Zwarcie

Pamiętacie wrześniową wizytę putina w Kaliningradzie? Tę, w ramach której samolot cara zmuszony został do lotu wąskim korytarzem między przestrzeniami lotniczymi państw NATO i sojuszników. W jej trakcie putler miał ponapinać muskuły, między innymi pokazać się na lotnisku, gdzie stacjonowały MiG-i-31. Wcześniejsze przybycie tych maszyn do obwodu na kilkanaście dni rozgrzało rosyjskie media. W hurraoptymistycznej narracji podkreślano, że myśliwce przenoszą hipersoniczne pociski Kindżał, i że teraz NATO już na pewno narobi w majtki, mając taką broń u swych bram. Jak wiemy nie narobiło, putin zaś na żadnym lotnisku się nie pojawił. Jak ognia unikał otwartych przestrzeni, stać go było jedynie na zamknięte spotkanie ze szkolną młodzieżą w stolicy prowincji. Załogi nosicieli Kindżałów obeszły się smakiem.

Kindżały i migi co jakiś czas wracały na tapet. Wbrew intencjom kremlinów, paniki u wrogów rosji nie wywoływały, ale używane przeciwko Ukrainie, budowały markę niebezpiecznego systemu broni. Nie tyle nosiciele, co same pociski, które dzięki hipersonicznym prędkościom miały być niezniszczalne. Kto choć trochę siedział w temacie, ten widział, że to bzdura – że Kindżały jak najbardziej da się zestrzelić, zwłaszcza w końcowej fazie lotu, kiedy muszą gwałtownie hamować. Są wówczas wolniejsze od większości głowic klasycznych pocisków balistycznych, w czym tkwi ich ewidentna słabość. Gdy pędzą, rzeczywiście jest trudniej, ale nawet wtedy da się je strącać, choć wymaga to odpowiednio „gęstego ognia”. Wzrasta zatem relacja nakład-zysk – antyrakiety kosztują, w realiach ukraińskich trudno znaleźć uzasadnienie dla posyłania kilku czy nawet kilkunastu pocisków w stronę jednego hipersonika. Te zatem trafiały w zaprogramowane cele – ku frustracji ukraińskich przeciwlotników, dysponujących ograniczonymi zasobami i ograniczonych słabościami poradzieckiej techniki.

Aż na scenie pojawiły się Patrioty. Amerykańskie wyrzutnie od kilku dni bronią nieba nad Kijowem. Wczoraj o godz. 2.40 nad stolicą zaobserwowano pojedynczą eksplozję, dziś wiemy już, że był to moment przechwycenia Kindżała (wystrzelonego z MiG-a latającego nad terytorium Białorusi).

Szczątki pocisku opadły na jeden ze stołecznych stadionów, redakcja portalu Defense Express opublikowała właśnie zdjęcia wraku.

Moim zdaniem, to kontrolowany wyciek, mający dowieść skuteczności kijowskiej OPL oraz samych Patriotów. Informacja istotna także na płaszczyźnie symbolicznej, oto bowiem mamy pierwsze realne zwarcie rosyjskiej i amerykańskiej „supertechniki” (przeciw)lotniczej – zwycięskie dla tej drugiej.

Co zaś się tyczy nosicieli Kindżałów – nie dalej jak tydzień temu na ziemię spadł czwarty na przestrzeni nieco ponad roku MiG-31. Wszystkie wypadki miały miejsce z dala od frontu, bez udziału ukraińskich sił zbrojnych – po prostu, flotę tych kluczowych dla rosjan maszyn trapią usterki i awarie, będące skutkiem zużycia i niskiej kultury technicznej użytkowników. Co ciekawe, jeden z kluczowych elementów konstrukcyjnych silnika MiG-ów produkowany był w Ukrainie – i dziś rosyjskie lotnictwo cierpi na brak nowych zamienników.

A więc MiG-i-31 będą spadać. I Kindżały, ich szczątki, miejmy nadzieję też.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Wysuszanie

Świąteczny dla nas długi weekend na ukraińsko-rosyjskim froncie upłynął pod znakiem wielu wydarzeń. Najgłośniejszym był atak dronów na Kreml, ale to „tylko” efektowny pokaz fajerwerków (choć symbolicznie istotny i o możliwie poważnych konsekwencjach; pisałem o tym wczoraj, więc nie będę wracał do tematu). Z wojskowego punktu widzenia, dużo istotniejsze są uderzenia w rosyjskie składy paliw – kolejne, w weekend rozszerzone także o działania dywersyjne na torach (wysadzenie pociągów-cystern na Białorusi). Widać już konsekwencję w działaniach Ukraińców, zmierzających do sparaliżowania rosyjskiej logistyki.

Mam przy tym nieodparte wrażenie deja vu. Rok temu, mniej więcej o tej samej porze, zaczęła się akcja „grillowania” rosyjskiego zaplecza amunicyjnego. W maju były to jeszcze sporadyczne ataki, ale „…między czerwcem a sierpniem zniszczyliśmy ponad setkę rosyjskich składów amunicyjnych. Szacujemy, że dzięki temu pozbawiliśmy rosjan co najmniej miliona pocisków artyleryjskich” – relacjonował mi tuż przed wrześniową kontrofensywą jeden z wyższych rangą ukraińskich wojskowych. Niszczenie bombo-składów było wiosną i latem minionego roku kluczowym zadaniem ukraińskich sił zbrojnych. To artylerią próbowali wówczas wygrać wojnę rosjanie, artyleryjskim walcem zgnieść Ukraińców i wyrzucić ich na początek z Donbasu. Strzelać, jak się wydawało, mieli czym – rosyjskie rezerwy pocisków artyleryjskich przed lutym 2022 roku szacowano na 15 mln sztuk, a możliwości produkcyjne przemysłu zbrojeniowego oceniano na poziomie 1,5 mln sztuk rocznie (milion nowych pocisków i pół miliona „odzyskanych” z głębokich, sowieckich zapasów).

Zatem kilkunastotygodniowe „himarsowanie” – jak nazwano ukraińskie ataki na rosyjskie magazyny – pozbawiło armię najeźdźców zapasów odpowiadających rocznej produkcji. A i ta – szybko wyszło na jaw – w praktyce okazała się kulawym procesem. Już jesienią ubiegłego roku moskalom zaczęło brakować artyleryjskiej amunicji, zimą ten niedobór okazał się dramatyczny. Jeśli rozważać przyczyny porażki rosyjskiej tzw. ofensywy zimowej, „amunicyjny głód” jest jednym z najistotniejszych czynników. Co istotne, nadal występujących – „druga armia świata” była w stanie nasycić artylerią tylko trzy kilkunastokilometrowe odcinki frontu, a i nawet na tym „najbardziej eksponowanym”, w Bachmucie, raportowano stały niedosyt pocisków.

Niedostateczna podaż amunicji na pierwszej linii ma jeszcze jedną przyczynę – „himarsowanie” zmusiło rosjan do odsunięcia składów amunicyjnych poza zasięg ukraińskich wyrzutni. Logistyka orków opiera się o transport kolejowy (który z braków torów nie wszędzie da się realizować) – kołowy jest u nich niedostatecznie rozwinięty, co w połączeniu z kiepską jakością i siecią dróg w Ukrainie tylko potęguje problem. 100-kilometrowa odległość między jednostkami bojowymi a bombo-składami – choć relatywnie nieduża – urasta do rangi wielkiego wyzwania. Rzecz w tym, by było ono jeszcze większe – by moskalom brakowało nie tylko ciężarówek do wożenia amunicji (prowiantu, picia i całej niezbędnej do normalnego funkcjonowania reszty), ale i paliwa do nich. Paliwa do cystern, które dowożą ropę czołgom i wozom opancerzonym. Ropa bowiem to „krew wojny”, bez niej obumrze nawet najzdrowszy organizm, a armia rosyjska szczególnie zdrowa nie jest.

I właśnie o to chodzi Ukraińcom. Na pierwszy rzut oka wyzwanie wydaje się karkołomne. Przecież w rosji – będącej naftowym potentatem – paliwa NIE MOŻE zabraknąć. Czyżby? Chciałbym zauważyć, że przed wojną federacja uchodziła za potęgę w dziedzinie produkcji zbrojeniowej, co i tak nie uchroniło jej wojska przed „amunicyjnym głodem”. Oczywiście, nawet rozwalenie wszystkich rosyjskich składów (i rafinerii!) w zasięgu ukraińskiej artylerii rakietowej, lotnictwa bezzałogowego i grup dywersyjnych nie „wysuszy” armii putina. Ale z pewnością postawi ją w jeszcze trudniejszej sytuacji.

„To zapowiedź kontrofensywy” – wieszczą specjaliści komentujący ukraińskie ataki. Zgadza się. Lecz nie popadajmy w nadmierny entuzjazm („to już!, to już!”). Podobnie jak w zeszłym roku z odcinaniem orków od amunicji, tak w tym roku z paliwem – mówimy o działaniach rozpisanych na długie tygodnie…

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Pożar rosyjskiej bazy paliw /fot. Telegram gubernatora okupowanego Krymu

„Zamach”

Władze rosji twierdzą, że dziś w nocy doszło do ataku dwóch ukraińskich dronów na Kreml. Kijów wypiera się odpowiedzialności za incydent, Moskwa publikuje filmik, na którym widać eksplozję tuż nad jedną z kremlowskich wież.

„Działania te traktujemy jako planowany akt terrorystyczny i zamach na prezydenta, przeprowadzony w przededniu dnia zwycięstwa, parady 9 maja, na której planowana jest również obecność gości zagranicznych. W wyniku tego aktu terrorystycznego prezydent nie został ranny. Harmonogram jego pracy nie uległ zmianie, toczy się jak zwykle. Strona rosyjska zastrzega sobie prawo do podjęcia działań odwetowych tam, gdzie i kiedy uzna to za stosowne” – czytamy w oświadczeniu, pod którym podpisał się pieskow, rzecznik putina.

Nie podejmę się jednoznacznej oceny, czy mamy do czynienia z rzeczywistym ukraińskim atakiem czy z rosyjską prowokacją. Chciałbym tylko zauważyć, że prezydent Wołodymyr Zełenski przebywa w Finlandii i zwyczajnie nie chce mi się wierzyć, by pod jego nieobecność przeprowadzono tak spektakularną akcję. Teoretycznie zamach mógłby spowodować gwałtowną reakcję rosjan – żaden odpowiedzialny głównodowodzący nie ryzykowałby nieobecności w kraju w takim momencie. Oczywiście, możemy rozważać, na ile odpowiedzialny jest Zełenski – ale dla mnie to puste dywagacje (ten facet nie musi już nikomu niczego udowadniać – że tak to ujmę). Można też zastanawiać się, czy głowa ukraińskiego państwa sprawuje realną kontrolę nad wszystkimi swoimi służbami (czy ktoś przypadkiem – z różnych pobudek – nie działał za jego plecami)? Dopuszczam taki scenariusz jako możliwą hipotezę, na poparcie której nie dysponuję żadnymi informacjami.

Gwoli rzetelności trzeba jednak zauważyć, że na ten moment Ukraińcy mają mnóstwo propagandowych korzyści z tego, co wydarzyło się nad Kremlem. Bo choć drony zestrzelono, stało się to w ostatniej chwili, czyli możemy mówić o blamażu moskiewskiej OPL. I państwa rosyjskiego, i armii rosyjskiej jako takich – skoro wrogie obiekty latające były w stanie znaleźć się w TAKIM miejscu.

A może im na to pozwolono? Co rosjanie mogliby zyskać na prowokacji? Pierwsze, co przychodzi do głowy, to pretekst do użycia ekstraordynaryjnych środków przeciwko Ukrainie. Brzmi to logicznie do czasu, gdy uświadomimy sobie, że pula rosyjskich działań została w zasadzie wyczerpana. W wymiarze konwencjonalnym Moskwa nie dysponuje już niczym, czym mogłaby „ukarać” Ukraińców i przestraszyć świat. Nadal wisi w powietrzu opcja jądrowa, ale jej prawdopodobieństwo jest nawet niższe niż kilka miesięcy temu – po tym, jak Chiny dały rosji do zrozumienia, wprost, że nie życzą sobie atomowej eskalacji.

Prędzej uwierzę w to, że celem mogłaby być dalsza konsolidacja rosyjskiego społeczeństwa wokół władzy, przeciwko Ukrainie i Zachodowi, wsparcie dla „świętej wojny”, tym świętszej, skoro tamci atakują TAKIE symbole. „Chcieli nam zabić prezydenta!?”. Przecież to może wkurzyć także rosyjskich putinosceptyków…

Nie da się też wykluczyć, że atak to sposób na zagospodarowanie lęków samego putina. Dobrze wiemy, jakim jest tchórzem, publicznie wystąpienie 9 maja może mu „nie leżeć”. Ryzyko „zamachu terrorystycznego” to sensowne wytłumaczenie absencji czy wręcz zwinięcia całej tej żałosnej parady.

Długo można by prowadzić takie rozważania. W gruncie rzeczy to nieistotne, kto przeniósł wojnę nad Kreml – czy zuchwali Ukraińcy czy podstępni rosjanie. Sam fakt, że w sercu rosji wybuchają drony, jest symbolicznie nie do przecenienia. Najlepiej dowodzi, jak srogą porażką okazała się tzw. specjalna operacja wojskowa.

PS. Skarpetkosceptycy piszą o „próbie zamachu”, o „terroryzmie”, o „niegodnym sposobie prowadzenia wojny”. Załóżmy na chwilę, że ataku rzeczywiście dokonali Ukraińcy, i że było to coś więcej niż demonstracja siły. Niech będzie, że zamierzali zabić putina. Tym, których to oburza, chciałbym przypomnieć o dwóch udaremnionych dzięki Amerykanom próbach zamachu na prezydenta Zełenskiego, podjętych tuż przed rozpoczęciem rosyjskiej inwazji. Kali mógłby się wreszcie nauczyć, że kto sieje wiatr, ten zbiera burzę…

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Kwalifikacja

Już nie pobór, a kwalifikacja. Już nie te emocje, ale wciąż stawać przed komisją wojskową trochę strach. Bo a nuż wezmą na ćwiczenia…

Jako urodzony w „środkowym Gierku”, wezwanie z Wojskowej Komisji Uzupełnień (WKU) odebrałem w połowie lat 90. Armia była w trakcie „humanizacji”, budżet państwa zaś w marnej kondycji, wymuszającej cięcia wydatków. Zimna wojna przebrzmiała, wojsko w dotychczasowym kształcie powszechnie uchodziło za zbędne. Kasowano jednostki, sprzęt, służbę zasadniczą skrócono z 24 do 18, a następnie do 12 miesięcy (później nawet do dziewięciu, ale to już w innej epoce). Mimo to pośród młodych mężczyzn o „zetce” nadal mówiło się jako o „przerwie w życiorysie”, armię określając mianem „syfu”. „Naprawdę chcesz iść do syfu!?”, pytali mnie zdumieni koledzy. Chciałem. Planowałem odbyć służbę zasadniczą, a potem – jak to się wówczas mówiło – „na stałe zaczepić się w wojsku”. Życie wybrało inne tory, ale wtedy – wiosną 1995 r. – należałem do mniejszości w gronie poborowych – tych, którzy „nie kombinowali”.

Niepożądany ślad w papierach

Kombinowano na różne sposoby, najmniej wyrafinowanym, ale i najpewniejszym była łapówka. W „moich czasach” przede wszystkim pieniężna – wraz z kresem socjalistycznej „gospodarki niedoboru”, wziątki typu świńska półtusza straciły rację bytu. A i materialne apetyty się zaostrzyły. Do przekupywania członków komisji dochodziło z rzadka, zwykle korupcyjny mechanizm sprowadzał się do uprzedniego nagromadzenia „mocnych papierów”. Najlepiej, i najczęściej, medycznych. Nie mieliśmy Internetu, ale adresy zaprzyjaźnionych lekarzy zdobywało się bez trudu. Gwoli uczciwości wspomnieć należy o nielicznych medykach, którzy wystawiali zaświadczenia za darmo, traktując tę działalność jako rodzaj obywatelskiej powinności. W cenie były świadectwa leczenia chorób serca, nerek, kręgosłupa, potwierdzające wady wzroku i słuchu, im gorsze, tym lepiej. Dobrze było mieć kwity na schorzenia neurologiczne (np. padaczkę), najlepiej – z uwagi na kłopotliwą weryfikację – tzw.: żółte papiery. Choroby psychiczne wybornie sprawdzały się w kasowaniu z listy poborowych.

Poza koniecznością dysponowania odpowiednimi funduszami, tak radykalna metoda miała jeszcze inną słabość – ślad w papierach. Urzędowo potwierdzona choroba czy uzależnienie (niemało poborowych udawało narkomanów lub alkoholików) mogła w przyszłości odbić się czkawką, np. podczas starań o pracę. Stąd inne sposoby, niekiedy desperackie, jak próby samookaleczeń. Złamana ręka lub noga w końcu się goiły, więc dawały jedynie czasowe odroczenie. Taki sam charakter miał wybieg ze zdobywaniem wykształcenia. Kontynuacja nauki – w szkole pomaturalnej lub na studiach – to dwa do sześciu lat zwolnienia (więcej w przypadku „wiecznych studentów”). W PRL-u absolwenci wyższych uczelni zwykle i tak trafiali w kamasze – choć na krócej. W III RP ścieżka edukacyjna z roku na rok dawała coraz większe gwarancje przeniesienia do rezerwy bez odbycia służby, by na początku nowego wieku stać się niezawodnym rozwiązaniem. W efekcie, w ostatnich latach „zetki”, w szeregi trafiały dwa rodzaje rekruta. Fascynaci, z których część traktowała służbę jako bramę do zawodowstwa, oraz ci, którzy z braku życiowej zaradności nie potrafili się z „woja” wykpić. Problemy szkoleniowe i wychowawcze, jaki ów stan rzeczy generował, zasługują na odrębny artykuł.

Szeroki rezonans w Internecie

A jak jest dziś? Powszechnego poboru nie ma – zawieszono go w 2008 r. Od zeszłego roku nie ma również WKU – zastąpiły je centra rekrutacyjne. Wprowadzona w marcu 2022 r. „Ustawa o obronie ojczyzny” wyróżnia kilka rodzajów służby ochotniczej – jest wśród nich także dobrowolna (i odpłatna), dwunastomiesięczna „zetka”. Wojsko jest zatem dla chętnych – zainteresowanych służbą na stałe bądź tylko na jakiś czas – ale to nie znaczy, że armia rezygnuje z budowania rezerw. Byli zawodowcy i ochotnicy to za mało, żeby myśleć o odpowiednio licznym rozwinięciu mobilizacyjnym sił zbrojnych na czas wojny lub kryzysu. Stąd konieczność ewidencjonowania zasobów ludzkich, zebrania informacji o stanie zdrowia obywateli pod kątem ich przydatności dla armii. Służy temu rokroczna kwalifikacja wojskowa, która tym różni się od poboru, że nie skutkuje obowiązkowym wcieleniem. Objęci nią mężczyźni i wybrane grupy kobiet otrzymują cztery różne kategorie zdrowia (A, B, D, E – gradacja następuje w porządku alfabetycznym, od zdolnych po trwale niezdolnych). Kwalifikowani nadający się do służby (bezwzględnie bądź w określonych warunkach), z nadanym stopniem szeregowego trafiają do tzw.: rezerwy pasywnej. Nie otrzymują książeczek wojskowych i nie składają przysięgi.

W tym roku kwalifikacja ruszyła 17 kwietnia i potrwa do 21 lipca, obejmując przede wszystkim mężczyzn z rocznika 2004. Obowiązkowi kwalifikacji podlegają także kobiety i mężczyźni urodzeni w latach 1999–2004, z umiejętnościami zawodowymi przydatnymi w służbie wojskowej. Mowa tu m.in. o lekarzach, weterynarzach, psychologach, rehabilitantach, radiologach, diagnostach laboratoryjnych, informatykach, nawigatorach czy tłumaczach. Specjalistach z już wydanymi dyplomami albo kończących edukację w bieżącym roku szkolnym/akademickim. W sumie, jak wynika z danych ministerstwa obrony, to 230 tys. osób – z racji wieku i cech społecznych bardzo aktywnych w cyfrowym świecie. O czym wspominam, bo okazuje się, że wezwania do centrów rekrutacji oraz doniesienia prasowe na temat kwalifikacji, szeroko rezonują w Internecie. „Czy mogę nie stawić się przed komisją?”, „co zrobić, żeby dostać kategorię E?”, „czy kwalifikacja oznacza, że wezmą mnie do wojska?”, pytają internauci. W dyskusjach czuć nerwowość, trochę przypomina to atmosferę towarzyszącą niegdyś poborowi, choć warto zauważyć, że pośród źródeł lęków znajduje się również widmo eskalacji rosyjsko-ukraińskiego konfliktu. Coś, czego „stare roczniki” rekrutów bać się nie musiały…

Ryzyko doprowadzenia siłą

Jednak nie o wojnę głównie chodzi, a o bardziej przyziemne sprawy. Pasywna rezerwa ma się szkolić – na jak najczęstsze i najliczniejsze ćwiczenia naciska generalicja. Zgodnie z „Ustawą o obronie ojczyzny” „pasywnych” można powołać na ćwiczenia jednodniowe i krótkotrwałe – trwające nieprzerwanie do 30 dni; długotrwałe – trwające nieprzerwanie do 90 dni; rotacyjne – trwające łącznie do 30 dni i odbywane z przerwami w określonych dniach w ciągu danego roku kalendarzowego. Z reguły wojsko poprzestaje na ćwiczeniach krótkotrwałych, najczęściej dwutygodniowych. „Taka forma szkolenia spotyka się ze sporym oporem społecznym” – pisze portal Trójmiasto.pl. „Przedsiębiorcy obawiają się o swoje biznesy, które będą musieli zostawić na czas ćwiczeń, również pracownicy etatowi, którym przysługuje na ten czas bezpłatny urlop, nie garną się do zamiany codziennych obowiązków na kilka lub nawet kilkadziesiąt dni w jednostce. Potwierdzają to wyniki naszej ankiety. Internauci spytani o to, co by zrobili, gdyby dostali wezwanie na ćwiczenia, najczęściej wybierali opcję ‘wymigam się’ (61% odpowiedzi)” – czytamy. Lokalne medium i społeczność? Owszem, ale wyniki nie odbiegają od rezultatów profesjonalnych badań ogólnopolskich. 58,5% Polaków nie chce przywrócenia obowiązkowej służby wojskowej – wynika z sondażu United Surveys dla RMF i „Dziennika Gazety Prawnej”, przeprowadzonego w lutym br. MON nie ma takich planów, ale pytania o „zetkę” są papierkiem lakmusowym stosunku Polaków do powinności związanych z obronnością (tych wymagających założenia munduru).

Teoretycznie w 2023 r. wojsko może powołać na ćwiczenia nawet 200 tys. osób – tyle że to górny limit, tożsamy z zapisem obowiązującym w minionym roku. A czy w 2022 r. zapędzono na poligony 200 tys. rezerwistów? Nie, wojsko nie przedstawia dokładnych danych, ale wiadomo, że była to dużo mniejsza pula. W 2023 r. zapewne również skończy się na kilku-kilkunastoprocentowym wykorzystaniu limitu. Dość zauważyć, że MON w ramach dobrowolnej zasadniczej służby wojskowej chciałby w bieżącym roku przeszkolić niemal 29 tys. osób, a budżet ministerstwa z gumy nie jest, bazy szkoleniowej (i personelu) też nie da się z miesiąca na miesiąc pomnożyć. Niezależnie od tych uwarunkowań, warto mieć świadomość, że osoba, która nie stawi się na kwalifikację, może zostać doprowadzona przed komisję siłą, a sam czyn uznawany jest za wykroczenie i podlega karze ograniczenia wolności albo grzywny. Z kolei niestawienie się na ćwiczenia rezerwy to ryzyko nie tylko kar pieniężnych, ale i trzech lat więzienia.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Przemkowi Piotrowskiemu, Andrzejowi Kardasiowi, Jakubowi Wojtakajtisowi, Magdalenie Kaczmarek i Piotrowi Maćkowiakowi. A także: Remiemu Schleicherowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Bernardowi Afeltowiczowi, Justynie Miodowskiej, Marcinowi Pędziorowi, Michałowi Wielickiemu, Monice Rani, Jarosławowi Grabowskiemu, Bożenie Bolechale, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Szymonowi Jończykowi, Tomaszowi Sosnowskiemu i Mateuszowi Jasinie.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatnich ośmiu dni: Maciejowi Jakóbiakowi, Arkadiuszowi Wiśniewskiemu, Janowi Domanikowi i Zbigniewowi Cichańskiemu.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

Nz. Żołnierze 6. Brygady Powietrznodesantowej podczas uroczystego apelu. Zdjęcie ilustracyjne/fot. Marcin Ogdowski

„Dzikusy”

Kilkanaście godzin temu zakończyła się akcja poszukiwawcza na gruzach bloku w Humaniu, trafionego w piątek rosyjską rakietą. Strażacy i ratownicy wydobyli ciała 23 osób, w tym szóstki dzieci. Dwie kobiety uznano za zaginione.

Nie pierwsza to tego typu historia po 24 lutego ubiegłego roku – dość wspomnieć identyczne wydarzenie z Dnipro, z 14 stycznia, w którym zginęło 30 bogu ducha winnych cywilów. Jak wtedy, tak i po Humaniu w rosyjskim internecie trudno było nie zauważyć radości „z dobrze wykonanego zadania”. Ale w piątek pojawiło się coś jeszcze – coś, co można uznać za działania rosyjskich służb. Gdy w świat powędrowały już pierwsze przejmujące obrazki z Humania, wraz z doniesieniami o stale rosnącej liczbie ofiar, RIA Novosti wypuściła informację o ukraińskim ostrzale artyleryjskim Doniecka. Zginąć w nim miało siedem przypadkowych ofiar, w tym babcia z wnuczką w trafionym pociskiem autobusie.

RIA Novosti to nie jest normalna agencja prasowa, a tuba propagandowa Kremla, działająca na zlecenie i pod całkowitą kontrolą raszystowskich agencji wywiadowczych. Zatem wypuszczenie przez nią takiej informacji, w takim momencie, z miejsca winno rodzić wątpliwości. Nie mieli ich – a może mieli, ale działali z premedytacją – prorosyjscy aktywiści medialni, kolportujący news z Doniecka w polskiej przestrzeni informacyjnej. Po co? Szerzej patrząc, barbarzyństwo Ukraińców miało najpewniej przykryć kolejny przejaw rosyjskiego bestialstwa, bądź też (co wzajemnie się nie wyklucza), zbudować u odbiorcy wrażenie symetryczności działań. „Złe rzeczy robią rosjanie, źli są również Ukraińcy” – tak mieli skwitować sprawy zewnętrzni obserwatorzy konfliktu. Docelowo to droga do wywołania zobojętnienia, postrzeganego przez Moskwę jako pożądany stan zachodnich opinii publicznych. „Jeśli zwykli ludzie będą mieli Ukrainę gdzieś, nakłonią swoich polityków, by ci przestali jej pomagać” – kalkulują na Kremlu. A łatwo mieć gdzieś „dzikusów”…

Co istotne, wywołanie wrażenia symetryczności jest dla rosjan niezwykle ważnym celem w odniesieniu do Polaków. Kremliny dobrze wiedzą, że powszechna w Polsce rusofobia „na wejście” stawia moskali w gorszej sytuacji, że ów negatywny stosunek jest w zasadzie nieusuwalny i nie ma sensu próbować go zmieniać. „A skoro zawsze będziemy dla nich draniami, niech draniami zostaną też nasi wrogowie”. Na takim założeniu opiera się pozornie antywojenna, a de facto służąca rosji narracja o „nie-naszej wojnie”. „Niech się zabijają, co nas to obchodzi?” – brzmi najbardziej „bezstronny” i „pragmatyczny” argument „zatroskanych patriotów”, którzy nie chcą „uwikłanej Polski”.

Wróćmy do newsa. W wersji wideo składał się m.in. z kadrów wykonanych… wiosną zeszłego roku (panorama Doniecka ze słupami dymów po pożarach) oraz zapikselowanych zbliżeń na ciało jednej z ofiar. Mocno zapikselowanych, dodam. Jest fragment z leżącą na ziemi kobietą, przy której kuca dwóch mężczyzn. Wygląda, jakby słaniała się z bólu, ale nie widzimy żadnych obrażeń, a kamera zaraz ucieka dalej, by pokazać spalony autobus, przy wraku którego kręcą się strażacy. I w sumie tyle. Nad wyraz subtelny przekaz, jak na agencję, która zwykła epatować odbiorców dosłownymi obrazkami śmierci.

Jeden z ancymonów, który pisał pełne oburzenia posty w sprawie „terrorystycznego ataku”, posłużył się m.in. zdjęciem spalonego autobusu, wykonanym w 2015 roku.

„Wrzutka”? Najpewniej, choć nie podejmę się oceny, w jakim zakresie zainscenizowana.

I nie, nie jest tak, że odrzucam hipotezę ukraińskiego ostrzału. ZSU regularnie niszczy cele wojskowe w Doniecku. Byłbym naiwny zakładając, że przy tej okazji nie ma przypadkowych ofiar. Ale strzelanie po osiedlach mieszkaniowych to specjalizacja rosjan. Po 24 lutego mamy na to masę niezbitych dowodów, których najzwyczajniej brakuje, gdy mowa o ukraińskich ostrzałach Doniecka, prowadzonych z zamiarem sterroryzowania mieszkańców miasta. A nawet jeśli jakieś dowody są, z założenia podchodzę do nich sceptycznie. Dlaczego? Wiosną 2015 roku widziałem jeden z takich ostrzałów, oglądałem też skutki drugiego. Długo nie mogłem zrozumieć, jakim cudem ukraińska artyleria grzmociła po mieście z głębi terytorium tzw. DRL. Ani jak pocisk z grada – który przecież nie ma właściwości manewrowych – uszkodził ścianę kościoła całkowicie niewidoczną/zasłoniętą, jeśli patrzeć z kierunku, na którym stały ukraińskie wojska. Tymczasem oba przypadki zostały w lokalnej prasie przedstawione jako kolejny wybryk „kijowskich faszystów”.

A na koniec coś bardziej optymistycznego, co mimo kontekstu nawet mnie rozbawiło. Facebook zablokował post jednego z prorosyjskich aktywistów, poświęcony piątkowemu ostrzałowi Doniecka. I rzeczony uderzył w najwyższe tony: że Matrix, że „terror jedynie słusznej informacji”, że wolność słowa, konstytucja itp. Wciąż zdumiewa mnie łatwość, z jaką rosjanie i ich miłośnicy sięgają po argumenty wolnościowe i obywatelskie, obce przecież na gruncie ruskiego miru. Są jak chłopcy skarżący się pani, że inni przedszkolacy nie pozwalają mi bawić się SWOIMI zabawkami.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -