Żywotność

Zrobiłem to zdjęcie trzy miesiące temu. Zwróćcie uwagę na zamieciony chodnik i kostkę brukową bez uszczerbków. Na bujne iglaki i starszą panią na ławeczce. Obserwowałem ją przez chwilę, jak popijała coś z termosu i wystawiała twarz ku słońcu. A potem poszła sobie nieśpiesznym krokiem, krucha, drobniutka, otoczona dźwiękiem huczącej nad miastem artylerii. Przedziwny to był obrazek – smutny, a zarazem kojący. Ten wiek, ten spokój, ta zieleń, ta czystość. I młodzieżowa czerwona czapeczka; wszystko to zlało mi się w coś, co uznałem za kwintesencję żywotności.

Bachmut był wtedy pokiereszowany, ale nie zniszczony. Trzy miesiące wystarczyły rosjanom, żeby zmienić miasto w dymiące gruzy. Ów placyk ze zdjęcia jest dziś pod ich kontrolą. Nie wiem, jak wygląda, ale z pewnością inaczej. Obok stały wysokie wieżowce – na przełomie lutego i marca zaczęła do nich walić rosyjska artyleria. Wszystko co w okolicy poszło pod ogień…

Czasem zastanawiam się, czy babuszka ze zdjęcia przeżyła.

Po tygodniach niepisania o Bachmucie wracam do tematu. Wracam, bo ostatnie ukraińskie oddziały walczą na zachodnich rubieżach miasta. Bachmut musi upaść przed 9 maja – tego oczekuje Kreml, by móc „godnie” obchodzić „dzień pabiedy”, najważniejsze święto w rosji. Ale Kijów również zdaje sobie sprawę z tej symboliki, więc medialne spekulacje wieszczące rychły koniec obrony mogą nie mieć racji bytu. Ukraińcy mogą nas zaskoczyć – co najmniej lokalnym kontratakiem, który pozwoli przedłużyć obronę o kilka-kilkanaście dni. Albo odwrócić uwagę od Bachmutu – mediów, opinii publicznych i rosyjskiej armii…

Warto pozostać czujnym.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

„Sukcesy”

Dziś w nocy rosjanie przeprowadzili kolejny atak rakietowy na Ukrainę. Było to pierwsze tak poważne uderzenie od 9 marca, z drugiej strony i tak relatywnie ograniczone. Agresorzy użyli 23 pocisków manewrujących Ch-101 i Ch-555, „klejnotów” w swoim rakietowym arsenale. Wystrzeliły je bombowce Tu-95 operujące znad Morza Kaspijskiego. Dla porównania, w najliczniejszym jak dotąd ataku – z 15 listopada ub.r. – rosjanie wykorzystali 96 Ch-101 i Ch-555, w czasie zimowego nasilenia kampanii rakietowej (której nadrzędnym celem była próba zniszczenia ukraińskiej infrastruktury krytycznej), zużywali średnio po 50-60 skrzydlatych pocisków w pojedynczym uderzeniu.

Czyżby naprawdę zaczynało im brakować rakiet? Być może to kwestia kurczących się zapasów, z uzupełnianiem których nie nadąża bieżąca produkcja. Ale może to też być konsekwencja spadającej efektywności nośników – wspomnianych bombowców. To wiekowe konstrukcje, w istotnym stopniu zużyte, w niedostatecznym zakresie remontowane i modernizowane. Tylko część Tu-95 nadaje się do operacyjnego użycia, ale i tak nie sposób podwiesić pod nie rakiet o maksymalnej przewidzianej w projekcie samolotu masie – płatowiec mógłby takich obciążeń nie wytrzymać i sam stać się spadającym pociskiem. Jest znamienne, że rosjanie wykorzystują w kampanii lotniczej nie więcej niż 25 proc. oficjalnie dostępnych bombowców.

Których załogi nie mogą się dziś poszczycić wielkimi sukcesami. Ukraińskiej obronie przeciwlotniczej udało się zdjąć 21 pocisków. Skuteczność na poziomie 90 proc. to doskonały wynik, wyższy niż przeciętna z ostatnich tygodni rosyjskiej kampanii rakietowej. Gors rakiet poleciało w stronę Kijowa, a tam dyżury operacyjne pełnią już Patrioty; niewykluczone zatem, że to one odpowiadają za pogrom raszystowskich rakiet. Ukraińska OPL jak dotąd nieźle sobie radziła z rosyjskim zagrożeniem z powietrza, ale jasnym było, że wraz ze zużywaniem nieodnawialnych zasobów poradzieckiej techniki, wydajność zacznie spadać. W lutym i marcu oscylowała już w granicach 40-50 proc., także dlatego, że z braku amunicji strzelano wyłącznie „na pewniaka”, w cele obarczone niższym ryzykiem niestrącenia. Stąd konieczność wdrażania zachodnich systemów, które – nie mam co do tego wątpliwości – zapewnią ukraińskiej armii skokowy wzrost skuteczności.

Ale i tak zawsze coś się przebije – jak dziś. Jedna z rosyjskich rakiet spadła na budynek mieszkalny w Humaniu (w środkowej Ukrainie, w obwodzie czerkaskim). Gdy zaczynałem pisać ten tekst, mowa była o siedmiu zabitych, 30 minut później okazało się, że ratownicy wydobyli spod gruzów trzy kolejne ciała.

Jakkolwiek mamy tu do czynienia z kolejnym przykładem rosyjskiego bestialstwa, nie sądzę, by rosjanie zamierzali atakować wieżowiec. Agresorzy wykazali się w tej wojnie wielką bezdusznością i rażącą niekompetencją, ale aż tacy niemądrzy i nonszalanccy nie są, by koszmarnie drogimi rakietami – których nie mają za wiele – napierniczać po cywilnych obiektach. Ch-101/Ch-555, który wylądował w Humaniu, miał zapewne trafić w jakiś cenniejszy z militarnego punktu widzenia cel. Do siania terroru wśród cywilów rosjanom służą dużo tańsze drony-kamikadze oraz przystosowane do użycia w trybie ziemia-ziemia rakiety S-300.

Dlaczego więc doszło do wspomnianej tragedii? Po pierwsze, nie wiadomo, czy mieliśmy do czynienia z bezpośrednim trafieniem. Możliwe, że na budynek spadły szczątki zestrzelonej wcześniej rakiety. Inna opcja to przypadkowe uderzenie, będące skutkiem wad rakiety – rosjanie „od zawsze” mieli problem z systemami celowniczymi/z naprowadzaniem swojej precyzyjnej amunicji. Przed sankcjami ratowali się zachodnimi komponentami, teraz jest z tym kłopot. Sporo do życzenia pozostawiała też jakość wykonania, niewykluczone, że w realiach wojennej produkcji jeszcze niższa (historycznie patrząc, taki reżim w rosji zawsze generował niższą jakość). Oczywiście, to ruskich nie usprawiedliwia, ba, nawet nie znosi zarzutu działania z premedytacją, bo rosyjscy generałowie doskonale znają wady i zalety swojej broni, dobrze wiedzą, z jakim ryzykiem „przypadkowych ofiar” wiąże się jej użycie.

I na koniec jedna uwaga. W rosyjskim internecie roi się od filmików ukazujących kolejna trafienia – zwykle przy użyciu amunicji krążącej – ukraińskich systemów obrony przeciwlotniczej. Duża część materiałów nie nosi śladów manipulacji, ukraińskie zasoby są ograniczone, dostawy z Zachodu tak naprawdę dopiero się rozkręcają (jeśli idzie o ten rodzaj broni). A mimo to OPL Ukrainy wciąż „robi robotę”. Jak to możliwe? Spójrzcie na załączone zdjęcie, wykonane na bocznicy kolejowej w… Ohio w USA. Co widzimy na lawetach? Zestawy OPL Tor i S-300 sowieckiej produkcji, będące na wyposażeniu ukraińskiej armii. Wyglądają „jak żywe”, czyż nie? Nawet z bliska (zapewne także okiem kamery drona-samobójcy). Tymczasem to doskonale wykonane atrapy, żadne tam dmuchane balony. Nie wiem, ile takich „systemów” trafiło do Ukrainy, ale być może to one stoją za „sukcesami” rosyjskich dronów…

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Fot. Joseph Zadeh/aboveaverage.joe

Artylerzysta

Źródła (hahaha…) rosyjskiej redakcji RIA Novosti podają, że czołgi T-14 „Armata” znalazły się na froncie. „No nareszcie!”, czytam u rodzimego skarpetkosceptyka o wybitnie krótkiej pamięci. Moja jest długa i dobra, więc bez trudu przypominam sobie grudniowe wpisy tego pana na jednej z platform społecznościowych. Sprowokował je władimir sołowjow, który pod koniec minionego roku przekonywał, że rosyjska armia „wkrótce przemieści na obszar specjalnej operacji wojskowej swoje najnowsze czołgi”. Naczelny propagandysta Kremla zapowiadał, nasz rodzimy gagatek (i paru innych jemu podobnych ancymonów) nie pierdzielił się w tańcu i zadekretował, że T-14 już na Donbasie są „i sieją spustoszenie”.

Tak siały, że pozostały niewidoczne, podobnie jak efekty ich pracy. Może to przez śnieg, który – jak wiemy – sianiu generalnie nie sprzyja…?

No ale teraz to już na pewno ruskie „anałogi-w-miru-niet” robią robotę. Wedle RIA Novosti, wysłane na front T-14 zostały wyposażone w „dodatkową ochronę boczną przed bronią przeciwpancerną”. Podziwiam przezorność, ale i tak jestem nieco zdumiony – no bo jak to, „Armaty” potrzebowały dodatkowej ochrony? Przecież one javeliny tak o, pierdnięciem z rury diesla załatwiają…

Pal licho, nie to jest najciekawsze. T-14 są już na pierwszej linii. Nie bardzo wiadomo gdzie – to секретная/конфиденциальная информация. Owa tajność-przez-poufność nie przeszkadza RIA Novosti w ujawnieniu, że „Armaty” służą do ostrzeliwania ukraińskich pozycji, ale „w bezpośrednim szturmie udziału jeszcze nie brały”. Czołg to broń manewru, co oznacza, że „czternastki” – jeśli rzeczywiście w Ukrainie są – palą, ale się nie zaciągają.

Zaciągnął się za to syn dmitrija pieskowa, rzecznika Kremla. Zaciągnął do Wagnera, gdzie łatwiej było „pozostać anonimowym”. I odbębnił dzielny nikołaj sześć miesięcy służby na froncie jako „zwykły artylerzysta”. Jednocześnie wyłapując mandaty za złe parkowanie w Moskwie (ha-tfu! – zachodnią teslą). Czegoś nie rozumiecie? Był w rosji i Ukrainie jednocześnie – „Armaty” mogą, to i „zwykły artylerzysta” potrafi…

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Młody pieskow u prigożyna/fot. Telegram

Cicho…

„Czasem tylko popłaczesz cicho…”.

Wstrząsający zapis, choć pozbawiony dosadności. Króciutki, a jakby człowiek obejrzał dwugodzinny film. Z czysto reporterskiego punktu widzenia, doskonały przykład, że czasem niewiele trzeba, by stworzyć materiał, który – jak to się mawia w zawodowym żargonie – sadza na dupie.

I te ptaki w tle…

Dwa dni temu Facebook przypomniał mi wpis sprzed ośmiu lat. Relacjonowałem wówczas podróż pociągiem z Kramatorska do Dnipro, słowa, które padły z ust jednej ze współpasażerek: słońce świeci, ptaszki śpiewają, ludzie się zabijają.

Posadziły mnie one na dupie i czuję ich ciężar do dziś.

W tym filmie autorstwa współpracownicy „New York Timesa” nie ma słońca. A zabijanie i śmierć symbolizuje ścierka, którą mężczyzna ze zdjęcia myje zakrwawione wnętrze wozu.

– Czasem tylko popłaczesz cicho – mówi bohater mini-reportażu.

Spocznij, można popłakać…

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Screen z filmiku

Migiem…

…ale nie za szybko. Media ogłosiły koniec służby MiG-ów 29. Awansem, choć faktycznie to ostatnie chwile sowieckiej „supertechniki” w Polsce.

MiG-29 to jeden z najpopularniejszych wojskowych odrzutowców. Sklasyfikowany jako myśliwiec frontowy, był sowiecką odpowiedzią na amerykańskie F-15 i F-16. Tym oczekiwaniom jednak nigdy nie sprostał – podczas pierwszej wojny w Zatoce (w 1991 r.) na ziemię spadło pięć irackich migów, przy zerowych stratach walczących z nimi F-15. Kolejne pięć „dwudziestek dziewiątek” padło ofiarą amerykańskich F-15 i holenderskich F-16 podczas zmagań lotniczych nad Jugosławią w 1999 r. – znów bez strat pośród „efów”. Mimo to produkt biura konstrukcyjnego Mikojan i Guriewicz uchodzi za niezły samolot. Oblatany w 1977 r., wszedł do służby w liczbie 1600 egzemplarzy. Myśliwca nie produkuje się już seryjnie, ale po dziś dzień jest modernizowany. Jego największym użytkownikiem pozostaje rosja (z 230 maszynami). Migi biorą udział w walkach nad Ukrainą, ostatnio widziano je nad Chartumem, stolicą Sudanu, użyte przez jedną ze stron domowego konfliktu.

Niemieckie znaczy zużyte

W Polsce MiG-29 pojawił się w 1989 r. Cztery lata wcześniej na podmoskiewskim lotnisku Kubinka właściwości myśliwca zaprezentowano delegacji PRL, co skończyło się deklaracją zakupu 36 jednomiejscowych samolotów bojowych oraz sześciu dwumiejscowych maszyn szkolno-bojowych (określanych przez pilotów WP mianem „szparek”). Z powodu mizernej kondycji finansowej państwa planów tych nie udało się zrealizować. W 1987 r. Polska złożyła zamówienie na dziewięć samolotów bojowych i trzy szkolno-bojowe. Następnie domówiono pięć egzemplarzy, których jednak nie odebrano. W lutym 1989 r. na szkolenie do ZSRR wysłano 60 pilotów i mechaników, w lipcu do Polski przyleciały pierwsze samoloty. Dostawy wspomnianej dwunastki zakończyły się jesienią 1990 r., a więc już po politycznym przełomie (choć nadal w realiach Układu Warszawskiego, rozwiązanego w lipcu 1991 r.).

Zmiana sojuszy zamknęła drogę do pozyskania kolejnych maszyn z ZSRR, a potem rosji, ale rodzima flota migów i tak się powiększyła. W połowie lat 90. Siły Powietrzne RP wzbogaciły się o maszyny pozyskane z Czech. Dziesięć w niewielkim stopniu wyeksploatowanych MiG-ów-29 kosztowało nas 11 nowych śmigłowców Sokół. W 2003 i 2004 r. do Polski trafiły migi z Niemiec, z zasobów dawnej NRD. Były to maszyny mocno zużyte – przez kilkanaście lat po zjednoczeniu, jako „supertechnikę” potencjalnych wrogów, poddawano je brutalnym testom i wykorzystywano w roli „agresorów” w wielkiej liczbie ćwiczeń z udziałem państw NATO. W efekcie tylko 11 z 24 myśliwców nadawało się do służby – resztę zmieniono w rezerwuar części zamiennych, pomoce naukowe dla szkół i eksponaty w muzeach. Gwoli rzetelności – niemieckie migi kosztowały nas symboliczne euro za sztukę, choć należy też pamiętać, że zapowiedź ich dostarczenia skutkowała decyzją o redukcji zakupów F-16 z planowanych 64 do 48 maszyn. Później tej jednej niekupionej eskadry „efów” będzie Polsce mocno brakować.

Migi trafiły do dwóch eskadr (wcześniej pułków); w 2016 r. każda z nich dysponowała 13 maszynami bojowymi i trzema „szparkami”. Wspominam ten rok, gdyż był ostatnim, kiedy obie jednostki miały pełen etatowy skład. W 23. Bazie Lotnictwa Taktycznego (BLT) w Mińsku Mazowieckim stacjonowała dwunastka „oryginalnych” samolotów (tak zwykło się mówić o maszynach z ZSRR) i cztery eks-czeskie. W 22. BLT w Królewie Malborskim używano maszyn poniemieckich oraz piątki „czechów”. Przez lata załogi migów wykonały tysiące dyżurów bojowych, także w ramach natowskich misji Air Policing. Jednak z czasem zaczęły się coraz poważniejsze problemy wynikłe ze zużycia sprzętu i generalnie niskiej jakości wykonania sowieckiej techniki. Potęgował je fakt odcięcia od oryginalnych części oraz fabrycznego serwisu. Już pod koniec pierwszej dekady XXI w. stało się jasne, że migi trzeba zastąpić. Te malborskie planowano wycofać w 2012 r., dla mińskich przewidziano dłuższą służbę, ale po przeprowadzeniu modernizacji. Na przeszkodzie znów stanął brak pieniędzy. Co prawda migi z 23. BLT udało się wyposażyć m.in. w nowej generacji awionikę (w Wojskowych Zakładach Lotniczych w Bydgoszczy), ale o poważniejszych krokach, włącznie z rezygnacją z samolotu, nie było mowy. Tymczasem w czerwcu 2016 r. na lotnisku 22. BLT doszło do pożaru jednego z myśliwców. Ogień wybuchł podczas rozruchu maszyny, nikomu nic się nie stało, zniszczony samolot spisano ze stanu. Dwa lata później zaczęła się seria katastrof, w której utracono trzy migi, jeden z pilotów – kpt. Krzysztof Sobański – nie przeżył wypadku. Cenione dotąd samoloty zaczęto nazywać „latającymi trumnami”.

Niezwykle istotny akt

W lutym 2022 r. siły powietrzne rosji wzięły udział w inwazji na Ukrainę. Nie ma jasności, ile MiG-ów-29 wystawiła przeciw nim strona ukraińska. Po ZSRR dawna republika odziedziczyła ponad 200 samolotów, ale z biegiem lat większość z nich uległa technicznej degradacji, także na skutek mniej lub bardziej oficjalnej kanibalizacji. Części sprzedawano zagranicę, również do Polski (co pozwalało utrzymać gotowość naszych samolotów). W 2014 r., gdy wybuchła wojna w Donbasie, Ukraina posiadała ok. 80 migów. Dla ekspertów oczywistym było, że co najmniej połowa z nich pozostaje nielotna. Osiem lat później w służbie mogło być nie więcej niż 50 sprawnych „dwudziestek dziewiątek” (po 2014 r. Kijów na poważnie wciął się za odbudowę armii, choć w przypadku lotnictwa nie był to tak spektakularny proces). Do kwietnia br. ukraińskie lotnictwo straciło 20-25 migów, sporo zostało uszkodzonych. Straty w jakiejś mierze skompensowały dostawy MiG-ów-29 niegdyś należących do Mołdawii, a w latach 90. sprzedanych USA. Waszyngton kupił wówczas 21 myśliwców – nie wiemy, ile ich w ramach amerykańskiej pomocy dotarło do Ukrainy (raczej w formie części zamiennych, a nie sprawnych maszyn).

MiG-29 jest jednym z symboli ukraińskiego oporu. Mowa tu przede wszystkim o „Duchu Kijowa” i jego sześć zestrzeleniach podczas walk nad stolicą. I choć to zabieg propagandowy – „Duch” bowiem jako pojedynczy pilot nigdy nie istniał – to składający się na tę kreację lotnicy z krwi i kości rzeczywiście latali migami. Lecz jakby się nie starali – oni i ich koledzy – nie zmieni to faktu, że rosjanie mają nad Ukraińcami ogromną ilościową przewagę. Stąd konieczność pozyskania maszyn z zagranicy, o które Kijów prosi od początku rosyjskiej inwazji. W marcu ubiegłego roku na tapecie pojawiła się sprawa polskich MiG-ów-29 – władze RP zadeklarowały gotowość ich przekazania Ukrainie. Wtedy jednak nie było klimatu dla dostaw ciężkiego sprzętu na wschód – i USA i NATO miały wątpliwości, czy należy konfrontować się w ten sposób z rosją. Stanęło więc na tym, że Polska przekazała Ukrainie zapas części zamiennych i amunicji do migów. Problem wrócił na agendę w marcu br. (choć zakulisowe rozmowy trwały nieprzerwanie od minionej wiosny). Na konferencji darczyńców w Ramstein Słowacja zadeklarowała, że dostarczy do Ukrainy 13 swoich migów, wycofanych ze służby latem zeszłego roku. Do inicjatywy dołączyła Polska, na początek obiecując Ukraińcom cztery myśliwce.

Obecnie jesteśmy na etapie, w którym słowackie migi są już na miejscu. Cztery z nich poleciały do Ukrainy z lotniska w Słowacji. Za sterami zasiedli ukraińscy piloci, co nie zmienia faktu, że do startu doszło z terytorium NATO. Symbolicznie to niezwykle istotny akt, pokazujący, jak dramatycznie zdegradowała się pozycja rosji w oczach członków Sojuszu. Pośród których nie ma już miejsca na obawy z początku wojny, że taki ruch mógłby zostać potraktowany przez Moskwę jako casus belli. Reszta słowackich migów – w tym trzy pozbawione silników – dotarła do Ukrainy drogą lądową. Jak wynika z informacji ukraińskich mediów, myśliwce ze Słowacji pełnią już dyżury bojowe nad Charkowem. Nie wiadomo za to, gdzie są polskie „dwudziestki dziewiątki” – wspomniana pierwsza czwórka, wysłana na wschód kilkanaście dni temu. Co ciekawe, i te migi wleciały w przestrzeń powietrzną Ukrainy startując uprzednio z terytorium NATO (z jednego z lotnisk w Polsce). Wiemy, że były to maszyny eks-czeskie, wcześniej należące do malborskiej eskadry. Na początku kwietnia br. rząd RP zwrócił się do Niemiec z formalną prośbą o zgodę na wysłanie migów poniemieckich (takiej procedury wymaga reeksport/przekazanie dalej broni). Chodziło o pięć samolotów, Berlin udzielił pozytywnej odpowiedzi w ciągu kilkunastu godzin.

Nieunikniona westernizacja

A zatem gdy piszę te słowa, najprawdopodobniej dziewięć naszych migów znajduje się w Ukrainie (albo cztery, a kolejne pięć lada moment tam będzie). To zaś oznacza demontaż jednej z eskadr, co skutkuje zarzutami o rozbrajanie Polski, formułowanymi zwłaszcza w środowiskach niechętnych Ukrainie. Mimo pozornej logiczności, trudno się z nimi zgodzić. Los MiG-ów-29 w Siłach Powietrznych RP został przesądzony wraz z serią wspomnianych katastrof. Samoloty przeszły gruntowne przeglądy, piloci odzyskali do nich zaufanie, ale jasnym było, że długo już nie polatają. Maszyny w najlepszej kondycji, te po modernizacji, „skończą się” w 2027 r. To obecnie 14 migów (w tym trzy „szparki”, w większości z oryginalnej serii). Przez lata wchodziły one w skład eskadry z Mińska, ale jednostkę przewidziano do przezbrojenia na koreańskie FA-50, kupione w zeszłym roku. Mińskie migi trafiły więc do eskadry w Malborku. Mamy tu więc do czynienia z racjonalnym procesem gospodarowania zasobami – co można, nadal wykorzystujemy, czego nie opłaca się eksploatować, wycofujemy. Samoloty z 22. BLT (te z pierwotnej czesko-niemieckiej puli), miały przed sobą najwyżej kilkanaście miesięcy służby. Miast „zajeżdżać” je do końca i odstawić na pomniki, posłużą Ukrainie.

Ile w sumie migów noszących dotąd szachownice może trafić na wschód? 22. BLT, zanim stała się użytkownikiem „mińskich” samolotów, miała 14 maszyn. Jeśli dziewięć już przekazano (są przekazywane), to zostało nie więcej niż pięć (a może tylko trzy, bo o dwóch migach mówi się, że zostały wcześniej skanibalizowane). W tej piątce są „szparki” – samoloty szkolno-bojowe, których nie wyposażono w radar, a więc ich użyteczność na polu walki jest niska. Z drugiej strony, można je wykorzystać do ataków z użyciem pocisków Harm, przeznaczonych do niszczenia stacji radiolokacyjnych. Najogólniej rzecz ujmując, ta broń nie wymaga sterowania z kabiny pilota, co skraca czas misji i ekspozycji na działanie lotnictwa wroga. Ostatecznie zaś mogą „szparki” posłużyć jako rezerwuar części zamiennych. Tak czy inaczej, mówimy o maksymalnie 14 samolotach z Polski, a najpewniej o 12, przy założeniu, że wysłane zostaną również te dwumiejscowe. Kolejne 14 to pieśń przyszłości, a może i zupełnie nierealny scenariusz, bo kto wie, ile z tych zmodernizowanych migów dotrwa do 2027 r., ile będzie wówczas miało jakąkolwiek wartość dla Ukraińców, ba, czy ci w ogóle będą o nie zabiegać. Ukraina na gwałt potrzebuje samolotów bojowych, a migi z demobilu to tylko proteza. Zachód na razie wzbrania się przed wysyłką własnych konstrukcji, ale westernizacji ukraińskiego lotnictwa uniknąć nie sposób – wszak podaż sowieckich konstrukcji jest mocno ograniczona.

Pozostając zaś przy wątku westernizacji – wraz z 2027 rokiem zacznie się ostatni rozdział tego procesu w Siłach Powietrznych RP, zapoczątkowany 20 lat temu kupnem F-16. Odejdą migi, w międzyczasie pozbędziemy się Su-22, szturmowców sowieckiej proweniencji, dziś będących w linii już tylko po to, by podtrzymać nawyki pilotów i personelu technicznego. Za cztery lata w barwach Rzeczpospolitej służyć będą koreańskie szkolono-bojowe FA-50 (dwa pierwsze przylecą latem tego roku, łącznie kupiliśmy 48 sztuk). W 2025 r. zaczną się dostawy F-35, a wszystkie 32 super-myśliwce znajdą się na stanie Wojska Polskiego do końca dekady. Dodajmy do tego 48 F-16, które dziś są co prawda w samolotowym wieku średnim, ale przejdą niebawem głęboką modernizację. W sumie daje to niemal 130 nowoczesnych maszyn, o zdolnościach przekraczających wszystko, co do tej pory latało z szachownicami na skrzydłach.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Magdalenie Kaczmarek, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Przemkowi Piotrowskiemu, Andrzejowi Kardasiowi i Jakubowi Wojtakajtisowi. A także: Michałowi Wielickiemu, Monice Rani, Jarosławowi Grabowskiemu, Bożenie Bolechale, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Szymonowi Jończykowi, Tomaszowi Sosnowskiemu, Mateuszowi Jasinie, Remiemu Schleicherowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Bernardowi Afeltowiczowi, Justynie Miodowskiej i Marcinowi Pędziorowi.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatnich ośmiu dni: Maciejowi Jakóbiakowi, Krzysztofowi Hryniowowi i Czytelnikowi posługującemu się nickiem Sizna.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

Nz. Migi z malborskiej eskadry (eks-niemiecki i czeski), zdjęcie sprzed kilku lat/fot. Bartek Bera, zdjęcie pochodzi z albumu „Sięgając nieba”.