Zależności

500 czołgów, 300 zestawów artylerii rakietowej, 1000 haubic, 50 samolotów wielozadaniowych, setka śmigłowców – tyle trzeba Ukrainie dostarczyć, by mogła wygrać tę wojnę (plus rzecz jasna sporo innej „drobnicy”). Licząc po cenach nowego, zachodniego sprzętu (co nie zawsze jest właściwe, bo na przykład czołgi nie muszą być od razu Abramsami; wystarczy, by był to utrzymany w przyzwoitej kondycji sprzęt posowiecki), mówimy o broni wartej 40-45 mld dolarów. Broni i odpowiednich pakietach – logistycznym, amunicyjnym, szkoleniowym – które zawierają się w cenach jednostkowych sprzętu. Dużo? Dużo. Ale tegoroczna lista najbogatszych magazynu „Forbes” obejmuje 2668 nazwisk miliarderów, którzy dysponują majątkiem wartym 12,7 biliona dolarów. Czyli… 300 razy większym, niż wynoszą ukraińskie potrzeby.

Przyjrzyjmy się tej liście – na jej czele stoi Elon Musk, szef Tesli i SpaceX, mogący się pochwalić 219 mld dolarów. Na miejscu drugim lokuje się Jeff Bezos, ten od Amazona, posiadający aktywa i gotówkę o wartości 171 mld dolarów. Trzeci jest Francuz Bernard Arnault z rodziną (właściciele marek Louis Vuitton, Sephora, Tiffany i innych), z majątkiem wycenionym na 158 mld dolarów. Bill Gates – przez dekady medialna ikona bogaczy – ze 129 mld załapał się dopiero na czwartą pozycję. Na liście jest też siedmiu Ukraińców, z których najbogatszy – Rinat Achmetow – ma do dyspozycji 4,2 mld dolarów, a cała siódemka dysponuje łącznie niemal 12 mld dolarów. To dużo mniej niż wspomniane 40-45 mld, ale… Ale jakoś nie mogę przejść do porządku dziennego nad konstatacją, że są na świecie ludzie – w tym pojedyncze osoby! – którzy dysponują środkami większymi niż wartość elementarnych w tej chwili potrzeb 40-kilkumilionowego narodu. Potrzeb pozwalających na przetrwanie, uniknięcie niewoli, prześladowań, marnego życia w realiach „ruskiego miru”. Jest w tym coś głęboko niemoralnego…

Ale jako socjolog mam też świadomość, jak bardzo skomplikowana jest natura relacji społecznych. Co z tego, że tegoroczny budżet Ukrainy na poziomie 46 mld dolarów w całości wystarczyłby na wspomniany zakup? Co z tego, że ukraińskie PKB – z ostatnich notowań sprzed wojny – warte było ponad trzy razy więcej niż suma potrzebnych zakupów? Co z tego, że budżet wojskowy na bieżący rok największego donatora Ukrainy – Stanów Zjednoczonych – to 720 mld dolarów, że całościowo rząd w Waszyngtonie ma dysponować 6 bilionami dolarów? Że amerykańskie PKB to grubo ponad 20 bilionów dolarów? Że Polska, która tak szczodrze wspiera Ukrainę, planuje w tym roku „zarobić” (w cudzysłowie, bo państwo nie prowadzi działalności zarobkowej) ponad 120 mld dolarów? Że jej PKB za miniony rok to niemal 600 mld dolarów? I mógłbym tak długo, wskazując na konkretne elementy finansów Ukrainy, jej sojuszników, czy nawet wrogiej Rosji (która przypomnę – trzyma za granicą bilion dolarów, jako składowe majątku państwa i „prywatnych” oligarchów), identyfikując kolejne „kupki pieniędzy”, które wystarczyłyby do ocalenia Ukrainy. Tylko że to tak nie działa…

Czytam, że od rozpoczęcia inwazji na wypłaty dla żołnierzy Ukraina wydała 680 mln dolarów, z czego niemal połowa trafiła do personelu bezpośrednio zaangażowanego w działania zbrojne. A przecież wojsko – zwłaszcza na wojnie – to nie tylko wydatki osobowe. A przecież państwo na wojnie to nie tylko wojsko – to cała reszta społeczeństwa, którego nie można z dnia na dzień odciąć od wszystkich usług i świadczeń. Lend-Lease – amerykańska ustawa pomocowa – zakłada, że do Ukrainy trafi wsparcie (nie tylko militarne) o wartości 40 mld dolarów, ale będzie to rozłożone w czasie. A i tak nie wszystkim w Stanach się to podoba. Bo choć 40 mld to ułamek wartości amerykańskiego budżetu, to jednak trudno takie pieniądze wyjąć ot tak. Gdzieś trzeba zabrać, komuś nie dać, z czegoś zrezygnować. Tymczasem równowaga stosunków społecznych jest niezwykle krucha – jeden mały klocuszek wyjęty z niewłaściwego miejsca może spowodować całą serię kolapsów. W skali Pentagonu Lend-Lease to betka, ale to zarazem na tyle duża kwota, że nie da się jej uszczknąć jednorazowo. Trzeba skrobać tu i tam, w taki sposób, by nie naruszyć praw nabytych – na przykład pensji – czy nie wpakować się w spiralę konsekwencji, jak choćby odszkodowań wynikłych z zamknięcia jakiegoś programu lub projektu. Słyszę opinie, że Polska mogłaby oddać Ukrainie wszystkie swoje czołgi. Pozornie ma to sens – byłby to rodzaj inwestycji w bezpieczeństwo, bo Ukraińcy także w naszym imieniu i za nas wykrwawiają rosyjską armię. Ale spójrzmy na bieżące konsekwencje – na utraconą zdolność bojową, na brak szkoleń, na ukryte bądź realne bezrobocie tysięcy członków personelu sił zbrojnych (część należałoby zwolnić, część sama by odeszła wobec braku sensownych wyzwań, reszcie płacilibyśmy „postojowe”). Albo jeszcze inaczej – załóżmy, że rząd RP na rok rezygnuje z wypłat 500 plus, zaoszczędzone środki przeznaczając na materiałową pomoc dla Ukrainy. Miałoby to sens? Miało! Byłoby zgodne z polską racją stanu? Jak najbardziej! A teraz wyobraźmy sobie, jakie byłby reakcje istotnej części beneficjentów programu. Mimo iż w skali Europy jesteśmy absolutnie wyjątkowi w postrzeganiu konieczności prowadzenia wojny aż do ukraińskiego zwycięstwa, nie mam złudzeń, jakby się to skończyło.

Nie można zmusić miliarderów do wyłożenia pieniędzy na ocalenie Ukrainy (czy jakiegokolwiek innego kraju w potrzasku). Trudno odebrać Rosji jej wszystkie zewnętrzne aktywa. Równowaga społeczna opiera się także na respektowaniu podstawowych praw, w tym prawa własności. Musielibyśmy mieć ogólnoświatowy konsensus w sprawie zaboru majątku oligarchów (w stylu „zabieramy i przekazujemy Ukrainie na prowadzenie wojny i odbudowę”), ale to niemożliwe. Zawsze znajdzie się podmiot, który z różnych powodów podważy sensowność takich działań. I w ramach ostrzeżenia czy retorsji zastosuje je wobec innych grup. „Zabieracie majątek rosyjskim miliarderom? Proszę bardzo, my w odpowiedzi nacjonalizujemy zachodnie przedsiębiorstwa w naszym kraju”, taka reakcja Chin wydaje się wielce prawdopodobna. Nie dlatego, że Pekin troszczy się o kieszenie moskiewskich oligarchów, ale dlatego, że przelęknie się o los swoich koncesjonowanych miliarderów. I dlatego, że istnienie „noworuskich” to wentyl bezpieczeństwa, „być albo nie być” kasty rządzącej, bez której nie ma Rosji – a Chinom na utrzymaniu Federacji przy życiu może (jeszcze) zależeć. Poziom komplikacji, współzależności, warunkowanych różnymi okolicznościami sympatii i antypatii jest w relacjach międzynarodowych na tyle duży, że trudno tu o „szybkie i łatwe” rozwiązania.

O czym piszę, bo choć jest we mnie mnóstwo złości na taki świat, jest też poczucie realizmu i odrobina pokory, z którymi miałem ostatnio trochę problemów. Wściekłem się kilka dni temu na wieść, że w najnowszym amerykańskim pakiecie pomocy dla Ukrainy znalazło się zaledwie 18 haubic. Gdy trzeba ich 180. Rozczarował mnie prezydent Emmanuel Macron, deklarujący dosłanie 6 kołowych zestawów artyleryjskich Cezar – gdy należałoby przekazać 60. Sporo było takich „kwiatków”, zostawiających wrażenie, że Zachód sobie powolutku Ukrainę odpuszcza. Ale to nie tak, bo po pierwsze, pomoc cały czas idzie i to coraz szerszym strumieniem. Po drugie, fakt, iż ów strumień nie jest tak szeroki, jak być powinien, wynika również z obiektywnych przeszkód (innych niż kunktatorstwo). Bo spójrzmy na francuskie Cezary – Ukraina dostała już 6 sztuk, 18 jest w trakcie przekazywania, dodatkowe 6, o których mówił prezydent, daje w sumie 30 zestawów. To jedna trzecia wszystkich Cezarów w dyspozycji armii francuskiej. No i zwróćmy uwagę, że jedna taka haubicoarmata to ekwiwalent 5-6 rosyjskich luf. „Niech produkują następne!”, można by rzec. Owszem, ale nie zapominajmy o konsekwencjach polityk bezpieczeństwa, jakie prowadzono w Europie przez ostatnie 30 lat. O demilitaryzacji, zarówno jeśli idzie o wielkość armii, jak i możliwości przemysłów. Spójrzmy na nasze podwórko – darowaliśmy Ukraińcom 18 Krabów, na ponad 50 podpisaliśmy umowę. Huta Stalowa Wola musi się teraz ratować wsparciem z Korei, bo samodzielnie nie byłaby w stanie wyprodukować odpowiedniej liczby podwozi (a trzeba zrekompensować stratę WP oraz realizować wcześniejsze zamówienia). I tak jest wszędzie, w całej Europie – wybudzenia z letargu wymaga nawet potężna w teorii niemiecka zbrojeniówka.

Amerykanie wysłali dotąd już niemal setkę M777 – również znacząco lepszych od swoich odpowiedników – zatem kolejne 18 haubic to jak 60-80 rosyjskich dział. Do tej osiemnastki USA dołożyły 36 tysięcy pocisków. „Mój boże”, pomyślałem w pierwszej chwili. „Przy bieżącym zużyciu wystarczy na sześć dni”. Ale teraz lekcja realizmu. 36 tysięcy pocisków kaliber 155 mm to ładunek o potężnych rozmiarach. Nie da się tego wysłać w kilku samochodach do Ukrainy i w taki sam sposób przewieźć na front. Szybkość musi współgrać z możliwościami ładunkowymi, co oznacza, że najlepiej zrobić to koleją. Zrobić w taki sposób, by amunicja nie musiała być długo składowana, bo Rosjanie polują na magazyny. Polska siec kolejowa różni się od ukraińskiej szerokością rozstawu torów, co „na wejście” komplikuje transport (o takie błahostce jak przerzut przez ocean tylko wspomnę). M777 to dobry przykład, by wskazać inne problemy – emki działają w oparciu o inny system metryczny, co wymaga zmiany nawyków u artylerzystów. I owszem, Ukraińcy szybko się uczą, ale szybko nie zawsze znaczy dobrze. Inny system metryczny, to inne narzędzia do obsługi sprzętu, w efekcie prozaiczna sprawa, jak zgubienie skrzynki narzędziowej (o co przecież łatwo, gdy użytkuje się broń przeznaczoną do wysokiej manewrowości), może uczynić haubicę nieobsługiwalną. Himarsy (wieloprowadnicowe zestawy rakietowe), o które zabiega Ukraina, nie są prostym odpowiednikiem sowieckich Gradów czy Smierczów. To sprzęt naszpikowany wysoką technologią, której trzeba się nauczyć. Itp., itd.

Innymi słowy: czas, przepustowość, moce produkcyjne i bieżąca zasobność donatorów – oto czynniki kanalizujące pomoc materiałową dla Ukrainy. Wszystkie osadzone w gęstej sieci rozmaitych zależności, z których część – jak szerokość rozstawu torów – paradoksalnie była niegdyś sposobem na przecięcie iluś tam niepożądanych relacji.

—–

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Hasła

A gdyby tak książka? – zapytałem Was miesiąc temu. Zawierająca to, co robię na blogu i profilu FB od 24 lutego, znacząco poszerzone, uporządkowane, zredagowane. Na wzór mojego debiutu literackiego sprzed 11 (!) laty („zAfganistanu.pl. Alfabet polskiej misji”). O wojnie w Ukrainie, wszak z licznymi nawiązaniami do innych wojen, które dane mi było oglądać na własne oczy.

Pomysł zyskał społeczny akcept, więc postanowiłem wziąć się do roboty. Do dziś tylko z doskoku, planując poszczególne hasła, ale od jutra już na całego. By skończyć książkę przed upływem lata.

Ponieważ cieszy mnie Wasza aktywność – wszystkie te komentarze, wiadomości, udostępnienia i datki – postanowiłem „uinteraktywnić” proces twórczy. Meldować postęp prac, konsultować wątki, od czasu do czasu podrzucić coś właśnie stworzonego. Chciałbym, abyście mieli poczucie współtworzenia, świadomość bycia częścią projektu pod roboczym tytułem „Opowiem Wam o wojnie”.

Jako się rzekło, oś relacji wyznaczy alfabet, a każda z liter da początek konkretnemu hasłu. Zjawisku, procesowi, historii, które w mojej ocenie mają kluczowy charakter dla zrozumienia istoty rosyjsko-ukraińskiej wojny. W komplecie owe hasła dadzą, zapewne niedoskonały, ale w miarę pełny obraz konfliktu, pozostając przy tym oddzielnymi narracjami, które można czytać w dowolnej kolejności.

Oto, jak je widzę:

A – Analogia – to rodzaj wstępu, w którym pozwolę sobie na eksperyment myślowy. By lepiej unaocznić Czytelnikom kwestie geograficzne, ekonomiczne, społeczne i polityczne, „podmienię” Ukrainę na Polskę; pokażę, jak wyglądałby ów konflikt w naszych realiach, przy zachowaniu głównych elementów ukraińskiej rzeczywistości (nie będzie więc członkostwa w NATO, artykułu V itp.).

B – Bestialstwo – skąd wzięła się Bucza, Borodzianka, Irpień, skąd zaciekłość w niszczeniu cywilnej infrastruktury? Zaproszę Was w podróż po rosyjskiej prowincji, gdzie bieda i kultura przemocy mają się lepiej niż wszystko inne. Opowiem Wam o rosyjskiej niemocy wobec władzy, fatalizmie, spaczonym kolektywizmie, „diedowszczyźnie” i „wojnie ras” w szeregach armii.

C – Cyberwojna – wojna w Ukrainie pokazuje, że „jeszcze czołgi nie zginęły”, że „artyleria wciąż jest bogiem”, ale też, że obok stali ważny jest i krzem. Sieć, moce obliczeniowe – bez nich trudno mówić o skutecznej walce. Ale to będzie również opowieść o „państwie w smartfonie”, o fenomenie ukraińskiej cybernetyzacji usług publicznych i skutkach tego procesu w dobie wojny.

D – Demografia – motywacje Kremla, by zaatakować sąsiedni kraj, miały nie tylko polityczny i wojskowy charakter. Rosja przeżywa potężny demograficzny kryzys, pandemia COVID-19 – która przybrała w tym kraju koszmarny wymiar – tylko spotęgowała negatywne procesy. Władza boi się „islamizacji” i wciąż kalkuluje w XIX-wiecznym stylu – w Ukrainie nie tyle idzie o ziemie i surowce, co o to, by posiąść jej mieszkańców.

E – Ekonomia – Putin zgromadził na okoliczność wojny spore zapasy waluty i kruszców, ale nie przewidział reakcji Zachodu. Jakimi sankcjami obłożono Rosję, jak ów proces postępował, na ile pozostaje skuteczny, zwłaszcza w odniesieniu do możliwości rosyjskiego przemysłu zbrojeniowego? Co grozi Rosji na skutek izolacji, ale też – bo w końcu sankcje to broń obusieczna – co grozi nam?

F – Front – mieliśmy „fazę romantyczną” wojny, gdzie gros zadawanych najeźdźcom strat wynikał z operowania lekkich pododdziałów piechoty, wyposażonych w broń przeciwpancerną, mamy teraz klasyczne zmagania pozycyjne, z dominującą rolą artylerii. Mieliśmy i mamy działania sił specjalnych. Będzie tu zatem o zmieniającej się specyfice i dynamice pola walki. Plus statystyki ilustrujące skalę zmagań.

G – Generałowie – wysokie straty w rosyjskiej najwyższej kadrze dowódczej to absolutny fenomen tej wojny. Opiszę tu znane i potwierdzone przypadki śmierci generałów i zastanowię się nad socjologicznymi (w tym organizacyjnymi), psychologicznymi oraz historycznymi uwarunkowaniami, jakie stoją za tym zjawiskiem. Będzie to dopełnienie obrazu rosyjskiej armii, „malowanego” w rozdziale B.

H – Hołodomor – wielki głód; dziś są już oczywiste rosyjskie intencje stojące za presją gospodarczą na Ukrainę. Wywołanie głodu w Afryce i zwalenie winy na Kijów mają wzmóc jego międzynarodową izolację i zmusić do kapitulacji. Ale nie bez powodu odwołuję się do ukraińskiej pamięci historycznej. Oparta o nią percepcja tej wojny – nad którą chciałbym się pochylić – każe widzieć inwazję jako kolejny akt rosyjskiego imperializmu wymierzonego w naród ukriński.

I – Idioci – chodzi rzecz jasna o użytecznych idiotów, intencjonalnych i nieświadomych propagatorów rosyjskiej wizji wojny i szerzej – geopolityki. Przede wszystkim w Polsce, ale i z „nóżką” europejską. To w istocie będzie rozdział poświęcony tzw. infowar (to coś innego niż cyberwar) – jej założeniach, przebiegu, możliwościach wyplątania się z sieci rosyjskich agentów wpływu i rusofilskich mentalnych złogów.

J – Język – w jakiejś mierze będzie to uzupełnienie poprzedniego rozdziału. Język, narracja, sposób definiowania rzeczywistości to integralna część infowojny. Ale zamierzam również pochylić się nad semantycznymi aspektami polityki informacyjnej prowadzonej przez Ukraińców oraz przeanalizować pod tym kątem publiczny dyskurs na temat wojny prowadzony w Polsce.

K – Korytarze – sytuacja na południu Ukrainy oraz na Morzu Czarnym wymaga oddzielnego rozdziału. Choćby dlatego, że w pierwotnych rosyjskich planach chodziło „tylko” o wyrąbanie korytarzy z Krymu do separatystycznych republik – Donieckiej z jednej strony i Naddniestrza z drugiej, czyli de facto o odcięcie kraju od morza. Wyszło jak wyszło, o okolicznościach czego chciałbym tu napisać.

L – Lend-Lease – nazwa amerykańskiej ustawy to jedynie pretekst do opisania zachodniej pomocy wojskowej dla Ukrainy, rzecz jasna z bardzo rozbudowaną polską „nóżką”. Kulisy, dynamika, intencje, także w kontekście zaniechań części zachodnich państw w tym zakresie. I trochę historii, bo wsparcie zaczęło się na długo przed inwazją.

M – Mity – jeszcze w lutym mówiło się o „Ukrainie dwóch narodów”, dziś z kolei mówi się o jednym „ukraińskim narodzie politycznym”. W obu przypadkach mamy do czynienia z mitami, za tworzenie których odpowiadają różne podmioty, z różnymi intencjami. Luty okazał się końcem innego mitu – „drugiej armii świata”, rzekomo sprawnego, nowoczesnego i świetnie dowodzonego rosyjskiego wojska.

N – Najemnicy – Wagnerowcy wymagają osobnego rozdziału, choćby z uwagi na postawione przed nimi na początku konfliktu zadanie zabicia prezydenta Ukrainy. Ale to też dobry przyczynek do rozważań o rosyjskich problemach mobilizacyjnych, zarówno w obszarze „zagranica” (kto dziś pamięta o nieudanych próbach skaptowania Syryjczyków?), jak i „kraj”, gdzie chętnych do służby dla rodiny dramatycznie brakuje.

O – Obrońcy – kim są ukraińscy żołnierze i żołnierki, jak wyglądają ich motywacje do walki? Jak wygląda kwestia dezercji/odmów służby/ucieczek? Jak zmieniła się ukraińska armia od 2014 roku, czym była wcześniej (ja po raz pierwszy spotkałem Ukraińców w Iraku w 2005 roku), czym jest dziś (kwestie sprzętowe, organizacyjne, odporności na rosyjską inwigilację)?

P – Poparcie – na zewnątrz wygląda to tak, że Rosjanie w miażdżącej większości popierają politykę Putina. Ale sprawa jest bardziej złożona, o czym świadczą liczne (choć w większości indywidualne) akcje protestacyjne, ataki na biura werbunkowe czy pożary w instytucjach i przedsiębiorstwach o militarnym przeznaczeniu. I stany osobowe armii inwazyjnej, w której brakuje żołnierzy z wielkich miast Rosji.

R – Rasizm – rosyjska armia weszła do Ukrainy z misją „denazyfikacji”, ale kto tak naprawdę kieruje się rasistowską polityką? O „deukrainizacji”, eksterminacji elit, obozach reedukacyjnych, rusyfikacji szkolnictwa – zarówno o planach, jak i ich realizacji na terytoriach okupowanych. A także o traktowaniu „separów” jako mięsa armatniego. Z drugiej strony, o początkach „Azowa” i ekstremistach w ukraińskiej armii i polityce.

S – Szantaż – to będzie rozdział o roli atomowego arsenału w toczonej wojnie. Bo choć bomby nie spadły – i najpewniej nigdy nie spadną – Rosjanie dość umiejętnie zastraszają zachodnich polityków i opinie publiczne, „korygując” skalę i dynamikę pomocy dla Ukrainy. Jak wpłynie to na proliferencję broni masowego rażenia? No i czy rzeczywiście jest się czego bać?

T – Trauma – do lutego 2014 roku prawie 80 tys. weteranów konfliktu w Donbasie zmagało się ze skutkami stresu pourazowego. Samobójstwa, przemoc w rodzinie, bezdomność, alkoholizm. Skala obecnej wojny każe założyć, że podobnych przypadków będzie znacznie więcej. A trauma dosięgnie także cywilów z rejonów walk. Co przeżywają ofiary, jaki czeka je los, jakie będą długofalowe skutki powszechnej traumy?

U – Uchodźcy – ukraiński exodus to zjawisko niespotykane w historii Europy po 1945 roku. Dla nas oczywiste poprzez skutki – obecność nawet 2,5 mln kobiet i dzieci. Ale Ukraińcy uciekali też gdzie indziej, czasami droga do bezpiecznej Europy wiodła przez… Daleki Wschód. Po kilku miesiącach wojny coraz więcej osób wraca. O dynamice procesu przez pryzmat indywidualnych historii, plus socjologiczny portret uchodźców i… nas, naszej na nich reakcji.

W – Wnioski – w pierwszym rzędzie chodzi o konkluzje dla Polski. Co wynika i powinno wynikać z przebiegu wojny w Ukrainie dla Wojska Polskiego, zwłaszcza w kontekście programów modernizacji? Co wiemy o naszych sojuszach, jak i o które winniśmy szczególnie dbać, które porzucić? Plus „nóżka” globalna – o tym, jakie będą długofalowe geopolityczne skutki ataku Rosji na Ukrainę.

Z – Zełenski – tu nie chodzi o biografię, nawet skrótową, prezydenta Ukrainy; są dostępne na rynku dwie ciekawe książki. Idzie o percepcję ukraińskiej głowy państwa – u nas, w innych krajach Europy, ale i w samej Ukrainie. Jak zmieniało się postrzeganie Zełenskiego, o ukraińsko-ukraińskiej wojnie politycznej z oligarchami i korupcją w tle, o kompetencjach prezydenta jako głównodowodzącego.

I co o tym sądzicie? Jestem rzecz jasna otwarty na sugestie.

A ponieważ będzie to projekt, który zaangażuje mnie na wiele tygodni – kosztem innych aktywności – liczę także na Wasze wsparcie. I polecam uwadze przycisk poniżej.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Nz. A to ja, latem 2015 roku w Donbasie/fot. Darek Prosiński

Peryferia

Przez większość historii lotnictwa to, co działo się nad Polską, miało peryferyjny wymiar. Nawet podczas drugowojennego wzmożenia – po bezprecedensowej aktywności niemieckich bombowców we wrześniu 1939 r. – nastało kilka lat względnego bezruchu. Potężna kampania lotnicza zachodnich aliantów skoncentrowana była na Rzeszy – brytyjskie i amerykańskie samoloty tylko czasami zapuszczały się nad terytorium okupowanej RP. Radzieckie lotnictwo miało zaś przede wszystkim frontowy charakter – wspierało walczące na ziemi oddziały. Przeszło więc przez Polskę stosunkowo szybko, jak szybko przesunął się front na przełomie 1944 i 45 r. Po wojnie mieliśmy w kraju do czynienia z intensywnym rozwojem lotnictwa sportowego, ale cywilny ruch pasażerski do końca PRL-u pozostał znikomy. „Rozhulało się” za to lotnictwo wojskowe – wielu dzisiejszym pasjonatom sił powietrznych trudno uwierzyć, że w latach 70. armia dysponowała 8-krotnie większą liczbą maszyn niż obecnie. Lata 90. to okres wielkiej lotniczej smuty – Polaków wciąż nie było stać na odległe eskapady, zaś wojsko cierpiało na niedosyt lotniczego paliwa. Godzina lotu MiG-a 29 kosztowała tyle, co miesięczny wikt dla kompani poborowych, migi zatem z rzadka wzbijały się w powietrze. Pilot z tamtych czasów wspomina, że nalatywał rocznie 30-40 h, gdy minimum dla podtrzymania nawyków wynosiło 80-100 h.

Amerykański wschód

Wejście Polski do Unii Europejskiej, która sfinansowała rozbudowę lotnisk, rosnąca zamożność Polaków oraz pojawienie się tanich linii sprawiły, że niebo między Bugiem a Odrą wypełniło się odrzutowymi maszynami pasażerskimi w nieznanej dotąd skali. Wraz z nastaniem „ery F-16” siły powietrzne wyszły z paliwowego dołka, na początku drugiej dekady XXI w. zapewniając pilotom naloty na przyzwoitym poziomie. I choć rosło jednocześnie grono prywatnych użytkowników samolotów i śmigłowców, globalna perspektywa nadal kazała widzieć w Polsce lotnicze peryferia. Aby to zrozumieć, wystarczy obejrzeć natężenie ruchu nad zachodnią Europą i Stanami Zjednoczonymi. Co istotne dla dalszej części tekstu, dziś możemy to zrobić sprzed komputera bądź zerkając w komórkę. Wystarczy odpalić popularny serwis Flightradar24, pozwalający na lokalizowanie statków powietrznych w czasie rzeczywistym. F24 pokazuje trasę, miejsce startu i lądowania, numer lotu, typ maszyny, aktualną pozycję, wysokość, kierunek i prędkość – wszystko to naniesione na dokładne mapy Google. Oczywiście, nie ma tam wszystkiego. Usługa opiera się na śledzeniu sygnałów nadawanych przez transpondery, tymczasem wojskowe samoloty (i maszyny specjalne, np.: boeing cesarza Japonii) mają możliwość zmiany trybów nadawanych sygnałów, tak, by stały się niewidoczne dla cywilnych odbiorników.

Prowincjonalny charakter polskiego nieba zaczął przechodzić do historii wraz z rozkręcającym się kryzysem, wywołanym przez Władimira Putina. Jego groźby wobec Ukrainy i NATO, a nade wszystko koncentracja wojsk rosyjskich przy ukraińskiej granicy pchnęły zachodnie rządy do bezprecedensowych działań. Zaczęło się przebazowanie wojsk, w tym komponentów lotniczych, także na terytorium Rzeczpospolitej. Dodatkowe tysiące amerykańskich żołnierzy przyleciały do nas czarterami, samolotami takich linii jak Atlas Air czy United Airlines. Wojskowi lądowali w Warszawie, Szczecinie, Katowicach, no i w Rzeszowie, gdzie siadało większość maszyn wiozących cargo. Pośród sprzętu, który trafił na wschodnią flankę, znalazło się mnóstwo śmigłowców, głównie wielozadaniowych UH-60 i szturmowych AH-64. Obecność żołnierzy USA to elementem show of force (ang. prezentacja siły), co odbywało się także – i nadal odbywa – poprzez intensywne ćwiczenia. Ledwie zatem wyładowano śmigłowce, a ich załogi przystąpiły do lotów. Dziś na wschodzie kraju łatwiej wypatrzyć wiropłat z oznaczeniami amerykańskiej armii niż z biało-czerwoną szachownicą. Podobnie jest z aktywnością typowo bojowego lotnictwa. Nie rejestruje jej F24, ale to, co widać gołym okiem i czego dowiadujemy się z oficjalnych komunikatów, daje wyobrażenie o skali przedsięwzięć.

Lotnicza menażeria

Dużo by mówić o typach maszyn stacjonujących w Polsce bądź tylko zapuszczających się tu w ramach sojuszniczych patroli. Dość wspomnieć o wizytach B-52, najpotężniejszych bombowców świata. Trzydzieści kilka lat temu ich przelot nad naszym krajem oznaczałby inaugurację drugiego rozdziału atomowego Armagedonu (pierwszym byłyby ataki rakietowe), współcześnie boeingom towarzyszyły w eskorcie polskie myśliwce. Wedle dostępnych danych B-52, które latały w ostatnich tygodniach nad Polską, nie nosiły ładunków jądrowych, co nie zmienia faktu, że ich pojawienie się przyjęto w Moskwie z niepokojem. Bo i taki był cel, podobnie jak w przypadku przeniesienia do Polski amerykańskich myśliwców F-15, z których część delegowano do natowskiej misji Air Policing, czyli ochrony przestrzeni powietrznej Litwy, Łotwy i Estonii. „Piętnastki” cieszą się renomą najskuteczniejszych samolotów bojowych pozostających w służbie – udokumentowano na nich ponad setkę zestrzeleń (głównie na Bliskim Wschodzie) przy zerowych stratach tego typu maszyn. „Nowicjusz”, jakim przy F-15 jest F-35, także zagościł na polskim niebie w związku z ukraińskim kryzysem. I nie były to wyłącznie maszyny USAF, ale również brytyjskie i holenderskie – te ostatnie gościnnie, w drodze do Bułgarii. Poza tym przylatują do nas francuskie Rafale i Mirage 2000, belgijskie F-16, niemieckie Eurofightery i amerykańskie F/A-18.

Cała ta lotnicza menażeria wymaga odpowiedniego wsparcia – stąd widoczne na polskim niebie latające cysterny. Widoczne gołym okiem (choć na dużej wysokości), ale i na Flightradarze – takie misje bowiem nie mają zwykle gryfu tajności. Podanie paliwa w powietrzu realizują u nas najczęściej amerykańskie boeingi KC-135, lecz pojawiają się również np.: A330 od Airbusa, należące do MRTT Fleet (ang. Multinational Multi-Role Tanker Transport), wielonarodowej flotylli tankowców/transportowców, z której swego czasu „wypisał” nas Antoni Macierewicz (pieniądze na polski udział w projekcie wydając na zakup samolotów dla vipów). Tankowce nad Polskę wysyłają także Brytyjczycy, Francuzi i Włosi.

Nie jest tajemnicą, że Ukraińcy otrzymują wsparcie wywiadowcze od NATO. Rozpoznanie lotnicze to jeden z najefektywniejszych sposobów na zbieranie danych. Nim zaczęła się rosyjska inwazja, samoloty Sojuszu regularnie odbywały loty w przestrzeni powietrznej Ukrainy (zasięg ich sensorów pozwalał na zbieranie danych z głębi rosyjskiego i białoruskiego terytorium). Misje te wykonywały przede wszystkim należące do USA boeingi RC-135, obserwowano również bezzałogowe RQ-4 Global Hawk. Nie bez powodu użyłem określenia „obserwowano”, operacje te bowiem prowadzono niezwykle transparentnie. Nie dla uciechy fanów F24, a dla wiedzy Rosjan, których tym sposobem informowano o czujności Sojuszu. Wraz z wybuchem działań zbrojnych natowskie samoloty rozpoznawcze znikły z przestrzeni powietrznej Ukrainy – dziś realizują zadania głównie wzdłuż naszej wschodniej i północnej granicy.

Status humanitarny

Lecz to nie misje SIGINT (ang. signals intelligence, rozpoznanie elektromagnetyczne) stanowią o nasyceniu polskiego nieba. Odpowiadają za nie w miażdżącej większości loty transportowe. Nasz kraj stał się hubem logistycznym dla Ukrainy, obsługującym dostawy pomocy wojskowej i humanitarnej. Długo by wymieniać typy samolotów, siły powietrzne i komercyjnych przewoźników lądujących na naszych lotniskach (chodzi rzecz jasna głównie o kraje i samoloty NATO). Przywołam najciekawsze przykłady, jak choćby pakistańskie, jordańskie i tunezyjskie Herculesy, kuwejckie C-17 i brazylijskiego Embraera C-390.

Na koniec warto dodać, że to z Polski zaczynają podróże do Kijowa zagraniczne delegacje (z uwagi na ryzyko strącenia docierające do ukraińskiej stolicy koleją). I że choć Rzeczpospolita – jak cała Unia – zamknęła niebo dla rosyjskich samolotów, istnieją wyjątki. Wszystko zależy od statusów – jeśli mamy do czynienia z lotem humanitarnym czy emergency (ang. nagły wypadek; taki status przysługuje np.: samolotom wiozącym ekipy ratunkowe), wówczas piloci mają zielone światło. Przy czym kategoria humanitarna jest dość rozległa – kilka tygodni temu przepuściliśmy Iła-76 z paliwem jądrowym dla Słowacji.

Dziś trudno ocenić, czy rosyjscy przewoźnicy wrócą nad nasz kraj. Nie sposób przewidzieć, kiedy istotnemu ograniczeniu ulegnie natowskie show of force. Faktem jest, że zwiększona obecność wojskowa USA w Polsce to element rzeczywistości, z którym trzeba się pogodzić. Godzić się wypada też z przekonaniem, że komercyjny ruch lotniczy największy peak ma już za sobą. Pandemia COVID-19 przeflancowała podniebne biznesy, a rosnące ceny paliw nie ułatwiają stawania na nogi. Zwłaszcza że rośnie świadomość ekologiczna klientów, którzy coraz częściej zwracają uwagę na ślad węglowy. To wszystko sprawia, że obecny tłok na polskim niebie może się okazać chwilową odskocznią od peryferyjnej codzienności. Z drugiej strony, nadchodzi era dronów, dla których planuje się rozległe zastosowania. Ale to już zupełnie inna historia…

—–

Nz. Francuskie Mirage/fot. Bartek Bera

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 25/2022

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Nędza

„Brytyjski” Independent opublikował artykuł o tym, jak zła jest sytuacja ukraińskiej armii. Bez wchodzenia w szczegóły – „to już jest koniec, nie ma już nic”, i Rosja zaraz połknie Ukrainę. Tak donosi ponoć MI5.

Materiał obszernie omówiła część polskich mediów, słowami-kluczami typu „szokujący” (raport), podkręcając wymowę źródłowego tekstu. Właściwie to nie, nie omówiły – po prostu na żywca go powieliły.

Sensacyjność über alles. A gdzie rzetelność, weryfikacja danych? Gdzie informacja o statusie źródłowego medium? W dupie. Sądzę, że „powielacze” gówno wiedzą i mają gdzieś swą niewiedzę.

CRTL C+CRTL V i jechane! Robota zrobiona. A że Independent należy do ruskiego oligarchy, dawnego agenta sowieckiego wywiadu, oraz do jego syna – who cares!? Przecież ważne, że się klika.

Polskie media – zwłaszcza internetowe – są chore. Chore na niski poziom kompetencji. Na brak czegoś, co w socjologii nazywa się „wiedzą kontekstową”, potocznie „erudycją”, „horyzontem”, „wiedzą o świecie”.

Pamiętam już wcale nie tak młode redaktorki z dużego portalu, którym tłumaczyłem, że nie można bezrefleksyjnie kopiować materiałów z Russia Today. Na początku patrzyły na mnie jak na wariata.

Pamiętam rozmowę z ich szefem, właśnie na temat Independenta, zakończoną konkluzją: „no Marcin masz rację, ale treść to treść, a one nie mają czasu się doktoryzować”. Tak było i tak jest. Niemal wszędzie.

A Putin może otwierać szampana. Bo jego przekaz mąci nam w głowach. Daliśmy Rosji narzędzia, których sama nie była w stanie wymyślić i stworzyć. Daliśmy internet i możliwość kupna całych redakcji. Oto skutki.

Część osób po lekturze Independenta i popłuczyn w polskich mediach pomyśli sobie: „hej! Trzeba tym Ukraińcom jak najszybciej pomóc”. Ale większość uzna, że już nie ma sensu, że sprawa przesądzona.

Dobrze wiemy, jak może się to skończyć…

—–

A na zdjęciu moja skarpetka – równie cała, jak rzetelne są rzekomo profesjonalne polskie internety.

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Kunktatorstwo?

Pytacie, jakie moim zdaniem będą dalsze kroki Rosjan w Ukrainie, jak przełoży się to na sytuację międzynarodową. No to po kolei.

Jeśli idzie o front, Rosjanie mocno skoncentrowali się na próbach przełamania ukraińskiej obrony w Donbasie. Co ciekawe, czynią to w kilku miejscach jednocześnie, choć na stosunkowo małym obszarze. Celem wydaje się być uchwycenie bliźniaczych miast – Słowiańska i Kramatorska – mających istotne znaczenie symboliczne. To dwa największe ośrodki miejskie wyzwolone przez armię ukraińską w 2014 roku, co wówczas stanowiło gorzką pigułę dla Moskwy. „Słyszymy kanonadę, ale wciąż liczymy, że nasi chłopcy zatrzymają orków”, pisze mi koleżanka ze Słowiańska. Po czym ze smutkiem dodaje, że nie wszyscy żywią taką nadzieję. „Znów pojawiły się babuszki tęsknie spoglądające w przeszłość. Wiek gwarantuje im bezkarność, nawet nie kryją się z opiniami, jak to dobrze będzie, gdy nastanie Rosja”.

Poznałem takie babuszki zimą 2015 roku, właśnie w Słowiańsku. Ukrainki rosyjskiego pochodzenia, które na mój widok zaczęły lamentować.

– Lenin im nie pasuje – mojej rozmówczyni chodziło o pomnik w centrum miasta. – Że bandyta, mówią – miała na myśli lokalne władze. – A Włodzimierz Ilicz to dobry człowiek był. Gdy dowiedział się, że rozstrzelano carską rodzinę, to nie krył oburzenia.

– Ehh – westchnęła druga babuszka. – W Sojuzie ludzie pracę mieli, mieszkania za darmo dostawali, na wakacje jeździli. A ta cała Ukraina to co nam dała? Emeryturę mam taką, że jak leki kupię, to na jedzenie nie starcza. I teraz jeszcze ta wojna… – kobieta zakryła dłonią twarz.

Zdaniem stojących obok milicjantów, te łzy były elementem przedstawienia. Roboty zleconej przez separatystów i Rosjan. Nie przesądzam i tak jak wówczas, tak i dziś staram się nie oceniać. Ludzie realizują różne strategie w obliczu zagrożenia i niekoniecznie musi to być wyrachowana zdrada. Tak czy inaczej, miejmy świadomość, że na wschodzie Ukrainy nadal część ludności zachowuje prorosyjskie postawy. Wedle statystyk, na jakie powołuje się rząd w Kijowie, jest to raptem kilka procent społeczeństwa, lecz moi ukraińscy znajomi zawodowo zajmujący się socjologicznymi diagnozami, szacują, że w przypadku wschodnich obwodów może to być nawet 25 procent ludności. Oczywiście ów odsetek spada w miejscach doświadczonych rosyjskim barbarzyństwem, lecz wspomniany Słowiańsk i Kramatorsk jeszcze nie zmierzyły się z realiami frontowych miast.

Wracając do rozważań stricte militarnych – Rosjanom chyba na dobre udało się wyhamować ukraińską kontrofensywę na południu, ale wiele wskazuje na to, że obawiają się kolejnych operacji, w związku z czym wzmacniają kierunek chersoński kosztem sił zgromadzonych na podejściu do Zaporoża. Czy to oznacza rezygnację z prób zajęcia tego miasta? Tak, przy czym decyzję w tej sprawie agresorzy podjęli już jakiś czas temu, uznając, że są zbyt słabi na szturmowanie tak dużego ośrodka (wielotygodniowe boje o ponad 6-krotnie mniejszy Siewierodonieck dały Rosjanom do myślenia). Wydaje się, iż z perspektywy rosyjskiego dowództwa ważniejsze jest utrzymanie dotychczasowych zdobyczy na południe od linii dolnego Dniepru (z takimi miastami jak Chersoń, Melitpol i Berdiańsk).

I generalnie, nie spodziewam się, by nawet po ewentualnym przełamaniu w Donbasie, najeźdźcy byli w stanie kontynuować natarcie. W rosyjskiej sztuce operacyjnej istnieje tradycja pójścia za ciosem, bez oglądania się na straty, tyły i rozciągnięte linie zaopatrzeniowe. „Zrobiliśmy wyrwę!? To się w nią wlewamy, urrrrraaaaa!”. Ale mówiąc wprost, armia rosyjska w Ukrainie jest na to za słaba. Nie działa w warunkach ilościowego rozmachu rodem z czasów ZSRR, a to, co angażuje do walki, jest już zwyczajnie zmęczone – co tyczy się zarówno ludzi, jak i sprzętu (każda lufa ma określoną wytrzymałość, nie da się z niej strzelać „bez przerwy”).

Zatem z rosyjskim przełamaniem czy bez – co w tym momencie jest równie prawdopodobnym scenariuszem; Ukraińcy mogą Rosjan w Donbasie zatrzymać, mogą też w sposób kontrolowany oddawać im skrawki terytorium – o żadnym blitzkriegu w najbliższym czasie nie ma mowy. Marsz na zachód w stronę linii Dniepru wciąż pozostaje mokrym snem sowieciarskich domorosłych strategów (jakiś czas temu napisałbym jeszcze, że także rosyjskich generałów, ale ci – wszystko na to wskazuje – coraz twardziej stąpają po ziemi). W najbliższych tygodniach armię rosyjską w Ukrainie czeka proces odbudowy zdolności bojowych. Już teraz są one mocno ograniczone, gdyż jednorazowo, w ciągu doby, dowództwo sił inwazyjnych może posłać do walki 20-30 tysięcy żołnierzy (a bywały dni, że zaledwie 10 tysięcy ludzi). Nawet przy założeniu, że Rosjanie są w stanie postawić mur artyleryjskiego ognia (a są…), to dramatycznie za mało, by przeprowadzić coś więcej niż lokalne operacje zaczepne.

Szczęśliwie dla Moskwy jest jeszcze czym uzupełniać stracony sprzęt – choć jakość wyciąganego z magazynów uzbrojenia wydaje się konsekwentnie obniżać. Nadal też istnieją „luzy mobilizacyjne”, pozwalające na zastępowanie utraconego personelu bez konieczności rozpoczęcia powszechnego, wojennego poboru. Tyle że to nic więcej jak klajstrowanie, cerowanie krótkiej kołderki. Jeśli Moskwa nadal liczy na spektakularny przełom, musi posłać na front dwa, jak nie trzy razy tyle wojska.

Chyba że…

I tu przechodzimy do części politycznej. Chyba że Kreml poprzestanie na silnej – nie od razu zabójczej, ale i tak niebezpiecznej – presji na wschodzie, przy jednoczesnym konsekwentnym rujnowaniu ukraińskiej gospodarki. Inwazja już dziś przyniosła Ukrainie likwidację niemal 20 procent miejsc pracy, za kilka tygodni może to być 40 procent. W warunkach powszechnej mobilizacji nie przekłada się to na oficjalne wskaźniki bezrobocia – siły zbrojne absorbują liczną rzeszę potencjalnych bezrobotnych – ale żołnierz zysku nie generuje (za to koszty owszem), niczego nie wytwarza, owoców jego pracy nie da się wyeksportować z korzyścią dla budżetu. Pozbawiona możliwości sprzedaży produktów rolnych Ukraina stanie wkrótce na skraju bankructwa. Zachodnia pomoc finansowa będzie niczym kroplówka – nie pozwoli temu państwu umrzeć. Tylko czy tak da się w nieskończoność?

Rosja konsekwentnie buduje warunki do wywołania kryzysu żywnościowego na świecie, do którego dojdzie, jeśli ukraińskie zapasy nie trafią na rynek. Co więcej, tworzy narrację, w myśl której to Ukraina jest winna ekonomicznym perturbacjom. A pamiętajmy, że niemal połowa globu „kupuje” rosyjską wizję konfliktu na wschodzie. To drugi i trzeci świat, z ograniczoną wpływowością na istotne procesy gospodarcze czy polityczne, niemniej w swej masie będące w jakiejś mierze przeciwwagę dla Zachodu. Wyobraźmy sobie zmowę prorosyjskich państw w obliczu głodu w północnej Afryce czy na Bliskim Wschodzie. „Ofertę” typu: „przestańcie pomagać Ukrainie, bo jeśli tego nie zrobicie, zasypiemy was milionami głodnych uchodźców”. Kunktatorskie z naszej (polskiej) czy ukraińskiej perspektywy postawy polityków z Włoch, Francji czy Niemiec biorą się właśnie z lęków przed takimi scenariuszami.

A Moskwie w to graj. A Moskwa – w obliczu niemożności blitzkriegu – przeciągnie wojnę do zimy, licząc, że embarga na kopaliny odbiją się rykoszetem po zachodnich Europejczykach. „Zmarzną im dupy, to przestaną pomagać Kijowowi”, kalkuluje Putin.

I jest tylko jeden sposób, by mu pokrzyżować szyki, uratować Ukrainę przed zagładą, świat przed głodem, a środkowo-wschodnią Europę przed egzystencjalnym zagrożeniem. Należy dozbroić ukraińską armię. Dać jej wszystko, co pozwoli wyrzucić agresora i na dekady odebrać mu możliwości do przeprowadzania kolejnych bandyckich inwazji.

Wszystko i szybko.

—–

Nz. Ukraińscy artylerzyści prowadzący ogień z amerykańskiej haubicy. Tych haubic powinno być na froncie 3-4 razy więcej…/fot. Центр стратегічних комунікацій та інформаційної безпеки

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu:

Postaw mi kawę na buycoffee.to