Propagandyści

„Błogosławiona przez was rakieta trafiła prosto w największą świętość: ołtarz”, napisał Wiktor, wikariusz eparchii odeskiej Ukraińskiego Kościoła Prawosławnego Patriarchatu Moskiewskiego (UKPPM) do patriarchy cyryla. Formalnie zatem jest to list do najwyższego zwierzchnika, wysłany po tym, jak rosyjska rakieta zniszczyła Sobór Przemienienia Pańskiego w Odesie.

Wojna z rosją ma także wpływ na organizację życia religijnego w Ukrainie. Tamtejsza Cerkiew – Kościół Prawosławny Ukrainy (KPU) – w 2018 roku zerwała z podległością wobec Moskwy, ale w kraju nadal funkcjonuje odłam – wspomniany UKPPM – uznający przywództwo cyryla. Rozłamowi towarzyszą poważne napięcia, włącznie z oskarżeniami o kolaborację, wysuwanymi przez wiernych KPU. Nie są to zarzuty bezpodstawne, bo wielu duchownym UKPPM udowodniono działalność agenturalną na rzecz rosji, tym niemniej względna popularność „starej” Cerkwi nie ma silnego związku z prorosyjskimi sympatiami. Wielu wiernych przynależy do UKPPM raczej z przyzwyczajenia niż z wyboru światopoglądowego (co piszę świadom uproszczenia, ale nie czas i miejsce na rozważania z zakresu socjologii religii).

Podział na Kościół „nasz” (ukraiński) i „ich” (moskali) na dobre zakorzenił się w społecznej wyobraźni Ukraińców. Jednym z jego skutków jest obojętność – a czasami wręcz zadowolenie – części mieszkańców Ukrainy, wyrażane w obliczu rosyjskiego barbarzyństwa, kiedy ofiarami padają funkcjonariusze „Kościoła moskiewskiego” czy „moskiewskie” obiekty sakralne. „Uderzyli w swoich”, sam usłyszałem coś takiego w Odesie, gdy w marcu tego roku lokalny wolontariusz opowiadał mi o ataku rakietowym, w którym rannych zostało trzech duchownych. I nie mówił tego ze smutkiem.

I dlatego właśnie zniszczenie Soboru Przemienienia Pańskiego w Odesie – trafionego rakietą w nocy z soboty na niedzielę – nie rezonuje w Ukrainie tak mocno, jak mogłoby rezonować uderzenie w obiekt sakralny. Co nie zmienia faktu, że dla wiernych UKPPM to sytuacja wywołująca co najmniej konfuzję – czego najlepszym przykładem fragment listu wikariusza Wiktora.

A nuż skończy się to kolejnymi odejściami ze „starej” Cerkwi.

Dla rosyjskiej propagandy to sytuacja wyjątkowo niezręczna, kremliny bowiem ogrywają wewnętrzny podział religijny w Ukrainie zgodnie z własnym interesem. Członków UKPPM przedstawiając jako wspólnotę prześladowaną za wiarę i prorosyjskość. „Swoich”. A tu jep!, rosyjska flota wrzuca im rakietę w uświęcone miejsce. Zapewne nie z premedytacją, a na skutek legendarnej celności rosyjskich środków rażenia, no ale „mleko się rozlało”. Co robią spece od przekazu? Odwracają kota ogonem. Twierdzą, że w świątynię trafiła ukraińska rakieta przeciwlotnicza. I przedstawiają świadectwa, jak relacja rzekomego świadka: „Jestem z Odesy i widziałem jak ukraińska rakieta trafiła w Sobór Przemienienia Pańskiego (…). Bardzo mnie to zasmuciło. Świecie, usłysz nas, ZSU nas zabija”, czytamy. Ta narracja przedostała się również do Polski, kolportowana przez prokremlowskich aktywistów medialnych i całą masę naiwnych „użytecznych idiotów”. Tymczasem nie ma żadnych dowodów wskazujących na taki scenariusz.

Ale załóżmy na moment, że tak właśnie było – że ukraińska antyrakieta z jakiegoś powodu nie dosięgła pierwotnego celu i uderzyła w świątynię (bądź na cerkiew spadły jej szczątki i wywołały pożar). Wówczas warto się zastanowić nad pewną kwestią: co mianowicie nad Odesą robiła rosyjska rakieta? Przyleciała w podróż krajoznawczą?

Ano właśnie…

Dla uzupełnienia obrazu dodam, że w weekend na skutek rosyjskich ostrzałów zniszczono w Odesie 25 zabytków, będących częścią historycznej zabudowy, wpisanej na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

—–

O tym, że ich kraj znajduje się w stanie wojny, nad ranem mogli się przekonać mieszkańcy Moskwy. Co najmniej dwa ukraińskie drony – a mówi się również o czterech – nadleciały nad kompleks budynków należących do rosyjskiego ministerstwa obrony. Oczywiście rosjanie chwalą się, że obezwładnili maszyny „bronią elektroniczną” (rodzajem zagłuszarek, które „oślepiły/ogłupiły” systemy dronów?), niemniej jedna z nich uderzyła w budynek (a wedle innych źródeł w sąsiedni obiekt) należący do wywiadu wojskowego. A ściślej do filii zajmującej się cyberprzestępczością, czyli także przeprowadzaniem ataków hakerskich.

Niezależnie od tego, czy taki był cel bezzałogowców-samobójców, niezależnie też od zakresu poczynionych szkód, poranny atak zasługuje na więcej uwagi. Oto bowiem znów duże ukraińskie drony dalekiego zasięgu wleciały nie niepokojone nad rosyjską stolicę. Gdzież ta słynna „bańka antydostępowa” Moskwy? Co robiła OPL na dystansie kilkuset kilometrów dzielących terytoria ukraińskie od miasta? Kolejna ukraińska eskapada potwierdza, że rosjanie zdekompletowali krajową obronę przeciwlotniczą, przesuwając część sprawnych systemów na front i w miejsca notorycznie narażone na ataki, w ten sposób kompensując wcześniej poniesione straty. Być może czas, towarzysze, wykonać ruch w drugą stronę, bo jak wam spalą ministerstwo obrony, to dopiero będzie ból…

—–

I na koniec jeszcze jedna kwestia, sprowokowana Waszymi pytaniami o mój stosunek do opisanych wydarzeń. W czwartek zginął w Ukrainie niejaki michaił łuczin, w sobotę zaś rostisław żurawliow. Pierwszy to znany bloger militarny („misza na Donbasie”), drugi – „korespondent wojenny” agencji RIA Novosti. Obydwaj ponieśli śmierć w wyniku ukraińskich ostrzałów artyleryjskich, łuczin w okolicach Doniecka, żurawliow na Zaporożu.

Nikt celowo do nich nie strzelał – ogień artylerii wymierzony był w rosyjskie oddziały, którym łuczin i żurawliow towarzyszyli. I nie, nie ma we mnie ani krzty współczucia, które mogłoby być skutkiem własnych zawodowych doświadczeń. Ci goście bowiem nie zasługiwali na miano reporterów – byli jedynie narzędziami, które pod przykrywką dziennikarskiej aktywności służyły do rozsiewania kremlowskiej propagandy i dezinformacji. Dziennikarz może mieć swoje sympatie (nie musi być obiektywny w ocenie stron konfliktu), jednak kłamać mu nie wolno – ci zaś kłamali jak najęci, zwłaszcza o rzekomych neonazistowskich ekscesach w armii ukraińskiej (w tym celu wielokrotnie sięgając po spreparowane artefakty). Nade wszystko jednak brali aktywny udział w działaniach zbrojnych – żurawliow przyłączył się do donbaskich „separatystów” jeszcze w 2014 roku, łuczin blogowanie łączył z ochotniczą służbą w jednostce dronowej.

Więc to nie byli moi (młodsi i aktywni) „koledzy po fachu”.

Jedna rzecz mnie tylko w kontekście tych śmierci zasmuca – że rosjanie mają teraz pretekst, by strzelać do dziennikarzy po drugiej stronie. Prawdziwych, którzy narażają życie i zdrowie, by rzetelnie relacjonować ten konflikt. Chociaż tak po prawdzie – czy oni potrzebują pretekstu?

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Jakubowi Wojtakajtisowi, Magdalenie Kaczmarek Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Przemkowi Piotrowskiemu, Michałowi Strzelcowi i Andrzejowi Kardasiowi. A także: Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Michałowi Wielickiemu, Monice Rani, Jarosławowi Grabowskiemu, Bożenie Bolechale, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Jakubowi Dziegińskiemu, Radosławowi Dębcowi, Dorocie Barzan, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Mateuszowi Jasinie, Remiemu Schleicherowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Bernardowi Afeltowiczowi, Justynie Miodowskiej, Mateuszowi Borysewiczowi, Marcinowi Pędziorowi i Sławkowi Polakowi.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatniego tygodnia: Joannie Cz., Wojciechowi Bardzińskiemu, Czytelnikowi Andrzejowi i Tomaszowi Jakubowskiemu (za małe wiaderko kawy).

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

Nz. „Gieroje” w postaci tzw.: gruzu 200 wracający do domu. Zdjęcie bez ścisłego związku z treścią postu, ale nie chciałem, by umknęło Waszej uwadze…/fot. rosyjski Telegram

(Samo)zaduszanie

Dobrze wchodzić w nowy tydzień z dobrymi wiadomościami. Część z nich spłynęła już w weekend, część nad ranem; wszystkie świadczą o kłopotach rosjan.

Zacznijmy od mostu krymskiego, zaatakowanego dziś o 3.00 w nocy przez Ukraińców. Co na ten temat wiemy? Znamy skutki uderzenia – w jego wyniku zarwała się jedna z nitek przeprawy drogowej. Sądząc po szczegółach uszkodzeń (widocznych na upublicznionych zdjęciach), do eksplozji doszło pod mostem, co uprawdopodabnia doniesienia, wedle których w operacji użyto nawodnych dronów. Wczoraj kilka takich jednostek – w towarzystwie maszyn latających – pojawiło się w pobliżu portu w Sewastopolu, będącego dużą bazą marynarki wojennej rosji. Nie wiemy, jakie miały cele, rosjanom bowiem udało się zniszczyć wszystkie drony. Niewykluczone jednak, że atak miał charakter pozorowany – był jedynie odwracającym uwagę moskali wstępem przed nocnymi działaniami w cieśninie kerczeńskiej. Jeśli tak to wyglądało, ukraińska „maskirówka” odniosła sukces.

Sukces – trzeba to podkreślić – o ograniczonej skali. Most krymski to wąskie gardło rosyjskiej logistyki, zaopatrującej oddziały walczące na Zaporożu. Teraz na jakiś czas stanie się jeszcze węższe. Konstrukcja przeprawy składa się z modułów – wymiana uszkodzonych nie powinna nastręczać gigantycznych problemów. Lecz i tak zajmie co najmniej kilkanaście dni, najpewniej kilka tygodni, i to akurat w trakcie nasilonych działań bojowych na południu Ukrainy. Kłopoty rosjan z zaopatrzeniem tylko się zaostrzą, ale nie oczekujmy cudów – raczej nie na tyle, by doszło do „zaduszenia”. Sprawna pozostaje druga nitka przeprawy drogowej, no i przede wszystkim kolejowa część mostu. A rosyjska logistyka bazuje głównie na transporcie kolejowym.

Gwoli uczciwości warto jednak zadać pytanie: w jakim stanie są zapasy rosyjskich oddziałów na Zaporożu? Jeśli w fatalnym – za czym przemawia wiele relacji jeńców – nawet nieznaczne obniżenie dostaw może mieć kluczowe znacznie. Zwłaszcza gdyby Ukraińcy wzmogli presję, zmuszając moskali do większego zużycia amunicji i paliw. Ale to wariant bardzo optymistyczny.

Okolicznościowa grafika

Na pewno częściowe wyłącznie z ruchu mostu krymskiego utrudni życie cywilnym rosjanom. Wiem, że niektórym wydaje się to nieprawdopodobne, ale mieszkańcy moskowii dalej wyjeżdżają na Krym na wakacje. A sezon w pełni. Ruch turystyczny nie jest tak duży jak w minionych latach, więc przedsiębiorcy z branży mamią ludzi 40-procentowymi obniżkami. Mimo znamion (para)wojennej turystyki, każdego dnia tysiące chętnych przybywa na półwysep. Teraz mają problem, by się zeń wydostać – a inni zainteresowani, by nań wjechać – władza tymczasem zachęca poddanych do skorzystania z „mostu lądowego”, czyli przejazdu przez terytoria zajęte po 24 lutego 2022 roku. Generałom włosy jeżą się na głowach, bo cywilny ruch to dodatkowe przytkanie wojskowej komunikacji. Na ich szczęście cywilni moskale niespecjalnie garną się do podróży przez teren będący w zasięgu ukraińskiej artylerii.

Warto odnotować, że atak na most zaktywizował lotnictwo rozpoznawcze NATO. Dziś nad ranem w rejonie Krymu operowały aż trzy samoloty – jeden załogowy i dwa drony. Biorąc pod uwagę, jak blisko brzegu (de facto granicy wód międzynarodowych) latały, możemy mówić o prztyczku w nos rosjanom. Kolega lepiej niż ja obeznany w tematyce lotniczej stwierdził, że jego zdaniem – właśnie z uwagi na tę bliskość – maszynom rozpoznawczym musiały towarzyszyć samoloty obstawy (których na cywilnym rejestratorze lotu nie zobaczymy). Jeśli tak, w tle akcji z mostem mielibyśmy całkiem niezgorszy natowski show of force. Jak zły musiał być poranek „ćmy bunkrowej” putina, możemy się tylko domyśleć.

Smutny poranek mają również rosyjscy mil-blogerzy i wszelkiej maści skarpetkosceptycy, z podziwem spoglądający na rosyjską armię. Oto bowiem – można to już napisać bez cienia wątpliwości – trwa w niej festiwal niesubordynacji i kadrowa czystka. Buntują się uznani w wojsku generałowie, czyści ich kierownictwo sił zbrojnych i resortu obrony. Dziś nad ranem rosyjskie źródła doniosły, że dowódca 7. Dywizji Desantowo-Szturmowej gen. aleksandar kornew oraz generał pułkownik michaił tepliński, który od czerwca 2022 roku pełni funkcję dowódcy sił powietrznych federacji, zostali odwołani ze swoich stanowisk. Panowie dołączyli do grona innych wysokich rangą oficerów: dowódcy 58. Armii gen. iwana popowa (odwołanego w zeszłym tygodniu) oraz dowódcy 106. Dywizji Powietrznodesantowej gen. władimira seliwerstowa (poleciał w weekend). W rosyjskich mediach pojawiły się też informacja o aresztowaniu dowódcy 90. Dywizji Pancernej gen. ramila ibatullina.

Jak wylicza „The Moscow Times”, od końca czerwca br. zawieszonych zostało 15 najwyższych rangą rosyjskich oficerów, a kolejne 13 osób zatrzymano w celu przesłuchania. Wśród nich znalazł się m.in. gen siergiej surowikin i jego zastępca andriej judin. Przydybano także gen. władimira aleksiejewa, pierwszego zastępcę szefa Głównego Zarządu Wywiadowczego (dawnego GRU). O ile judin i aleksiejew zostali później zwolnieni, o tyle los surowikina oraz wiceministra obrony narodowej generała pułkownika michaiła mizincewa pozostaje nieznany.

Dymisje i zatrzymania są wprost związane z puczem prigożyna oraz ze skutkami, jakie wywołał. Poddanie w wątpliwości kompetencji ministra obrony szojgu oraz szefa sztabu generalnego gierasimowa – co uczynił boss grupy Wagnera – jakkolwiek dla progożyna skończyło się wysyłką w niebyt, zachęciło jednocześnie rosyjskich generałów do otwartej krytyki. Duet szojgu-gierasimow sygnalizuje, że nie zamierza odpuszczać buntownikom – stąd takie a nie inne decyzje kadrowe. Nie wiem, jaka jest w tym rola putina, formalnie w każdym razie kierownictwo resortu i armii musi działać z jego upoważnienia. Jeśli putin rzeczywiście jeszcze rządzi, decyduje się na czystki w armii dla ochrony „swoich” – szojgu i gierasimowa. Ale możliwe, że karty rozdaje ta dwójka, a putin de facto stał się figurantem. Tak czy inaczej, cierpi na tym kwiat rosyjskiej armii, bo większość „posadzonych na dupie” to kompetentni oficerowie. Cenieni przez podwładnych, co jest o tyle istotne, że może oznaczać niesubordynacyjną reakcję łańcuchową.

Powtórka z 1917 roku jawi się gdzieś na horyzoncie…

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Przemkowi Piotrowskiemu, Michałowi Strzelcowi, Andrzejowi Kardasiowi i Jakubowi Wojtakajtisowi. A także: Jarosławowi Grabowskiemu, Bożenie Bolechale, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Jakubowi Dziegińskiemu, Radosławowi Dębcowi, Dorocie Barzan, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Mateuszowi Jasinie, Remiemu Schleicherowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Bernardowi Afeltowiczowi, Justynie Miodowskiej, Mateuszowi Borysewiczowi, Marcinowi Pędziorowi, Sławkowi Polakowi, Patrycji Złotockiej, Michałowi Wielickiemu i Monice Rani.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatniego tygodnia: Radosławowi Gajdzie, Michałowi Wacławowi i Jarkowi Hryszko.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

Nz. Zniszczenia mostu krymskiego/fot. rosyjski Telegram

„Terroryzm”

Gęsto nad Kijowem, gęsto nad Moskwą…

Nad ranem mieszkańcy rosyjskiej stolicy mieli okazję po raz pierwszy w pełni doświadczyć lęku, regularnie doznawanego przez kijowian od lutego ubiegłego roku. Oto bowiem na moskiewskim niebie pojawiło się co najmniej kilkanaście dronów (niektóre źródła mówią o ponad 30 maszynach). Nie była to pierwsza wizyta ukraińskich bezpilotników w tej części rosji, ale wcześniejsze przyloty (nie licząc ewidentnej rosyjskiej prowokacji z uderzeniami w Kreml) miały charakter rozpoznawczy bądź demonstracyjno-propagandowy („możemy wam wylądować, gdzie nam się żywnie podoba”, komunikowali ruskim Ukraińcy). Co najmniej dwa przypadki (z przełomu zimy i wiosny) użycia dronów bojowych z zamiarem uderzenia w cele w Moskwie zakończyły się niepowodzeniem – maszyny rozbiły się/zostały zestrzelone na odległych rubieżach metropolii. Dziś tymczasem wdarły się nad nią bez większych problemów, choć rzecz jasna ministerstwo obrony federacji raportuje sukces. Dzielna stołeczna OPL miała zestrzelić pięć bezpilotników, trzy pozostałe spadły na skutek generowanych przez rosjan zakłóceń.

Eksplozji było jednak znacznie więcej, niż by to wynikało z tego zestawienia, zatem twierdzenia o ośmiu dronach można włożyć między bajki. Chyba że spanikowana obrona posłała w niebo nieadekwatną liczbę rakiet (ładowała z czego i gdzie popadnie), które nie trafiwszy w cel, spaść gdzieś musiały (one, a raczej ich szczątki po samozniszczeniu). Miasto rozległe, więc efektowne upadki miały miejsce na jego obszarze.

Co ciekawe, większość wybuchów odnotowano w południowo-zachodniej części Moskwy, w tak zwanej Rublówce bądź jej sąsiedztwie. Już od czasów Stalina mieszka tam rosyjska elita polityczno-biurokratyczno-wojskowa, do której za Jelcyna i putina dołączyła śmietanka biznesowo-oligarchiczna. „Szyszki” zajmują zwykle okazałe rezydencje, pośledniej wagi personel mafijno-państwowej struktury zasiedla wielopiętrowe apartamentowce. Na ujawnionych w rosyjskich mediach zdjęciach i filmikach widać zniszczenia na górnych kondygnacjach jednego z takich budynków.

Ministerstwo obrony federacji orzekło, że takie działania „charakteryzują reżim kijowski jako międzynarodowych przestępców, których należy osądzić!”. Niejaki andriej kartapołow, szef komitetu obrony dumy państwowej, nazwał atak dronów „aktem zastraszania ludności cywilnej”. Zaś pieskow, rzecznik Kremla, był łaskaw zauważyć, że „kierowanie piekielnych maszyn na spokojne miasta jest nieludzkie”. Dodał przy tym, że ukraińskie uderzenie dronami było odwetem Kijowa za niedzielny atak rosji na jeden z – jak to ujął – „ośrodków decyzyjnych” w Ukrainie.

Cóż, atakowanie cywilów to istotnie terroryzm, ale nie sposób wykazać, że Ukraińcy takie intencje mieli. Tu zresztą sami rosjanie zapętlili się w swojej narracji, bo jeśli rzeczywiście wszystkie drony zestrzelili (sprowadzili na ziemię), to uszkodzenia budynków są efektem upadku szczątków (rakiet i bezpilotników), nie zaś celowych działań. Oczywiście, jest jeszcze kwestia „bezspornego ryzyka” – świadomości, że posłanie dronów musi wywołać reakcję OPL, a ta może przynieść straty uboczne; Ukraińcy tę świadomość mieli, ale u licha, nie oni tę wojnę zaczęli i nie można od nich oczekiwać, że będą siedzieć z założonymi rękoma, gdy rosja – dzień po dniu – bombarduje ich miasta, zupełnie nie przejmując się losem cywilów. Jako ci cywilizowani, winni Ukraińcy redukować ryzyko ofiar pośród ludności cywilnej, nie tylko własnej, ale i wrogiej. I generalnie tak się dzieje, także w tym konkretnym przypadku. Przynajmniej część dronów wysłanych nad Moskwę nie była uzbrojona. One miały tylko przelecieć nad rosyjską stolicą – zwłaszcza jej „wrażliwą” częścią – by wywołać u rosjan odpowiedni efekt psychologiczny. Wystraszyć, zasiać (kolejne!) ziarno wątpliwości w możliwości reżimu, który obiecuje poddanym bezpieczeństwo.

Kropla drąży skałę – w którymś momencie rosjanie mogą porzucić schemat funkcjonowania niewolnika i nie wybaczyć władzy kolejnej wpadki. Albo władza może w reakcji popełnić jakiś kardynalny błąd. Za dobrą analogię może tu posłużyć rajd Doolittle’a – przeprowadzony 18 kwietnia 1942 roku pierwszy nalot bombowy na terytorium Japonii podczas II wojny światowej. Wykonano go na granicy możliwości technicznych amerykańskiej marynarki (kwestia zasięgu startujących z lotniskowca samolotów), siłą zaledwie 16 maszyn. Zrzucone wówczas bomby wyrządziły Japończykom symboliczne szkody, ale szok wywołany atakiem był tak powszechny i tak silny, że wymusił na japońskim kierownictwie tragiczną w skutkach decyzję o ataku na wyspę Midway. Przypomnijmy, cesarska flota, zwłaszcza zaś lotnictwo pokładowe, dostała tam wpierdziel, z którego już nigdy się nie podniosła.

Ukraińcy właśnie udowodnili, że mają zdolność głębokiej penetracji rosyjskiego zaplecza. A dron śmigający nad Rublówką to nie to samo, co bezpilotnik uderzający w skład paliw w Chujrzecku czy innej ruskiej pipidówie. Zapewne więc usłyszymy jeszcze o kolejnych dronach nad Moskwą, testujących rosyjskie nerwy i stołeczną OPL.

Jak na razie jednak trwa testowanie kijowskiej obrony powietrznej – kolejna noc i poranek upłynęły w ukraińskiej stolicy pod znakiem rosyjskich uderzeń rakietowo-dronowych. Widać, że moskale starają się przeciążyć ukraińskie systemy obronne. Sądząc po propagandowych doniesieniach, już ten cel osiągnęli. Jeden z „dowodów” szerują od wczoraj (pro)rosyjskie konta, także w naszej info-sferze. Składają się nań zdjęcia satelitarne lotniska Żuliany w Kijowie, gdzie mają stacjonować przekazane Ukraińcom patrioty. Pierwsza fotografia jest z 15 maja, druga rzekomo z 18-ego – ich porównanie pozwala niby dostrzec efekty rosyjskiego uderzenia rakietami Kindżał, do którego doszło 16 maja. Mowa o „dwóch lejach o promieniu kilkudziesięciu metrów”, z których jeden to skutek bezpośredniego trafienia w wyrzutnię Patriot. No więc krzywię usta ze śmiechu, przyglądając się tak niepełnosprytnej próbie konfabulacji. Obejrzyjcie oba zdjęcia jedno po drugim – widzicie to, co ja? Tę samą fotografię, poddaną słabiutkiej obróbce (filtr na jednej odsłonie, „wyciągnięte” piksele w miejscach rzekomych trafień w drugiej). Urzekł mnie zwłaszcza pociąg po lewej – trzy dni minęły, a on wciąż w tym samym miejscu. „Nie drgnął, kurwa, nawet o metr”, zauważył jeden z moich kolegów, biegły w wyciąganiu wywiadowczych wniosków. Niby fachura, a nie wie, że pociągi na zdjęciach się nie ruszają…

Tyle tytułem komentarza do kolejnego sowieckiego „sukcesu”.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Skutki dzisiejszego ataku na Kijów. Wrzucam jako przeciwwagę dla obrazków z Moskwy/fot. Центр стратегічних комунікацій та інформаційної безпеки

„Zniknięci”

Rodzimi skarpetkosceptycy nadal w bezsilnej złości tupią nóżkami i wrzeszczą: „ale rosja odniosła wielkie zwycięstwo, nie możecie temu zaprzeczyć, że zdobyła Bachmut!”. No, zdobyła. A wczoraj wieczorem i dziś rano spadochroniarzy wchodzących na luzowane przez wagnerowców pozycje pokryła silnym ogniem ukraińska artyleria. Co ciekawe, chłopcy z WDW, którzy zastępują chłopców prigożyna, mają z ukraińską artylerią paskudne doświadczenia – mówimy bowiem o tych samych oddziałach, które na początku inwazji wzięły w skórę na płycie lotniska w Hostomelu. Niewielu weteranów tamtej misji przetrwało do dziś – rosja wszak szafowała życiem swoich najlepszych żołnierzy, jakby w każdej chwili można ich było zastąpić równie wartościowym wsadem – no ale tym, którzy pamiętają nieudany desant, zafundowano paskudne deja vu. Tyle dobrego – patrząc z perspektywy ruskich bojców – że ruiny miasta to jednak nie to samo, co odkryte lądowisko. Ale widoki na przyszłość i tak chujowe.

A skoro o widokach i wagnerowcach mowa – wczoraj trzydziestu z nich, korzystając z zamieszania, jakie towarzyszy relokacjom w Bachmucie, wzięło się i dało nogę. Nie że po prostu uciekło – oni drapnęli ciężarówkę, pick-upa, zamordowali dwóch cywilów i zastrzelili trzech żołnierzy. A potem zapadli się pod ziemię – o czym w dramatycznym tonie donoszą sami rosjanie. Suka-bladź! – rzeknie jeden z drugim. No ale cóż, tak się kończy werbowanie kryminalistów. Panowie zapewne obawiali się, że legalny powrót do rosji wcale nie skończy się dla nich dobrze – przyobiecanym darowaniem reszty wyroków. Wzięli więc sprawy w swoje ręce, a że to łapy nawykłe do przemocy – jest jak jest. Prigożynowe zeki urywały się już wcześniej, ale po raz pierwszy mamy do czynienia z tak liczną jednorazową dezercją. Hołubieni kilka dni temu przez putina „bohaterowie” zapewne zechcą wrócić do ojczyzny i „pójść w tajgę”. Uda im się czy nie, pewnie jeszcze o nich usłyszymy.

„Ni widu, ni słychu!”, mamiła wielbicieli ruskiego miru kremlowska propaganda. Raz donosząc, że już nie żyje, innym razem, że jeszcze dycha, ale koniec jest bliski, ostatnio zaś, że przeżył, lecz egzystuje w trybie mocno zwarzywionym. Idzie o Walerego Załużnego, dowódcę Sił Zbrojnych Ukrainy, trafionego pod Bachmutem, innym razem w Pawłohradzie, a wedle jeszcze innej wersji w Kijowie, w trakcie „zuchwałego ataku rakietowego” na kwaterę główną ZSU. Miał generał pożegnać się z życiem, a co najmniej ze zdrowiem, na początku maja; wtedy to pojawiły się pierwsze ruskie wrzutki. Jedna z nich – jakkolwiek wizualnie wyjątkowo nieprzyjemna – rozbawiła mnie szczególnie. Skadrowały bowiem orki zdjęcie żołnierskiego trupa, pokazując nadpsutą twarz od biedy podobną do wizerunku ukraińskiego wodza. Problem w tym, że na oryginale – dostępnym w sieci, jak wiele innych fotografii dokumentujących tę wojnę – nieboszczyk ma na ramieniu wstążkę świętego Jerzego. Jest więc martwym rosjaninem – zresztą bardzo konkretnym, zidentyfikowanym – nie zaś najważniejszym generałem Ukrainy.

Nie wiem, jakie wydarzenie dało początek plotkom, ale sprzyjała im publiczna nieobecność Załużnego. Gdy dobiła do niemal trzech tygodni i ja zacząłem się z lekka niepokoić. Propaganda moskali to wypełniony gównem strumień, ale czasem przemyka tam coś informacyjnie wartościowego. Ziarno prawdy, jak to zwykło się mówić. Szczęśliwie nie tym razem. „Ataman” żyje, ma się dobrze – mogliśmy się o tym przekonać wczoraj. Wygląda jakby nieco chudziej, ale bez wyraźnych śladów urazów czy choroby. Na świecie nie znajdziemy obecnie oficera tej rangi, który miałby na głowie więcej niż Załużny – chyba nie ma sensu szukać innych niż ten powodów absencji i prezencji generała.

Pozostając przy wątku „znikniętych” – kilka dni temu Ukraińcy zaatakowali dronami morskimi rosyjski okręt zwiadowczy „Iwan Churs”. Stało się to tuż po tym, jak jednostka wpłynęła na Morze Czarne przez cieśninę w Bosforze. Wedle zapewnień ministerstwa obrony rosji, wszystkie trzy bezzałogowce zostały zniszczone. Na dowód rosjanie pokazali moment eksplozji i zatopienia jednego z dronów. Następnego dnia Ukraińcy opublikowali własny film, na którym widać, że co najmniej jeden z morskich bezzałogówców uderzył w burtę rosyjskiego okrętu. Kadr przeciwko kadrowi, tyle że „Iwan Churs” już dawno winien być w Sewastopolu – a nadal go tam nie ma. Jeden z ruskich mil-blogerów opublikował właśnie zdjęcia i filmik, które mają ilustrować dotarcie jednostki na Krym. Rzecz w tym, że w tej części półwyspu jest dziś piękna słoneczna pogoda, są więc powody, by wątpić w prawdziwość tego materiału. Nie przesądzam, ale życzyłbym sobie, aby „Iwan Churs” dołączył do krążownika „Moskwa” – ten były czarnomorski flagowiec stał się ostatnio lotniskowcem, gdy do morza zanurkował rosyjski myśliwiec Su-35 (poczęstowany uprzednio rakietą przez ukraińską OPL). Lotniskowce zaś dobrze się czują w towarzystwie okrętów zwiadowczych.

Niestety, dronami posługują się również rosjanie. Dziś w nocy znów mieliśmy do czynienia ze zmasowanym atakiem na ukraińskie miasta przy użyciu szahidów. Regułą stało się już, że poranny przylot samolotu transportowego irańskich sił powietrznych do Moskwy – z nieujawnionym oficjalnie ładunkiem – oznacza przeprowadzony kilkanaście godzin później rosyjski nalot. Jakie stąd wnioski? Ano rosjanom nie udało się namówić Irańczyków do przeniesienia produkcji szahidów do rosji. Zaś produkcja w Iranie wystarcza jedynie na pokrycie bieżącego zapotrzebowania. Płytkie to źródełko i chyba czas, żeby w końcu wyschło. Iran to kolega rosji, ale możliwości kumpli Ukrainy są deczko większe…

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Selfiak wodza ZSU

„Zamach”

Władze rosji twierdzą, że dziś w nocy doszło do ataku dwóch ukraińskich dronów na Kreml. Kijów wypiera się odpowiedzialności za incydent, Moskwa publikuje filmik, na którym widać eksplozję tuż nad jedną z kremlowskich wież.

„Działania te traktujemy jako planowany akt terrorystyczny i zamach na prezydenta, przeprowadzony w przededniu dnia zwycięstwa, parady 9 maja, na której planowana jest również obecność gości zagranicznych. W wyniku tego aktu terrorystycznego prezydent nie został ranny. Harmonogram jego pracy nie uległ zmianie, toczy się jak zwykle. Strona rosyjska zastrzega sobie prawo do podjęcia działań odwetowych tam, gdzie i kiedy uzna to za stosowne” – czytamy w oświadczeniu, pod którym podpisał się pieskow, rzecznik putina.

Nie podejmę się jednoznacznej oceny, czy mamy do czynienia z rzeczywistym ukraińskim atakiem czy z rosyjską prowokacją. Chciałbym tylko zauważyć, że prezydent Wołodymyr Zełenski przebywa w Finlandii i zwyczajnie nie chce mi się wierzyć, by pod jego nieobecność przeprowadzono tak spektakularną akcję. Teoretycznie zamach mógłby spowodować gwałtowną reakcję rosjan – żaden odpowiedzialny głównodowodzący nie ryzykowałby nieobecności w kraju w takim momencie. Oczywiście, możemy rozważać, na ile odpowiedzialny jest Zełenski – ale dla mnie to puste dywagacje (ten facet nie musi już nikomu niczego udowadniać – że tak to ujmę). Można też zastanawiać się, czy głowa ukraińskiego państwa sprawuje realną kontrolę nad wszystkimi swoimi służbami (czy ktoś przypadkiem – z różnych pobudek – nie działał za jego plecami)? Dopuszczam taki scenariusz jako możliwą hipotezę, na poparcie której nie dysponuję żadnymi informacjami.

Gwoli rzetelności trzeba jednak zauważyć, że na ten moment Ukraińcy mają mnóstwo propagandowych korzyści z tego, co wydarzyło się nad Kremlem. Bo choć drony zestrzelono, stało się to w ostatniej chwili, czyli możemy mówić o blamażu moskiewskiej OPL. I państwa rosyjskiego, i armii rosyjskiej jako takich – skoro wrogie obiekty latające były w stanie znaleźć się w TAKIM miejscu.

A może im na to pozwolono? Co rosjanie mogliby zyskać na prowokacji? Pierwsze, co przychodzi do głowy, to pretekst do użycia ekstraordynaryjnych środków przeciwko Ukrainie. Brzmi to logicznie do czasu, gdy uświadomimy sobie, że pula rosyjskich działań została w zasadzie wyczerpana. W wymiarze konwencjonalnym Moskwa nie dysponuje już niczym, czym mogłaby „ukarać” Ukraińców i przestraszyć świat. Nadal wisi w powietrzu opcja jądrowa, ale jej prawdopodobieństwo jest nawet niższe niż kilka miesięcy temu – po tym, jak Chiny dały rosji do zrozumienia, wprost, że nie życzą sobie atomowej eskalacji.

Prędzej uwierzę w to, że celem mogłaby być dalsza konsolidacja rosyjskiego społeczeństwa wokół władzy, przeciwko Ukrainie i Zachodowi, wsparcie dla „świętej wojny”, tym świętszej, skoro tamci atakują TAKIE symbole. „Chcieli nam zabić prezydenta!?”. Przecież to może wkurzyć także rosyjskich putinosceptyków…

Nie da się też wykluczyć, że atak to sposób na zagospodarowanie lęków samego putina. Dobrze wiemy, jakim jest tchórzem, publicznie wystąpienie 9 maja może mu „nie leżeć”. Ryzyko „zamachu terrorystycznego” to sensowne wytłumaczenie absencji czy wręcz zwinięcia całej tej żałosnej parady.

Długo można by prowadzić takie rozważania. W gruncie rzeczy to nieistotne, kto przeniósł wojnę nad Kreml – czy zuchwali Ukraińcy czy podstępni rosjanie. Sam fakt, że w sercu rosji wybuchają drony, jest symbolicznie nie do przecenienia. Najlepiej dowodzi, jak srogą porażką okazała się tzw. specjalna operacja wojskowa.

PS. Skarpetkosceptycy piszą o „próbie zamachu”, o „terroryzmie”, o „niegodnym sposobie prowadzenia wojny”. Załóżmy na chwilę, że ataku rzeczywiście dokonali Ukraińcy, i że było to coś więcej niż demonstracja siły. Niech będzie, że zamierzali zabić putina. Tym, których to oburza, chciałbym przypomnieć o dwóch udaremnionych dzięki Amerykanom próbach zamachu na prezydenta Zełenskiego, podjętych tuż przed rozpoczęciem rosyjskiej inwazji. Kali mógłby się wreszcie nauczyć, że kto sieje wiatr, ten zbiera burzę…

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -