Tortury

Obejrzałem chyba wszystkie filmy dokumentujące wymiany jeńców pomiędzy Ukrainą a rosją, do których doszło po 24 lutego. W miażdżącej większości ukraińskie, bo rosjanie bardzo rzadko publikują takie materiały. Jeńcy to dla nich kłopotliwy temat, najogólniej rzecz ujmując.

W tych kadrach powtarza się jeden element. Nie twierdzę, że zwracani do ojczyzny rosjanie wyglądają kwitnąco – bo zwykle tak nie jest. Nie są jednak straszliwie wychudzeni, obdarci, nie kuleją, nie snują się. Jeśli mają jakieś kontuzje, widać, że są zabezpieczeni. Tymczasem Ukraińcy – jakkolwiek zwykle radośni z powodu końca niewoli – przypominają duchy. Cztery lata temu pracowałem w Afryce, na granicy Ugandy i Sudanu Południowego, w ogromny obozie dla uchodźców Bidi-Bidi. Docierali do niego uciekający przed wojną i głodem Sudańczycy, często w fatalnej kondycji. Dorośli i dzieci. Docierali falami, które wzbierały regularnie, gdy nie było już czego jeść. A jedzono wszystko, co tylko dało się przełknąć i strawić. Wolontariusze z Bidi Bidi nazywali te exodusy „ponurymi marszami szkieletów”, co dobrze oddawało stan faktyczny i wywoływane takim widokiem emocje.

No więc gdy oglądałem uwalnianych Ukraińców, ZAWSZE tłukła mi się w myślach ta fraza. „Ponury marsz szkieletów”…

Kilkanaście dni temu natknąłem się na jeden z nielicznych rosyjskich filmików z wymiany.

– Męczyli was? – pyta byłego jeńca autor materiału.

– Tak – słyszy w odpowiedzi. – Kazali nam śpiewać wychwalające Ukrainę piosenki.

Nie wyśmiewam sołdata, naprawdę. Mam dość empatii, by uwierzyć, że taka praktyka może zostać uznana przez ofiarę za uwłaczającą. Gdyby mnie ktoś kazał teraz krzyknąć „chwała rosji!”, chyba odgryzłbym sobie język.

Ale ja nie o tym.

Ukazał się właśnie raport Organizacji Narodów Zjednoczonych, z którego wynika, że obie strony rosyjsko-ukraińskiego konfliktu torturują jeńców. Stoi za nim biuro wysokiego komisarza ds. praw człowieka (OHCHR), a opracowanie powstało w oparciu o wywiady z ponad setką byłych i obecnych więźniów, zarówno Ukraińców, jak i rosjan.

Jak wynika ze słów Matildy Bogner – szefowej misji ONZ w Ukrainie – zdecydowana większość ukraińskich jeńców zgłaszała przedstawicielom organizacji przypadki tortur i złego traktowania. Szczucie psami, poddawanie elektrowstrząsom oraz przemocy seksualnej – to najczęściej powtarzające się techniki. W ocenie Bogner, chodziło o zastraszenie i upokarzanie. Jako przykład szefowa misji podała (na konferencji prasowej, która odbyła się w Genewie) historię jeńca z Ołeniwki, któremu rosjanie przyczepili druty do genitaliów, do nosa – i razili prądem. Była to zabawa, nie próby siłowego wymuszenia zeznań.

Rozliczając Ukraińców, Bogner wymieniła „wiarygodne zarzuty” o zbiorowych egzekucjach rosyjskich jeńców. Wspomniała o „upokarzających warunkach transportu” (nagich, skrępowanych mężczyznach) oraz o przypadkach „bicia na powitanie”, gdy więźniowie docierali do obozów.

Przyznam, w pierwszym odruchu zagotowało się we mnie. Przypomniał mi się nieszczęsny raport Amnesty International, próbujący stawiać znak równości między rosyjskim a ukraińskim sposobem traktowania ludności cywilnej w strefie przyfrontowej. Ale w tym przypadku sedno tkwi w szczegółach. Otóż okazuje się, że inspektorzy ONZ mogli swobodnie rozmawiać wyłącznie z rosyjskimi jeńcami przetrzymywanymi w Ukrainie. Z ukraińskimi zaś było to możliwe dopiero po ich uwolnieniu, rosja bowiem – już tradycyjnie – nie udzieliła dostępu do miejsc przetrzymywania więźniów. Co samo w sobie jest złamaniem konwencji genewskich. W takim kontekście zupełnie inaczej brzmią zapewnienia z jednej strony rosji – która zaprzecza złemu traktowaniu jeńców – z drugiej, ukraińskich władz, które zamierzają zbadać naruszenia oraz podjąć odpowiednie działania prawne.

Dla mnie to kolejny przykład różnicy cywilizacyjnej, dzielącej Ukrainę i rosję.

Co zaś się tyczy zarzutów wobec Kijowa. Przewózka „na golasa” to jednak coś innego niż palenie prądem moszny. Czy kastracje, o których wspominałem w jednym z poprzednich postów. Jeśli zaś idzie o egzekucje – wiem o jednym takim przypadku (dotyczącym kilkunastu osób), popartym solidnymi źródłami. Latem w Donbasie Ukraińcy starli się z 64. Brygadą Zmechanizowaną armii rosyjskiej. Istotnie, nie pojmano wówczas zbyt wielu rosjan; tak Ukraińcy porachowali się z mordercami z Buczy, służącymi w tej jednostce. Obiektywnie patrząc, była to wojenna zbrodnia. Nie usprawiedliwiam, nie pochwalam, ale jakaś część mnie nieustannie się dziwi, że po Buczy (Irpieniu, Borodziance, Izjumie), Ukraińcy nadal tych ruskich do niewoli biorą…

—–

Szanowni, przypominam, że z powodu banu na FB (dziś ostatni dzień) możecie mnie czytać na blogu, na Patronite, zajawki materiałów pojawią się też na moich kontach na Twitterze i Instagramie.

A jeśli chcecie mnie w pisaniu wesprzeć, będę szczerze zobowiązany. Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Nz. Ekshumacja ofiar rosyjskiej agresji – piątki małych dzieci – w Łymaniu, pod koniec października. Analizując sytuację rosyjskich jeńców, nie wolno zapominać o tym, jaki los zgotowali ukraińskim cywilom, nim dostali się do niewoli…/fot. Центр стратегічних комунікацій та інформаційної безпеки

Grillowanie

Najpopularniejszy poniedziałkowy dowcip w Ukrainie brzmi tak: Wołodymyr Zełenski pojechał dziś w pierwszą po 24 lutego podróż zagraniczną – udał się do rosji. Ukraińcy drwią w ten sposób z Kremla i jego rojeń o „rosyjskim Chersoniu”, który istotnie, przed południem gościł ukraińską głowę państwa.

To nie pierwsza wizyta Zełenskiego w przyfrontowym mieście, w zasięgu rosyjskiej artylerii. Prezydent regularnie odwiedza walczące oddziały, przyjeżdża też do świeżo wyzwolonych miejscowości. O jego wyprawach dowiadujemy się post factum, z 2-3-godzinym opóźnieniem, co w żaden sposób nie umniejsza charakteru tych przedsięwzięć. Zwłaszcza że Zełenski nie chowa się po bunkrach – wędruje po otwartych przestrzeniach, spotyka się z ludźmi, bierze udział w oficjalnych uroczystościach. Wyobrażacie sobie putina w takich sytuacjach?

„Hetman ze sklejki” (фанерний гетьман) to określenie używane przez Ukraińców dla opisania przywódców o podłych przymiotach. Tchórzy czy – jak mawia polskie podwórko o tych, co to dużo mówią, a mało mogą – „cieniasów”. O małej odwadze putina świadczy nie tylko żenująca nieobecność pośród wojska na froncie (nawiasem mówiąc, podobny jest w tym do Stalina; najpewniej podziela tę samą paranoję/lęk, że „w takich okolicznościach to już na pewno mnie zabiją”). Dowodzi jej także sytuacja, z jaką mamy do czynienia na Bali, gdzie jutro odbędzie szczyt G-20. putin – z obawy przed publicznie wyrażonym ostracyzmem i serią dyplomatycznych upokorzeń (jak słynne przetrzymywanie go w poczekalni przez Irańczyków czy Turków) – na spotkanie przywódców największych państw nie pojechał. Posłał ławrowa, który perspektywą pariasa tak się przejął, że wizytę w Indonezji zaczął od pobytu w szpitalu (kłopotom sercowym szefa zaprzecza rosyjska dyplomacja).

Symboliczne są te (nie)dyspozycje kremlowskiej elity…

—–

Elity, która najwyraźniej musiała w ostatnim czasie omawiać scenariusze „działań nadzwyczajnych”. Skąd o tym wiemy? William J. Burns, dyrektor CIA, spotkał się dziś ze swoim rosyjskim odpowiednikiem – szefem wywiadu zagranicznego rosji siergiejem naryszkinem. Do spotkania doszło w Turcji, a w jego trakcie – jak wynika z komunikatu Białego Domu – Amerykanie ostrzegli rosję przed użyciem broni nuklearnej w Ukrainie.

Temat zszedł z agendy kilka tygodni temu, gdy Waszyngton dał Moskwie do zrozumienia, że odpalenie ładunku jądrowego poskutkuje zniszczeniem rosyjskiej floty czarnomorskiej i sił inwazyjnych w Ukrainie (bronią konwencjonalną). Kreml przestał wywijać szabelką, po prawdzie, publicznie nadal tego nie robi. Ale w zaciszu gabinetów musiało dojść do jakichś rozważań, na trop których wpadli Amerykanie. I stąd ich ponowione ostrzeżenie.

Przez ostatnie tygodnie sytuacja rosjan na froncie uległa znaczącemu pogorszeniu. Utrata Chersonia wywołała w rosji ogromny ferment; po „tej stronie” nie mamy nawet świadomości, jak wielki. Rośnie niezadowolenie z polityki putina, przy czym wyrażają je zarówno przeciwnicy wojny, jak i zwolennicy „zaostrzenia kursu”. Kreml jest pod presją, a widmo całkowitego ukraińskiego blamażu może rodzić niepokój. Jeśli Ukraińcy znowu coś wyzwolą, ulica tego putinowi nie podaruje – tak widzą sprawy kremliny. Jednocześnie mają świadomość, czym jest rosyjska armia i jakie ma ograniczenia. Wiedzą, że poza bronią jądrową nie ma w zasadzie żadnych atutów – stąd renesans pomysłów, aby jej użyć.

Twarda postawa Zachodu wybije je gamoniom z głowy.

—–

A propos wybijania. Jeszcze wczoraj pojawiły się doniesienia o brutalnym zamordowaniu rosjanina, Jewgienija Nużyna. Więźnia, skazanego na długoletnim pobyt w kolonii karnej za zabójstwo. Zwolnionego następnie na wniosek szefa grupy Wagnera, który wcielił „zeka” do swojej formacji. Nużyn dał nogę jak tylko znalazł się na froncie, w ukraińskiej niewoli nie przebywał jednak długo. W ramach wymiany jeńców wrócił do swoich, a ci – uznając go za zdrajcę – rozłupali mu głowę młotem kowalskim. Egzekucję nagrali i wrzucili do sieci jako ostrzeżenie dla innych potencjalnych zdrajców.

Brutalność, jako sposób na utrzymanie dyscypliny, to stara rosyjska metoda. Dość wspomnieć II wojnę światową, podczas której rozstrzelano 135 tys. żołnierzy armii czerwonej, w większości za dezercję. Dla porównania w Wehrmachcie w latach 1940-45 wykonano 11,7 tys. wyroków śmierci, a w US Army… 70, z których tylko jeden dotyczyły dezertera (reszta sprawców poniosła odpowiedzialność za morderstwa i gwałty). No i były to „czapy” legalne. Czy śmierć Nużyna zdyscyplinuje rosyjski personel wojskowy? Śmiem wątpić i rosjanie też winni mieć tego świadomość. Mimo bezprecedensowej brutalności organów ścigania, żołnierze armii sowieckiej do samego końca konfliktu masowo poddawali się Niemcom, a etniczni rosjanie stanowili najliczniejszy zaciąg w kolaboracyjnych oddziałach organizowanych przez hitlerowców. U swoich bywa gorzej niż u obcych, o czym często mówią rosyjscy jeńcy tej wojny…

—–

Jeńcy, których – to jedno z nielicznych rozczarowań z ostatniego czasu – nie przybyło za wielu po oczyszczeniu zachodniego brzegu Dniepru. Przyznam, iż spodziewałem się dotkliwszej porażki rosjan. I wkurza mnie, że jej ograniczony liczbowo wymiar daje paliwo rosyjskiej propagandzie.

(…) odwrót wojsk rosyjskich, dowodzonych przez generała Michała Tieplinksiego, odbył się niezwykle sprawnie (…). W ciągu 48 godzin zgrupowanie liczące ok. 25-30 tys. żołnierzy, 3-5 tys. jednostek sprzętu, trzema przeprawami przez rzekę szerokości kilometra, pod ogniem ukraińskiej artylerii, wyszło z minimalnymi stratami”, pisze mój ulubiony prorosyjski aktywista medialny.

Ruskim rzeczywiście udało się zwiać, ewakuowali też sporo sprzętu. Na finale zaś był to już popłoch, a nie sprawnie przeprowadzona operacja. Ale mogło być gorzej; lepiej, patrząc z ukraińskiej perspektywy.

Tym niemniej zacytowane dane mają się do prawdy jak pięść do nosa. Nie da się w tak krótkim czasie przerzucić takiej masy wojska i sprzętu trzema wąskimi gardłami. Ludzie przemaszerują, owszem, lecz ciężki sprzęt zbije się w długaśne kolumny. Weźmy czołgi, działa samobieżne czy wozy amunicyjne – gdyby ustawić je ciurkiem, zajmą wiele kilometrów, nawet przy rozpisaniu tego ruchu na kilkadziesiąt godzin. A przecież takie pojazdy nie mogą jechać zderzak w zderzak – szczególnie po uszkodzonym moście antonowskim, gdzie nośność konstrukcji mocno odbiegała od standardowej. Z amunicyjnym wsadem każdy z nich stanowił śmiertelne zagrożenie dla tych z tyłu i tych z przodu – w przypadku trafienia i niezachowania bezpiecznej odległości. 25 metrów dystansu już dla 100 wozów daje nam kolumnę o długości ponad 3 km (odległości między pojazdami plus sumaryczna długość wozów). A gdzie reszta? Tymczasem brakuje jakichkolwiek wiarygodnych informacji o długich rosyjskich kolumnach, zmierzających między 9 a 11 listopada z zachodniego na wschodni brzeg Dniepru. Ruch był, owszem – ale nie tak spektakularny.

Gdzie zatem podziało się tych 30 tys. żołnierzy, którzy rzeczywiście do niedawna stacjonowali na chersońskim przyczółku? W odpowiedzi na to pytanie kryje się wstydliwa prawda o rosyjskiej ewakuacji. To nie była dwudniowa operacja, a działania rozpisane na wiele dób. Prawdopodobnie rozpoczęte na początku października, gdy rosyjskie dowództwo zaczęło publicznie przebąkiwać o „trudnej sytuacji” na froncie chersońskim. O czym warto wspomnieć także w kontekście rzekomej swobody rosjan, którzy z własnej woli zdecydowali się wycofać. Otóż nie – zmusili ich do tego Ukraińcy, już wiele tygodni temu czyniąc zachodnio-dnieprzański przyczółek zdobyczą nie do utrzymania.

Teraz przyszedł czas, by zgrillować rosyjskie zaplecza na innych odcinkach frontu.

—–

Szanowni, przypominam, że z powodu banu na FB, do wtorku włącznie możecie mnie czytać na blogu, na Patronite, zajawki materiałów pojawią się też na moich kontach na Twitterze i Instagramie.

A jeśli chcecie mnie w pisaniu wesprzeć, będę szczerze zobowiązany. Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Nz. Prezydent Zełenski w Chersoniu/fot. Центр стратегічних комунікацій та інформаційної безпеки

Początek…

W południe pojawiły się pierwsze informacje o tym, że oddziały ukraińskie weszły do Chersonia. Przy czym mam na myśli zwarte jednostki wojsk lądowych, nie specjalsów, którzy „kręcili się na dzielni” już od dłuższego czasu. 11 listopada 2022 roku zapisze się w historii jako ten, w którym miasto zostało wyzwolone.

Fot. za: liveuamap.com

„Ja j…, ale wielki dzień”, pisze mi kolega. „Kiedyś będziemy znani tylko z tego, że żyliśmy w czasach, gdy Ukraina rozpier…ła (i tu padło sekowane przez algorytmy określenie na skarpetkosceptycznych – dop. MO). Coś na rzeczy jest.

Dziś świętuję. Jest Dzień Niepodległości, mam też imieniny. Żal byłoby jednak nie udostępnić znakomitej grafiki otrzymanej od znajomego.

Rys. Олег Шупляк

Rysunek dobrze ilustruje sytuację rosjan w okolicach Chersonia. Sami ruscy zapewniają, że w ciągu ostatnich kilkudziesięciu godzin przeprawili na wschodni brzeg Dniepru 25 tys. żołnierzy wraz z trzema tysiącami jednostek sprzętu ciężkiego. Ale to wersja oficjalna. Faktycznie coś, co miało być zorganizowanym odwrotem, zmieniło się w paniczną ucieczkę za rzekę. Miała być Dunkierka, był Bliadźkierka. ruscy sami sobie włożyli kij w szprychy – wysadzili Most Antonowski, oficjalnie po zakończonej ewakuacji, tymczasem przeprawa runęła, gdy na zachodnim brzegu Dniepru byli jeszcze żołnierze armii putina. Ale to „mobiki”, których życie nie ma dla generałów większego znaczenia…

Z wieści bardziej ogólnych – zwróćcie uwagę na komunikat RIA Nowosti, państwowej rosyjskiej agencji informacyjnej.

Zabawny, ale i żałosny jest ten rosyjski kompleks polski. „Gdzie diabeł nie może, tam Polaka pośle”, przekonuje swoich rus-propaganda. Zdaje się, że nadal jesteśmy dla nich drzazgą za paznokciem.

Jakoś nad tym nie ubolewam…

Wracając zaś w okolice Chersonia. Nie zapominajmy, że wyzwolenie stolicy obwodu to efekt wielotygodniowej ukraińskiej kampanii prowadzonej na tym odcinku frontu. Gdzie kluczowe było użycie dalekonośnej artylerii, która odcięła rosjan na przyczółku chersońskim od reszty armii za rzeką. To dlatego ruscy musieli uciekać – dłużej bez regularnego zaopatrzenia walczyć się nie dało.

I skoro o liniach zaopatrzenia mowa – zdobycie miasta sprawia, że w zasięgu wysokoprecyzyjnych systemów rakietowych armii ukraińskiej znajdą się trzy ważne drogi łączące półwysep Krymski ze stałym lądem. Himarsy będą też w stanie dosięgnąć szeregu rosyjskich obiektów logistycznych i magazynów amunicji zlokalizowanych na północnym cyplu.

A to oznacza początek bitwy o Krym…

—–

Szanowni, przypominam, że z powodu banu na FB, do wtorku włącznie możecie mnie czytać na blogu, na Patronite, zajawki materiałów pojawią się też na moich kontach na Twitterze i Instagramie.

A jeśli chcecie mnie w pisaniu wesprzeć, będę szczerze zobowiązany. Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Nz. Wyrzutnia Himars w akcji/fot. Departament Obrony USA

Racjonalność

Nie cichną echa wczorajszej zapowiedzi szefa rosyjskiego MON siergieja szojgu. Nic w tym dziwnego – oddanie Chersonia i ucieczka na wschodni brzeg Dniepru to wydarzenie porównywalne z wycofaniem się ruskich z północy Ukrainy wiosną tego roku. Wtedy też pierwszym doniesieniom towarzyszyły nieufność i sceptycyzm; trzeba było kilku dni, by zorientować się, że orki rzeczywiście dają nogę.

Wielu obserwatorów doszukuje się drugiego dna. Rosyjskiej pułapki polegającej na rzekomym opuszczeniu miasta, by wciągnąć weń ukraińskie oddziały, które następnie zostaną zdziesiątkowane. W tym scenariuszu w Chersoniu pozostały w ukryciu liczne rosyjskie jednostki, na wschodnim brzegu zaś przygotowywane jest silne uderzenie.

Nie mam złudzeń, że Chersoń kryje w sobie mnóstwo „niespodzianek”. Że gdy już wejdą tam Ukraińcy, konieczne będzie sprawdzenie domu po domu; w wielu zapewne kryją się miny-pułapki. Każdy odwrót produkuje maruderów, więc i tacy znajdą się na mieście. Większość się podda, część – zdemoralizowana i uzbrojona – może stanowić zagrożenie. Ale to, w mojej ocenie, wszystko. Innych ryzyk nie ma, rosjanie nie są obecnie zdolni do niczego poza wycofaniem i towarzyszących mu działań opóźniających.

Tak naprawdę wykazują się w tym momencie niepokojącym mnie pragmatyzmem. Już wyjaśniam dlaczego.

Przyczółek na zachodnim brzegu Dniepru został de facto odcięty od reszty rosyjskich wojsk – ukraińska artyleria zdewastowała przeprawy, zarówno te stałe, jak i zaimprowizowane. Brak możliwości regularnego zaopatrzenia sam w sobie jest dramatem. A byłoby jeszcze gorzej, gdyby także część wojsk na wschodnim brzegu została odcięta. rosjanie obawiają się ukraińskiego uderzenia „od góry”, z rejonu Zaporoża, na Melitopol, może Berdiańsk, w każdym razie w kierunku Morza Azowskiego. Rozcięłoby ono rosyjski korytarz lądowy z Krymu do rosji, w kotle między Chersoniem a Melitopolem zamykając kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy. Przeszkody naturalne – rozlewisko Dniepru na północy, linia rzeki na zachodzie, oba morza (Czarne i Azowskie) na południu – ułatwiałyby Ukraińcom zadanie. Wąziutkie połączenie z Krymem z pewnością nie wystarczyłoby do utrzymania odpowiednio „gęstych” linii zaopatrzenia, co oznaczałoby zagładę wziętych w kleszcze rosjan.

O ukraińskim uderzeniu ze wskazanego rejonu mówi się już od jakiegoś czasu. Spodziewano się, że nastąpi w drugiej połowie listopada, gdy skończy się jesienna odsłona rasputicy. Odwrót za Dniepr pozwala rosyjskiemu dowództwu na zacementowanie obrony wzdłuż rzeki aż po okolice Zaporoża i dalej na wschód równolegle do północnej krawędzi wyrąbanego wiosną korytarza. Co istotne z perspektywy rosjan, będą mogły to uczynić doborowe formacje – jednostki powietrznodesantowe, dotąd trzymane w Chersoniu. Rozkaz szojgu może zatem być próbą pokrzyżowania szyków Ukraińcom. Na ile skuteczną, boję się oceniać (choć wierzę, że gen. Załużny i spółka mają nie tylko plan B, ale i C i D).

Jako się rzekło, trochę mnie ta rosyjska racjonalność niepokoi. Bo stoją za nią trzy możliwe scenariusze:

putin nadal dowodzi. Wciąż pozostaje dyletantem, ale ten jeden raz dał się przekonać mądrzejszym generałom, że warto oddać trochę ziemi, by nie ponieść jeszcze większej klęski. Ów przebłysk mądrości to zła wiadomość, ale Hitlerowi również zdarzało się podjąć dobre decyzje, choć zasadniczo nadal ręcznie sterował armią, z wiadomym skutkiem. Spluńmy ze złością, pozostając przy nadziei, że kolejne „genialne” pomysły cara zniwelują osiągnięte korzyści.

putin stracił kontrolę nad wojskiem. Nominalnie pozostaje głównodowodzącym, ale decyzje podejmują fachowcy, realnie oceniający możliwości armii rosyjskiej. Co w dalszej perspektywie może przynieść deeskalację, ale równie dobrze może oznaczać kontynuację wojny, prowadzonej przez rosjan z większą rozwagą.

putin niczego nie stracił, ale „odzyskał rozum” i delegował kompetencje na wojskowych. Co niesie konsekwencje identyczne do tych ze scenariusza numer dwa.

Jest więc we mnie więcej ostrożności niż radości, co nie zmienia faktu, że uchronienie Chersonia przed wyniszczającymi walkami miejskimi to dobra wiadomość niezależnie od okoliczności.

Szanowni, Facebook obdarował mnie 6-dniowym banem – za zamieszczenie screena listu od Czytelnika, gdzie pada przymiotnik „kacapskiej”.

Odwołałem się, bezskutecznie. Do wtorku włącznie możecie mnie czytać na blogu, na Patronite, zajawki materiałów pojawią się też na moich kontach na Twitterze i Instagramie.

A jeśli chcecie mnie w pisaniu wesprzeć, będę szczerze zobowiązany. Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Nz. Czołg ukraińskiej armii/fot. Sztab Generalny Ukraińskich Sił Zbrojnych

Kaskada

„Czy armia rosyjska ma jeszcze szansę pokonać Ukraińców?” – pyta mnie jeden z Czytelników.

Nie – odpowiadam. Nie na drodze konwencjonalnej konfrontacji. W tym zakresie możliwości rosjan – rozumiane jako zdolność do dużej operacji zaczepnej – zostały już niemal wyczerpane. Piszę „niemal”, gdyż w rękach raszystów pozostały jeszcze środki napadu powietrznego – lotnictwo strategiczne (bombowe) z arsenałem pocisków manewrujących oraz wyrzutnie rakiet dalekiego zasięgu. Są one w stanie dotkliwie razić ukraińskie zaplecze, co docelowo mogłoby wpłynąć na sytuację na froncie. Kraj w blackoucie długo by nie powalczył, choćby z braku możliwości uzupełniania zużytej amunicji, której nie sposób wyprodukować bez prądu (dostawy z zewnątrz zaspakajają kilkanaście procent ukraińskich potrzeb). Ale rosyjskie zapasy rakiet i pocisków dramatycznie się skurczyły, a sekowany sankcjami przemysł nie jest w stanie uzupełnić braków. Z drugiej strony, możliwości ukraińskiej obrony przeciwlotniczej wzrastają z tygodnia na tydzień wraz z kolejnymi dostawami zachodnich systemów bojowych. Wydaje się, że choć mocno poturbowana, ukraińska energetyka przetrwa w stanie umożliwiającym krajowi dalsze prowadzenie działań wojennych.

Rosyjskie lotnictwo frontowe i flotę czarnomorską trawi operacyjny imposybilizm – technicznie zdegradowane i zużyte, taktycznie niedouczone, nie dają realnego wsparcia wojskom lądowym. Trwa ów stan od początku pełnoskalowej wojny i nic nie przemawia za tym, by miało się to zmienić.

„Lądówka” zaś została brutalnie przetrzebiona, pozbawiona najwartościowszego żołnierza i sprzętu.

Szczytem rosyjskich możliwości jest obecnie utrzymanie linii obronnych (sytuacja w okolicach Bachmutu, gdzie rosjanie są w natarciu, to zaledwie niewielki wycinek frontu).

Oczywiście, ów impas można by przełamać przy użyciu niekonwencjonalnych środków walki. O broni jądrowej pisałem już wielokrotnie, wspomnę zatem tylko, że ryzyko zapowiedzianej otwarcie zachodniej riposty – konwencjonalnej acz dotkliwej – redukuje tę opcje do wymiaru małoskutecznego straszaka. Sporo ostatnio mówi się o innej możliwości – sięgnięcia przez Kreml do arsenału chemicznego czy biologicznego. W tym obszarze rosja również może się pochwalić okazałą „rentą po Związku Sowieckim”, który obsesyjnie gromadził środki bojowe tego typu. Ale – w mojej ocenie – użycie broni B i C zostanie przez Zachód zinterpretowane tak samo jak eksplozja ładunku jądrowego. To po pierwsze. Po drugie, putin i spółka nie mają pewności, czym dysponują Ukraińcy, muszą więc zakładać ryzyko adekwatnej odpowiedzi. Biorąc pod uwagę fatalną jakość wyposażenia osobistego rosyjskich żołnierzy – z czego Kreml na tym etapie wojny zdaje już sobie sprawę – sięgnięcie po „gaz” jawi się jako strzał w stopę. Nie wykluczam, ale i nie uznaję za wielce prawdopodobne.

Tym niemniej – jakkolwiek niezdolna do zniszczenia przeciwnika i zajęcia jego kraju – pozostaje armia rosyjska na tyle silna, by w obecnym klinczu trwać przez dłuższy czas, bez sięgania po ekstraordynaryjne środki militarne. Strumień armatniego mięsa wciąż na front dociera, braki sprzętowe są w istotnym zakresie uzupełniane. Nowy żołnierz jest pośledniej jakości, technika zaś coraz bardziej „demobilna”, ale ilość tworzy jakość, rozumianą jako trudny do ostatecznego pokonania wróg.

Trudny nie znaczy jednak niemożliwy.

Ukraińcy również są w trudnej sytuacji. Mają wspaniałe morale, a niższe od rosjan straty i sensowniejsza praktyka wykorzystywania zasobów ludzkich (rotacja oddziałów liniowych), dają efekt kumulacji wiedzy i doświadczenia. Żywy weteran to skarb, którego nadal nie doceniają rosyjscy generałowie. Co istotne, owa kumulacja nie dotyczy jedynie pojedynczego żołnierza. W socjologii i ekonomii istnieje adekwatne w tej sytuacji określenie „organizacja ucząca się”. Cała ukraińska armia uczy się tej wojny, uczy się walczyć. Generał Załużny z lutego i ten sam oficer z listopada, to jakościowo dwaj różni fachowcy. Rosyjscy żołnierze takiego szczęścia do dowództwa nie mają, to bowiem jest nieustannie wymieniane (nie bez znaczenia jest też fakt, że wielu generałów po prostu ginie, co nie zdarza się u Ukraińców).

Idźmy dalej – wzrosły znacząco możliwości ofensywne wojsk ukraińskich, głównie za sprawą precyzyjnej broni zachodniego pochodzenia. Kraj uporał się z problemem produkcji amunicji, szczególnie dotkliwym późną wiosną i latem. Zyskał też szersze zdolności przywracania do służby uszkodzonego sprzętu – częściowo u siebie, częściowo korzystając z zaplecza remontowego sojuszników. Zwykły żołnierz jest dziś przyzwoicie wyekwipowany, wojskowa logistyka – mimo okresowych i lokalnych zapaści – generalnie działa bez zarzutu (w przeciwieństwie do armii rosyjskiej, nie istnieje u Ukraińców problem głodnego wojska). I mógłbym tych atutów wymienić jeszcze kilka, ale…

Ale na horyzoncie czają się chmury. Ukraina jest jak pacjent mobilizujący siły witalne do walki z ciężką chorobą. Właśnie bierze „chemię”, usiłując pozbyć się nowotworu. Złośliwego. Ile wytrzyma? Dobry nastrój naszego pacjenta nie zmienia faktu, że jego ciało jest zdewastowane i równie dobrze może wejść w remisję, jak i gwałtownie się zapaść. Medyczna analogia jest o tyle dobra, że zakres zachodniej pomocy przypomina kroplówkę (nie deprecjonuję, choć jestem zdania, że moglibyśmy, że powinniśmy więcej). I choć trudno wyobrazić sobie sytuację, że ktoś tę kroplówkę gwałtownie odcina, zmniejszenie worka czy średnicy rurki to już realne zagrożenie. Jeśli Joe Biden na skutek odbywających się dziś wyborów będzie musiał funkcjonować w realiach dwuwładzy (czytaj: Partia Demokratyczna utraci większość w obu izbach parlamentu), może się okazać, że największy donator Ukrainy straci rozmach. Umiarkowani przedstawiciele (a więc większość) Partii Republikańskiej są za dalszym wspieraniem Kijowa, ale zidiociałe skrzydło trumpistów – przeciwne zaangażowaniu USA – jest dość liczne i ma spore zaplecze wyborcze. Stosując mechanizmy obstrukcji, może nie tyle zablokować, co ograniczyć inicjatywy prezydenta. Czy Europa przejmie wówczas na siebie większe zobowiązania? Śmiem wątpić.

Dlatego patrząc dziś na armię ukraińską, widzę pewną analogię. Choć Cesarstwo Niemieckie było na początku 1918 roku w kiepskiej kondycji – wyczerpane czteroletnią wojną – armia na froncie wschodnim podjęła zakrojoną na szeroką skalę ofensywę. W ciągu kilkunastu tygodni Niemcy zajęli znaczne obszary dzisiejszej Ukrainy, Białorusi, państw nadbałtyckich i Finlandii (która wówczas znajdowała się pod rosyjskim panowaniem). Błyskotliwej kampanii sprzyjała słabość i rozkład armii rosyjskiej, będących efektem bolszewickiej rewolucji. Deutsches Heer szły jak w masło, popędzane świadomością, że „teraz, bo później może być dużo gorzej”.

Dla porządku dodać należy, że na przestrzeni kolejnych miesięcy ten wysiłek został zaprzepaszczony, ale to już zupełnie inna historia.

Wracając do analogii – rosyjskie wojsko w Ukrainie nie jest aż tak zdemoralizowane jak w 1918 roku. Ale ukraińskie uderzenie może wywołać kaskadową zapaść na froncie. Wystarczy, że będzie odpowiednio silne i mądrze poprowadzone. Ukraińcy mają ku temu odpowiednie rezerwy i kompetencje. I zobaczycie, niebawem uderzą. Gdzie? O tym w następnym wpisie.

—–

Nz. Stagnacja na froncie nie oznacza zawieszenia walk/fot. Sztab Generalny Ukraińskich Sił Zbrojnych

Szanowni, jeśli chcecie mnie wesprzeć w pisaniu kolejnych artykułów oraz książek – będę szczerze zobowiązany. Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to