiem lat staje się coraz bardziej selektywny, obywatele NSRR zaczynają adaptować się do nowych warunków w myśl hasła: „przeżyliśmy potop szwedzki, przeżyjemy i sowiecki”. Ponieważ wiąże się to z możliwością awansu, wielu młodych wstępuje w szeregi Konsomołu, a starsi do Wszechzwiązkowej Partii Komunistycznej (bolszewików) (od 1952 roku Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego).

Gdy w 1953 roku umiera Stalin, jego następca Nikita Chruszczow, w nagrodę za postawę „polskich obywateli radzieckich” włącza w granice NSRR tereny Śląska, Wielkopolski i Pomorza Zachodniego, odebrane wcześniej Niemcom. Przy tej okazji dochodzi do wielkich protestów w Berlinie, bowiem wcześniej Stalin obiecał te ziemie niedawno powstałej NRD. Protestujących berlińczyków pacyfikują radzieckie czołgi, a władze NSRR organizują gigantyczną akcję osiedleńczą na zachodnich rubieżach republiki.

I co dalej? Te same tendencje odśrodkowe, które w rzeczywistości, w latach 80., doprowadziły do rozpadu ZSRR, a w latach 90. powaliły na kolana rosję, w naszym scenariuszu, za sprawą Polaków, ujawniają się nieco wcześniej. Imperium trzeszczy już na początku lat 70. I na nic zdaje się przywrócenie Polsce, w 1976 roku, statusu samodzielnego formalnie państwa (ze stolicą znów w Warszawie). Gigantyczny ruch związkowy, nad którym Moskwa nie ma już takiej kontroli, szybko nabiera cech nacjonalistycznych i niepodległościowych. Kreml grozi czołgami, ale przykład znad Wisły rozlewa się po całym ZSRR. Koniec lat 70. i początek 80. upływa pod znakiem brutalnych pacyfikacji manifestacji, których uczestnicy nie domagają się już lepszych warunków pracy, ale przede wszystkim niezależności. Tbilisi, Wilno, Kijów, Warszawa… (ta ostatnia również zajeżdżona czołgami z czerwoną gwiazdą, gdyż armia radziecka nadal pozostaje w Polsce).

Brutalny terror kończy się w 1982 roku, wraz ze śmiercią twardogłowego Jurija Andropowa. Jego zgon  uruchamia lawinę protestów w krajach satelickich, które do tej pory wolały siedzieć cicho. Wolnych wyborów domagają się Czesi, Węgrzy, Rumuni. Nowy przywódca Związku Radzieckiego, Konstanty Czernienko, wie, że tego procesu zatrzymać się nie da…

—–

Podobało się? Mam nadzieję! Będzie mi miło, jeśli zechcecie wesprzeć mnie w dalszym pisaniu – twardych analiz, raportów, reportaży, a od czasu do czasu takich rozrywkowych form. „Wsparciowe” przyciski znajdziecie poniżej:

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Monice Rani, Maciejowi Szulcowi, Joannie Marciniak, Jakubowi Wojtakajtisowi, Andrzejowi Kardasiowi, Marcinowi Łyszkiewiczowi i Arkowi Drygasowi. A także: Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Piotrowi Rucińskiemu, Mateuszowi Borysewiczowi, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Kacprowi Myśliborskiemu, Sławkowi Polakowi, Mateuszowi Jasinie, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Krzysztofowi Krysikowi, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Jarosławowi Grabowskiemu, Bożenie Bolechale, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Marcinowi Gonetowi, Pawłowi Krawczykowi, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze i Marcinowi Barszczewskiemu.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „kawoszom” z ostatniego tygodnia: Czytelnikowi Adamowi, Michałowi Wacławowi, Kasi Byłów, Czytelnikowi o pseudonimie Miazo, Gabrielowi Tańskiemu i Rafałowi Stadlerowi.

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa – gdybyście chcieli nabyć egzemplarze „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji”, „Międzyrzecze. Cena przetrwania” i „(Dez)informacji” z autografem i pozdrowieniami, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Polscy żołnierze pod Lenino/fot. domena publiczna

Ochotnik

Weekend weekendem, ale dobrymi wiadomościami warto się podzielić. Oto bowiem dziś przed południem rosjanie zmuszeni byli zestrzelić własny samolot, którego szczątki spadły na terytorium kontrolowane przez siły ukraińskie. A nie była to byle jaka maszyna, a jeden z dwóch (!) prototypowych ciężkich uderzeniowych bezzałogowców S-70 Ochotnik (co po rosyjsku znaczy „myśliwy”).

Nim napiszę więcej o incydencie, przyjrzyjmy się Ochotnikowi. Wedle kremlowskiej propagandy, wyprodukowano go w technologii „stealth”, jest więc „niewidzialny” (trudno wykrywalny dla radaru). Przewidziano go do współpracy z innym „anałogiem-w-miru-niet”, załogowym samolotem wielozadaniowym Su-57. Konstruktorzy z rosji poszli tropem wyznaczonym przez amerykańskich inżynierów, widząc Ochotnika jako tak zwanego „lojalnego skrzydłowego”. Jednak rosjanie nie zamierzali koncentrować się wyłącznie na formacji składającej się z załogowo-bezzałogowej pary. W docelowej postaci pojedynczy Su-57 współdziałałby z czterema S-70. Zbudowane w układzie latającego skrzydła bezzałogowce miały przenosić całe spektrum uzbrojenia rakietowego, doktrynalnie zakładano ich użycie jako maszyn torujących drogę bombowcom strategicznym.

Pierwsze informacje na temat S-70 pojawiły się w 2009 roku, pierwsze zdjęcia maszyny świat ujrzał osiem lat później. Zaawansowane testy prowadzone są od 2019 roku – tak przynajmniej wynika z doniesień płynących z rosji. Nie znamy ich prawdziwego przebiegu i nie wiemy, jak rosjanie radzą sobie z rozmaitymi problemami technicznymi. Mała liczba ukończonych prototypów wskazuje, że idzie im tak sobie.

Prawdopodobnie projekt napotyka na te same przeszkody, z jakimi mierzą się zakłady Suchoja przy konstrukcji i produkcji Su-57. Obie maszyny napędza ten sam silnik, a jednostki napędowe od zawsze były piętą achillesową rosjan. Wedle zapewnień sprzed dekady, siły powietrzne rosji winny obecnie dysponować kilkoma setkami Su-57, mają ich około 30, z czego tylko część w stanie lotnym. Mozolne tempo produkcji i wdrażania – poza przedłużającymi się pracami nad nowym silnikiem – wynikają także z braku legalnego dostępu do zachodniej elektroniki. Problem pojawił się już w 2014 roku, po pełnoskalowej inwazji na Ukrainę tylko się nasilił. Rodzimych zamienników brak, zakłady Suchoja bazują więc na mocno ograniczonych dostawach realizowanych w realiach kontrabandy. Co jeszcze raz podkreślę, dotyczy Su-57, ale z uwagi na tożsamy charakter wielu kluczowych systemów, no i samą ideę współpracy obu typów maszyn, zapewne dotyka też projekt S-70.

Realia technologiczne to jedno, wymogi propagandowe to inna para kaloszy – ruscy niczym kania dżdżu potrzebują dowodów, że mają armię zaawansowaną technicznie. Bo jak inaczej wytłumaczyć to, że Su-57 (maszyna w fazie „niemowlęcej”) i S-70 (prototyp!) pojawiły się dziś nad linią frontu w Ukrainie? Prawdopodobnie miały zrealizować jakąś misję, która następnie zostałaby odpowiednio ograna medialnie. Przy czym wątpię, by zakładano pobyt maszyn nad terytorium kontrolowanym przez wojska ukraińskie – w mojej ocenie, zadanie miało zostać zrealizowane w pobliżu linii frontu, ale – i tu dochodzimy do sedna incydentu – nieprzewidziane problemy techniczne (zapewne zerwana łączność między Su-57 a S-70) sprawiły, że oba samoloty poleciały dalej. Gdy stało się jasne, że nie ma innej opcji, załogowiec zestrzelił bezzałogowca. Obiektywnie patrząc, lepiej jeśli w ręce wroga wpadną szczątki wcześniej porażonej maszyny niż wrak noszący tylko ślady kolizji z ziemią.

Tak czy inaczej, w ręce Ukraińców wpadła najsekretniejsza rosyjska technologia. Co oznacza, że tajemnice „anałoga-w-miru-niet” poznają także zachodnie wywiady. O czym donoszę mimo wolnej soboty, polecając Waszej uwadze przyciski poniżej – piszę wszak głównie dzięki Waszemu wsparciu.

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa – gdybyście chcieli nabyć egzemplarze „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji”, „Międzyrzecze. Cena przetrwania” i „(Dez)informacji” z autografem i pozdrowieniami, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. mem z ukraińskiej infosfery – Su-57 pyta S-70: a ty gdzie? Przy tej okazji warto podrzucić inny dowcip sytuacyjny. Jak piszą internauci, wystarczyło dać S-70 odrobinę sztucznej inteligencji, by ten zechciał prysnąć z rosji. Cóż…

Dobro

Mam dziś urodziny, czterdzieste ósme. Gdy przyszedłem na świat w Polsce żyły jeszcze miliony ludzi, dla których II wojna światowa stanowiła osobiste doświadczenie. Nadal było ich mnóstwo, gdy zyskałem zdolność słuchania i rozmawiania o tym największym dramacie w historii ludzkości. Moim świadkiem była przede wszystkim Babcia, przez jakiś czas jej brat – póki neurodegeneracyjne dziadostwo nie odebrało mu mowy, a potem pchnęło w stronę wegetacji. Swoje dorzucali też starsi sąsiedzi, jednak to babcine wspomnienia wywarły największy wpływ i w jakiejś mierze ustawiły moje życie.

Mnóstwo było tych opowieści – i nieważne jak dramatycznych, Babcia relacjonowała je tonem niezwykle rzeczowym. Czasem tylko się zacinała, przerywała rozmowę, do której powrót trwał niekiedy nawet kilka tygodni. Teraz to oczywiste, że chodziło o emocje – ból, złość, niekiedy wstyd – ale jako chłopiec dusiłem w sobie irytację; po prawdzie to do dziś jest we mnie mnóstwo poznawczego głodu i frustracji, gdy z jakichś powodów ktoś lub coś uniemożliwia mi wgląd w pasjonujące historie. Tak czy inaczej nie odpuszczałem, wykorzystując każdą sposobność, by nakłonić do mówienia i wysłuchać seniorkę rodu. W którymś momencie stało się to czymś na miarę obsesji, dotarło bowiem do mnie, że ścigam się z czasem.

Jako dzieciak chodziłem po toruńskich fortach, w których trzymano sowieckich jeńców. Oglądałem ich rysunki na ścianach, uczyłem się rosyjskiego na notatkach i zostawionych tam napisach. Kiedyś zerwałem fragment otynkowania; nie mam pojęcia dlaczego. Kruchy dowód czyjejś historii zmienił się w proszek i pył. A mnie poraziło – doskonale pamiętam fizyczne aspekty tej sytuacji. Poczułem, że krzywdzę jakiegoś Saszę czy Aloszę. Dziś napisałbym o wtórnej wiktymizacji, wtedy tak mądry nie byłem – po prostu zabolała mnie świadomość, że „dokładam” ludziom wcześniej bestialsko zamordowanym przez Niemców. Od tamtej chwili nosiłem w sobie przekonanie o ulotności istnienia, co przełożyło się także na podejście do babcinych opowieści. Zosia nie młodniała; pragnąłem, by żyła 100 lat, ale natura i tak miała moje oczekiwania za nic. Babci coraz trudniej było wracać w przeszłość, a im bardziej nie pamiętała, tym mocnej chciałem dowiedzieć się jak najwięcej – póki jeszcze się dało. Postanowiłem być depozytariuszem tej historii, a potem – gdy ta potrzeba stała się nawykiem – także innych opowieści.

I tak zostało mi do teraz – ale o tym jeszcze później.

Spośród wspomnień Babci jedno szczególnie mocno „pracuje we mnie” do dziś. Gdy zimą 1945 roku sowieci zaczęli boje o Toruń, rodzina Wunderlichów, jak wszyscy sąsiedzi w kamienicy, ukryła się w piwnicy. Gdy działa umilkły i zdawało się, że najgorsze już minęło, Zofia opuściła schronienie. Poszła „na zwiady”. W mieszkaniu na parterze – tym samym, które było dla mnie domem przez ponad 20 lat – natknęła się na sowieckiego żołnierza, szabrownika, który z miejsca się na nią rzucił. „Drań powalił mnie i bił głową o podłogę. Darłam się wniebogłosy, z nadzieją, że ktoś usłyszy i przyjdzie z pomocą”, relacjonowała po latach. Przyszedł, oficer armii czerwonej. Wywlekł swojego na podwórze i zastrzelił. Tak po prostu.

Ów samosąd – akt brutalnej, ale przecież sprawiedliwości – znacząco odbiegał od wydarzeń, których świadkami, uczestnikami i ofiarami stali się wkrótce mieszkańcy toruńskiego Podgórza. Wejście sowietów było niczym karnawał przemocy – rabunku, gwałtu, mordów. Znajomą Babci zastrzelono, bo nie chciała oddać żołdakowi butów-oficerek – pamiątki po mężu, a zarazem idealnego obuwa na srogą zimę. „To był brudny, pijany i dziki motłoch”, wspomnienia krewnej nie odbiegały od powszechnie znanych doświadczeń innych osób, które zetknęły się z radzieckimi wyzwolicielami.

Ale był też ten oficer. I gdy o nim myślę, sądzę, że to za jego sprawą zagnieździł się w mojej głowie archetyp „dobrego ruska”. Mam w swoich powieściach (w „Uwikłanych” i w „Międzyrzeczu”) dwóch takich bohaterów. Oficerów współczesnej rosyjskiej armii – brutalnych, srogich, równolegle do tych cech pielęgnujących poczucie elementarnej sprawiedliwości i przyzwoitości. Lepszych od własnych towarzyszy i stojącej za nimi organizacji. Szukałem takich bohaterów i takich historii, gdy w 2015 roku pojechałem do Donbasu, na „tamtą stronę”. Po co? Wówczas mogła za tym stać rusofilia, z której dopiero później „wyleczyły” mnie rosyjskie zbrodnie w Ukrainie. Nade wszystko jednak robiłem to, co „zawsze”, co stało się paliwem, które pchnęło mnie do Iraku, Afganistanu, a później Ukrainy, „kazało” tam jeździć, gdy dorosłem i nie chciałem już tylko słuchać zamierzchłej historii i w niej jedynie tkwić. Gdy ktoś pragnie szukać dobra w miejscach przesiąkniętych złem, wojna jest idealnym miejscem.

Wiele babcinych opowieści miało ten pierwiastek dobra. Historia o rzucaniu chleba idącym do obozu sowieckim jeńcom – za co groziło rozstrzelanie, a co i tak nie powstrzymało Babci i jej sąsiadów („te bidoki wyglądały na żywe szkielety”), była jedną z takich relacji. Przywodziła mnie do wniosku, że ludzie nie są aż tacy źli – a tego bardzo potrzebowałem. Wciąż potrzebuję – to przekonanie, które mnie stabilizuje. Więc gdy ktoś mnie pyta o wybory zawodowe – o to, po co mi była ta wojenna reporterka – odpowiadam, że dla spokoju ducha. I nie ma w tym przekory, choć owszem, jest paradoks.

Mógłby ktoś zauważyć, że Babcia „sprzedała” mi swoją traumę. Epigenetyka miałaby w tym temacie co nieco do powiedzenia, nauki społeczne również. Jest coś na rzeczy, że traumę się dziedziczy, że za sprawą jakiegoś dziwacznego mechanizmu przechodzi ona z dziadków na wnuki. Odtwarza się i wytwarza na nowo, uzupełnia o świeże treści. Ja swoją matrycę wypełniłem doświadczeniami, które nijak się mają do tego, co przeżyła Zofia – lecz i tak było tego dość, by przez lata bujać się ze stresem pourazowym, a potem depresją. Czego nie piszę w tonie zarzutu wobec przodkini – boże broń! Mam w końcu wolną wolę, a patrząc wstecz, jeśli ktokolwiek ponosi tu odpowiedzialność, to ci, którzy straumatyzowali mi Babcię.

„Obyś synek nie żałował…”, usłyszałem od niej, gdy oznajmiłem po raz pierwszy, że jadę na wojnę. Mimo wszystko nie żałuję.

—–

Urodziny od jakiegoś czasu wprawiają mnie w melancholijny nastrój, skłaniają do podsumowań. Niech wybaczą ci, których zanudziłem – po weekendzie wracam do bieżącego raportowania.

A dziś chętnie przyjmę urodzinowe „kawy”, za które z góry pięknie dziękuję. Za subskrypcje zresztą również, wiadomo wszak, że piszę głównie dzięki Wam i Waszemu wsparciu. Odpowiednie przyciski znajdziecie poniżej:

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa – gdybyście chcieli nabyć egzemplarze „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji”, „Międzyrzecze. Cena przetrwania” i „(Dez)informacji” z autografem i pozdrowieniami, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Babcia, pierwsze powojenne lato…/fot. archiwum prywatne

Bezradność

„Niektórzy tłumaczą, że brutalne rozprawianie się Żydów z Palestyńczykami i Hezbollahem, to także forma odreagowywania. Powtarzanie sobie, że już nigdy nie pójdziemy jak owce na rzeź. Holokaust poza wszystkim innym to również potworne upokorzenie – że nie walczyli, nie stawili oporu”.

Te słowa znalazły się dziś rano pod moim wpisem o eskalacji konfliktu na Bliskim Wschodzie. Nie znajdziecie już tego komentarza, bo stał się przyczynkiem do rasistowskich wynurzeń. Usunąłem cały wątek, zablokowałem autora i paru innych wtórujących mu harcowników.

Dla porządku – wspomniany internauta posłużył się cytatem z prof. Andrzeja Zybertowicza, socjologa, doradcy prezydenta Dudy. Wypowiedź ta padła przed sześciu laty, w wywiadzie, jakiego Zybertowicz udzielił „Polsce The Times”. Znałem ją, już kiedyś się do niej odnosiłem (krytycznie, jak do wielu innych aktywności mojego dawnego promotora). Dziś również się odniosę – czyniąc to z powodów, które wyjaśnię w dalszej części tekstu.

W zacytowanych słowach uderza mnie swoista ekstrakcja Żydów z tkanki, jaką było wielonarodowe społeczeństwo II RP. To trop wyznaczony przez niemiecką propagandę czasów nazizmu, ułatwiający stygmatyzację tej grupy etnicznej. Żydzi, obywatele Rzeczpospolitej, masowo służyli w Wojsku Polskim, bijącym się z Niemcami w 1939 roku. I później – w obu armiach, na Wschodzie i na Zachodzie. Przedstawiciele tej mniejszości walczyli w partyzantce – właściwie we wszystkich jej odłamach – współtworzyli ruch oporu w obozach koncentracyjnych, w miejscach izolacji organizowali własne podziemne oddziały. Wiosną 1943 roku, w warszawskim getcie, stanęli naprzeciw Niemcom w z góry skazanym na porażkę powstaniu. A zatem nie walczyli?

Generalizacja, jak ta powyżej, ma tyle wspólnego z rzeczywistością, co twierdzenia o niezłomności etnicznych Polaków z jednej strony, czy bzdury o ich masowym skurwieniu się w obliczu okupanta z drugiej.

Jednak, jak w każdej generalizacji, i tu znajdziemy ziarno prawdy. Pozwólcie, że zacytuję pewien dowcip, który usłyszałem wiele lat temu, w Iraku (niektórzy znają go z późniejszych modyfikacji, ale to jest oryginał).

„Stu Arabów ucieka przed jednym polskim żołnierzem. Biegną, biegną, biegną, aż wreszcie jeden z nich pyta drugiego:

– Ej, a dlaczego my uciekamy? Przecież on jest jeden, a nas stu…

Tamten zastanawia się chwilę, po czym odpowiada:

– A bo to wiadomo, komu przypierdoli?”.

Żart jest ksenofobiczny i islamofobiczny. To „dziecko swoich czasów” – zaczęto go opowiadać, gdy w Iraku na dobre rozkręciło się powstanie przeciw zachodnim okupantom, w tym Polakom. Mówiąc wprost, towarzystwo zaczęło się strzelać, a to nie sprzyja wzajemnemu szacunkowi.

Niemniej dla świętego spokoju możemy odwrócić role. I opowiedzieć dowcip o stu uciekających Polakach. Będzie równie śmieszny i równie… prawdziwy. Prawdziwy, gdyż odsłaniający uniwersalny mechanizm zbiorowej bezradności w obliczu poważnego zagrożenia.

Kilka lat temu na jednym z zalajkowanych profili historycznych opublikowano pewne zdjęcie – jest tak okrutne, że „widzę” je do dziś. Przedstawiało egzekucję, jakiej Niemcy dopuścili się na polskich więźniach Pawiaka w lutym 1944 roku. Z balkonu domu przy ul. Leszno w Warszawie zwisało trzynaście ciał żołnierzy AK…

Równie straszne są obrazki, które zostały mi w głowie po obejrzeniu „Katynia” Andrzeja Wajdy – idących na śmierć, a później masowo zabijanych przez sowietów żołnierzy WP.

Gdy dodam do tego archiwalia przedstawiające cywilów – także żydowskich, ale przecież nie tylko – pakowanych do bydlęcych wagonów, jadących w stronę Oświęcimia, mam już pełen obraz. Obraz, który poza bezbrzeżnym smutkiem rodzi też potworną złość. „Bo jak oni, kurwa!, mogli na coś takiego sobie pozwolić!?”. „Dlaczego się nie buntowali!?”. „Przecież strażników zawsze było mniej!”.

Ano właśnie – patrzymy na masy, liczne grupy, a umyka nam pojedynczy człowiek. Tymczasem niewielu stać na szaleńczą odwagę, nawet pośród nawykłych do ryzyka żołnierzy. Niewielu chce „umrzeć z honorem”, „zabrać ze sobą choćby paru skurwysynów”, „zaryzykować, może przynajmniej innym się uda”. Miażdżąca większość będzie do samego końca wierzyła, że ocali życie. Stąd unikanie konfrontacji, które z boku wydaje się owczą zgodą na rzeź. Ucieczką stu przed jednym.

I nie chodzi tylko o ludzi bez broni. Kilka dni temu jeden z moich Czytelników – pod tekstem poświęconym m.in. rosyjskim stratom – napisał coś takiego: „Zastanawia mnie, jak zorganizowana musi być rosyjska armia i włos mi się jeży na głowie. Skoro przybyli na front kierowani są na mięsne szturmy, to dlaczego nie słychać o masowych dezercjach i buntach? Przecież nikt nie chce umierać!”. Ano nie chce, a i tak każdego dnia ponad tysiąc rosjan idzie pod nóż. „Prawdopodobnie silny jest tu element zaskoczenia kierowanych wprost z transportów, odpowiednie zabezpieczenie tyłów przez odwody strzelające do swoich oraz donosicielstwo jako forma walki z defetyzmem” – diagnozuje Czytelnik.

Ma rację, ale uzupełniłbym jego wyliczenie o ową sytuacyjną bezradność. Z zewnątrz to wręcz paradoksalne, że uzbrojony człowiek godzi się, by traktowano go tak instrumentalnie. Ale karabin tylko umacnia nadzieję, że „może mi się uda”. Strzelenie do swoich – jako alternatywa – dla wielu jest nieprzekraczalnym tabu, a dodajmy do tego inne elementy wschodniego treningu kulturowego: wyuczone posłuszeństwo i przekonanie o własnej nieistotności. I tak mamy co mamy – lezących pod ogień „samobójców”.

—–

I tym sposobem udało mi się z wątku bliskowschodniego wrócić do tematyki ukraińskiej. Kolejne materiały już wkrótce.

By powstały, potrzebne mi Wasze wsparcie – subskrypcje, „kawy”. Stosowne przyciski znajdziecie poniżej:

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa – gdybyście chcieli nabyć egzemplarze „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji”, „Międzyrzecze. Cena przetrwania” i „(Dez)informacji” z autografem i pozdrowieniami, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Żołnierze izraelscy, zdjęcie ilustracyjne/fot. IDF

Opcje

Nie sądziłem, że tak szybko przyjdzie mi uzupełniać ostatni wpis, poświęcony Hezbollahowi. No ale rzeczywistość pędzi – Iran właśnie zaatakował Izrael, w odpowiedzi na hekatombę, jaką Żydzi zafundowali finansowanym przez Teheran terrorystom.

Przypomnijmy, najpierw Hezbollah został wykastrowany – w przenośni i dosłownie, przy użyciu pejdżerów, będących de facto bombami-pułapkami. Eksplodowały one jednocześnie, zabijając i raniąc setki terrorystów. Nic dwa razy się nie zdarza, ale nie w tym przypadku. Dzień później łachudrom z Hezbollahu wybuchły w rękach odpowiednio spreparowane krótkofalówki.

I pejdżery i łoki-toki trafiły do Libanu na skutek intrygi izraelskich służb specjalnych. Na gruncie prawa międzynarodowego nielegalnej (wszak narażającej zdrowie i życie przypadkowych cywilów), tym niemniej niezwykle skutecznej. W jej efekcie średni szczebel dowodzenia Hezbollahu przestał istnieć.

Zaraz potem nastąpiła dekapitacja łba hydry – w serii ataków powietrznych zabito kilkunastu najwyższych rangą dowódców Hezbollahu, z jego przywódcą na czele.

A dziś rano armia izraelska weszła do przygranicznych rejonów Libanu, będących matecznikiem terrorystów.

Iran – twórca i sponsor „partii boga’ – nie mógł nie odpowiedzieć. To kwestia honoru i specyficznie pojmowanej wiarygodności, postaw typowych dla Bliskiego Wschodu i szerzej, bandyckich reżimów, które „nie mogą” puścić zniewagi w niepamięć.

Poleciały więc na Izrael rakiety, dużo rakiet. Część przedarła się przez parasol izraelskiej obrony przeciwlotniczej. Nie wiem ile, nie wiem jak duży był wymiar saturacji (przeciążenia) żydowskiej OPL. Boję się stawiać w tym temacie jakieś wiążące konkluzje w oparciu o kilkanaście filmików. Na których widać, że coś spadło, coś wybuchło – i w zasadzie tyle można stwierdzić bez wchodzenia w obszar spekulacji. Bez żadnych wątpliwości mogę za to napisać, że wbrew niektórym doniesieniom Żelazna Kopuła nie zawiodła. Nie zawiodła, bo nie miała nic do roboty – stworzono ją do niwelowania innych zagrożeń, prostych rakiet krótkiego zasięgu. A tych Irańczycy z oczywistych powodów nie użyli. Z posłanymi przez nich pociskami (mówi się, że także hipersonicznymi) mierzył się system Arrow. Niebawem będziemy mieli więcej informacji na ile skutecznie.

Tak czy inaczej, wielkiego dramatu nie było i nie będzie, patrząc z perspektywy Izraela. I być nie może, czego świadomość mają także w Teheranie i co pozostaje, a przynajmniej powinno, czynnikiem hamującym eskalację konfliktu na Bliskim Wschodzie. A konkretnie?

A konkretnie idzie o to, że jeśli Izrael poniósłby straty zagrażające jego egzystencji/trwałości struktury państwowej (na przykład wyeliminowano by istotną część jego lotnictwa), na stole mielibyśmy opcje atomowe. Dosłownie i w przenośni. Po pierwsze, byłby to scenariusz uzasadniający użycie broni jądrowej. Izrael ma jej tyle, że starczyłoby na „wymiecenie cywilizacji” z obszaru całego Iranu. Po drugie, ryzyko zniszczenia Izraela uaktywniłoby Stany Zjednoczone, żywotnie zainteresowane trwaniem żydowskiego państwa. Tymczasem USA posiadają dość konwencjonalnego potencjału, by przenieść Iran do epoki kamienia łupanego, gdyby uznano, że zaszła taka potrzeba.

Wszystkie podmioty bliskowschodniej rozgrywki mają tego świadomość.

—–

Na dziś to tyle – dobrej nocy!

Dziękuję za lekturę i za kolejny miesiąc, podczas którego wspieraliście moją działalność publicystyczno-analityczno-reporterską. Jedziemy dalej? Jeśli tak, proszę Was o subskrypcje i „kawy” – stosowne przyciski znajdziecie poniżej:

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa – gdybyście chcieli nabyć egzemplarze „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji”, „Międzyrzecze. Cena przetrwania” i „(Dez)informacji” z autografem i pozdrowieniami, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Atak na Izrael, screen jednego z filmików zamieszczonych w mediach społecznościowych; autorstwo nieznane