Ewakuacja

Na froncie bez zmian – trwa bezkompromisowa obróbka „mobików”. Najświeższe doniesienia rosyjskiej opozycyjnej prasy mówią na przykład o zagładzie całego batalionu świeżo powołanych rekrutów, posłanego na ługańszczyznę. Do „rzeźni” (dosłowny cytat) doszło w pobliżu miejscowości Makijiwka, o czym opowiadał dziennikarzom redakcji „Wiorstka” Aleksiej Agafonow, jeden z ocalałych.

Poborowych z Woroneża i okolic wysłano na front w nocy z 1 na 2 listopada. Żołnierzom rozkazano się okopać.

– Na cały batalion dostaliśmy trzy łopaty i żadnego zaopatrzenia. Do świtu jak mogliśmy, tak zaryliśmy się w ziemię – relacjonuje Agafonow.

Nad ranem zagrzmiała ukraińska artyleria, której ostrzał sprowokował oficerów do… ucieczki (porzucanie oddziału w obliczu nawały to powtarzający się w wielu relacjach „mobików” motyw, fatalnie świadczący o jakości rosyjskiej kadry dowódczej). W ciągu kilku godzin z 570 ludzi przy życiu pozostało 41. Resztki batalionu rozpierzchły się, Agafonow uciekł do pobliskiego Swatowa. Z jego opowieści wynika, że po drodze natknął się na wiele grup maruderów z kolejnych zdziesiątkowanych oddziałów. Z innych doniesień wiadomo, że w okolicy, w podobnych okolicznościach, rosjanie stracili wcześniej co najmniej dwa bataliony.

Część uciekinierów się ukrywa, lokalne dowództwo bowiem skleca naprędce nowe oddziały, składające się z żołnierzy z rozbitych jednostek – i posyła je na front, do łatania dziur.

Zdesperowani wojskowi alarmują rodziny – ci z Woroneża skłonili bliskich do protestu przed miejscową prokuraturą. Matki i żony domagały się informacji o losie swoich mężczyzn.

– Przez telefon wojenkomitet opowiada, że chłopcy są cali i zdrowi. Jacy u licha zdrowi, jak ich tam wszystkich pozabijało! – „Wiorstka” cytuje Oksanę Chołodową, matkę jednego z żołnierzy.

Tymczasem z danych ukraińskiej armii wynika, że tylko podczas minionej doby zginęło kolejnych 490 rosjan…

—–

Ale i z Kijowa płyną hiobowe wieści – władze 3-milionowej metropolii mówią o coraz bardziej prawdopodobnej ewakuacji mieszkańców. Kreml wetuje sobie porażki na froncie atakowaniem ukraińskiej infrastruktury energetycznej. Nie licząc broni jądrowej, obecnie to w zasadzie jedyna rosyjska przewaga – możliwość uderzenia rakietowego z głębokiego zaplecza, nośnikami (samolotami, okrętami) będącymi poza zasięgiem Ukraińców. To również – o czym nie raz już pisałem – wojenna zbrodnia, skutkiem takich ataków jest bowiem pozbawienie ludności cywilnej dostępu do elektryczności, ogrzewania i wody. Przysłowiowe „branie głodem i chłodem” ma rzecz jasna złamać Ukraińców, kalkulują na Kremlu.

W kijowskim merostwie nie zasypiają gruszek w popiele. „W związku ze zniszczeniem w wyniku rosyjskich nalotów 40 proc. infrastruktury energetycznej kraju, zaczęto planować ewakuację”, donosi „New York Times”. Wedle ustaleń renomowanej gazety, urzędnicy w Kijowie dowiedzą się z 12-godzinnym wyprzedzeniem, że sieć energetyczna jest na skraju awarii.

– Jeśli dojdzie do tego punktu, zaczniemy ewakuację – mówi NYT Roman Tkaczuk, dyrektor do spraw bezpieczeństwa kijowskiego urzędu miasta. Tkaczuk zaznaczył, że obecnie sytuacja jest opanowana, może się to jednak szybko zmienić, jeśli podstawowe usługi przestaną być dostępne. Dodał, że jeśli nie będzie prądu, nie będzie też wody.

—–

Wizja exodusu mieszkańców Kijowa paraliżuje wyobraźnię. Warto podkreślić, że mówimy o stolicy, gdzie funkcjonują państwowe urzędy, niezbędne do zarządzania krajem w stanie wojny – ich pracownicy z pewnością nigdzie się nie ruszą (a system kierowania państwem dysponuje odpowiednim techniczno-infrastrukturalnym zapleczem). To samo tyczy się dowództw. W mieście funkcjonują strategiczne przedsiębiorstwa – póki będą mogły pracować, póty ich personel zostanie na miejscu. Z przyczyn oczywistych nigdzie nie ruszy się kijowski garnizon, zostaną też policjanci (ktoś musi pilnować pozostawionego dobytku). Wykluczeń zapewne byłoby znacznie więcej, zatem apokaliptyczne wizje całkiem wyludnionego miasta nie mają szansy się spełnić.

W przeszłości mieliśmy do czynienia z podobnymi sytuacjami. 1 września 1939 roku (a więc na dwa dni przed wypowiedzeniem przez Wielką Brytanię wojny Niemcom), na Wyspach rozpoczęła się masowa ewakuacja ludności cywilnej, przede wszystkim dzieci. W ciągu zaledwie czterech dni (!) z największym miast – głównie z Londynu – wywieziono na wieś prawie dwa milionów osób. Metropolie – zakładano – znajdą się w zasięgu niemieckiego lotnictwa, co zresztą potwierdziło się wiosną kolejnego roku. Gdy zaczęła się bitwa o Anglię, ruszyła następna fala ewakuacji, ostatnia miała miejsce w końcowym okresie wojny, gdy brytyjska stolica stała się celem ostrzałów przy użyciu hitlerowskich „cudownych broni”.

Znamy też przypadki zaniechań, jak choćby postępowanie sowieckich władz z czasów niemieckiej blokady Leningradu z lat 1941-44. Na skutek działań wojennych w potrzasku znalazło się około 2,8 mln cywilów (2,5 mln w samym mieście). Według prof. Nikity Łomagina z Petersburskiego Uniwersytetu Państwowego, znawcy tematu blokady, leningradczyków pozostawiono samych sobie, a władze „nie przewidziały, nie przekonały, nie zorganizowały, w końcu nie zmusiły najsłabszych mieszkańców – kobiety, dzieci, osoby w podeszłym wieku – do opuszczenia miasta” (cytat za miesięcznikiem Focus). Powodów zaniechania było mnóstwo, wiodące zaś – typowo sowieckie bałaganiarstwo i zła wola Stalina, który nie chciał poddawać Leningradu – miejsca narodzin rewolucji – ewakuację postrzegając jako wstęp do kapitulacji. Powszechny głód i paskudny chłód z zimy 1941-42 roku sprawiły, że wiosną, po niewczasie, sowieci rozpoczęli wywózkę cywilów. Tym niemniej setki tysięcy ludzi jej nie doczekało (w trakcie całej blokady zginęło milion mieszkańców, wedle oficjalnych danych 650 tys. Tylko 16,5 tys. zmarło na skutek bombardowań i ostrzału artyleryjskiego; resztę „strawił” głód i choroby).

Oczywiście, Kijowowi nie grozi los Leningradu, lecz widmo katastrofy humanitarnej sprawia, że trzeba myśleć o „planie B”.

—–

Jak uniknąć ewakuacji? Uszczelnienie ukraińskiej obrony przeciwlotniczej – co sukcesywnie następuje – to zaledwie półśrodek. Wyeliminować należy przyczyny – w tym przypadku zmusić rosjan do zaniechania ostrzałów i niszczenia infrastruktury krytycznej. Możliwości Ukraińców są tu mocno ograniczone, piłeczka de facto jest po stronie Zachodu. Chyba nadszedł czas skorzystania z innej niż sankcje, ekonomicznej formy nacisku. Każdy atak winien się spotkać ze znaczącym przepadkiem – oczywiście na rzecz Ukrainy – części rosyjskich aktywów zamrożonych w zachodnich instytucjach finansowych. Jest ich tam co najmniej 300 mld dol., byłoby więc z czego kroić.

Ale trzeba też Ukraińcom dać odpowiednie narzędzia militarne. Pora skończyć z „polityką krótkiego zasięgu” i dostarczyć armii ukraińskiej systemy rakietowe zdolne do rażenia celów w głębi rosji. Nie namawiam do odwetowych ostrzałów miast; Ukraińcy cywilów nie zabijają i niech tak pozostanie. Ale przekopanie infrastruktury militarnej na głębokim zapleczu mogłoby mieć daleko idące skutki psychologiczne. Jak pokazują historie żon i matek „mobików”, oddech wojny mobilizuje rosjan do działania. Nie wiem, czy ten protest nabierze odpowiedniej masy krytycznej. Wiem za to, że rosja to państwo z kartonu i że obnażenie kolejnej słabości tego niby-mocarstwa może uruchomić efekt domina. W rosyjskim pasie przygranicznym – póki co symbolicznie atakowanym przez ukraińskie rakiety i drony – nastroje już dziś są fatalne. Pociski na bloki nie spadają, a na obiekty wojskowe, lecz i tak ludzie zwyczajnie się boją. I są źli, że muszą się bać. A niechby ta fala poszła wyżej, w głąb rosji…

—–

Nz. Zniszczona w rosyjskim ataku rakietowym kamienica w Kijowie/fot. Witalij Kliczko

Szanowni, jeśli chcecie mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książek – będę szczerze zobowiązany. Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

– wystarczy kliknąć TUTAJ –

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Pieniądze

Aby zostać Patronem bezkamuflazu.pl - kliknij TUTAJ

Podczas wyjazdów reporterskich do Iraku i Afganistanu wielokrotnie rozmawiałem z naszymi wojskowymi na temat pieniędzy. „Pojechałem na misję, bo taki był rozkaz, bo jechali koledzy, bo kariera, przygoda, chęć sprawdzenia się”, słyszałem. Bo wreszcie – nikt nigdy nie mydlił mi oczu, bagatelizując ów argument czy nie wspominając o nim – „niezła kasa”. Jaka? Zakładając maksymalne stawki – od 10 tys. zł w przypadku szeregowca do ponad 21 tys. zł dla generała. Do tego pensja w kraju oraz darmowy wikt, opierunek i kwaterunek. Porównując do średnich zarobków w Polsce sprzed kilkunastu lat – dużo. Czy jednak dość dużo? Na wojnie płaci się za ryzyko. W Afganistanie – w okresie największego nasilenia walk – obecne na każdym patrolu, na każdym metrze potencjalnie zaminowanego terenu, w każdej wiosce, w której czaić się mogła zasadzka. Z tej perspektywy te 10 tys. zł dla zwykłego „Indianina” (jak nazywało się pierwszoliniowych żołnierzy) szału nie robiło. A dodać trzeba, że mowa o kwotach maksymalnych – realne zwykle były o kilkaset złotych niższe.

Kiedy latem 2003 roku Polska wysłała swój pierwszy kontyngent do Iraku, żołnierzy ubezpieczono na żenująco niską kwotę 50 tys. zł. Pod koniec naszego zaangażowania w Afganistanie ubezpieczenie NNW zwiększono do sumy 250 tys. Plus świadczenia wypłacane rodzinie w takim trybie, jakby żołnierz odchodził ze służby – odprawa, ekwiwalent za niewykorzystane urlopy itp. – celowo zawyżane pośmiertnym awansem poległego. Do tego jednorazowa wypłata w wysokości 18 średnich pensji krajowych, prawo do renty rodzinnej, zapomóg, stypendiów dla dzieci oraz dodatkowego odszkodowania, przyznawanego (uznaniowo) przez szefa MON. Sporo, ale czy dość za utratę męża, ojca, syna, jedynego żywiciela rodziny? Utratę nie na miesiące czy lata, lecz na zawsze.

– I co, warto było? – tymi słowami przywitano w Polsce wracającego z Ramstein żołnierza. W Niemczech po wielotygodniowej rekonwalescencji amerykański personel medyczny w uznaniu za służbę w Afganistanie żegnał go z pełnymi honorami. Chłopak czuł się kimś ważnym aż do momentu, gdy wylądował w kraju. I trafił pod opiekę pielęgniarki, która miała mu towarzyszyć w drodze do jednego z najważniejszych szpitali wojskowych. W samej placówce było jeszcze gorzej – personel co rusz dawał do zrozumienia, że uważa rekonwalescenta za… najemnika.

Opisana historia wydarzyła się na przełomie 2009 i 2010 roku. I niestety, nie była odosobnionym przypadkiem. Wielu rannych żołnierzy – w licznych sytuacjach, które spotkały ich po powrocie do kraju – miało do czynienia z komentarzami typu: „A po coś tam pojechał?”, „Zrobiłeś to dla kasy, najemniku, to teraz masz”. Pomijam fakt obrzydliwej psychicznej tortury, jaką jest wygłaszanie tego rodzaju opinii wobec rekonwalescentów, a nierzadko ludzi będących już do końca życia inwalidami. Wątek domniemanego najemnictwa – popularny zwłaszcza w komentarzach internetowych pod artykułami poświęconymi polskim działaniom w Afganistanie (a wcześniej w Iraku) – był po prostu oderwany od rzeczywistości. Na obie misje jechało Wojsko Polskie, realizując zadnia w ramach polityki zagranicznej, prowadzonej przez legalny rząd. I czy sam fakt zaangażowania Polski w oba konflikty komuś się podoba czy nie, armia jest narzędziem państwa, zaś wojskowi nie definiują jego polityki. Taki rodzaj porządku społecznego wybraliśmy, decydując się na demokrację.

—–

 „Dajcie spokój z tym ukraińskim oddaniem! Większość walczy tam dla kasy, nie z miłości do… (i tu padła nazwa Ukrainy, zniekształcona na modłę raszystowską)”, czytam u jednego z wielbicieli ruskiego miru, z polskim (prawdopodobnie) paszportem. Jak żywo przypomina to wstawki hejterów, ładujących przed laty po żołnierzach WP. Swoją drogą, dziś już nie da się tego ustalić, ale dałbym sobie rękę uciąć, że rosja maczała palce w kreowaniu tego „antynajemniczego wzmożenia”, czy szerzej, w wewnątrzkrajowej dyskusji o „niegodnym” i „awanturniczym” zachowaniu Polski, posyłającej wojsko na Bliski Wschód i do Azji.

Wróćmy do Ukrainy. Najpierw dla porządku trochę liczb. Projekt ustawy budżetowej na 2021 rok przewidywał, że Ukraina wyda na obronność 267 mld hrywien, co wówczas odpowiadało kwocie 9,2 mld dol. Było to ponad 20% budżetu (i niemal 6% PKB). Założenie to w zasadzie w całości zrealizowano. Po rosyjskiej inwazji struktura wydatków państwa uległa diametralnej zmianie – obecnie trzy czwarte z nich idzie na wojsko. Średnio to 130 mld hrywien miesięcznie, co dziś oznacza 3,5 mld dol. Pozostając przy przeliczniku dewizowym – Kijów wydaje na utrzymanie armii niemal trzy razy tyle (265%) co w zeszłym roku. Oto księgowa cena wojny.

Znaczna część tych wydatków przeznaczana jest na wynagrodzenia dla żołnierzy. Jak duża konkretnie? – nie wiem. Jakiś obraz może nam dać następujący trop: przez ostatnie 20 lat koszty osobowe pochłaniały od 40 do 50% budżetu naszego MON, co odpowiadało strukturom wydatków w wielu innych państwach na dorobku.

Ile dostaje pojedynczy ukraiński żołnierz? To zależy, gdzie służy. Po wprowadzeniu stanu wojennego wszyscy ukraińscy wojskowi otrzymują dodatkowe wynagrodzenie w wysokości od 10 do 30 tys. hrywien (ok. 1,3-3,9 tys. zł) – co w maksymalnym scenariuszu przekłada się na więcej niż podwojenie „bazowej” pensji. Wielkość dodatku zależy od miejsca stacjonowania i jest najwyższa na terytoriach objętych działaniami zbrojnymi. W uproszczeniu (przelicznik jest dość skomplikowany, uwzględniający stopnie, specjalizacje, wysługę itp.) w obwodach wojennych personel sił zbrojnych dostaje po tysiąc hrywien za każdy dzień. Dodatek wzrasta do trzech tysięcy za dobę dla wojskowych bezpośrednio zaangażowanych na pierwszej linii walk. Innymi słowy, za miesiąc przebywania na froncie można otrzymać niemal 100 tys. dodatkowego uposażenia. Teoretycznie, bo dowództwo zwykle rotuje oddziały w rytmie 2-3 tygodniowym. Realnie, w przypadku zwykłego strzelca – czasowo angażowanego w operacje bojowe – mówimy o jakichś 80 tys. hrywien (nieco ponad 10 tys. zł) plus pensja bazowa, co w sumie daje mniej więcej 12,5 tys. zł.

Dużo? Biorąc pod uwagę ukraińskie realia – tak. Lecz skoro o realiach mowa – mówimy o wojnie, której intensywność znacząca przerasta to, co działo się w Iraku czy Afganistanie. Generalnie miażdżącą większość wojen, które wydarzyły się po ustaniu ostatniego światowego konfliktu. Gdzie ryzyko śmierci czy zranienia jest ogromne (do tej pory poległ lub odniósł rany co dziewiąty członek personelu sił zbrojnych Ukrainy). Marnieją te pieniądze w obliczu takich faktów, zwłaszcza gdy zwrócimy uwagę na to, kim są ukraińscy żołnierze.

Nim o tym napiszę, jeszcze jedna istotna informacja. Rodzina poległego dostaje 15 mln hrywien – to niemal dwa miliony zł, kwota, która robi wrażenie nawet w znacznie zasobniejszej Polsce. Co więcej, te pieniądze są wypłacane, co podkreślam, bo w rosji, teoretycznie, sprawy mają się podobnie, odszkodowania są równie hojne. Tyle że wciąż dochodzą z kraju putina głosy o kolejnych oszukanych rodzinach, którym urzędnicy kazali spadać na drzewo. Regułą są dużo niższe wypłaty oraz upadlające „dowody wdzięczności za służbę syna/ojca” w postaci np. reklamówki produktów spożywczych.

Tym niemniej – aż do czasu ogłoszenia mobilizacji – istotą rosyjskiej kampanii rekrutacyjnej były obietnice finansowe. Ponadprzeciętnych zarobków i bonusów, którymi zresztą mami się i teraz, obiecując zmobilizowanym odroczenia spłat czy anulowanie kredytów. Do tego dochodziła – wciąż dochodzi – obietnica bezkarności, pozwolenie na rabowanie ukraińskich cywilów. Zauważmy zatem hipokryzję zwolenników ruskiego miru – zarzucających Ukraińcom „walkę za kasę” – którym jednocześnie nie przeszkadza materialna motywacja u rosjan.

Ale pal licho gamoni – wróćmy do kwestii profilu poległych. W Ukrainie popularne jest dziś stwierdzenie: „my tracimy najlepszych, oni najgorszych”. To rzecz jasna uproszczenie, celowo dehumanizujące wroga, ale niepozbawione racji. W lutym i marcu po stronie rosyjskiej ginęli przede wszystkim poborowi – młodzi chłopcy, przed którymi było jeszcze całe życie. Choć wielu z nich pochodziło z nizin społecznych, mogli w przyszłości okazać się wartościowymi z perspektywy społeczeństwa jednostkami. Okres kwiecień-czerwiec to „mielenie” elity putinowskiej armii – zawodowych i kontraktowych żołnierzy, wielokrotnie niezłych rzemieślników, a w wymiarze społecznym, funkcjonalnym – „wydolnych” ojców, synów, głowy rodzin. Lato to „obróbka ochotnika”, o którym Paweł Łuzin (rodak…), ekspert ds. rosyjskiej polityki zagranicznej i obronnej, mówił tak: nikt go nie potrzebuje, łącznie z żoną, dziećmi i starszymi rodzicami. Po drugie, nie osiągnął w życiu nic, więc chce udowodnić wszystkim, że wciąż jest do czegoś zdolny. Po trzecie, jest człowiekiem, który cierpi z powodu problemów materialnych i myśli, że rozwiąże je na wojnie” (cytat za: „Nowaja Gazieta”). Do tego grona zaliczyć należy również „zeków” – więźniów, w tym tych z najcięższymi wyrokami, wcielanych do wspierającej armię Grupy Wagnera. Obecnie zaś giną przede wszystkim „mobiki” (polecam mój wczorajszy tekst) – przekrój społeczny tego towarzystwa jest dość szeroki, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że mobilizacja była polowanie na tych, którym zabrakło kompetencji (inteligencji, sprytu, kontaktów, pieniędzy), by się z niej wywinąć.

Tymczasem po stronie ukraińskiej ginie kwiat młodzieży i pokoleń średniego wieku. W armii służy wielu ochotników, lecz opiera się ona o obowiązkowy pobór (co też warto podkreślić w odniesieniu do zarzutów „walki za kasę”). Istnieją kryteria wyłączenia/zwolnienia (np. posiadanie trójki dzieci), tym niemniej do wojska idą wszyscy, od przysłowiowego profesora po niewykwalifikowanego robotnika. Śmierć żołnierza – poza kontekstem rodzinnego dramatu – należy też rozpatrywać w kontekście strat społecznych. Niewypracowanego dochodu, niestworzonych dzieł (naukowych, literackich, jakichkolwiek), niespłodzonych dzieci itp., czegoś, co stanowi wartość dodaną do ludzkiej egzystencji. Polityczna poprawność sekuje nas za tego rodzaju gradację, ale fakt jest faktem: życie wziętego pedagoga jest więcej warte niż żywot wielokrotnego mordercy z dożywotnim wyrokiem. Śmierć zdolnego programisty, świeżo upieczonego męża i ojca, to coś gorszego niż zgon pogardzanego przez bliskich życiowego wykolejeńca.

Żadne pieniądze tego nie zmienią…

—–

Nz. Zawieszanie ukraińskiej flagi w jednej z wyzwolonych miejscowości obwodu chersońskiego, wrzesień br./fot. MON Ukrainy

A jeśli nie interesuje Cię subskrypcja, a jednorazowe wsparcie:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

„Łaskawca”

Aby zostać Patronem bezkamuflazu.pl - kliknij TUTAJ

Co by się stało, gdyby na Morze Czarne wpłynęła US Navy czy międzynarodowy natowski zespół okrętów? Niekoniecznie grupa lotniskowcowa, ale kilka niszczycieli i fregat, niosących w arsenałach parę setek pocisków samosterujących i drugie tyle rakiet przeciwokrętowych? władimir władimirowicz putin postanowił nie szukać odpowiedzi na to pytanie. Nie odważył się powiedzieć: „sprawdzam”. Mnie to nie dziwi, dobrze wiem bowiem, że przy zachodniej przewadze technologicznej, jakikolwiek rosyjski fałszywy ruch zakończyłby się zagładą floty czarnomorskiej.

A dlaczego o tym piszę?

Bo jestem rozbawiony. Chichram, czytając w rosyjskich mediach, jakim to kolejnym wielkim sukcesem może się pochwalić główny lokator Kremla.

Najpierw niezbędne kalendarium. W weekend Ukraińcy zaatakowali – przy użyciu dronów powietrznych i morskich – rosyjskie okręty stacjonujące w Sewastopolu na okupowanym Krymie. Nie ma jasności, jakie były skutki tego uderzenia – przede wszystkim, jak mocno uszkodzono flagowy okręt floty czarnomorskiej, fregatę „Admirał Makarow”. Jakkolwiek oberwała noesowiecka wizytówka – poważnie czy nie – odebrano to na Kremlu jako siarczysty policzek. W efekcie rosja ogłosiła, że wycofuje się z umowy zbożowej, zawartej latem pomiędzy Moskwą i Kijowem, pod patronatem Turcji i ONZ. Porozumienie to umożliwiało swobodny ruch statków wywożących ukraińskie zboże na Bliski Wschód i do Afryki. Oznaczało zniesienie rosyjskiej blokady ukraińskich portów – rzecz niezwykle istotną w wymiarze gospodarczym (dla Ukrainy, dla której wpływy z eksportu stanowią teraz istotny zastrzyk gotówki) oraz w wymiarze humanitarnym (pojedynczy zbożowiec zapewnia pożywienie dla półtora miliona mieszkańców Afryki na miesiąc).

No więc Moskwa zakrzyknęła „no pasarán!”. Nie zostało to publicznie sprecyzowane, ale było oczywiste, że ukraińskie statki straciły status nietykalnych. W takich okolicznościach wyjście w morze wiązało się z poważnym ryzykiem ataku ze strony okrętów floty czarnomorskiej.

Mimo to Ukraińcy podjęli ryzyko – kolejne zbożowce opuściły porty. Oficjalnie zrobiono to po konsultacjach z Turcją i ONZ – sygnatariuszami porozumienia. Zagrano va banque?

Otóż nie. Mimo rosyjskich deklaracji, ryzyko ataku na morskie konwoje ze zbożem zostało szybko zażegnane. I tu dochodzimy do powodów mojego rozbawienia. rosja ogłosiła wczoraj, że jednak będzie respektować porozumienie zbożowe. Prokremlowskie media trąbią, że ów dobry gest Moskwy wiąże się z obietnicą, jaką putinowi mieli złożyć Ukraińcy. „Prezydent ustalił, że statki zbożowe nie będą wykorzystywane do przerzutu broni do Ukrainy”, tak niby ma wyglądać ta obietnica. Innymi słowy, jest sukces – władimir władimirowicz „zamknął” szlak przerzutowy.

Rzecz w tym, że ów szlak nigdy nie istniał. A Ukraińcy w ogóle nie negocjowali warunków powrotu do porozumień. putin zaś zwyczajnie wymiękł.

Nie ma jasności, kto przekazał mu informację o tym, że jakikolwiek rosyjski atak na cywilny statek skończy się wprowadzeniem natowskich okrętów na Morze Czarne. Czy był to turecki prezydent Erdogan – ojciec porozumienia zbożowego – czy może sygnały poszły bezpośrednio z Waszyngtonu. Tak czy inaczej, widmo upokarzającej rosję natowskiej demonstracji siły zostało putlerowi wyraźnie zarysowane. Wybrał więc opcję „łaskawego” powrotu do porozumienia, dobrze wiedząc, że w żaden sposób nie wytłumaczyłby „swoim” (tzw. zwykłym rosjanom), dlaczego to NATO/Zachód/USA dyktują warunki na Morzu Czarnym. Dla słabo-silnych – jak putin – taka słabość oznaczałaby katastrofę, zwłaszcza gdyby doszło do wymiany ognia z zachodnimi okrętami. Istotą legitymizacji jest bowiem w rosyjskiej polityce przypisywana rządzącym siła. Jeśli są „luzerami” – tracą twarz, okręty, akwen – tłum prędzej czy później ich rozniesie.

Co przywodzi nas do wniosku, że z kremlinami nie ma sensu rozmawiać inaczej, jak tylko z pozycji siły.

—–

Nz. Okręty amerykańskiej floty/fot. US Navy

A jeśli nie interesuje Cię subskrypcja, a jednorazowe wsparcie:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Kości

Aby zostać Patronem bezkamuflazu.pl - kliknij TUTAJ

Cynizm i brutalność rosyjskiej władzy są mocno historycznie ugruntowane. Pisałem kilka dni temu o tym, że jako gatunek łagodniejemy, powołując się na amerykańskiego psychologa Stevena Pinkera. Dowodzi on, że odsetek ofiar gwałtownej przemocy z wieku na wiek maleje. Wniosek ów wyciąga m.in. z archeologicznych badań kości naszych przodków, które noszą ślady licznych – z biegiem czasu coraz rzadziej – brutalnych razów. Liczby rzeczywiste tego nie oddają, bo ludzka populacja wciąż rośnie, niemniej wojny stają się mniej krwawe. „Szczytowe osiągnięcie” w tej dziedzinie – oba konflikty światowe – pochłonęły 100 mln istnień ludzkich. Gdyby cechowała je brutalność i intensywność wojen plemiennych z pradawnych czasów, zabitych byłoby dużo więcej.

Pinker ma wielu krytyków, jednym z nich jest brytyjski filozof John N. Gray, który ogranicza zasadność tez Amerykanina do wąsko pojętego Zachodu (wspólnoty kulturowej rozłożonej po obu stronach Atlantyku). „Jeśli przemoc zmalała w rozwiniętych społeczeństwach, jednym z powodów może być to, że została przez Zachód wyeksportowana”, pisze w artykule dla „Guardiana”. Esej Graya pt. „Steven Pinker się myli co do przemocy i wojen” skupia się na kwestii kolonializmu i prowokowanych przez niego wojen „z dala od spokojnej, zasobnej Europy”. Nie czas i miejsce, by się nad tym pochylać – dla mojego wywodu istotna jest inna z generalnych konkluzji: owszem, rozszerzamy granice empatii, zwłaszcza na Zachodzie, ale agresja pozostaje, przybierając tylko inne postaci.

Weźmy Hołodomor – wielki głód w Ukrainie z lat 30., wywołany celową, ludobójczą polityką Stalina. Nie mieliśmy tam do czynienia z gwałtowną przemocą, wojennymi zmaganiami, ale i tak kilka milionów ludzi straciło życie (między 3 a 10; rozpiętość wynika z ukrywania dramatu przez Moskwę i z sowieckiego bałaganiarstwa). Szczątki ofiar tej okrutnej kampanii nie noszą śladów walki. Archeologowie, którzy będą je badać za 200 czy 300 lat, nie znajdą na kościach złamań, pęknięć, zrostów lub przestrzelin. Na tej podstawie nie da się stwierdzić, że mamy do czynienia ze skutkami zorganizowanej państwowej przemocy. A przecież tak właśnie było…

O czym wspominam, by wykazać, że „na wschodzie bez zmian”. Od Hołodomoru minął niemal wiek, a stosunek rosyjskiej władzy wobec Ukraińców wciąż cechuje agresja. Mój „ulubiony” prorosyjski aktywista medialny pisze o „boju o ukraińską energetykę”, mając na myśli uderzenia w elektrownie i sieci przesyłowe. Relacjonuje to w sposób sugerujący oczywistą-oczywistość tak prowadzonej wojny, jakby chodziło o zmagania dwóch armii w terenie przemysłowym. To zabieg mający na celu odklejenie od rosyjskich działań etykiety zbrodni wojennej. Dla mnie kulawy i nieskuteczny, ale niektórzy mogą się na to nabrać.

Skazywanie milionów cywilów na głód i chłód JEST zbrodnią wojenną – cywilizowany świat tak to zdefiniował po II wojnie światowej. Sparaliżowanie ukraińskiej energetyki – by nie mogła dostarczać prądu, gazu, ciepłej wody – nie przyniesie od razu spektakularnych efektów. Za frazą „pogorszenie warunków życia” kryje się postępujący w czasie dramat. Pozbawieni dostępu do szpitalnej aparatury pacjenci umrą szybko, osoby schorowane, psychicznie podatne na załamania pewnie również. Ale większość narażonych będzie się mierzyć z odroczonymi skutkami zdrowotnymi. Ich kości również nie będą nosić śladów fizycznej wojennej przemocy. Ale będą to szczątki ofiar wojny.

Ofiar rosyjskiej „niereformowalnej” brutalności.

—–

Nz. Ukraińska artyleria na froncie/fot. Центр стратегічних комунікацій та інформаційної безпеки

A jeśli nie interesuje Cię subskrypcja, a jednorazowe wsparcie:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Patronite

– Powiem prosto z mostu – przełożony zajął krzesło naprzeciwko, starając się nie patrzeć Wojtkowi w oczy. – Mam złą wiadomość.

– Chcecie mnie spuścić? – Wojtek powiedział to bez większych emocji. Rynek mediów kurczył się nieubłaganie od kilkunastu lat, czyniąc ze zwolnienia raczej nieuchronną perspektywę. Laudański już dawno pogodził się z taką możliwością – nieprzyjemną, ale nie na tyle, by uznawać wyrzucenie z pracy za wielką tragedię. (…).

– Nie, skąd! Za dobry jesteś, by cię oddawać konkurencji – mężczyzna zdjął okulary i zaczął przecierać szkła. – Chodzi o to, że na koniec afgańskiego projektu powinienem ci dać solidną premię. W podziękowaniu za te wszystkie lata dobrej roboty. Naprawdę dobrej…

– Ale nie możesz – Laudański wcale nie spodziewał się jakiejś wielkiej gratyfikacji, ale nie zamierzał tego ujawniać. Udał więc zawiedzionego.

– Mogę dać ci symboliczną premię, jeśli się nie obrazisz.

Wojtek prychnął.

– Głupio mi – zapewnił szef wydawnictwa. – W zeszłym tygodniu rozmawialiśmy o tym na zarządzie, ale dupa blada. Może na wiosnę…

Milczeli przez chwilę.

– Co chcesz teraz robić? – zapytał prezes. – Zostaniesz przy tematyce wojskowej czy myślałeś o czymś innym?

Laudański westchnął.

– Nie mam pojęcia – powiedział, wzruszając ramionami. Spuścił wzrok na blat stolika i przygryzł dolną wargę. – Naprawdę nie wiem – odezwał się po kilku sekundach, czując w głowie ogromną pustkę.

—–

To fragment „(Nie)potrzebnych”, powieści, którą wydałem w 2014 roku, gdy kończyła się dla polskiej armii wojna w Afganistanie. Tytułowi bohaterowie to weterani – przede wszystkim dotkliwie poraniony żołnierz, ale też wspomniany Laudański, dziennikarz, który spędził u podnóża Hindukuszu mnóstwo czasu. Obdarzyłem Wojtka wieloma swoimi cechami i doświadczeniami, cytowany dialog jest drobiazgowym zapisem rozmowy, którą sam odbyłem z ówczesnym szefem. Gorzka to była piguła…

Gdy zaczęła się wojna w Ukrainie, w 2014 roku, przyglądałem się jej z daleka. Pauzowałem po Afganistanie, ale i nie potrafiłem przekonać przełożonych, że TO JEST temat. Odbiwszy się kilka razy od drzwi najwyższej zwierzchności, machnąłem ręką. „Pierdolę…” – uznałem, wychodząc z założenia, że rozwód z wojną dobrze mi zrobi.

Ale ciągnęło. Do tego stopnia, że w którymś momencie rzuciłem urlopowym kwitem i z grupą kolegów pojechałem na wschód Ukrainy „za swoje”. Był przełom stycznia i lutego 2015 roku, pod Debelcewem kotłowało się jak diabli. Reporterskie szczęście (które z „podręcznikowym” szczęściem zwykle niewiele ma wspólnego) znów mnie nie zawiodło. Znów byłem w samym środku wojennej zawieruchy, skąd przywiozłem naprawdę dobre materiały. Gdy je opublikowałem – i spotkały się z szerokim odzewem Czytelników – prezes firmy zwrócił mi koszty podróży i coś tam jeszcze dorzucił.

Później jednak było już tylko pod górkę – zainteresowanie tematem ukraińskim spadało, a wszechobecna w mediach „słupkoza” („musi się klikać!”) sprawiała, że gdy tylko szedłem z pomysłem na delegację, słyszałem: „Marcin, wiem, że napiszesz dobre teksty. Ale one nam oglądalności nie zrobią. Sam wiesz, czego chcą ludzie…”. Wiedziałem. Dzień przed jednym z takich spotkań niemal serwery nam rozwalił ruch sprowokowanym „artykułem” o Dodzie, co to świeciła półgołym tyłkiem przed prezydentem Dudą. Wzdychałem i kombinowałem. Cuda na kiju robiłem, by zdobyć pieniądze na wyjazdy. Nie zawsze się udawało i wtedy znów dokładałem albo jechałem „za swoje”.

Ktoś może spytać – po co? Kto inny stwierdzić, że pasje kosztują. Można się ze mnie śmiać, że dokładałem do działalności, która wiązała się z ryzykowaniem zdrowia i życia. A ja po prostu chciałem robić coś wartościowego. Korespondencja wojenna była dla mnie – funkcyjnego redaktora w wielkim internetowym portalu – „wentylem bezpieczeństwa”. Nadawała pracy sens, leczyła też poczucie winy wynikające z tego, że na co dzień moja firma – jak miażdżąca większość innych redakcji – serwowała Czytelnikom informacyjny ściek. I przez lata takiego funkcjonowania, od ścieku „użytkowników” uzależniła.

—–

Gdy zaczęła się pełnoskalowa inwazja rosji na Ukrainę, od roku już byłem freelancerem. Właściwie to realizowałem plan, zgodnie z którym, docelowo, chciałbym żyć z pisania książek. Kilka miesięcy wcześniej wydałem „Stan wyjątkowy”, pracowałem nad kolejną powieścią, osadzoną w historii alternatywnej (w której III Rzesza wygrywa II wojnę światową). Z nawyku, ale i finansowej konieczności, współpracowałem z jednym z tygodników. Jakoś to wszystko się kręciło – bez fajerwerków, ale przynajmniej z dala od ogłupiającej redakcyjnej codzienności.

24 lutego dostałem cios w splot słoneczny. Znacie mój stosunek do Ukrainy – to on przede wszystkim odpowiadał za mój stan. Lecz było coś jeszcze – nigdy wcześniej nie czułem się tak nieużyteczny. W 2018 roku obiecałem sobie i bliskim, że już nigdy na wojnę nie pojadę. „To co ja mam robić…?” – zastanawiałem się, przeglądając apokaliptyczne newsy zza wschodniej granicy. Napisałem jeden post – korzystając ze znajomości tematu, kontaktów, historii konfliktu – potem drugi, trzeci. Następnego dnia zrobiłem to samo. Zanurzyłem się w ukraińską i rosyjską info-sferę, wypisywałem, wydzwaniałem do znajomych, do ludzi, którzy coś wiedzieli, w czymś mogli pomóc – i przelewałem to wszystko „na papier” (wiecie, że do pisania używam szablonu wiadomości w programie pocztowym? To już wiecie). Posty na Facebooku, wpisy na blogu – tak powstało coś, co jeden z Czytelników określił mianem „Ogdowski daily”. Ależ mi się ta fraza spodobała…

Chwyciło. Grono Czytelników wzrosło, liczba i jakość interakcji – tych wszystkich merytorycznych komentarzy i opinii – złożyły się na istotną wartość dodaną. A ja znów miałem – i mam! – poczucie, że robię coś wartościowego.

I zamierzam robić to dalej. Bez presji innej niż czas (z którą jestem zaprzyjaźniony), bez dręczącej myśli, że zaniedbuję inne obowiązki, bez „dobrych rad” typu: „ale znajdź jakiś inny temat, bo Ukraina już ludzi nie interesuje. Od wojska też pozwól im odpocząć”. Poznałem „DNA wojny”, specjalizuję się w polityce obronnej, rzucam na to wszystko refleksję socjologiczną; wiem, że na dłuższą metę nie jest to oferta dla masowego Czytelnika, ale dla osób z mojej społeczności już owszem. Będą więc kolejne artykuły, będzie książka, potem zapewne następna (chciałbym dokończyć wspomnianą powieść), na poważnie rozważam pracę głosem i obrazem. Ale potrzebuję w tym Waszej pomocy, Was jako Patronów. Tych, którzy chcą mnie wspierać sporadycznie, zachęcam do dalszego wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to. Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite. Pięknie dziękuję za wszystkie donacje i obiecuję (słowami jednego z moich dobrych kolegów): będzie furczeć!

Kraków, listopad 2022

Aby wesprzeć moją działalność za pośrednictwem subskrypcji na Patronite kliknij w widżet poniżej:

Wspieraj Autora na Patronite