Wrzody

Pierwsza faza pełnoskalowej wojny w Ukrainie cechowała się wybitną manewrowością. rosjanie uderzyli z wielu kierunków, dążąc do jak najszybszej i najgłębszej penetracji terytorium przeciwnika. Celem kolumn pancernych i zmechanizowanych były duże miasta – ze stolicą włącznie – których zdobycie miało wywrzeć na Ukraińcach niszczący efekt psychologiczny. Na osiach natarć dochodziło do punktowych bojów, których intensywność często przypominała potyczki z czasów wojen światowych. Ale kilka kilometrów dalej – patrząc na boki – panował spokój. Mapy, które wtedy kreślono – by dla informacji i propagandy ilustrować postępy rosyjskich wojsk – obciążone były kardynalnym błędem. Sugerowały bowiem, że pod okupacją znalazły się wszystkie tereny, przez które przeszły rosyjskie kolumny.

Tymczasem na skutek szczupłości sił inwazyjnych, rosjanie często nie kontrolowali nawet dróg, po których wcześniej się poruszali. I którymi, co istotne, miało do wysuniętych oddziałów docierać zaopatrzenie. Nie było mowy o instalowaniu garnizonów okupacyjnych, rosyjski stan posiadania wyznaczały aktualne lokalizacje grup bojowych. Front, w odróżnieniu od pierwszo- czy drugowojennych zmagań, nie stanowił linii ciągłej – tworzyły go izolowane skupiska wojsk, będące niczym gorejące wrzody na ciele Ukrainy.

W miejscach, gdzie obie armie się stykały, walczyły ukraińskie czołgi, artyleria, klasyczne lotnictwo. Obrońcy zwykle ustępowali, więc w medialnym przekazie Kijowa na plan pierwszy wybiła się lekka piechota wyposażona w przenośne wyrzutnie przeciwpancerne, hulająca na rosyjskich „tyłach”. Zadawała ona agresorom – zwłaszcza ich logistyce – dotkliwe straty, stąd jej propagandowa atrakcyjność. Bohaterami mediów zostały także Bayraktary – i one dziesiątkowały wówczas zbite w kolumny rosyjskie oddziały.

Pod koniec maja 2022 roku usłyszałem od jednego z ukraińskich generałów, że w pierwszym miesiącu wojny używane przez obrońców przenośne wyrzutnie przeciwpancerne odpowiadały za 50 proc. strat sprzętowych, zadanych rosyjskim wojskom pancernym. A niemal jedna piąta zniszczonych i uszkodzonych wozów została porażona z powietrza, głównie przy użyciu dronów i amunicji krążącej. W kolejnych miesiącach te proporcje uległy zmianom; gdy rozmawialiśmy, miały być następujące: za 30 proc. strat odpowiadały wyrzutnie przeciwpancerne, 30 proc. było efektem pojedynków pancernych (czołg-czołg – tu bez zmian w odniesieniu do pierwszego miesiąca inwazji), następne 30 proc. przypisywano działaniu artylerii. Pozostałe 10 proc. szło na konto lotnictwa, także bezzałogowego. Co się po drodze zmieniło?

rosjanie nauczyli się zwalczać Bayraktary. Zachowane egzemplarze dowództwo ukraińskie nie wysyłało już do misji bojowych – wykorzystywano ich walory rozpoznawcze, głównie w miejscach, gdzie nie toczyły się intensywne walki. „Wyszły” też Ukraińcom zapasy amunicji krążącej, zeszczuplały ich klasyczne siły powietrzne. Nade wszystko jednak zmienił się charakter działań wojennych, który w znacznie większym stopniu umożliwiał wykorzystanie artylerii (co tyczyło się obu stron). Wyrzuceni z północy Ukrainy i zatrzymani na południu rosjanie, w połowie kwietnia 2022 roku skoncentrowali wysiłki na Donbasie. Wojna zatraciła cechy wybitnej manewrowości, front przestał być skupiskiem ognisk i przybrał klasyczną liniową postać. Presja wzdłuż tej linii była zróżnicowana, ponieważ jednak rosjanie starali się „wymacać” słabe punkty obrony w wielu miejscach na raz, uznać można, że szli ławą. A po prawdzie to ślimaczo się toczyli. Tym niemniej uporządkowali tyły, lokując garnizony Rosgwardii w miastach będących zapleczem frontu oraz siejąc terror wśród cywilów (w czym wiodącą rolę odegrała Federalna Służba Bezpieczeństwa).

Gdy w pełni ujawniło się niepowodzenie strategii szybkich, głębokich rajdów, moskale sięgnęli do radzieckich wzorców. Wychodząc z założenia, że stworzone wcześniej (w latach 2014-21) i tworzące się na bieżąco ukraińskie linie obronne zmiażdży walec artyleryjski. Nieefektywność tej metody oraz niedostatki techniczne i technologiczne obu stron miały wiele konsekwencji. Jedną z nich był triumfalny powrót dronów na pole bitwy. Początkowo głównie jako aparatów obserwacyjnych, wspierających działania artylerii, później w coraz większym stopniu jako substytut luf i miotanych przez nie pocisków. Co istotne, o ile najpierw były to bezpilotowce stworzone na użytek wojska, o tyle w kolejnych miesiącach dominować zaczęły zaadaptowane na militarne potrzeby urządzenia cywilne. Na początku 2024 roku stanowiły one miażdżącą większość wykorzystywanych w wojnie bezzałogowców.

Co mam na myśli pisząc o nieefektywności artyleryjskiego walca? O tym przeczytacie w książce, którą właśnie kończę. A która, jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, ukaże się pod koniec lutego. Do lektury „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” zapraszam już dziś.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Zdobyczny rosyjski dron Orłan, służący jako ozdoba w kwaterze ukraińskich droniarzy ze słynnej grupy „Madziara”/fot. własne

Bieda-broń

Niemal dokładnie rok temu, w Bachmucie, przyglądałem się pracy ukraińskich „droniarzy” ze słynnej grupy „Madziara”. W stanowisku dowodzenia znajdowały się m.in. dwa duże ekrany, na które przekazywano obrazy z dronów rozpoznawczych. Bezpilotowce przeczesywały teren w poszukiwaniu celów dla artylerii – większych skupisk piechoty, wozów bojowych, czołgów. W tym samym czasie mniejsze, czterowirnikowce – zmodyfikowane tak, by przenosić na przykład 750-gramowe ładunki termobaryczne – polowały na rozproszone grupki żołnierzy wroga i ich stanowiska. Oba typy maszyn powstały na użytek cywilny, ale wojsko zaadaptowało je na własne potrzeby. Druga strona zrobiła to samo, obie w skali, która uczyniła małe bezpilotowce jedną z podstawowych broni tej wojny. Do jakich wniosków przywodzi nas dronowa odsłona rosyjsko-ukraińskiego konfliktu? O tym rozmawiam z ekspert ds. bezpieczeństwa, dr Michałem Piekarskim z Wydziału Nauk Społecznych Uniwersytetu Wrocławskiego.

Marcin Ogdowski: Większość filmów ujawnianych przez obie strony konfliktu w Ukrainie dotyczy dronów. Można odnieść wrażenie, że to najważniejszy system uzbrojenia.

Michał Piekarski: Pamiętajmy, że to przede wszystkim materiał propagandowy, a więc odpowiednio wyselekcjonowany – nie pokazuje się, co oczywiste, porażek. Ale rzeczywiście, powszechność małych bezzałogowych statków powietrznych w Ukrainie oraz nierzadko spektakularne przykłady z ich użycia, sprzyjają myśleniu o rewolucyjnej zmianie na polu walki, która sprawi, że tradycyjne rodzaje uzbrojenia staną się przestarzałe. Zapewne każdy, kto bardziej interesuje się kwestiami militarnymi, zetknął się ze stwierdzeniem typu: „tani dron niszczy drogi czołg”…

– … „a więc czołgi nie są już potrzebne”; o tak, wielokrotnie to czytałem. Odpowiadam zwykle, że pocisk przeciwpancerny również kosztuje dużo mniej niż jego cel. W relacji nakład-zysk nie mamy tu rewolucji. Ale czy tak liczne zastosowanie dronów nie jest przełomem?

– To żadna rewolucyjna zmiana. Małe drony (kategorii I, trzymając się klasyfikacji NATO), były obecne na polach bitew przed 2022 rokiem, zarówno jako urządzenia wojskowe produkowane seryjnie, jak i aparaty cywilne, zaadaptowane nieraz w sposób prosty czy wręcz prymitywny. Tych ostatnich używano w ciągu ostatniej dekady choćby w konflikcie w Syrii i Iraku. Stamtąd pochodzą pierwsze efektowne nagrania, gdy pod taniego DJI Phantoma podwieszano ładunki wybuchowe.

– Właśnie, taniego – dla bojówek szukających „bieda-broni” to wielka zaleta. A co z zawodowymi armiami?

– One również dostrzegały potencjał małych bezzałogowców. Przypomnę, że pomysł, aby do drużyny piechoty morskiej USA włączyć operatora drona, pojawił się na przełomie 2018 i 2019 roku. To oznaczało że dron stałby się częścią zwykłego wyposażenia żołnierzy, jak karabin, granatnik czy lornetka.

– Wtedy jednak skupiano się na używaniu bezpilotowców do celów rozpoznawczych.

– Owszem. A w konflikcie w Ukrainie drony na najniższym szczeblu używane są także jako środek ogniowy, substytut przeciwpancernych pocisków kierowanych i granatów moździerzowych. Prawdopodobnie gdyby ukraińska armia była tak wyposażona i zaopatrywana jak amerykańska, drony odgrywałyby inną rolę. Bo wówczas klasyczne nowoczesne uzbrojenie i wsparcie artylerii byłyby łatwo dostępne.

– Tu nie tylko o niedostatek przyzwoitych i drogich armat chodzi. Sama amunicja artyleryjska potrafi kosztować. Zwykły pocisk to wydatek rzędu 2-3 tys. dolarów, precyzyjny może być 50 razy droższy. Tyle pieniędzy wystarczy na cały rój dronów…

– Ten konflikt toczy się w specyficznym kontekście. Niedostatków nowoczesnego uzbrojenia oraz ograniczonej wydajności zaplecza przemysłowego. Rosyjska gospodarka objęta została sankcjami, a drony FPV to przecież wręcz zabawki, łatwo więc je importować w całości i w podzespołach. Ukraina z kolei utraciła część swojego przemysłu, dostawy z Zachodu nie zawsze są wystarczające. W takich okolicznościach powstała nisza ekonomiczna dla względnie prostych konstrukcji bojowych, budowanych przy użyciu komercyjnych podzespołów. Należy przy tym zauważyć, że obserwowane rozwiązania często są wybitnie doraźne i podlegają szybkiej ewolucji.

– Analogicznie jak z „dużym” lotnictwem podczas I wojny światowej.

– Otóż to. Mieliśmy wówczas wiele prób i eksperymentów, zarówno z samymi aparatami latającymi, jak i ich zastosowaniem. W 1914 roku samoloty miały status nowinki, nie było jasne, do czego poza rozpoznaniem można ich użyć. Powstawało lotnictwo myśliwskie, bombowe, morskie. I cały czas eksperymentowano – na przykład trójpłatowe myśliwce czy sterowce w roli bombowców strategicznych okazały się rozwiązaniami przejściowymi. Nie sprawdziły się. A przy tym wszystkim mieliśmy do czynienia z przejściem od manufaktur do masowej, przemysłowej produkcji; niektóre typu samolotów wytwarzano w tysiącach egzemplarzy. Co ważne, po wojnie lotnictwo dalej ewoluowało, na skutek postępu technicznego, rozwoju myśli wojskowej i pojawienia się coraz to nowych środków przeciwdziałania.

– Wymyślono miecz, powstały tarcze…

– Truizm, a zarazem istotna wskazówka odnośnie przyszłego losu małych dronów, także w naszych siłach zbrojnych. Nie ma sensu rozważać bezpośredniej adaptacji tego, co widzimy w Ukrainie. Bo za kilka miesięcy możemy mieć do czynienia z archaicznym rozwiązaniem.

– Największym wrogiem małych dronów są systemy walki radioelektronicznej (WRE). Rosjanie mają w tym zakresie przewagę nad Ukraińcami, „na dziś” mieliby ją również nad nami.

– Ale za sprawą uwikłania się Rosji w wojnę w Ukrainie mamy czas na przygotowanie się do ewentualnego konfliktu.

Jak? O tym w dalszej części wywiadu, który opublikowałem w portalu Interia.pl – znajdziecie go pod tym linkiem.

—–

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Andrzejowi Kardasiowi, Irinie Wolańskiej, Arkowi Drygasowi, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Michałowi Strzelcowi, Joannie Marciniak, Jakubowi Wojtakajtisowi i Monice Rani. A także: Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Jarosławowi Grabowskiemu, Jakubowi Dziegińskiemu, Bożenie Bolechale, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Marcinowi Barszczewskiemu, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Remiemu Schleicherowi, Piotrowi Świrskiemu, Kacprowi Myśliborskiemu, Mateuszowi Jasinie, Mateuszowi Borysewiczowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi i Sławkowi Polakowi.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatniego tygodnia: Tomaszowi Biniszkiewiczowi, Adamowi Andrzejowi Jaworskiemu i Tadeuszowi Popardowskiemu.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

Nz. Komercyjny „dronik” ze śmiercionośną „przesyłką”/fot. własne

Kontynuacja

Dziś króciutko, bo cisną terminy, a książka sama się nie napisze.

Wypływają kolejne informacje dotyczące wczorajszego ataku na Sewastopol. Wiemy już – potwierdzają to Ukraińcy – że do uderzenia na stocznię marynarki wojennej wykorzystano lotnicze pociski manewrujące Storm Shadow/SCALP. Godzinę przed atakiem rosyjskie radary dalekiego zasięgu wykryły start pięciu ukraińskich bombowców taktycznych Su-24. Maszyny wzniosły się w powietrze z lotniska w Starokonstantynowie w obwodzie chmielnickim (w zachodniej części kraju). Cztery z nich poleciały w kierunku na Mikołajów, jedna obrała kurs na Odesę, skąd wleciała nad Wężową Wyspę. Zatem salwa dziesięciu rakiet dotarła nad cele z północy i północnego zachodu.

Źródła rosyjskie podają, że zestrzelono siedem nadlatujących pocisków – jedną z rakiet miał strącić poderwany w powietrze myśliwiec przechwytujący MiG-31.

Z dostępnych zdjęć wynika, że zniszczenia na okręcie desantowym „Mińsk” wykluczają remont i przywrócenie jednostki do służby. Desantowiec prawdopodobnie złamał się na pół. Nieznana pozostaje skala uszkodzeń okrętu podwodnego „Rostów nad Donem”. Ze zdjęć satelitarnych można wywnioskować, że suchy dok, w którym jednostka przebywała, w dużej mierze został objęty pożarem. Widać też, że na naprawiany okręt przewrócił się pobliski dźwig. Nie wiem, jakie mogą być skutki takiego uderzenia, ale miejmy świadomość, że kadłuby okrętów podwodnych przystosowane są do znoszenia dużych naprężeń, będących skutkiem ciśnienia wody. W najkorzystniejszym dla rosjan scenariuszu „Rostów nad Donem” nadaje się do poważnego remontu – w rosyjskich warunkach nawet kilkuletniego. Wczoraj podałem, że flota czarnomorska dysponuje sześcioma jednostkami podwodnymi – analiza dostępnych danych wymusza korektę. Po rozpoczęciu inwazji w 2022 roku tylko cztery jednostki klasy Kilo wychodziły w morze i brały udział w ostrzałach rakietowych Ukrainy. Utrata jednego z nich to redukcja potencjału o 25 proc. Pojedynczy Kilo jest w stanie jednorazowo przenosić i wystrzelić cztery pociski manewrujące Kalibr.

Nie wiem, ile rosjanom zajmie usunięcie wraków i oczyszczenie doków – to pewnie robota na co najmniej kilkanaście dni. Dużo więcej czasu potrzeba na odbudowę technicznego zaplecza doków (dźwigów, warsztatów, magazynów, zgromadzonego w nim sprzętu), co oznacza dodatkowe problemy logistyczne. Baza w Noworosyjsku nie posiada na tyle głębokich i długich doków, by zapewnić możliwość remontu jednostek floty czarnomorskiej. W tym zakresie flota „wisi” na Sewastopolu. Będą się więc rosjanie śpieszyć, ale czy Ukraińcy staną z boku z założonymi rękoma?

No chyba nie. Dziś w nocy znów zaatakowali rosyjskie instalacje wojskowe na okupowanym półwyspie, w pobliżu miasta Eupatoria. I tak jak wczoraj, uderzenie miało charakter kombinowany. Najpierw nad Krymem pojawiły się drony-kamikadze – rosjanie twierdzą, że zestrzelili wszystkie 11 maszyn. Dalszy przebieg wydarzeń przeczy tak wysokiej skuteczności; już wyjaśniam dlaczego. Ukraińcy przyznają, że drony miały wyeliminować radar współpracujący z baterią systemu S-400. Oślepienie rosjan pozwoliłoby zaatakować same wyrzutnie przy użyciu pocisków Neptun. „Wystrzeliliśmy dwa neptuny, skutecznie wykonały zadanie”, zapewniają ukraińskie źródła. Na zarejestrowanych przez mieszkańców Krymu filmikach widać potężny wybuch i serię eksplozji wtórnych – w mojej ocenie, wygląda to jak skutek trafienia co najmniej jednej wyrzutni S-400 (i samozapłon amunicji). Poczynienie takich szkód nie byłoby niemożliwe, ale na pewno mocno utrudnione, gdyby wcześniej nie wyeliminowano z walki radaru.

Czekamy na dalsze wieści i zdjęcia satelitarne.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Screen z filmu z zarejestrowaną eksplozją na przedmieściach Eupatorii.

Wakacje…

…od wakacji, czyli kilka krótkich wpisów, które popełniłem na Facebooku podczas urlopu. Załączam dla zachowania ciągłości relacji.

7 sierpnia 2023

Chwila wakacji od wakacji – i mały ukraiński komentarz.

W piątek Ukraińcom udało się poważnie uszkodzić jeden z rosyjskich okrętów desantowych. Jednostka wymaga bardzo poważnych napraw, niewykluczone, że już nie wróci do służby.

Skarpetkosceptyczni pożal się boże analitycy orzekli, że to sukces co najwyżej propagandowy, bo okręt leciwy (prawda), no i nie zatonął. (Pro)ukraiński internet radował się widokiem holowanego wraku, jakby chodziło o odebranie moskiewskiej flocie czarnomorskiej co najmniej połowy zdolności.

A patrząc na chłodno (z chłodnej, deszczowej i mglistej Małej Fatry)?

Graf. Google Maps

Zacznijmy od uporządkowania faktów. Przed inwazją moskale wzmocnili flotę w obszarze Morza Czarnego i Azowskiego o sześć okrętów desantowych należących do floty bałtyckiej i północnej. Oficjalnie jednostki wpłynęły na czarnomorski akwen z zamiarem wzięcia udziału w ćwiczeniach. Kilkanaście dni później maski spadły, zaczął się pełnoskalowy atak na Ukrainę. Dziś wiemy już, że desantowce planowano wykorzystać do ataku z morza na Odesę. Na skutek wielu czynników – przede wszystkim porażki uderzenia lądowego, które miało wspomóc desant oraz kompromitującej nieudolności marynarki wojennej rosji – okręty desantowe nawet nie zbliżyły się do odeskich wybrzeży.

Stąd opinie, że desantowce okazały się, i nadal są, bezużyteczne. Zatem ich atakowanie nie ma większego sensu.

Idźmy dalej. Ukraińcy od wielu tygodni prowadzą działania w terminologii wojskowej określane mianem izolowania pola walki. A po ludzku rzecz ujmując, odcinają ruskich na południu Ukrainy od stałego zaopatrzenia. Po to uszkodzono most krymski, po to atakowane są przeprawy łączące Krym z okupowaną częścią obwodu chersońskiego. Obecnie rosyjska logistyka jest w sytuacji skazańca, na szyi którego już mocno zacisnęła się pętla. Jeszcze jakoś łapie oddech, jeszcze ma pod nogami stołek, ale ma też atak paniki, za którym stoją realne powody.

Wobec postępującej niewydolności drogi przez Krym, moskalom zostają dwie opcje – przeniesienie ciężaru logistyki na korytarz lądowy, gdzie a. szosy są kiepskie, b. tory znajdują się w zasięgu ukraińskiej artylerii, i/lub wykorzystanie drogi morskiej. Teoretycznie mogą w tym celu użyć trzech portów – w Przymorsku, Berdiańsku i Mariupolu. Co zresztą w ograniczony sposób już robią.

A dlaczego w ograniczony? I tu jest pies pogrzebany. Morze Azowskie to płycizna, do wymienionych portów nie wejdą zbyt duże jednostki. Za to uczynią to dostosowane do operowania na płytkich akwenach okręty desantowe (w końcu ich zadaniem jest dostarczenie sił inwazyjnych jak najbliżej wybrzeża). Oczywiście użyte do transportu zaopatrzenia nawet wszystkie desantowce nie zniwelują problemów logistyki – są za małe i jest ich za mało. Niemniej pozwolą ruskim na płytki, ale zawsze oddech. Po niechybnym zerwaniu wszystkich przepraw drogowych – do czego ZSU konsekwentnie dąży – byłby to jedyny drożny kanał „oddechowy”.

Który Ukraińcy już teraz zamierzają „zatkać”.

Więc nie, ataki dronów morskich na okręty desantowe nie są „chodzeniem na łatwiznę”. Podobnie jak uderzenia rakietowe na instalacje portowe w Mariupolu czy Berdiańsku służą dalszej izolacji pola walki.

Zatem należy spodziewać się kolejnych takich incydentów. Za powodzenie których rzecz jasna trzymam kciuki.

—–

11 sierpnia 2023

Chwila wakacji od wakacji, część 2. – i odrobina refleksji po lekturze książki „Barbarossa. Jak Hitler przegrał wojnę” Jonathana Dimbleby’a. Rzecz jasna w ukraińskim kontekście.

Książka Jonathana Dimbleby’a. Skończyłem ją w mało-fatrzańskich okolicznościach przyrody.

Dimbleby należy do grona tych historyków, którzy uważają, że III Rzesza przegrała wojnę już w 1941 roku – mimo gigantycznych zdobyczy terytorialnych na wschodzie i zadaniu armii czerwonej monstrualnych strat w ludziach i sprzęcie. Sama decyzja o wojnie totalnej z sowietami była wyrokiem śmierci dla hitlerowskich Niemiec, niezdolnych do tak wielkiego wysiłku logistycznego; demografia, zasoby gospodarcze oraz przestrzeń na wejście premiowały ZSRR.

Nie zamierzam z tym dyskutować, bo nie taki jest zamysł wpisu (a i autor przekonująco snuje narrację). Pragnę zwrócić uwagę na co innego – na motywację do walki sowieckiego żołnierza. Dramatycznie niską w czerwcu 1941 roku i zdecydowanie wyższą już po kilku miesiącach zmagań. To ona, obok wspomnianych zasobów, ostatecznie zdecydowała o pokonaniu Niemców.

A piszę o tym, bo w publicystyce poświęconej współczesnej armii rosyjskiej często pojawia się argument „odrodzenia” – niczym z czasów wielkiej wojny ojczyźnianej – jakiemu ulega, czy też niebawem ulegnie, żołnierz putina. Który po tym przeobrażeniu będzie już nie do pokonania. Co oczywiste, taki obraz rysuje kremlowska propaganda (w tym jej lokalni przedstawiciele), ale ślady podobnego rozumowania odnajdujemy także w tekstach bynajmniej nie rusko-mirskich autorów. „Bo przecież już raz tak było, bo iwan, bo II wojna”.

Wróćmy zatem do tamtego czasu. Dimbleby wyszczególnia trzy elementy ostatecznie wysokiej motywacji sowieckiego żołnierza. Po pierwsze, świadomość czym jest niemiecka niewola, która dla żołnierzy Stalina oznaczała śmierć przez zagłodzenie, z ran czy wyczerpania. Jako drugą historyk wymienia brutalną opresyjność sowieckiego reżimu – kary śmierci za próby poddania się i dezercje (realizowane przez doraźne sądy i oddziały zaporowe) oraz rozszerzenie odpowiedzialności na rodziny wojskowych (odbieranie świadczeń, infamia). I wreszcie po trzecie, barbarzyński charakter wojny, narzucony przez Niemców, bez litości zabijających ludność cywilną i niszczących wszelką infrastrukturę; czyniących to w apokaliptycznych wymiarach. To wszystko niejako nie pozostawiało wyboru – żołnierz sowiecki, chciał czy nie, musiał walczyć.

A współczesny rosyjski? Czy budowanie analogii historycznej rzeczywiście ma sens?

Otóż nie istnieją obiektywne przesłanki, które pozwalałyby na odwzorowanie jeden do jednego. Niewola nie jest dla rosjan wyrokiem śmierci, ba, w wielu przypadkach oznacza lepsze warunki bytowe, niż zapewnia swoim żołnierzom rosyjska armia. Putinowski system, jakkolwiek opresyjny, nie karze śmiercią za „niegodne żołnierza” postępowanie. Wojna zaś toczy się w Ukrainie, bez szkody dla rosyjskiej ludności cywilnej, z minimalnymi szkodami dla rosyjskiej infrastruktury (choć coraz bardziej dotkliwymi dla kompleksu wojskowo-przemysłowego).

Ale…

Ale kremlowska propaganda rysuje kłamliwy obraz niewoli u Ukraińców, przekonując, że rosjan czeka tam na przykład status dawców narządów. Absurdalne to do spodu, ale – sądząc po stosunkowo małej liczbie poddających się moskali – chyba działa. Prawo przewiduje „zaledwie” 15 lat za oddanie się do niewoli, ale przypadki bandyckich rozliczeń z jeńcami (odzyskanymi po wymianie) – jak wagnerowskie rozwalenie młotem łba jednego z ex-jeńców – stanowią próbę nieformalnego szantażu. W socjologii określa się to mianem „terroru selektywnego”; dotyka on nielicznych, ale stanowi przykład dla całej populacji. I wreszcie ta sama propagandowa machina nieustannie przekonuje, że zasadniczym celem „spec-operacji” jest „wyzwolenie” rosyjskojęzycznych „braci i sióstr”, gnębionych przez ukraiński („nazistowski”!) reżim.

Tylko co z tej rzekomej paraleli wynika? Jedzie iwan do Ukrainy, gdzie strzelają do niego także rosyjskojęzyczni żołnierze ZSU. Owszem, natyka się na zadowolonych z „wyzwolenia” kolaborantów, ale głównie styka się z postawami miejscowych, lokującymi się między obojętnością a otwartą wrogością. Trudno na takiej bazie zbudować patriotyczną motywację. Dużo prościej podważać sens prowadzonych działań.

Zwłaszcza gdy w inny czynnik (nieujęty w rozważaniach Dimbleby’a) – świadomość imperialnej roli rosji – tak łatwo zwątpić. Bo cóż to za imperium, które ma tak fatalnie zorganizowaną armię?

Nie wierzę w „odrodzenie” rosyjskiego żołnierza. Mogłoby ono nastąpić, gdyby Ukraina (i NATO) rzeczywiście fizycznie zagroziła rosji; obce wojska wtargnęłyby na jej terytorium. Ale przecież nikt wjeżdżać im do kurnika nie chce. Nie sądzę, by motywacje rosjan dorównały tym ukraińskim. By walczyć z zaciekłością podobną czy większą niż obrońcy, agresorów musi coś „rozpalać”. Młodych żołnierzy Wehrmachtu niosła nazistowska ideologia, którą przesiąknięci byli do szpiku kości. Kremlowska propaganda staje na głowie, by w podobny sposób zainfekować swoich, ale półtora roku wojny to dość czasu, by na skutek takiej infekcji rusek zaczął „walczyć jak szatan”. Jeśli do tej pory nie zaczął, to już nie zacznie.

—–

12 sierpnia 2023

Wakacje od wakacji, część 3. – naprawdę króciutki komentarz.

Ukraińcy zaatakowali dziś most krymski. W tym celu użyli przestarzałych rakiet S-200 (nie da się wykluczyć, że z zapasu otrzymanego z Polski). „Dwusetka” to pocisk przeciwlotniczy, ale ZSU wykorzystuje przerobione rakiety do ataków ziemia-ziemia.

Skuteczność tego ustrojstwa jest taka-se, zakładam zatem, że Ukraińcy nie liczyli na skuteczne porażenie mostu. O co więc im szło? A najprawdopodobniej o zmuszenie do reakcji rosyjskiej obrony przeciwlotniczej. By móc rozpoznać na przykład jej rozmieszczenie. Co chyba się udało.

—–

14 sierpnia 2023

Chwila wakacji od wakacji, cz. 4., ostatnia – i krótki komentarz w temacie parady z okazji święta Wojska Polskiego. Pojawiają się bowiem głosy, że to niepotrzebne, kosztowne, odciągające armię od „prawdziwych” zadań. No i kojarzące się z prężeniem „sztucznie nadmuchanych” muskułów.

Nie znam bieżących badań opinii publicznej, poświęconych percepcji parady. Historycznie patrząc, tego rodzaju aktywność wojska bardzo się Polakom podobała. Znam mnóstwo osób, które jechały setki kilometrów, by oglądać przemarsze w stolicy, organizowane w ostatnich latach. Potężne tłumy gapiów – nie tylko na paradach, ale na wszelkiej maści wojskowych piknikach – również potwierdzają moją socjologiczną intuicję – że naród takiego kontaktu z wojskiem potrzebuje.

A armia jest od tego, by narodowi służyć.

Kilka dni bez poligonu – za to na ćwiczeniu defilady – na obniżenie zdolności wojska nie wpłynie. Może ją za to podnieść, bo pamiętajmy, że mamy armię ochotniczą, która musi nieustannie i na bieżąco przyciągać nowe kadry. W tym kontekście wojsko jest jak każdy pracodawca – opinia i oferowane warunki nie załatwiają w pełni sprawy; czasem trzeba sięgnąć po kampanie promocyjne. Publiczne pochwalenie się własnymi atutami – w tym przypadku nowoczesnym sprzętem – jest właśnie taką kampanią.

Oczywiście, zawsze można przyjąć postawę naiwnie pacyfistyczną i uznać, że świat bez wojen i wojska byłby lepszy. Ano byłby, gdyby wszyscy tak sądzili. Nie sądzą, co sprawia, że konieczność zbrojeń jest obiektywna. W warunkach geopolitycznych Polski nieusuwalna. Dla naszego dobra należy to czynić w oparciu o najlepszy, czyli zachodni sprzęt. Który ma mnóstwo zalet i jedną wadę – jest drogi. A składamy się na niego wszyscy. I wszyscy mamy prawo go zobaczyć. Z przyczyn oczywistych lepiej na paradzie niż na poligonie czy, nie daj boże, miejskim placu boju. Państwo płacą, państwo chcą wiedzieć za co.

No i państwo chcą też być z wojska dumni. Tak samo jak dumni jesteśmy z innych przejawów naszej zaradności, zamożności, wyjątkowości, szeroko rozumianej wpływowości i siły. Tak buduje się morale społeczeństwa. Jak jest ono istotne, przykład Ukrainy ilustruje znakomicie.

A skoro przy nim jesteśmy – jeden z moich Czytelników zwraca uwagę, że w Polsce parady nienajlepiej się kojarzą. „Najpierw nie oddamy ani guzika, a potem nie tylko guzik biorą. Guzik wychodzi. Inaczej to wygląda z Ukrainą obecnie. Miała paść w trzy dni” (cytat pochodzi z dyskusji, jaką prowadziłem na cudzym profilu).

Skojarzenia, o których wspomina Czytelnik, są faktem – i pojawiają się w głowach wielu Polaków. Moim zdaniem, to efekt komunistycznej propagandy, która brutalnie i nieuczciwie eksploatowała wątek „paradnego wojska II RP”. Z szablami na czołgi, przestarzała kawaleria itp. Tymczasem tamto Wojsko Polskie było armią, która w swej krótkiej historii pokonała bolszewickiego olbrzyma. I do wojny z tym olbrzymem się przygotowywała. Nieźle zresztą (czego opisanie wymagałoby odrębnego wpisu).

Uderzenie przyszło z Niemiec, z użyciem sił zbrojnych, które zaraz potem złamały potężniejsze od WP wojsko francuskie. Zatem w 1939 roku nie było większych szans na samotne wytrwanie – wzorem dzisiejszej Ukrainy – zwłaszcza po sowieckim ciosie w plecy. Wyobraźmy sobie – idąc tropem idiotów z Kremla, sugerujących takie zakusy – że ruskie atakują z północy, wschodu i południa, a korzystające z okazji WP wchodzi do zachodniej Ukrainy. Dziś byłoby już po herbacie, po niepodległym państwie ukraińskim.

No i z „Ukrainą wygląda inaczej” także dlatego, że WP oddało jej dużo więcej niż guzik; mam rzecz jasna na myśli transfer sprzętu i środków bojowych, który mocno wydrenował zasoby naszej armii. Słusznie, bo lepiej zabijać rosjan tam niż tu, ale uczciwość wymaga, by to poświęcenie podkreślić.

Ale istotnie, jest pewna analogia między obecną paradą, czy szerzej, propagandą „silni, zwarci, gotowi AD 2023”, a tym, co było tuż przed II wojną. Władza znów buduje nierealistyczne oczekiwania pośród obywateli. Wojsko jest w okresie transformacji, ma widoki na bycie naprawdę silnym, ale to pieśń przyszłości – najbliższych kilkunastu lat. I to przy założeniu, że uda się znaleźć sposób na kryzys demograficzny, który wprost przekłada się na możliwości rozbudowy armii. Obecnie, poza wybranymi elementami (np. siłami specjalnymi czy lotnictwem uderzeniowym), WP wcale nie jest silne, zwarte i gotowe. Twierdzenie, że jest inaczej, to gwałt na prawdomówności. Zupełnie niepotrzebny, bo Polacy przyjęliby do wiadomości, że wojsko jest w okresie przejściowym. Zwłaszcza że tym razem stoi za nami prawdziwy sojusz, a i potencjalny wróg wybił sobie zęby, na lata tracąc zdolność do większych operacji zaczepnych. Mamy więc trochę czasu…

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Przygotowania do defilady/fot. DGRSZ

„Wyjeżdżamy”

Moskwa znów dziś nie pospała…

Co najmniej trzy drony dokonały ataku na centrum rosyjskiej stolicy. Celem były budynki urzędów odpowiedzialnych za organizację władzy okupacyjnej na zajętych terenach Ukrainy oraz – przede wszystkim – farma trolli.

Wedle oficjalnych danych, nikt nie zginął – decydujące znaczenie miała tu pora ataku (poza godzinami pracy), zdaje się, że celowo wybrana przez Ukraińców.

Ale bez lęku się nie obyło. Na jednym z udostępnionych filmików widać eksplozję, której towarzyszy zawodzenie jakiejś dziewczynki.

– Boję się.
– Nie bój się, jutro wyjeżdżamy – uspokaja córkę matka.

Nie mam pojęcia, co ta para robiła wczesnym rankiem w centrum biznesowo-administracyjnym. I ani myślę naigrywać się ze strachu dziecka. Lecz ów dialog jest dla mnie znamienny. Tak rosjanie, nie będzie potrzeby się bać – jeśli jutro wyjedziecie. Z zajętych terytoriów Ukrainy, w diabły, do siebie. Nikt na wasz kurnik czyhać nie zamierza, będziecie tam bezpieczni…

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -