Wieczność

Wczoraj zaskoczone media donosiły o tym, że miniona noc była pierwszą od bardzo dawna – niewykluczone, że od początku pełnoskalowej wojny – w trakcie której na ukraińskie miasta nie spadł żaden dron, żadna rakieta. Na froncie rzecz jasna walki trwały w najlepsze, ale zaplecze pozostało nietknięte.

Zastanawiałem się, o co chodzi i nawet przyszło mi do głowy, że to początek jakiejś pozytywnej zmiany. Zwłaszcza że trump zaczyna dostrzegać, że putin zwyczajnie go zwodzi – i w swoim stylu zapowiada działania odwetowe. W tym przypadku miałyby to być bolesne cała dla podmiotów państwowych, które kupują ropę w rosji. Pomysł w gruncie rzeczy niegłupi, potencjalnie dla Moskwy bolesny; Indie już rozglądają się za innymi niż rosja dostawcami, wszak bardzo zależy im na utrzymaniu dobrych relacji gospodarczych z USA.

No więc trump pogrzmiewa – i niechby z tego wyszedł jakiś konkret! – świat reaguje, może zatem zareagowała i rosja, łudziłem się przez jakiś czas.

Czar prysł dzisiejszej nocy, kiedy moskale uderzyli dronami w Charków. Na miasto spadło co najmniej 15 Szahidów, z porannych raportów wynikało, że rannych zostało osiem osób.

W odpowiedzi Ukraińcy posłali własne drony – na Taganrog, Rostów i Wołgograd.

I tak minęła kolejna noc niby-rozejmu.

A propos dronów – innych niż Szahidy i ukraińskie konstrukcje wysyłane na dalekie dystanse. Mowa o małych bezzałogowcach FPV, wykorzystywanych na pierwszej linii walk. Do rzeczy – w rosji wyciekły dane ministerstwa obrony, zebrane pośród rosyjskich lekarzy wojskowych. Wynika z nich, że ponad 75 proc. wszystkich obrażeń odniesionych przez rosyjskich żołnierzy podczas wojny okopowej, jest wynikiem ataków ukraińskich bezzałogowych statków powietrznych.

Kolejne 20 proc. rannych to ofiary ostrzału artyleryjskiego, a tylko 4 proc. pośród wszystkich poszkodowanych doznało urazów na skutek działania broni ręcznej.

Co więcej, z raportów rosyjskich medyków wynika, że drony wpłynęły również na czas ewakuacji rannych. Wydłużył się on trzykrotnie (w porównaniu z sytuacją z początku spec-operacji) – do 14,5 godzin.

W medycynie funkcjonuje pojęcie „złotej godziny”, w trakcie której poszkodowany powinien trafić do szpitala, aby otrzymać fachową pomoc. Jest to czas, w którym leczenie jest najskuteczniejsze w zapobieganiu nieodwracalnym uszkodzeniom i zwiększaniu szans na przeżycie. Każda kolejna minuta drastycznie zmniejsza szanse. Dość napisać, że w wyniku urazu wielonarządowego (a te bojowe zwykle mają taką postać) 30 proc. zgonów następuje w ciągu 2-3 godzin od wypadku. Zatem 14,5 godziny to wieczność – i tam też kończy znacząca większość rosyjskich rannych.

Trudno im współczuć, warto za to wyciągać wnioski. Najpierw jednak odrobina historycznego tła. Otóż według statystyk amerykańskich służb medycznych, w czasie II wojny światowej wojska lądowe armii USA operujące w Europie i w basenie Morza Śródziemnego, głównie narażone były na ogień artylerii. Aż 65 proc. ​​wszystkich rannych stanowiły ofiary ostrzału artyleryjskiego.

W Ukrainie – gdzie w początkowych fazach konfliktu „bogiem wojny” również pozostawała artyleria – punkt ciężkości przesunął się na drony (nie znam danych ukraińskich, ale zapewne są podobne). A teraz do brzegu – bezzałogowce są lżejsze i tańsze niż klasyczna amunicja. Łatwiej je dostarczyć na pole bitwy. To istotna wskazówka dla podbicia efektywności wsparcia dla Ukrainy.

—–

Szanowni, by móc kontynuować swój ukraiński raport, potrzebuję Waszego wsparcia. Okresowo bywa z tym krucho, marzec był właśnie takim miesiącem. Pomożecie w kwietniu? Polecam uwadze przyciski poniżej i nisko się kłaniam wszystkim „Kawoszom” i Subskrybentom!

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa – zapraszam Was do sklepu Patronite, gdzie możecie nabyć moje tytuły w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.

Nz. Śmiercionośna ptaszyna, źródło rosyjskich problemów. Zdjęcie ilustracyjne/fot. SzG ZSU

Upodmiotowieni!

Na wstępie odrobina optymizmu – sytuacja w rejonie Pokrowska, będąca papierkiem lakmusowym ogólnej kondycji obu armii na froncie, uległa drastycznemu pogorszeniu, patrząc z perspektywy rosjan. Ukraińcy zaszachowali moskali dronami, skutecznie zabezpieczając prace bezzałogowców środkami WRE (walki radiowo-elektronicznej). Masowe uderzenia sparaliżowały nie tylko nacierające oddziały, ale i logistykę; strumień dostaw amunicji, jedzenia i wody jest symboliczny. „Wykończą naszych!”, alarmują rosyjscy mil-blogerzy.

I błagają o szybkie, masowe użycie KAB-ów, ale z tym może być problem. Mamy bowiem coraz więcej informacji o tym, że w strefie przyfrontowej zaczęły operować ukraińskie F-16 (dotąd skupiające się na ochronie miast przed pociskami manewrującymi i dronami). To poważne wyzwanie dla rosyjskich pilotów, mnożące ryzyko zestrzelenia – radar i rakiety „efa” to nie przelewki. Zdaje się, że strach wziął u moskali górę, bo jak na razie postulowanego „kabowania” nie ma. Lecą za to szybujące bomby w drugą stronę – amerykańskie, zrzucane przez F-16. Jest w tym jakiś element dziejowej sprawiedliwości, czyż nie?

—–

Równie obiecująca jest ofensywa powietrzna, wymierzona w infrastrukturę krytyczną rosji, przede wszystkim w rafinerie. W styczniu br. ukraińskie drony uderzyły w rosyjskie zakłady siedem razy. Na celownik wzięto rafinerie w Tatarstanie (11 stycznia), w obwodzie saratowskim (14 stycznia), riazańskim (24 i 26 stycznia), niżnonowogrodzkim (29 stycznia zaatakowano tam dwie przetwórnie) oraz w wołgogradzkim (31 stycznia). W tym miesiącu odnotowano już sześć nalotów, ostatni dziś w nocy (celem była rafineria w Ilskij). 11 lutego porażono obiekt w Saratowie, mieście położonym w południowo-wschodniej części rosji, w regionie graniczącym z Kazachstanem (a więc setki kilometrów od Ukrainy). „Saratowska rafineria ropy to jeden z kluczowych obiektów (…). Jej zdolność przerobowa sięga 7 mln ton ropy rocznie. Zakład odgrywa istotną rolę w zaopatrywaniu armii rosji w paliwo”, napisał na Telegramie szef ukraińskiego Centrum Przeciwdziałania Dezinformacji Andrij Kowałenko.

Cytuję ten wpis, bo dobrze ilustruje ukraińskie intencje. Różne od tego, co robią rosjanie, którzy także atakują infrastrukturę krytyczną. Ale ich celem są ukraińskie obiekty energetyczne – elektrownie i sieci przesyłowe – a bezpośrednią ofiarą ludność cywilna, pozbawiona regularnych dostaw wody, prądu i ogrzewania. Siły Zbrojne Ukrainy (ZSU) dążą tymczasem do „wysuszenia” rosyjskiej armii oraz do zmniejszenia przychodów z eksportu kopalin i pochodnych, które Moskwa wykorzystuje do finansowania wojny. Oczywiście, rosyjskie wojsko będzie ostatnim podmiotem, które dotknie ewentualny kryzys i potrzeba racjonowania paliw i smarów – najpierw zmierzą się z tym zwykli rosjanie. To uciążliwość, ale dalece mniejsza niż humanitarny kryzys, na skraju którego, zimą, postawili Ukraińców agresorzy.

Rafinerie to wąskie gardło rosyjskiej gospodarki – przez ostatnie dwie dekady poczyniono w nich wiele inwestycji w oparciu o zachodnie technologie. Przy poważnych awariach i uszkodzeniach, w realiach reżimu sankcyjnego, przywrócenie ich pełnej sprawności to nie lada wyzwanie. Z czego Ukraińcy doskonale zdają sobie sprawę, stąd ich konsekwencja (o czym więcej piszę w zalinkowanym tekście dla „Polski Zbrojnej”).

—–

Zostawmy działania militarne i skupmy się na polityce.

Świat jakby przyśpieszył, obierając kurs ku niezbyt przyjemnej destynacji – takie wrażenie można odnieść, analizując medialny dyskurs z ostatnich kilku dni. Wynika z niego, że USA dogadują się z rosją – za plecami Ukrainy, ignorując też europejskich sojuszników. „Jałta i Monachium 2.0”, „Ukraina jest stracona”, wieszczy mnóstwo komentatorów. W mojej ocenie mocno na wyrost, ale powszechność obaw – że Donald Trump „zabierze zabawki” – pozostaje faktem.

Dlaczego na wyrost? Bo na razie nie wydarzyło się nic, co kazałoby uznać, że Stany odpuszczają sobie Ukrainę. Wypowiedź sekretarza obrony Pete’a Hegsetha – o tym, że Ukraińcy nie odzyskają utraconych ziem i nie mogą liczyć na członkostwo w NATO – choć brutalna, była oparta o realną ocenę sytuacji. Znanej powszechnie od kilkunastu miesięcy. Po klęsce ofensywy na Zaporożu jasnym jest, że wyrzucenie rosjan z okupowanych terenów – w większej skali – to zadanie ponad możliwości ukraińskich sił zbrojnych (ZSU). Wiemy też, że w Sojuszu nie ma powszechnej zgody na członkostwo Ukrainy – a NATO oparte jest o mechanizm kolektywnego podejmowania decyzji. Z Turcją, Słowacją i Węgrami na pokładzie i bez obstrukcji Trumpa natowska Ukraina to mrzonka. A są jeszcze kwestie formalno-prawne – wymóg uregulowanego statusu granic.

Oczywiście, mamy też wypowiedzi amerykańskich decydentów o tym, że USA nie dadzą Ukrainie gwarancji bezpieczeństwa. Mamy mizdrzenie się do putina samego Trumpa, mamy połajanki wobec Europy, autorstwa wiceprezydenta J.D. Vance’a. Ale mamy też jego wywiad dla „The Wall Street Journal”, z którego wynika wprost,  że Stany nałożą na rosję dodatkowe sankcje ekonomiczne i podejmą działania militarne (włącznie z wysłaniem wojsk nad Dniepr), jeśli putin nie zgodzi się na porozumienie pokojowe. „Nam zależy na tym, by Ukraina była suwerenna”, czytamy w WSJ.

Nie wiem, czy amerykański wielogłos to dowód na świadomą strategię – gry w dobrego i złego policjanta (jeden rosję obłaskawia, drugi wali ją w pysk) – czy raczej przejaw totalnego chaosu, panującego w amerykańskiej administracji, gdzie „każdy sobie rzepkę skrobie”, a i tak ostateczną decyzję podejmie nieprzewidywalny Trump. Rzecz jasna chcę wierzyć, że mowa o kiju i marchewce, lecz uczciwość intelektualna nakazuje przyjąć ten gorszy scenariusz i jego konsekwencje.

Załóżmy więc, że wylewający się od kilku dni lament jest uzasadniony – że Waszyngton i Moskwa coś tam sobie za plecami innych ustalą. No i co?, pytam tonem mocno prowokującym. Irytuje mnie bowiem ten element publicznej debaty, który kompletnie pomija podmiotowość Ukrainy i jej europejskich sojuszników (tych pozaeuropejskich, innych niż Ameryka, też). Wiara w to, że Kijów posłusznie zaakceptuje skrajnie niekorzystne dla siebie warunki, jest tyleż naiwna, co obraźliwa w stosunku do Ukraińców – którzy od trzech lat, dzień po dniu, udowadniają, że w kaszę sobie pluć nie pozwolą. A Europa? Można by wiele napisać o jej słabościach, niezdecydowaniu, zmarnowanych szansach, lecz nawet bazowo niskie oczekiwania nie zmienią faktu, że nikt na poważnie o porzuceniu Ukrainy nie myśli – o czym więcej w kolejnym wpisie.

PS. Wbrew retoryce Trumpa, to Europa – jako Unia i pojedyncze kraje – ponosi większość kosztów wspierania Kijowa (trzy piąte wszystkich dotychczasowych nakładów). Trzeba na to 80 mld euro rocznie (to całościowy koszt, Ukraińcy samodzielnie wkładają do „koszyka” około 20 mld). Dużo, a zarazem niewiele, wziąwszy pod uwagę zsumowany kilkunastobilionowy budżet członków UE i Wielkiej Brytanii.

—–

Szanowni, jak wielokrotnie podkreślam, moje publicystyczne i reporterskie zaangażowanie w konflikt na Wschodzie w istotnej mierze możliwe jest dzięki Wam i Waszemu wsparciu. Pomożecie w dalszym tworzeniu kolejnych treści?

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Maciejowi Szulcowi, Joannie Marciniak, Jakubowi Wojtakajtisowi, Andrzejowi Kardasiowi, Marcinowi Łyszkiewiczowi, Arkowi Drygasowi, Tomaszowi Krajewskiemu, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu i Monice Rani. A także: Arturowi Żakowi, Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej, Adamowi Cybowiczowi, Wojciechowi Bardzińskiemu, Krzysztofowi Krysikowi, Bognie Gałek, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Marcinowi Gonetowi, Pawłowi Krawczykowi, Joannie Siarze, Aleksandrowi Stępieniowi, Marcinowi Barszczewskiemu, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Piotrowi Rucińskiemu, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Sławkowi Polakowi, Mateuszowi Jasinie i Grzegorzowi Dąbrowskiemu.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „kawoszom” z ostatniego tygodnia: Maciejowi Sijce i Kasi Byłów.

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa…w sklepie na Patronite pojawiły się kolejne książki – powieści, które napisałem i wydałem „w czasach afgańskich”, reportaż z tamtego okresu oraz książka political/war fiction, dziejąca się w realiach pandemii i rosyjskiej agresji militarnej na Polskę. Polecam lektury – by je nabyć, przejdźcie na stronę pod tym linkiem.

Nz. Ukraiński F-16 z podwieszonymi (m.in.) bombami szybującymi GBU-39 SDB I/fot. ZSU

Doświadczenie

„Mamy prawie 50 tys. żołnierzy z doświadczeniem bojowym”, podkreślał pewien pułkownik, wykładowca ówczesnej Akademii Obrony Narodowej. „To połowa armii”, mówił, wyraźnie zadowolony. „Znakomity kapitał na przyszłość”, dodał. Zakwestionowałem jego optymizm, chyba nazbyt grubiańsko; w każdym razie rozstaliśmy się w niezgodzie. Lecz mowa o człowieku, który miał dość intelektualnej uczciwości, by po czasie przyznać: „Masz rację”. „Doświadczenie z Iraku i Afganistanu na niewiele się zda w Europie”, usłyszałem, tym razem już przez telefon.

Był rok 2012, armię rzeczywiście mieliśmy ostrzelaną. I doświadczoną w realizacji zadań w ramach wielonarodowego kontyngentu; tyle wygrać. Ale istota tego treningu sprawdzała się do udziału w konflikcie asymetrycznym, antypartyzanckim – a więc o względnie niskiej intensywności – w dodatku prowadzonym w bardzo specyficznych warunkach geograficznych. Nie do powtórzenia w Europie, w konfrontacji z przeciwnikiem takim jak rosja.

Wojna, która wybuchła na wschodzie Ukrainy dwa lata później, w pełni to potwierdziła.

Po co o tym piszę? Ano mamy wysyp opinii, wedle których „już za chwileczkę, już za momencik”, armia rosyjska uderzy na Europę. No więc pytam, czym? Prymitywnie przerobionymi moskwiczami i ładami, wózkami golfowymi? Stadem pędzonych „wpieriod!” kalek? Oczywiście, celowo uwypuklam rosyjskie słabości – są w wojsku putina przyzwoicie wyekwipowane komponenty – ale co do zasady, siły zbrojne federacji pozostają cieniem samych siebie sprzed trzech lat. Liczniejszą, ale dramatycznie niedoposażoną strukturą, która na odzyskanie potencjału sprzed 24 lutego 2022 roku potrzebuje co najmniej 10 lat. Cudów nie ma, sowieckie zapasy „wyszły”, a przemysł – wbrew propagandowym twierdzeniom – nie jest w stanie produkować wielkich mas uzbrojenia.

Odrębną kwestią pozostaje jego jakość – dotychczasowa okazała się niewystarczająca nawet do pokonania Ukrainy. Zatem w ciągu tej dekady należałoby – patrząc z perspektywy Moskwy – wymyślić i wdrożyć coś „ekstra”. Powodzenia, zwłaszcza w realiach sankcji i zdychającej gospodarki.

„No ale doświadczenie!”, mógłby rzec ktoś. Jakie? Z ponad miliona posłanych na wojnę z Ukrainą żołnierzy prawie połowa nie żyje bądź została trwale okaleczona. Czym jest kunszt pozostałych? To pytanie, o sposób, w jaki rosjanie wyszarpali Ukrainie kilkanaście procent jej terytorium. Rajdami z początków pełnoskalowej wojny, nieco późniejszym „walcem artyleryjskim” i „mięsnymi szturmami”, które dramatycznie nasiliły się w drugim i trzecim roku inwazji. To jest istota doświadczenia bojowego rosyjskich żołnierzy i ich dowódców.

Czy da się je wykorzystać w wojnie z armiami natowskimi? A niby jak przy miażdżącej przewadze w powietrzu (sama Europa „zjada” tu rosję, nie tyle liczbą, co jakością)?

„W powietrzu latają też drony!”, stwierdziłby ów ktoś. No latają, ale w całej tej opowieści o bezpilotowcach zapominamy, że to bieda-broń, narzędzie kompensacyjne, używane z braku innych środków. Przede wszystkim klasycznego lotnictwa oraz dalekonośnej, precyzyjnej artylerii; obie strony konfliktu na Wschodzie mają w tych zakresach istotne braki (fizyczne bądź kompetencyjne). Wojna z innym przeciwnikiem – dysponującym silnym lotnictwem i artylerią o lepszej donośności i celności – nie wyglądałaby tak, jak zmagania na Donbasie czy Zaporożu. Najogólniej rzecz ujmując, rosjanie nie byliby w stanie podejść tak blisko, strefa kontaktu byłaby znacznie rozleglejsza, najpewniej w ogóle nie byłoby linii frontu. Większość dronów okazałby się nieprzydatna, większość rosjan zginęłaby na skutek „wybombardowania”.

Oczywiście, determinacja i ostrzelanie (rozumiane nie jako kompetencja w posługiwaniu się bronią, ale nawyk funkcjonowania w realiach zagrożenia), to byłyby rosyjskie atuty. Tyle że bez technologii dalece niewystarczające. Pamiętajmy o tym proszę, nim zanurzymy się w ponury nastrój.

PS. Nie, Ukraina nie jest stracona. Ostatnie wypowiedzi amerykańskich polityków niczego nie przesądzają. Jutro i pojutrze, po spotkaniu w Monachium, będziemy wiedzieć więcej. Dziś mam „dzień świra”, ale będę trzymał rękę na pulsie. Dodam tylko, bo warto, że putinowska machina wojenna na lądzie ewidentnie dostała zadyszki; rosjanie stanęli, Ukraińcy lokalnie kontratakują, często z powodzeniem. Takie są fakty, a nie zmarkotniałe spekulacje.

—–

Szanowni, jak wielokrotnie podkreślam, moje publicystyczne i reporterskie zaangażowanie w konflikt na Wschodzie w istotnej mierze możliwe jest dzięki Wam i Waszemu wsparciu. Pomożecie w dalszym tworzeniu kolejnych treści?

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa… – w sklepie na Patronite pojawiły się kolejne książki – powieści, które napisałem i wydałem „w czasach afgańskich”, reportaż z tamtego okresu oraz książka political/war fiction, dziejąca się w realiach pandemii i rosyjskiej agresji militarnej na Polskę. Polecam lektury – by je nabyć, przejdźcie na stronę pod tym linkiem.

Kable

W latach 2008-2010 dwie trzecie spośród poległych zachodnich żołnierzy stacjonujących w Afganistanie padło ofiarą min-pułapek, określanych mianem IED (ang. Improvised Explosive Device). „Ajdiki” – jak nazywali je Polacy – stały się największą zmorą koalicjantów, a ich wyszukiwanie i niszczenie – jednym z głównych zadań ISAF (ang. International Security Assistance Force).

To w takich okolicznościach pod Hindukusz trafiły zestawy RCP (ang. Route Clearance Patrol) – każdy składający się z kilku pojazdów wyposażonych w sprzęt pozwalający wykryć i zneutralizować ukryty nawet kilka metrów pod ziemią ładunek. Tyle że RCP cudów nie czyniły. Zdarzało się, że georadar przeoczył bombę. Dlatego nawet sprawdzona droga nie dawała całkowitej gwarancji bezpieczeństwa. Ba, samo „ar-si-pi” wymagało wsparcia – pojazdy zestawów też wylatywały w powietrze.

Niedoskonałość technologii starali się niwelować saperzy – gdy patrol wjeżdżał w rejon wzmożonej aktywności „kopaczy”, to oczy i doświadczenie żołnierzy tej specjalności decydowały o życiu i śmierci pozostałych. Wyposażeni w ręczne wykrywacze i noże saperzy opuszczali wozy, sprawdzając przepusty pod jezdniami – gdzie najprościej było ukryć IED. A ponieważ szukali też odciągów – drutów łączących „ajdiki” z zapalnikami – o ich robocie mówiło się „chodzenie na wąsach”.

„Na wąsach” chodzili nie tylko saperzy (choć to oni zawsze oceniali znaleziska). Robotę wykonywali także zwykli piechurzy – im było ich więcej, tym lepiej. Szersza tyraliera pozwalała szukać odciągów również z dala od drogi. Zwykle zaś było tak, że im dalej od jezdni, tym gorzej „tamci” maskowali kable.

A słowo „kabel” nie najlepiej oddawało istotę rzeczy – odciągi to cieniusieńkie przewody; trzeba było naprawdę się wysilić, by je dostrzec. Z boku trochę przypominało to grzybobranie. Trochę, wszak grzybiarz co najwyżej wdepnie w ludzką czy zwierzęcą „minę” a tam… Cóż, rebelianci szybko zorientowali się, że „wąsiarze” krzyżują im szyki. Zaczęli więc na nich polować. Ostrzeliwując z broni ręcznej i upychając przy drogach miny-naciskówki. Zakopywane na chybił trafił, w miejscach, przez które – zakładano – przejdą zachodni żołnierze. A nuż któryś wdepnie.

Niestety, zdarzali się pechowcy…

—–

Powyższe notatki sporządziłem kilkanaście lat temu, po którychś ze swoich „wąsów”. Dlaczego do nich wracam? Ano historia lubi się powtarzać.

Kable nie były najszczęśliwszym rozwiązaniem dla afgańskich rebeliantów – fizycznie łączyły ładunek z osobą, która miała go zdetonować (lub z miejscem, gdzie taki operator miał wykonać zadanie). A to co najmniej potencjale kłopoty, choć po prawdzie, żołnierze ISAF z rzadka „szli po nitce do kłębka”. No ale ryzyko istniało, istniał też łatwy sposób, by go uniknąć – detonacja z wykorzystaniem sygnału radiowego czy sygnału GSM. Odpalane w tej sposób „ajdiki” przez jakiś czas „królowały” na afgańskim froncie, ale – akcja rodzi reakcję. Zachodnie wozy zaczęto wyposażać w zagłuszarki, tworzące „parasol” czy jak kto woli „bąbel antydostępowy”, chroniący pojazd i najbliższą okolicę. Skuteczność zagłuszania sygnałów bywała różna, ochrona wymagała ciągłych zmian w obrębie kolejnych częstotliwości, co do zasady jednak talibom trudno było się przebić. Chcieli więc czy nie, musieli wrócić do „tradycyjnego” kabla (i detonacji wywoływanej impulsem elektrycznym).

No to gdzie ta powtórka z historii? Już wyjaśniam.

Drony FPV od dawna są zmorą obu stron rosyjsko-ukraińskiego konfliktu. Początkowo służyły tylko do obserwacji, ale szybko zaczęto je dostosowywać do przenoszenia ładunków wybuchowych. Dziś obie armie używają tysięcy dronów dziennie i choć ich skuteczność procentowo nie jest wysoka – do celów dolatuje raptem kilka na sto aparatów – „w kupie siła”. I w precyzji, wszak dronem można razić pojedynczego człowieka; decydują o tym cechy motoryczne urządzeń oraz fakt, że da się nimi sterować w czasie rzeczywistym. Łatwo sterować – mimo zdalnego trybu pracy – gdyż mówimy o broni wyposażonej w kamerę.

Minusy? Działa toto w oparciu o sygnał GPS, a ten da się zakłócać. Co obie strony konsekwentnie próbują robić (stąd, m.in. tak niski odsetek „dolatujących” dronów).

Remedium? Światłowód, rzecz nieco inna niż ta służąca do odpalania „ajdików”, ale jednak kabel. Przewód, jak zwał, tak zwał (wiem, że fachowcy mnie za tę nonszalancję zjedzą, ale to nie jest specjalistyczny periodyk).

Jako pierwsi „drony na sznurku” zaczęli używać rosjanie – najwcześniejsze sprawdzone doniesienia pochodzą sprzed kilku miesięcy. Sterowane przy pomocy światłowodu urządzenia ze znacznie większą swobodą wlatywały i wlatują nad ukraińską „zerówkę” (linię frontu”) i jej bezpośrednie zaplecze. Kabel implikuje problemy – dron „na sznurku” może o coś zawadzić, zaplątać się i w efekcie też nie dolecieć do celu – ale nie sposób go zakłócić (zakłócić transmisję danych umożliwiających sterowanie).

Co oczywiste, Ukraińcy również sięgnęli po to rozwiązanie. A dziś czytam o dronie wyposażonym w szpulę, z której można rozwinąć… 40 km przewodu. Widziałem zdjęcia aparatu wyposażonego w dodatkowe silniczki (szpula swoje waży), ale nie jestem w stanie ocenić, czy to rzeczywiście działa. Dotychczasowy zasięg maszyn „na kablu” był znacznie niższy (poniżej 10 km), mielibyśmy zatem do czynienia z wielkim przeskokiem.

Na razie dla jednej ze stron, ale przecież druga nie śpi.

40 czy „tylko” 10 km, jedno jest pewne – aparaty sterowane światłowodem znów podbijają stawkę. Pewnie znajdzie się technologia/technika odpowiadająca „chodzeniu na wąsach”. Jaka? Nie mam pojęcia; może drony z nożyczkami?

—–

Na dziś to tyle, dziękuję za lekturę! Jutro spędzam czas w drodze, ale wrócę tu w piątek.

Szanowni, jak wielokrotnie podkreślam, moje publicystyczne i reporterskie zaangażowanie w konflikt na Wschodzie w istotnej mierze możliwe jest dzięki Wam i Waszemu wsparciu. Pomożecie w dalszym tworzeniu kolejnych treści?

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki!

Osoby zainteresowane nabyciem mojej ostatniej pt.: „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji”, w wersji z autografem, oraz kilku innych wcześniejszych pozycji (również z bonusem), zapraszam tu.

Nz. Strzelanie z wyrzutni przeciwpancernej Fagot, ostatnie, jakie było udziałem żołnierzy 6 Brygady Powietrznodesantowej (odbyło się w 2010 roku i miało na celu zużycie zapasu amunicji do tego już wówczas archaicznego systemu). Dlaczego zamieszczam akurat takie zdjęcie? Ano co jakiś czas przypominam sobie, jak zasobne jest moje osobiste archiwum, ile w nim fajnych fotografii, którymi warto się podzielić. W tym przypadku idzie też o podstawowe podobieństwo do narzędzi opisanych w tekście. Układ kierowania pociskami Fagotów – co nie jest niczym nadzwyczajnym w przypadku wyrzutni ppk – także korzystał z przewodowego przesyłania sygnałów. Przy tej rozdzielczości zdjęcia nie zobaczycie „nitki”, ale ja ją widziałem, słowo!

Widziałem też, kilka strzałów później, jak jedna z rakiet – miast polecieć do przodu – pomknęła ku górze. „Zwariowała”. Nie mam tego na zdjęciu, bo zabrakło mi refleksu, a pewnie też i zimnej krwi, wszak przekonany, że pionowy lot skończy się powrotem w okolice miejsca startu, dałem nogę (nie że tylko ja…). Szczęśliwie pocisk się „rozmyślił” i wrócił do poziomej orientacji, ale – jak mawia klasyk – śmiechu było przy tym co niemiara. To już jednak zupełnie inna historia…/fot. własne

Relacja

28 listopada

Pani Stefania urodziła się w 1937 roku, ma więc dziecięce wspomnienia dotyczące II wojny światowej. Obecny konflikt jest jej zdaniem gorszy. „Żołnierze w tych strasznych maszynach siedzą. Kiedyś to przynajmniej można było zobaczyć ich twarze…”, mówi.

Mówi ukraińskim z zachodu; przez moment mam wrażenie, jakbyśmy byli na Wołyniu – skąd pochodzi staruszka – a nie na Charkowszczyźnie. „Ano rzuciło mnie daleko od rodzinnego domu”, wzdycha.

Panią Stefanię odwiedzam razem z wolontariuszami z Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej (PCPM). Wieś Ukrainka jeszcze nie doszła do siebie po rosyjskiej okupacji. Brakuje wody, pracy, młodych ludzi, którzy albo wyjechali albo służą w armii. Albo nie ma ich już pośród żywych. Bieda aż piszczy, a cierpią jak zwykle najstarsi, schorowani, najmniej mobilni. Dla takich osób pakiety z chemią gospodarczą i środkami higieny to poważne wsparcie.

Stefania z rzadka wstaje z łóżka – a gdy to robi, podpiera się kijem – ale gości na leżąco przyjmować nie chce.

Ściska mocno dłoń, gdy się żegnamy. „Wszystko będzie dobrze”, przekonuje, jakby to mnie trzeba było pocieszać. „Wojna kiedyś się skończy”, dodaje.

Uśmiecham się łagodnie i kiwam głową. Skończy czy nie, jest coś obrzydliwe niesprawiedliwego w tym, że ktoś doświadczył wojny u początku i mierzy się z nią u kresu życia…

29 listopada

Chersoń to miasto-widmo. Gdy byłem tu rok temu, największym problemem był selektywny, terrorystyczny ostrzał rosyjskiej artylerii. Dziś działa dalej grzmią (efekty widać na zdjęciu), ale największym zmartwieniem mieszkańców są drony. Małe, przenoszące niewielkie ładunki – dziennie spada ich 30-40, zwykle na cywilne samochody, ba, na pojedynczych ludzi. Mieszkańcy mówią o „chersońskim safari”, tak nazywając swoje codzienne życie poza domem. Są zwierzyną, na którą polują rosyjscy droniarze.

Napiszę o tym więcej, gdy będzie możliwość. Póki co krucho z internetem i prądem – ze skutkami wczorajszego ataku na infrastrukturę energetyczną mierzy się cały kraj.

Do zobaczenia na łączach!

30 listopada

Łuck. Ulicą przejeżdża kondukt pogrzebowy. Przechodnie tak żegnają poległego żołnierza.

A po wszystkim życie wraca na stare tory…

1 grudnia

W domu!

Tydzień poprzedzający wyjazd do Ukrainy spędziłem w podróży. Byłem w Szczecinie i Przemyślu, przejechałem więc całą Polskę. A potem całą wolną Ukrainę. W 14 dni uzbierało się 6 tys. km spędzonych w aucie. Padam na twarz, ale warto było. Odsapnę i wracam do Was z kolejnymi tekstami.

Na zdjęciu poniżej nowe umocnienia w rejonie Chersonia. Ukraińcy rozbudowują linie obronne wokół miasta i na obszarze między Chersoniem i Mikołajowem. Na wszelki wypadek…

Szanowni, by kontynuować pracę potrzebuję Waszego wsparcia. „Kaw” i subskrypcji, bez których nie byłoby mojego ukraińskiego raportu. Działamy dalej?

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Osoby zainteresowane nabyciem książki pt. „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji”, w wersji z autografem, oraz kilku innych moich wcześniejszych pozycji (również z bonusem), zapraszam tu.