Samoograniczanie

Wielu z nas przeciera oczy ze zdumienia – oto Stany Zjednoczone krytykują Ukrainę za ataki na rosyjskie rafinerie. Na miano ponurego żartu zakrawa fakt, że dzieje się to w momencie, kiedy rosjanie nasilili uderzenia rakietowe w ukraiński sektor energetyczny. Tamci mogą, ci nie? Jedna z przedstawicielek Pentagonu orzekła, że owszem, Ukrainie nie wypada, bo musi trzymać się reguł obowiązujących demokratyczne państwo.

Faktem jest, że i rafinerie, i elektrownie, w myśl przepisów prawa uzasadnionymi celami wojskowymi nie są. Tyle że wcale nie idzie tu o pryncypia.

– Te ataki mogą przynieść odwrotny skutek, jeśli chodzi o globalną sytuację energetyczną – mówi bez ogródek sekretarz obrony USA Lloyd Austin. – Lepiej, żeby Ukraina realizowała cele taktyczne i operacyjne, które mogą bezpośrednio wpłynąć na obecną walkę.

Czym jest „globalna sytuacja energetyczna”? W tym przypadku oznacza rosnące ceny paliw. Wytknął to zresztą Austinowi republikański senator Tom Cotton, który zarzucił administracji utrudnianie skutecznych działań Ukrainy z powodów politycznych.

– Wydaje mi się, że administracja Bidena nie chce, aby ceny benzyny wzrosły w roku wyborczym – stwierdził. Cytująca Cottona agencja Bloomberg przypomina, że prezydent Joe Biden rzeczywiście poświęcił mnóstwo energii na zwalczanie inflacji, zwłaszcza na zbijanie cen benzyny dla amerykańskich konsumentów.

Oczywiście, to nie drenowanie portfela Amerykanów jest celem Ukraińców – chodzi im o ograniczenie dostaw paliwa dla rosyjskiej armii oraz zmniejszenie przychodów z eksportu kopalin i pochodnych, które Moskwa wykorzystuje do finansowania wojny w Ukrainie. Strategia ta działa – po czasowej utracie możliwości produkcyjnych na poziomie kilkunastu procent, rosja zawiesiła sprzedaż paliw za granicę na pół roku, a ostatnio poprosiła Kazachstan o stworzenie na jej rzecz rezerwy paliwowej (w wysokości 100 tys. ton).

Innymi słowy, agresor stanął przed koniecznością wwózki drewna do lasu.

Tylko te cholerne reperkusje dla pozostałej części świata…

Pisałem już o tym, że przywodzą mnie one do smutnej refleksji. Takiej mianowicie, że rosja jest niczym rak, który zajął takie obszary, że usunięcie trefnych komórek wiąże się z ogromnym ryzykiem śmierci dla całego organizmu. Radykalne terapie istnieją, ale lekarze, niestety, wolą nie ryzykować.

—–

Jak doszło do rozprzestrzenienia się tej „choroby”? (Pro)rosyjscy propagandyści będą nas przekonywać, że to naturalny i oczywisty skutek wielkości i potencjału rosji. A figa z makiem.

Zostawmy na chwilę paliwa, rosję i teraźniejszość. Związek Radziecki – kraju z największym na świecie areałem ziemi uprawnej – nie potrafił wyżywić wszystkich obywateli. W najbardziej upiornym okresie lat 30. XX wieku miliony z nich skazując na śmierć głodową. Lecz i później trudno mówić o sukcesach – mit samowystarczalności sowietów upadł ostatecznie po 1962 roku. Od tej pory, aż do końca ZSRR, Moskwa skazana była na import produktów rolnych, głównie z krajów kapitalistycznych. Każdego roku przeznaczając na ten cel od kilku do kilkunastu miliardów dolarów, co mocno nadwyrężało skromne rezerwy walutowe. Jegor Gajdar, ekonomista i premier federacji rosyjskiej na początku lat 90., niewydolność rolnictwa uznał za jedną z głównych przyczyn rozpadu socjalistycznego państwa. Zmarły w 2009 roku polityk tezę tę zawarł w książce pod tytułem: Zgon imperium.

Zmiany wewnętrzne, związane z odejściem od komunizmu na rzecz porządku kapitalistycznego (w wydaniu rosyjskim wyjątkowo zwyrodniałego, ale to rzecz na inną opowieść), pozwoliły rosji, spadkobierczyni ZSRR, na znaczące zwiększenie efektywności rolnictwa. Dziś federacja nie tylko jest samowystarczalna, ale stała się również wiodącym producentem i eksporterem. Doszło do tego nie tylko na skutek odejścia od gospodarki centralnie planowej, ale również z powodu gigantycznego transferu zachodniej technologii wykorzystywanej przy produkcji żywności. Ogromne rosyjskie latyfundia istnieją nie tylko dzięki zasobom naturalnym i na poły kryminalnej prywatyzacji. Ufundowała je również zachodnia chciwość, która – za sprawą maszyn i know how – pozwoliła przekształcić niedorozwinięte kołchozy w przemysłowe maszynki do produkcji zbóż, mięsa i innych wyrobów.

Podobnie rzecz się miała z przemysłem wydobywczym, choć tutaj działania na rzecz poratowania nieefektywnego systemu nakazowo-rozdzielczego podjęto już w latach 70. To wtedy Moskwa poprosiła Zachód o import kapitału (rozumianego jako kredyty, pożyczki i inwestycje bezpośrednie) oraz technologii, w zamian oferując dostęp do tanich surowców, szczególnie ropy naftowej i gazu. Te inwestycje pozwoliły na znaczne zwiększenie wydobycia, spłatę zobowiązań i stopniową ekspansję. Czyniły co prawa z ZSRR kraj surowcowy i zaplecze dla krajów wysoko rozwiniętych – co mocno kłóciło się z wizerunkiem mocarstwa – no ale przy sprawnej propagandzie można było ten stan rzeczy na użytek opinii publicznych zakłamać. Co też Moskwa skutecznie robiła – zarówno w realiach surowcowej prosperity późnego ZSRR, jak i w czasach putinowskiego naftowego boomu.

Po stronie zachodniej największym beneficjentem tak ułożonych stosunków były Niemcy. Ale kłamstwem byłoby stwierdzenie, że tylko one korzystały z tanich rosyjskich kopalin. W czasach bezpośrednio poprzedzających pełnoskalową napaść rosji na Ukrainę, Polska jak oszalała importowała rosyjski węgiel (a to oczywiście jeden z wielu podmiotów/przypadków).

Gwoli uczciwości należy dodać, że dopuszczenie ZSRR/rosji do światowej wymiany handlowej (technologii i bogatych rynków zbytu), miało także wymiar celowych działań politycznych. W największym skrócie – we wprzęgnięciu rosji w mechanizm globalnej gospodarki widziano sposób na jej ucywilizowanie. U podłoża „resetów” z lat 70., 90. i z poprzedniej dekady, leżało przekonanie zachodnich elit politycznych, że rosja „zakorzeniona” nie będzie miała powodu, ale i możliwości prowadzenia agresywnej polityki – wszak więzi gospodarcze mają charakter obustronny; w razie ich zerwania tracą obie strony.

Jak się okazało, było to założenie naiwne, czego nie będę krytykował, bo łatwo być „mądrym po szkodzie”.

—–

Ale samoograniczanie Zachodu – zwłaszcza USA – w działaniach wymierzonych w rosję, ma także inne powody. Nie będę się tu rozpisywał na temat różnicy potencjałów wojskowych, bo to kwestia wielokrotnie przeze mnie podnoszona. Dość stwierdzić, że mimo tej asymetrii zdecydowanie na niekorzyść rosji, Zachód trochę się Moskwy boi. Nie tyle jej potencjału wojskowego w konfrontacji z własnym, co skutków kryzysu, który ogarnąłby federację po spektakularnej porażce w Ukrainie. Teoretycznie nadal istnieje możliwość doprowadzenia do sytuacji, w której ukraińskie siły zbrojne niszczą armię inwazyjną. Ale co zrobi upokorzony Kreml? Jak zachowają się nadymani imperialną propagandą, a więc w tym scenariuszu oszukani, zwykli rosjanie? Czy Pekin nie zechce wykorzystać osłabienia Moskwy? Takie wątpliwości można by mnożyć, ale do brzegu. Dziś jest dla mnie oczywiste, że Zachód nie chce klęski rosji, a jedynie jej osłabienia. Stąd „kroplówka” dla Ukrainy. „Dajmy Ukraińcom tyle, by się obronili, ale nie przesadźmy, bo dopiero upadła rosja napyta nam wszystkim biedy” – to sedno kalkulacji.

W myśleniu zachodnich elit ta kalkulacja była obecna już wcześniej, ale pucz prigożyna znacząco wzmocnił stojące za nią lęki. Oto bowiem cały świat zobaczył, że „wielkie imperium” zatrząsało się w posadach na skutek działań kilku tysięcy zbirów, prowadzonych przez zdeprawowanego kryminalistę. „Twardziel” putin zwiał wówczas z Moskwy, armia stanęła z boku, a zwykli rosjanie mieli, jak to się zwykło mówić w języku młodzieży, wywalone. Nie wiem, co sprawiło, że prigożyn odpuścił, ale wiem, że świat na moment zamarł. Wizja ogarniętego chaosem kraju, który dysponuje kilkoma tysiącami głowic nuklearnych, ryzyko że dostęp do „atomówek” może zdobyć ktoś o „krótszym loncie” niż putin, mogły i chyba zadziałały mrożąco. Na pewno na Stany Zjednoczone; źródeł obecnego kryzysu w relacjach USA-Ukraina upatrujemy w waszyngtońskim klinczu legislacyjnym, trwającym od końca zeszłego roku, jeśliby jednak przyjrzeć się uważniej, to skok sceptycyzmu Amerykanów (co przełożyło się na dynamikę pomocy wojskowej oraz polityczne deklaracje) widać właśnie po puczu prigożyna.

Czy to uzasadnione obawy? Zgadzam się co do ogólnej diagnozy kondycji państwa rosyjskiego – że to twór, za przeproszeniem, w wielu obszarach łajnem i snopowiązałką klecony – ale mam też świadomość istnienia twardego trzonu tej państwowości, zakorzenionego w części służb i instytucji. Raz już rosja była w sytuacji wybitnie kryzysowej – po rozpadzie sowietu – i jednak głowicie nie wpadły w niepowołane ręce. Analogicznie więc tej minimalnej sprawności można by oczekiwać i dziś. W tej perspektywie samoograniczenie Zachodu jawi się jako przesadzone; nie przesądzam czy tak właśnie jest.

W kontekście gospodarczym warto zwrócić uwagę, że Europa – po uprzednim obłożeniu rosji sankcjami – poradziła sobie ze skutkami drastycznego ograniczenia dostaw rosyjskiego gazu. Nie zmienia to faktu, że ceny energii wzrosły, a nie wszyscy mogą i chcą ponosić dodatkowe koszty. Nie chce ich ponosić wielu Amerykanów, co w roku wyborczym musiało spotkać się z zainteresowaniem władz. I ich reakcją „u początku ciągu przyczynowo-skutkowego”, co przybrało postać presji na Ukrainę. Presji – zdaje się – skutecznej, bo ukraińskie ataki na rafinerie ustały. Co więcej, branżowe media donoszą, że rosjanom udało się szybciej niż zakładano naprawić część uszkodzeń. A bez łatwego dostępu do zachodnich komponentów nie byłoby to możliwe. Czyżby więc dla zachowania kruchej równowagi na rynku paliwowym, rosjanie – mimo sankcji – zyskali dostęp do niezbędnych technologii?

Jeszcze bardziej „zbawienna” – patrząc z perspektywy rosji – jest jej pozycja wiodącego producenta rolnego. Bo o ile z kopalinami chodzi „tylko” o czasowe pogorszenie warunków życia najbogatszych, o tyle w tym przypadku na szali staje bezpieczeństwo żywnościowe biedniejszych uczestników światowej wymiany handlowej, przede wszystkim z Afryki Północnej i Bliskiego Wschodu. Jak zaszkodzić rosji – by przestała szkodzić sąsiadom (!) – nie szkodząc przy tym innym i sobie? Także w odpowiedzi i na to pytanie (zwłaszcza zadane sobie przez możnych i władnych tego świata) kryje się przyszłość Ukrainy…

—–

Dziękuję za lekturę! A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się na dwa sposoby. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

A gdybyście chcieli nabyć moją najnowszą książkę pt. „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” z autografem, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Screen z monitoringu jeden z zaatakowanych rafinerii.

Rydz…

Polska ma 48 samolotów F-16. Po przekazaniu Ukrainie większości MiG-ów-29 (oraz zapasu części i uzbrojenia do nich), „efy” stały się koniem roboczym naszej armii.

Maszyny pełnią dyżury w Polsce, Słowacji, nad krajami bałtyckimi, obsługują ćwiczenia Wojska Polskiego – wszędzie tam, gdzie realizowane są scenariusze współpracy oddziałów lądowych z siłami powietrznymi. Ich sprawność utrzymuje się na poziomie 60-70 proc., a więc lotnych jest około 30 samolotów. Przy obecnym obciążeniu – i większej na skutek rosyjskiej agresji na Ukrainę liczbie lotów patrolowych – ten wskaźnik wkrótce może spaść do 40-50 proc.

A nie jesteśmy na wojnie, nie dotyczy nas ryzyko utraty maszyn na skutek działań bojowych przeciwnika.

O czym wspominam, by uzmysłowić Czytelnikom elementarne problemy, z jakimi borykać się będą Ukraińcy, gdy F-16 trafią już do ich sił powietrznych. Polska bez większych przeszkód serwisuje samoloty (są kłopoty wynikłe z nieadekwatności naszych procedur logistycznych, ale to temat na oddzielny tekst), nabywa do nich części zamienne, uzupełnia arsenał – stać nas na to, niektóre prace możemy wykonać u siebie, a łańcuchy dostaw pozostają niezagrożone.

A będąca na wojnie i biedna Ukraina? Ano właśnie…

—–

Dowództwo ukraińskich sił powietrznych szacuje potrzeby na 200 maszyn klasy F-16. Teoretycznie z ich dostawą nie powinno być problemów – do tej pory fabryki opuściło ponad 4,5 tys. „szesnastek”, kolejne są produkowane, nie mamy zatem do czynienia z wyjątkowo ograniczonym zasobem.

Niestety, broń lotnicza jest koszmarnie droga – zapewnienie Ukraińcom niezbędnej liczby maszyn „zeżarłoby” 20 mld dol. A mam tu na myśli tylko „efy” (używane, nie fabrycznie nowe) z niezbędnym pakietem logistycznym i paletą uzbrojenia wystarczającą na kilka misji.

A gdzie szkolenie pilotów i personelu technicznego? Gdzie kolejne pakiety amunicji i części? Gdzie reszta armii i jej potrzeby? Co z czołgami, które są co prawda dziesięć razy tańsze od samolotów, ale potrzeba ich trzy razy więcej? Co z artylerią, amunicją strzelecką, paliwem, wyposażeniem indywidualnym żołnierzy?

Amerykanie w zasadzie wycofali się z finansowania ukraińskiego wysiłku wojennego, Europa nie potrafi obecnie zebrać 80-100 mld dol. w skali roku, co jest sumą niezbędną do efektywnego prowadzenia wojny. Ta sytuacja to osobliwy paradoks, jeśli wziąć pod uwagę zasobność Zachodu. Przyczyny takiego stanu rzeczy to kolejny temat na oddzielny artykuł, na potrzeby tego dość skonkludować, że czynniki natury finansowej mają i będą miały zasadniczy wpływ na eksploatację ukraińskich F-16.

—–

Dodajmy do tego inne ograniczenia. Na razie nie ma mowy o dwustu maszynach – realne zobowiązania wobec Kijowa podjęły raptem dwa kraje, Holandia i Dania, co w najlepszym razie przełoży się na 40 maszyn. Znacząca jest absencja USA (choć gwoli rzetelności trzeba napisać, że Stany szkolą ukraińskich pilotów i techników), co jakiś czas pojawiają się spekulacje o kolejnych dostawcach – w ostatnich dniach mówi się o Grecji i Norwegii. Po prawdzie, jeśli finalnie skończy się na 60 „efach”, będzie to spory sukces.

Ale niderlandzkie i duńskie „szesnastki” młode nie są – pozostały resurs pozwala na ich intensywną eksploatację przez kilka lat. Choć były modernizowane, nie są też demonstratorami szczytowej zachodniej techniki lotniczej. W większości potencjalnych sytuacji bojowych na rosjan to wystarczy, lecz nie miejmy złudzeń, że „efy” – w takiej liczbie i kondycji – przegonią rosjan znad Ukrainy.

Ich zasadnicza zaleta sprowadza się do możliwości przenoszenia zachodnich systemów uzbrojenia, pełnego spektrum, obejmującego zarówno amunicję do niszczenia celów powietrznych, różnego rodzaju bomby, lotnicze pociski manewrujące, a nawet rakiety przeciwokrętowe. Dla ukraińskiego lotnictwa skończy się więc okres „radosnej” improwizacji – nie trzeba już będzie integrować „na siłę” zachodniej amunicji z poradzieckimi samolotami, na czym zwykle cierpiała skuteczność tej pierwszej.

Lecz jako się rzekło – tej amunicji może Ukraińcom szybko zabraknąć. W tym kontekście warto też dodać, że nadal nie wiemy nic o konfiguracji, w jakiej F-16 zostaną Ukrainie przekazane. Co i ile będą mogły pozostaje sprawą otwartą, pewnikiem zaś jest, że z części możliwości samoloty zostaną „wytrzebione” – by w razie utraty maszyny nad terytorium kontrolowanym przez rosjan, w ręce tych ostatnich nie wpadły „wrażliwe” technologie.

—–

Idźmy dalej – gdy kilka miesięcy temu przeprowadzono pierwszą rekrutację dla przyszłych ukraińskich pilotów F-16, sito wymagań przeszło tylko sześciu (a wedle innych źródeł ośmiu) wojskowych. Większość „poległa” na testach językowych, ale i typowo lotnicze umiejętności ukraińskiego personelu okazały się niskie.

Legenda „Ducha Kijowa” i inne działania propagandy zostawiają nas z przekonaniem, że Ukraina ma za sterami swych maszyn doświadczonych zawodowców. Nic bardziej błędnego. Ukraińskie lotnictwo po 1991 roku funkcjonowało w realiach permanentnego kryzysu – nie zmieniła tego nawet wojna w Donbasie, bo między 2014 a 2022 rokiem prawie nie używano tam lotnictwa. W lutym 2022 roku większość pilotów mogła się pochwalić nalotami na poziomie 30-40 proc. niezbędnego minimum.

Pełnoskalowy konflikt pozwolił „wylatać” godziny, ale efektywność tego doświadczenia pozostawia wiele do życzenia. Ukraińskie siły powietrzne realizują przede wszystkim misje wsparcia wojsk lądowych i to w iście partyzanckim stylu: wystartuj, leć jak najniżej, doleć jak najbliżej, poślij rakiety/bomby, uciekaj. Szczęśliwie u rosjan jest niewiele lepiej – choć ostatnio ich lotnictwo wybudza się z taktycznej impotencji.

Tak czy inaczej, nawet najlepsi ukraińscy piloci nie są wybitnymi fachowcami. Zwłaszcza że wielu tych najlepszych już zginęło…

Dlatego tak trudno było zebrać przyszłych pilotów F-16 – obecnie jest to około 20 lotników, szkolących się w trzech różnych miejscach na Zachodzie, którym towarzyszy nieznana liczba personelu technicznego. I znów nie dajmy się zwieść hurraoptymistycznym relacjom – po pół roku ci wojskowi posiadają bazowe umiejętności. Jeśli ktoś podejmie decyzję, by już teraz wysłać ich do walki, skutkiem będzie marnotrawstwo potencjału ludzkiego i technicznego. Jeśli ukraińskie dowództwo myśli o sensownym wykorzystaniu nowej broni, musi pogodzić się z wizją dalszych wielomiesięcznych i intensywnych szkoleń.

—–

Po których także z innych powodów niż dotąd wymienione, ukraińskie „efy” będą funkcjonować w warunkach niedoboru.

Dlaczego? Najpierw niezbędna uwaga metodyczna. Koordynacja działań, uzyskanie efektu synergii („odpowiedniego jeb…cia”, jak mówi się w potocznym wojskowym języku), to podstawa zachodniej sztuki wojennej. Tak szkoli się ludzi, tak projektuje i wykorzystuje broń.

Tworzenie wojennych ekosystemów to proces o wzrastającej efektywności. Niegdyś ułomne, bo oparte o zawodną łączność radiową, dziś – za sprawą satelitów, internetu – funkcjonują w realiach sieciocentryczności, bieżącej wymiany danych między poszczególnymi komponentami, do pojedynczego egzemplarza broni włącznie. Tak buduje się wysoką świadomość sytuacyjną, która w połączeniu z jakością wykonania sprzętu, jego precyzją oraz odpowiednią kulturą techniczną użytkowników, daje zachodnim armiom przewagę nad wszystkim, co na tej planecie uchodzi za wojsko.

Pojedynczy leopard czy abrams zniszczy kilka rosyjskich czołgów nim sam padnie ich ofiarą. Lepsza armata, amunicja i pancerz „zrobią robotę”. Ale większą robotę zrobią leopardy w towarzystwie marderów, abramsy w parze z bradleyami. Operujące w terenie przygotowanym wcześniej przez dalekonośną artylerię – lufową (na przykład kraby), czy rakietową (himarsy). Spreparowanym także przez lotnictwo i jego precyzyjne uderzenia w stanowiące zagrożenie cele. Wielozadaniowy F-16 jest w takim środowisku niczym ryba w wodzie. Wpięty w sieć wymieniającą dane w czasie rzeczywistym, stałby się ukraińskim game changerem.

Tyle że ta sieć w warunkach ukraińskich istnieje w formie szczątkowej; nie ma tam dość zachodnich systemów. Brakuje dla przykładu samolotów AWACS – maszyn z radarami na grzbietach, służących do nadzoru przestrzeni powietrznej. AWACS-y „widzą” dalej niż pozwalają na to radary maszyn myśliwskich – w sprzyjających warunkach nawet na odległość do 600 km i mogą śledzić równocześnie wiele celów (od kilkudziesięciu do kilkuset). Służą zatem poszerzaniu świadomości sytuacyjnej pilotów maszyn bojowych, do których na bieżąco kierowane są informacje pozyskane z obserwacji. W takich warunkach można działać z wyprzedzeniem, możliwa jest też koordynacja pracy całych ugrupowań lotniczych.

—–

I można by tak jeszcze długo, co nie zmienia faktu, że Ukraina potrzebuje F-16 „na wczoraj”.

W ostatnich miesiącach ta potrzeba się zwielokrotniła, a to za sprawą rosyjskich bomb szybujących. W marcu br. rosjanie zrzucili trzy tysiące (!) FAB-ów, o wagomiarze od pół do półtora tony. Każda z takich bomb – starych, sowieckich konstrukcji, doposażonych w skrzydła i moduł sterujący – może zabić nawet kilkudziesięciu żołnierzy. I często zabija, dokonując małych, ale licznych wyłomów w ukraińskich liniach obronnych.

Tworzy to ryzyko poważniejszego przełamania, które wyeliminować może wyłącznie wypędzenie rosyjskiego lotnictwa taktycznego ze strefy przyfrontowej. Co można zrobić na dwa sposoby – wysyłając w strefę walk zachodnie systemy obrony powietrznej (jak Patriot) lub samoloty F-16. Dramatyzm położenia Ukrainy polega na tym, że nowoczesnych wyrzutni brakuje, a samoloty i ich obsługa nie są jeszcze gotowi.

Czy to sytuacja bez wyjścia? Nie – i wcale nie trzeba podejmować pochopnej decyzji o wysłaniu „efów”. Kijów szacuje swoje bieżące potrzeby w zakresie OPL na siedem dodatkowych baterii Patriot – to dużo, a zarazem niewiele dla zachodniej wspólnoty, która ma na stanie około 100 baterii (patriotów i analogicznych systemów europejskich) oraz nieograniczone wojennymi zagrożeniami możliwości produkcyjne.

Wracając zaś do „efów” – za mało, za stare, za późno; tak można by podsumować projekt „F-16 dla Ukrainy”. Ale lepszy rydz niż nic…

PS. W weekend Berlin zadeklarował wysłanie do Ukrainy, w trybie pilnym, kolejnej baterii Patriot. Z początkiem tygodnia pojawiła się sugestia, by Polska użyła swoich dwóch baterii do zestrzeliwania celów nad zachodnią Ukrainą (w takim scenariuszu wyrzutnie nie zostałyby przeniesione poza terytorium RP). Technicznie to możliwe, uzasadnione w każdym przypadku, gdy rakiety/pociski manewrujące zmierzają w stronę naszego kraju – ale czy coś z tego wyjdzie, prawdę mówiąc nie sądzę.

—–

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Arkowi Drygasowi, Monice Rani, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Jakubowi Wojtakajtisowi, Michałowi Strzelcowi, Joannie Marciniak i Andrzejowi Kardasiowi. A także: Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Maciejowi Ziajorowi, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Marcinowi Barszczewskiemu, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Kacprowi Myśliborskiemu, Sławkowi Polakowi, Mateuszowi Jasinie, Mateuszowi Borysewiczowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Marcinowi Łyszkiewiczowi, Krzysztofowi Krysikowi, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi i Jarosławowi Grabowskiemu.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatnich dwóch tygodni: Piotrowi Kamińskiemu, Adamowi Andrzejowi Jaworskiemu, Arkadiuszowi Wiśniewskiemu, Piotrowi Kicmanowi (za „wiadro kawy”), Czytelniczce imieniem Ewa i Grzegorzowi Lenzkowskiemu.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały, także ostatnia książka.

A skoro o niej mowa – gdybyście chcieli nabyć „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” z autografem, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Polskie F-16/fot. Bartek Bera

Pierwotnie ten artykuł opublikowałem w portalu Interia.pl

Saturacja

Z wielkiej chmury mały deszcz? Na to wychodzi. Iran wystrzelił łącznie 185 dronów Szahid, 36 pocisków manewrujących oraz 110 rakiet balistycznych średniego zasięgu. Poza siedmioma „balistykami” wszystkie środki napadu powietrznego zostały zestrzelone.

To owoc współpracy Izraela i jego sojuszników (także tych „cichych”, nieoczywistych). Większość celów strącono nad Irakiem, Syrią i Jordanią, w czym znaczący udział miały samoloty sił powietrznych USA, Wielkiej Brytanii, Jordanii, a prawdopodobnie również Arabii Saudyjskiej. Izraelską obronę przeciwlotniczą wsparły też amerykańskie okręty stacjonujące w regionie.

Miażdżąca skuteczność nie dziwi i kolejny raz dowodzi wyższości zachodniej technologii wojskowej nad rozwiązaniami z innych kręgów kulturowych, w dużej mierze o sowieckim rodowodzie (szahidy to hybryda rozwiązań zachodnich i irańskich, ale rakiety i pociski manewrujące to kopie i udoskonalenia konstrukcji północnokoreańskich, wywodzących się z ZSRR i rosji). Podkreśla zarazem konieczność budowania wielowarstwowej obrony powietrznej. Przynajmniej jedną z rakiet Izraelczycy zestrzelili w egzosferze, najbardziej zewnętrznej warstwie atmosfery. Kolejne zdejmowano niżej, wykorzystując (oprócz samolotów) systemu średniego i krótkiego zasięgu – z opisaną wcześniej skutecznością.

Która, mimo iż jest na poziomie bliskim 100 proc., jednak trochę niepokoi. Wspomniane siedem rakiet balistycznych – wedle źródeł izraelskich – nie poczyniły żadnych istotnych szkód. Poczyniły czy nie, ważne, że się przebiły przez najlepszą OPL na świecie. Dlaczego? „Balistyki” niosły głowice konwencjonalne, ale co by się stało, gdyby choć jedna z nich miała ładunek jądrowy? W najgorszym przypadku mielibyśmy do czynienia z anihilacją maleńkiego przecież Izraela.

Irańczycy broni jądrowej nie mają, ale od dekad starają się ją zdobyć/wyprodukować. To źródło kłopotów Teheranu i jeden z najważniejszych powodów jego politycznej i ekonomicznej izolacji. To też najpoważniejsze źródło niepokoju Izraela, którego zniszczenie Iran deklaruje od dawien dawna.

Żydzi mają własną broń jądrową i doskonałą armię – te atuty pozwalają im trzymać w garści całe wrogie Izraelowi arabsko-muzułmańskie otoczenie. Ale to w istocie krucha równowaga, od dziś jeszcze bardziej krucha, gdy Teheran udowodnił, że część narzędzi do zniszczenia państwa żydowskiego już ma. Jest nośnik, trzeba „tylko” głowicy.

Co skłania mnie do wniosku, że Izrael z jeszcze większą determinacją będzie próbował udaremnić Iranowi wejście w posiadanie broni jądrowej. Niewykluczone że irański ośrodek jądrowy w Natanz (bądź inne istotne instalacje, o których wie izraelski wywiad) stanie się celem odwetu. Jeśli nie teraz, to w nieodległej przyszłości, co niekoniecznie będzie miało postać twardego militarnego uderzenia. Ale i takie trzeba założyć, włącznie z najpoważniejszym, opartym o kalkulację, że przetrwa ten, kto pierwszy użyje „atomówki”. Z uwagi na rozmaite reperkusje (na wymienianie których nie ma czasu i miejsca) to mało prawdopodobne, ale warto ten scenariusz mieć z tyłu głowy.

Atak, jaki przeprowadzili dziś Irańczycy, wzorowany był na działaniach rosjan wymierzonych w Ukrainę. Niewykluczone, że maczali w nim palce rosyjscy doradcy. Tak jak w przypadku uderzeń na naszego sąsiada, taki i na Bliskim Wschodzie w ruch poszły najpierw najwolniejsze drony, a dopiero potem pociski manewrujące i rakiety balistyczne. Wystrzały i starty skoordynowano tak, by wszystkie środki napadu powietrznego mniej więcej w tym samym czasie znalazły się nad Izraelem. Był to więc klasyczny atak saturacyjny, który miał przeciążyć, a w efekcie złamać izraelską OPL. Przy okazji wykazać jej realne możliwości do odpierania zmasowanych uderzeń.

Wyszło jak wyszło, co wielu analityków komentuje na smutno, stwierdzeniem, że „gdyby Ukraina miała TAKĄ obronę przeciwlotniczą…”. Ano, gdyby miała, byłoby inaczej.

Patrząc z ukraińskiej perspektywy, trudno nie dostrzec doraźnego zysku – te ponad trzysta środków napadu powietrznego nie trafi do rosji i nie zostanie użyta przeciwko Ukrainie.

Tyle wygrać, choć przegrać może przyjść Ukraińcom znacznie więcej. Izrael wyszedł zwycięsko z dzisiejszej potyczki, ale czy powstrzyma się od bezpośredniego odwetu? Jeśli nie, eskalacja na Bliskim Wschodzie zaabsorbuje USA w jeszcze większym stopniu, jeszcze bardziej oddalając perspektywę powrotu Waszyngtonu do gry na korzyść Ukrainy.

—–

Dziękuję za lekturę! A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się na dwa sposoby. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

A gdybyście chcieli nabyć moją najnowszą książkę pt. „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” z autografem, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Nocne posiedzenie izraelskiego Gabinetu Wojennego/fot. Kancelaria Premiera Izraela

—–

W czym Beniamin Nataniahu jest podobny do putina? Podobnie jak kremlowski zbrodniarz, premier Izraela ma osobisty interes, by „uciekać do przodu” – iść w dalszą wojnę.

Zapraszam Was do odsłuchania wywiadu, jakiego udzieliłem kanałowi Warnews.pl, będącego uzupełnieniem tego wpisu.

Ofensywa?

Wielkość zajętego obszaru jest jednym z wyznaczników odniesionego zwycięstwa, strata zaś to miara porażki. Ale… Ale można przegrać wojnę nie utraciwszy terenów – własnych bądź wcześniej zdobytych.

Przykład armii niemieckiej z czasów I wojny światowej pasuje do tej sytuacji jak ulał. W listopadzie 1918 roku Niemcy panowały nad rozległymi obszarami należącymi niegdyś do rosji, ich wojska wciąż znajdowały się we Francji i Belgii (choć teren objęty okupacją znacząco zmniejszył się po alianckich ofensywach). A mimo to Berlin musiał prosić o rozejm – armia i społeczeństwo były bowiem zbyt wyczerpane czteroletnią wojną. Ten klimat potwornego zmęczenia doskonale oddaje „Na zachodzie bez zmian”, tak w klasycznej książkowej odsłonie, jaki i w najnowszej filmowej adaptacji z 2022 roku.

Analogicznie zatem brak zysków terytorialnych – lub ich mniejsza od założonej skala – nie musi przesądzać o niepowodzeniu działań zbrojnych. Zwłaszcza w konfliktach na wyniszczenie – jak I wojna światowa i zmagania toczone obecnie w Ukrainie.

To rosjanie tak zdefiniowali priorytet tej wojny. Wobec braku możliwości podbicia Ukrainy postanowili „uszczknąć” z niej ile się da, nade wszystko jednak ją wykrwawić. Ukarać, to jasne, ale też zmusić do ustępstw na etapie rozmów pokojowych, co łatwiej przychodzi, gdy przeciwnik jest wyczerpany. „Mamy więcej ludzi i zasobów”, kalkulują na Kremlu, przewidując powodzenie tej strategii.

Dlaczego o tym wspominam? Ano znów, wraz z nadejściem wiosny, pojawiają się zapowiedzi „wielkiej ofensywy” rosjan. Wieszczą ją politycy i analitycy – ukraińscy, zachodni, no i rzecz jasna rosyjscy. Kreślone scenariusze są najczęściej ponure, patrząc z perspektywy (pro)ukraińskiej. Niezależnie od źródeł tych sensacji, podchodzę do nich sceptycznie. I nie chodzi tylko o krytyczną ocenę potencjału armii rosyjskiej, ale właśnie o wspomniany priorytet.

Kreml konsekwentnie powtarza, że rosja dąży do całkowitego pokonania „kijowskiego reżimu” (w domyśle zajęcia Ukrainy) – ale to porządek propagandowy, na użytek „swoich”. Realny, ściśle militarny, jest nieco inny. Jestem przekonany, że generałowie federacji – znający możliwości sił zbrojnych, które nadal nie pozwalają na zawojowanie napadniętego kraju – mierzą bliżej. W wariancie optymistycznym mają nadzieję na ograniczoną, korzystną dla rosji korektę zdobyczy terytorialnych, w bardziej pesymistycznym, liczą na „dowiezienie” dotychczasowych łupów terenowych do momentu rozmów pokojowych.

A nim to nastąpi, zamierzają upuszczać Kijowowi krwi, by osłabić jego pozycję negocjacyjną.

Dosłownie upuszczać – w Moskwie dobrze wiedzą, że Ukraina ma problem z uzupełnianiem strat w ludziach, więc na froncie (…) prowadzi mało spektakularne, a zarazem dużo bezpieczniejsze działania niż poważna ofensywa. Jakie? O tym w dalszej części tekstu, który opublikowałem w „Polsce Zbrojnej” – aktywny link znajdziecie tu.

Nz. rosyjskie wojska pancerne/fot. MOFR

—–

Ps. Mam Wasze wsparcie nie za głoszenie „prawdy”, ale za mówienie o tym, jak jest. No więc w Raporcie Specjalnym mówię, jak jest. M.in. dostrzegam zaniechania nasze – Zachodu, ale i to, co dzieje się w samej Ukrainie. Która – choć brzmi to szokująco (a może nawet oburzająco) – najwyraźniej potrzebuje kolejnego wstrząsu. Dla powstrzymania rosji potrzebna jest korelacja – wysiłków Zachodu, ale i mobilizacji samych Ukraińców, za których w ostatecznym rozrachunku nikt do walki nie stanie.

Nie jest tak, że wieszczę jakiś nieunikniony dramat. Ale uczciwie opisuję kryzys, który można i trzeba pokonać.

Prowizorki

Najpierw odrobina historii. W 2003 roku Wojsko Polskie pojechało do Iraku z wyposażeniem, które pozostawiało wiele do życzenia. Najlepszym tego przykładem był samochód typu Honker. Wysoko zawieszony, nieopancerzony i ze zbyt słabym silnikiem, by pełnić rolę wozu patrolowego. Wojskowi szybko zdali sobie sprawę z tych słabości. I zaczęli naprędce, we własnym zakresie, poprawiać właściwości sprzętu. Przede wszystkim dopancerzając samochody przy użyciu dostępnego złomu (głównie płyt wymontowywanych z porzuconych BRDM-ów armii irackiej).

Przerobione auta stały się nieco bezpieczniejsze, ale znacznie wolniejsze, ze źle rozłożonym środkiem ciężkości. Trudniej się nimi hamowało.

Te wady nie pozostały bez wpływu na wydarzenia z 19 sierpnia 2004 roku.

Co dokładnie się wówczas wydarzyło?

Pluton spadochroniarzy z 6 Brygady Desantowo-Szturmowej (dziś Powietrznodesantowej) wyruszył z bazy do odległego o kilka kilometrów posterunku. Żołnierze mieli zmienić pełniących dobowy dyżur kolegów z innego pododdziału. Gdy składająca się z trzech Honkerów kolumna opuszczała rondo w Al-Hilli, została ostrzelana. Wozy przyśpieszyły. Wtedy drugie z aut uderzyło w krawężnik. Samochód się przewrócił. Kierowca kolejnego wozu nie zdołał wyhamować ani wyminąć przeszkody.

Rannych zostało siedmiu żołnierzy, szeregowi Kutrzyk i Rusinek najciężej. Obydwaj zmarli zanim jeszcze dowieziono ich do szpitala.

Wypadek nie pozostał bez wpływu na dalsze funkcjonowanie polskiego kontyngentu. Felerne terenówki zaczęto wymieniać na nowe wozy. Najpierw na zmodyfikowane Honkery, znane jako Skorpiony, a z czasem na amerykańskie samochody typu Humvee. Odtąd „Zemsty Honekera” lub jak kto wolał  „Madmaxy”, służyły jedynie do poruszania się po bazach.

—–

Dlaczego o tym wspominam? Kilka dni temu wypłynęło zdjęcie rosyjskiego czołgu, który z miejsca zyskał nazwę „żółw”. A to za sprawą specyficznego, zaimprowizowanego pancerza, w jaki przysposobili go domorośli „inżynierowie”. Widzicie to coś na zdjęciu, daruję więc sobie dokładniejsze opisy „daszku”.

Faktem jest, że ów „daszek” odebrał czołgowi jeden z podstawowych atutów – możliwość prowadzenia ognia dookólnego. Zakres ruchu zwieńczonej lufą wieży nie wygląda na większy niż 45-60 stopni, „nakrycie” zapewne również nie pozostawało obojętne dla przyrządów obserwacyjnych. No ale ktoś uznał, że cele czołgu znajdują się na wprost, a on sam ma jechać wyłącznie wprzód, atakować, od biedy ostrzeliwać się na wstecznym.

Co by się stało, gdyby wjechał na minę? Załoga miałaby problem z szybkim opuszczeniem wozu, co znacząco zwiększa ryzyko śmierci lub ran.

Lecz to nie miny są dla rosyjskich czołgistów największym zmartwieniem, a spadające z nieba drony (z analiz brytyjskich służb wynika, że w tym roku ¾ tanków rosjan zostało zniszczonych właśnie przy użyciu bezpilotników). Z którymi „daszek” – wedle założeń konstruktorów – powinien sobie poradzić.

Czy rzeczywiście by dał radę – tego się już nie dowiemy. „Żółwia”, w garażu (wraz z innymi maszynami), dopadła wczoraj ukraińska dalekonośna artyleria.

Do brzegu – możemy się z rosjan i ich desperackich improwizacji śmiać do woli; sam się często nabijam. Pamiętajmy jednak, że w tym, co robią, zwykle nie ma nic osobliwego, „typowo-ruskiego”. Żołnierz na polu bitwy zrobi wiele, by przetrwać – i jest to cecha uniwersalna. Różne jedynie mogą być rozmiary improwizacji, na co istotny wpływ ma zasobność danej armii. Biedni muszą kombinować bardziej.

—–

Dziękuję za lekturę! A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się na dwa sposoby. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

A gdybyście chcieli nabyć moją najnowszą książkę pt. „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” z autografem, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. „Żółw”/fot. ZSU