Niedobór

Dziś w nocy Ukraińcy zaatakowali rosyjski skład amunicji położony na obrzeżach miasta Toropiec (w obwodzie twerskim). To 500 km od granicy z Ukrainą, dodam dla porządku.

Nie wiem, ilu dronów użyto w ataku, rosjanie mówią o ponad stu aparatach – i o tym, że wszystkie zestrzelili. Nie sądzę, by była to setka maszyn, a już absolutnie nie wierzę w zapewniania o skuteczności obrony przeciwlotniczej. Szczątki spadających wraków nie poczyniłyby bowiem takich szkód. Jakich?

Ogień objął cały skład (co dobrze ilustruje poniższy screen z FIRMS-a) i wiele godzin po ataku wciąż dochodzi do eksplozji wtórnych. Te największe wywołały małe trzęsienia ziemi o magnitudzie 2,8, a ich skutkiem były okna wybite w budynkach położonych pięć kilometrów od epicentrum. Najpoważniejsze wybuchy miały moc 1,3-1,8 kiloton; dla porównania, równoważnik trotylowy bomby atomowej użytej w Hiroszimie wynosił 15 kiloton.

Wedle dostępnych danych, w 107. arsenale siedem lat temu składowano 22 tys. ton amunicji artyleryjskiej. Rok później skład został zmodernizowany i rozbudowany, co zwieńczyła impreza organizowana z wielką pompą, w trakcie której „sto siódmy” określono mianem „najnowocześniejszego arsenału w rosji”. Do wczoraj na jego terenie trzymano nawet 30 tys. ton amunicji.

Gaszenie pożarów w takim miejscu nie ma sensu i zwykle sprowadza się do zabezpieczenia i ewakuacji okolicy. Możemy zatem uznać, że te 30 tys. ton nigdy nie trafi do zamków i luf rosyjskich armat. Czy to poważna strata dla putinowskiej armii?

Z pewnością to najdotkliwszy jednostkowy cios, zadany rosyjskiej logistyce w trakcie tej wojnie. Nie znam dokładnego asortymentu przechowywanych materiałów – gdyby były to wyłącznie pociski armatnie, moglibyśmy mówić o nawet 700 tys. sztuk (500 tys. jeśli w tonażu uwzględnić ładunki miotające). W trakcie zmagań w Donbasie z wiosny 2022 roku rosjanom zdarzało się strzelać i 60 tys. pocisków dziennie, ale od wielu miesięcy intensywność ich ognia jest kilkukrotnie niższa. Niewykluczone zatem, że na skutek pojedynczego ataku ukraińskich dronów stracili dwumiesięczny zapas amunicji do kluczowych systemów.

Ta strata może być mniejsza w obszarze pocisków armatnich, ale i tak kosztem znacznie cenniejszych zasobów. Z dostępnych źródeł wynika bowiem, że w toropieckich składach trzymano również znaczne zapasy rakiet balistycznych Iskander, ich koreańskich odpowiedników KN23, pocisków do wieloprowadnicowych wyrzutni rakietowych Grad i systemów obrony powietrznej S-300.

Już najbliższe kilkadziesiąt godzin obnaży skutki ukraińskiego ataku. Moim zdaniem, będziemy świadkami znaczącego osłabienia możliwości rosyjskiego zgrupowania „Północ”. Nie mam na myśli trwałej utraty istotnych zdolności, ale niedobór, którego kompensacja zajmie kulejącej rosyjskiej logistyce wiele dni. Towarzysz putin może już zapomnieć, że wojskowi przyniosą mu upragniony prezent w postaci wyzwolonego do 1 października obwodu kurskiego.

—–

Dziękuję za lekturę! Pamiętajcie proszę, że piszę dzięki Wam, Waszym subskrypcjom i „kawom”. Zbieram na dalsze funkcjonowanie blogu i liczę na Waszą hojność. Za którą pięknie dziękuję! Stosowne przyciski do moich kont na Patronite i Buycoffeeto znajdziecie poniżej:

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają moje materiały, także książki.

A skoro o nich mowa – gdybyście chcieli nabyć egzemplarze „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” oraz „Międzyrzecze. Cena przetrwania” z autografem i pozdrowieniami, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Nocne eksplozje w zaatakowanym składzie. Rzeczywiście wyglądało to jak wybuchy jądrowe…/screen z filmiku anonimowego źródła rosyjskiego

Prowizorki

Najpierw odrobina historii. W 2003 roku Wojsko Polskie pojechało do Iraku z wyposażeniem, które pozostawiało wiele do życzenia. Najlepszym tego przykładem był samochód typu Honker. Wysoko zawieszony, nieopancerzony i ze zbyt słabym silnikiem, by pełnić rolę wozu patrolowego. Wojskowi szybko zdali sobie sprawę z tych słabości. I zaczęli naprędce, we własnym zakresie, poprawiać właściwości sprzętu. Przede wszystkim dopancerzając samochody przy użyciu dostępnego złomu (głównie płyt wymontowywanych z porzuconych BRDM-ów armii irackiej).

Przerobione auta stały się nieco bezpieczniejsze, ale znacznie wolniejsze, ze źle rozłożonym środkiem ciężkości. Trudniej się nimi hamowało.

Te wady nie pozostały bez wpływu na wydarzenia z 19 sierpnia 2004 roku.

Co dokładnie się wówczas wydarzyło?

Pluton spadochroniarzy z 6 Brygady Desantowo-Szturmowej (dziś Powietrznodesantowej) wyruszył z bazy do odległego o kilka kilometrów posterunku. Żołnierze mieli zmienić pełniących dobowy dyżur kolegów z innego pododdziału. Gdy składająca się z trzech Honkerów kolumna opuszczała rondo w Al-Hilli, została ostrzelana. Wozy przyśpieszyły. Wtedy drugie z aut uderzyło w krawężnik. Samochód się przewrócił. Kierowca kolejnego wozu nie zdołał wyhamować ani wyminąć przeszkody.

Rannych zostało siedmiu żołnierzy, szeregowi Kutrzyk i Rusinek najciężej. Obydwaj zmarli zanim jeszcze dowieziono ich do szpitala.

Wypadek nie pozostał bez wpływu na dalsze funkcjonowanie polskiego kontyngentu. Felerne terenówki zaczęto wymieniać na nowe wozy. Najpierw na zmodyfikowane Honkery, znane jako Skorpiony, a z czasem na amerykańskie samochody typu Humvee. Odtąd „Zemsty Honekera” lub jak kto wolał  „Madmaxy”, służyły jedynie do poruszania się po bazach.

—–

Dlaczego o tym wspominam? Kilka dni temu wypłynęło zdjęcie rosyjskiego czołgu, który z miejsca zyskał nazwę „żółw”. A to za sprawą specyficznego, zaimprowizowanego pancerza, w jaki przysposobili go domorośli „inżynierowie”. Widzicie to coś na zdjęciu, daruję więc sobie dokładniejsze opisy „daszku”.

Faktem jest, że ów „daszek” odebrał czołgowi jeden z podstawowych atutów – możliwość prowadzenia ognia dookólnego. Zakres ruchu zwieńczonej lufą wieży nie wygląda na większy niż 45-60 stopni, „nakrycie” zapewne również nie pozostawało obojętne dla przyrządów obserwacyjnych. No ale ktoś uznał, że cele czołgu znajdują się na wprost, a on sam ma jechać wyłącznie wprzód, atakować, od biedy ostrzeliwać się na wstecznym.

Co by się stało, gdyby wjechał na minę? Załoga miałaby problem z szybkim opuszczeniem wozu, co znacząco zwiększa ryzyko śmierci lub ran.

Lecz to nie miny są dla rosyjskich czołgistów największym zmartwieniem, a spadające z nieba drony (z analiz brytyjskich służb wynika, że w tym roku ¾ tanków rosjan zostało zniszczonych właśnie przy użyciu bezpilotników). Z którymi „daszek” – wedle założeń konstruktorów – powinien sobie poradzić.

Czy rzeczywiście by dał radę – tego się już nie dowiemy. „Żółwia”, w garażu (wraz z innymi maszynami), dopadła wczoraj ukraińska dalekonośna artyleria.

Do brzegu – możemy się z rosjan i ich desperackich improwizacji śmiać do woli; sam się często nabijam. Pamiętajmy jednak, że w tym, co robią, zwykle nie ma nic osobliwego, „typowo-ruskiego”. Żołnierz na polu bitwy zrobi wiele, by przetrwać – i jest to cecha uniwersalna. Różne jedynie mogą być rozmiary improwizacji, na co istotny wpływ ma zasobność danej armii. Biedni muszą kombinować bardziej.

—–

Dziękuję za lekturę! A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się na dwa sposoby. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

A gdybyście chcieli nabyć moją najnowszą książkę pt. „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” z autografem, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. „Żółw”/fot. ZSU

Flota

Na początku tygodnia Międzynarodowy Trybunał Karny (MTK) w Hadze wydał nakazy aresztowania dwóch rosyjskich wojskowych – dowódcy lotnictwa dalekiego zasięgu gen. siergieja kobyłasza, oraz byłego dowódcy Floty Czarnomorskiej adm. wiktora sokołowa. Obu oficerów podejrzewa się o zbrodnie wojenne i zbrodnie przeciwko ludzkości. Miało do nich dojść między 10 października 2022 roku a 9 marca 2023 roku, choć – jak podkreśla MTK – istnieje prawdopodobieństwo, że rosjanie popełniali przestępstwa również w innym czasie. Jakie? Zarzuty dotyczą atakowania celów cywilnych, szczególnie podczas zmasowanych ostrzałów ukraińskich obiektów energetycznych rakietami odpalanymi z bombowców strategicznych i okrętów. A więc za zgodą i na rozkaz podejrzanych.

W rosji trochę sobie z tych nakazów śmieszkują, bo federacja nie uznaje jurysdykcji Trybunału. No i rosjanie sami by sokołowa chętnie ukarali – oczywiście, nie za mordowanie ukraińskich cywilów. Jest bowiem admirał – trzy tygodnie temu zdymisjonowany przez putina – ucieleśnieniem uwłaczających porażek, jakie Flocie Czarnomorskiej zafundowali Ukraińcy. „Niech idzie w diabły!”, kwitują zatem co bardziej krewcy zwolennicy „specjalnej operacji wojskowej”. To rzecz jasna nie przesądzi o wysyłce sokołowa do Hagi – ba, putinowska rosja, z powodów wizerunkowych, nigdy do tego nie dopuści. Prędzej nieszczęsny admirał skończy jak wielu innych rosyjskich oficerów, którzy stracili przychylność Kremla – „zupełnie przypadkiem” wypadając z okna lub balkonu.

—–

A miało być tak pięknie…

W przededniu pełnoskalowej inwazji Flocie Czarnomorskiej postawiono dwa zadania. Miała założyć blokadę morską ukraińskich portów i szlaków żeglugowych oraz umożliwić i przeprowadzić desant morski, w wyniku którego (przy współpracy z wojskami lądowymi), zajęto by Odesę. To w tym celu ściągnięto z Bałtyku dodatkowe duże okręty desantowe.

O ile blokada i zaminowanie akwenu początkowo przebiegły bez przykrych dla rosjan niespodzianek, o tyle z desantem już w pierwszych dniach wojny sprawy przybrały zły obrót. Na tym etapie nie tyle winna była flota, co armia, która nie zdołała podejść pod Odesę. Atak od morza odłożono, z nadzieją na rychłą okazję. Dziś, po całej serii katastrof, śmiało można przyjąć, że desantu rosjanie już nie przeprowadzą.

Ukraińcy „zaspawali i najeżyli” wybrzeże. Uczynili Odesę twierdzą, a wzdłuż czarnomorskiego brzegu rozstawili wyrzutnie rakiet przeciwokrętowych, które przepędziły rosyjskie okręty w głąb akwenu. Wpierw jednak rosjanie dostali solidną nauczkę – obrońcy zatopili im, przy użyciu właśnie takich rakiet, flagową jednostkę floty, krążownik „Moskwa”. Wtedy, w kwietniu 2022 roku, wydawało się, że to wielki, ale pojedynczy i raczej przypadkowy sukces Ukraińców. Czas pokazał, że jest inaczej.

—–

Kronika wypadków na Morzu Czarnym wymagałaby obszerniejszego tekstu. Na potrzeby tego artykułu dość zauważyć, że Ukraińcy rozszerzyli spektrum środków wykorzystywanych do walki z rosyjską flotą. Dziś tworzą je również bezzałogowce – powietrzne i morskie – oraz lotnicze pociski manewrujące, wystrzeliwane z samolotów. Atakowane są nie tylko okręty – na morzu i w portach – ale również portowa infrastruktura i instalacje wojskowe, takie jak radary, naziemne wyrzutnie, lotniska, ba, latem 2023 roku uderzono nawet w siedzibę dowództwa Floty Czarnomorskiej. Głównym celem pozostaje Krym i baza w Sewastopolu.

Jakkolwiek walka toczy się na morzu, nad morzem i o morze, w ukraińskim arsenale nie ma okrętów. Ów paradoks to kluczowa kwestia, do której wrócę za moment. Najpierw bowiem o skutkach ukraińskich działań.

Obrońcy nie tylko znieśli ryzyko desantu, ale też zerwali rosyjską blokadę. Ukraińska żywność płynie dziś statkami do Stambułu i Konstancy, choć skala eksportu jest niższa niż przed wojną. Okrętów rosyjskich w okolicy nie ma, ale pozostały miny. Wynikłe z tego ryzyko oraz wcześniejsza, okresowa szczelność blokady sprawiły, że Ukraińcy oparli część eksportu na transporcie lądowym.

Agresorów nie tylko przepędzono z zachodnich akwenów Morza Czarnego. Grillowanie krymskiego zaplecza oraz ataki na jednostki w pobliżu półwyspu sprawiły, że Flota Czarnomorska przesunęła większość jednostek do bazy w Noworosyjsku, na wschodni, rosyjski brzeg morza. I zasadniczo siedzi tam „na kupie”, realizując zadanie minimum – ochronę Mostu Krymskiego, logistycznej „drogi życia” i oczka w głowie putina.

—–

Do tej pory Ukraińcy trafili 36 jednostek rosyjskiej floty. Wbrew hurraoptymistycznym doniesieniom, większość okrętów przetrwała – zostały uszkodzone i czasowo wyłączone z walki (w niektórych przypadkach na kilka tygodni, zwykle na kilka miesięcy). Ale 14 poszło na dno bądź zostało całkowicie zniszczonych w dokach.

Te 36 okrętów to jedna trzecia przedwojennego stanu czarnomorskiej floty – a dodajmy do tego zniszczoną infrastrukturę, puszczone z dymem najnowocześniejsze rosyjskie zestawy przeciwlotnicze S-400 czy spalone na lotniskach samoloty (co najmniej kilkanaście sztuk). Za jaką cenę? Niemal wyłącznie zużytej amunicji – kilkuset latających i pływających dronów, kilkudziesięciu rakiet przeciwokrętowych oraz kilkudziesięciu pocisków manewrujących, brytyjskich Storm Shadow i ich francuskich odpowiedników SCALP (plus oczywiście wabików, które udawały rakiety). Prawdopodobnie Ukraińcy stracili też kilka samolotów Su-24, nośników Storm Shadow/SCALP, zestrzelonych podczas dokonywania nalotów.

Oczywiście ukraińskie straty są większe, niż tylko wynikające z tej konfrontacji. Okręty floty czarnomorskiej wystrzeliły łącznie kilkaset rakiet, które spadły na ukraińskie miasta (stąd zarzuty MTK dla jej dowódcy), a oddziały piechoty morskiej brały udział na przykład w pacyfikacji Mariupola. Tym niemniej dla oceny efektywności zmagań o kontrolę nad akwenem, tych „sukcesów” rosjan nie należy brać pod uwagę (jakkolwiek brutalnie to brzmi).

Mamy więc straty na poziomie jednej trzeciej potencjału ilościowego floty, co po prawdzie, nie odbiega od rosyjskiego standardu dla tej wojny. W mocnym uproszczeniu, armia putina straciła co trzeci czołg, wóz bojowy i inne elementy wojskowej techniki, biorąc pod uwagę stany wyjściowe i magazynowe na 24 lutego 2022 roku. Poległ również bądź został ranny co trzeci zmobilizowany i wysłany na front żołnierz. Można by więc uznać niekompetencję admirała sokołowa za typową dla kadry dowódczej sił zbrojnych federacji rosyjskiej. Tyle że putinowskim generałom przyszło mierzyć się z dużą, nieźle wyposażoną, wyszkoloną i jak się okazało, świetnie też zmotywowaną armią lądową Ukrainy. A dowódca „czarnomorskich” stanął do walki z flotą, której w zasadzie nie było, biorąc pod uwagę klasyczny potencjał morski, czyli okręty.

—–

„No więc po co nam okręty, skoro tak łatwo można je stracić?”, zastanawia się część ekspertów. Pytanie jest o tyle zasadne, że na dobre zaczęliśmy realizację ambitnego programu „Miecznik”, w ramach którego marynarka wojenna RP otrzyma trzy duże fregaty. No i generalnie ten rodzaj sił zbrojnych – pod dekadach zaniedbań – ma zostać poddany gruntownej modernizacji i rozbudowie. „Tylko po co?”, pytają sceptycy.

Szukając odpowiedzi, przyjrzyjmy się uważniej Flocie Czarnomorskiej…

… co czynię w dalszej części tekstu, który możecie przeczytać w portalu Interia.pl – wystarczy kliknąć w ten link.

—–

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Andrzejowi Kardasiowi, Arkowi Drygasowi, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Monice Rani, Maciejowi Szulcowi, Michałowi Strzelcowi, Joannie Marciniak i Jakubowi Wojtakajtisowi. A także: Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Krzysztofowi Krysikowi, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Adamowi Cybowiczowi, Jakubowi Dziegińskiemu, Jarosławowi Grabowskiemu, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Aleksandrowi Stępieniowi, Maciejowi Ziajorowi, Joannie Siarze, Marcinowi Barszczewskiemu, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Kacprowi Myśliborskiemu, Mateuszowi Jasinie, Mateuszowi Borysewiczowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi i Sławkowi Polakowi.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatnich ośmiu dni: Pawłowi Drozdowi, Czytelniczce imieniem Marta, Adzie Adamus i Łukaszowi Podsiadle.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały, także ostatnia książka.

Nz. Okręt desantowy typu „Ropucha”; rosjanie jak dotąd stracili trzy takie jednostki/fot. MOFR

Wrzody

Pierwsza faza pełnoskalowej wojny w Ukrainie cechowała się wybitną manewrowością. rosjanie uderzyli z wielu kierunków, dążąc do jak najszybszej i najgłębszej penetracji terytorium przeciwnika. Celem kolumn pancernych i zmechanizowanych były duże miasta – ze stolicą włącznie – których zdobycie miało wywrzeć na Ukraińcach niszczący efekt psychologiczny. Na osiach natarć dochodziło do punktowych bojów, których intensywność często przypominała potyczki z czasów wojen światowych. Ale kilka kilometrów dalej – patrząc na boki – panował spokój. Mapy, które wtedy kreślono – by dla informacji i propagandy ilustrować postępy rosyjskich wojsk – obciążone były kardynalnym błędem. Sugerowały bowiem, że pod okupacją znalazły się wszystkie tereny, przez które przeszły rosyjskie kolumny.

Tymczasem na skutek szczupłości sił inwazyjnych, rosjanie często nie kontrolowali nawet dróg, po których wcześniej się poruszali. I którymi, co istotne, miało do wysuniętych oddziałów docierać zaopatrzenie. Nie było mowy o instalowaniu garnizonów okupacyjnych, rosyjski stan posiadania wyznaczały aktualne lokalizacje grup bojowych. Front, w odróżnieniu od pierwszo- czy drugowojennych zmagań, nie stanowił linii ciągłej – tworzyły go izolowane skupiska wojsk, będące niczym gorejące wrzody na ciele Ukrainy.

W miejscach, gdzie obie armie się stykały, walczyły ukraińskie czołgi, artyleria, klasyczne lotnictwo. Obrońcy zwykle ustępowali, więc w medialnym przekazie Kijowa na plan pierwszy wybiła się lekka piechota wyposażona w przenośne wyrzutnie przeciwpancerne, hulająca na rosyjskich „tyłach”. Zadawała ona agresorom – zwłaszcza ich logistyce – dotkliwe straty, stąd jej propagandowa atrakcyjność. Bohaterami mediów zostały także Bayraktary – i one dziesiątkowały wówczas zbite w kolumny rosyjskie oddziały.

Pod koniec maja 2022 roku usłyszałem od jednego z ukraińskich generałów, że w pierwszym miesiącu wojny używane przez obrońców przenośne wyrzutnie przeciwpancerne odpowiadały za 50 proc. strat sprzętowych, zadanych rosyjskim wojskom pancernym. A niemal jedna piąta zniszczonych i uszkodzonych wozów została porażona z powietrza, głównie przy użyciu dronów i amunicji krążącej. W kolejnych miesiącach te proporcje uległy zmianom; gdy rozmawialiśmy, miały być następujące: za 30 proc. strat odpowiadały wyrzutnie przeciwpancerne, 30 proc. było efektem pojedynków pancernych (czołg-czołg – tu bez zmian w odniesieniu do pierwszego miesiąca inwazji), następne 30 proc. przypisywano działaniu artylerii. Pozostałe 10 proc. szło na konto lotnictwa, także bezzałogowego. Co się po drodze zmieniło?

rosjanie nauczyli się zwalczać Bayraktary. Zachowane egzemplarze dowództwo ukraińskie nie wysyłało już do misji bojowych – wykorzystywano ich walory rozpoznawcze, głównie w miejscach, gdzie nie toczyły się intensywne walki. „Wyszły” też Ukraińcom zapasy amunicji krążącej, zeszczuplały ich klasyczne siły powietrzne. Nade wszystko jednak zmienił się charakter działań wojennych, który w znacznie większym stopniu umożliwiał wykorzystanie artylerii (co tyczyło się obu stron). Wyrzuceni z północy Ukrainy i zatrzymani na południu rosjanie, w połowie kwietnia 2022 roku skoncentrowali wysiłki na Donbasie. Wojna zatraciła cechy wybitnej manewrowości, front przestał być skupiskiem ognisk i przybrał klasyczną liniową postać. Presja wzdłuż tej linii była zróżnicowana, ponieważ jednak rosjanie starali się „wymacać” słabe punkty obrony w wielu miejscach na raz, uznać można, że szli ławą. A po prawdzie to ślimaczo się toczyli. Tym niemniej uporządkowali tyły, lokując garnizony Rosgwardii w miastach będących zapleczem frontu oraz siejąc terror wśród cywilów (w czym wiodącą rolę odegrała Federalna Służba Bezpieczeństwa).

Gdy w pełni ujawniło się niepowodzenie strategii szybkich, głębokich rajdów, moskale sięgnęli do radzieckich wzorców. Wychodząc z założenia, że stworzone wcześniej (w latach 2014-21) i tworzące się na bieżąco ukraińskie linie obronne zmiażdży walec artyleryjski. Nieefektywność tej metody oraz niedostatki techniczne i technologiczne obu stron miały wiele konsekwencji. Jedną z nich był triumfalny powrót dronów na pole bitwy. Początkowo głównie jako aparatów obserwacyjnych, wspierających działania artylerii, później w coraz większym stopniu jako substytut luf i miotanych przez nie pocisków. Co istotne, o ile najpierw były to bezpilotowce stworzone na użytek wojska, o tyle w kolejnych miesiącach dominować zaczęły zaadaptowane na militarne potrzeby urządzenia cywilne. Na początku 2024 roku stanowiły one miażdżącą większość wykorzystywanych w wojnie bezzałogowców.

Co mam na myśli pisząc o nieefektywności artyleryjskiego walca? O tym przeczytacie w książce, którą właśnie kończę. A która, jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, ukaże się pod koniec lutego. Do lektury „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” zapraszam już dziś.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Zdobyczny rosyjski dron Orłan, służący jako ozdoba w kwaterze ukraińskich droniarzy ze słynnej grupy „Madziara”/fot. własne

Bieda-broń

Niemal dokładnie rok temu, w Bachmucie, przyglądałem się pracy ukraińskich „droniarzy” ze słynnej grupy „Madziara”. W stanowisku dowodzenia znajdowały się m.in. dwa duże ekrany, na które przekazywano obrazy z dronów rozpoznawczych. Bezpilotowce przeczesywały teren w poszukiwaniu celów dla artylerii – większych skupisk piechoty, wozów bojowych, czołgów. W tym samym czasie mniejsze, czterowirnikowce – zmodyfikowane tak, by przenosić na przykład 750-gramowe ładunki termobaryczne – polowały na rozproszone grupki żołnierzy wroga i ich stanowiska. Oba typy maszyn powstały na użytek cywilny, ale wojsko zaadaptowało je na własne potrzeby. Druga strona zrobiła to samo, obie w skali, która uczyniła małe bezpilotowce jedną z podstawowych broni tej wojny. Do jakich wniosków przywodzi nas dronowa odsłona rosyjsko-ukraińskiego konfliktu? O tym rozmawiam z ekspert ds. bezpieczeństwa, dr Michałem Piekarskim z Wydziału Nauk Społecznych Uniwersytetu Wrocławskiego.

Marcin Ogdowski: Większość filmów ujawnianych przez obie strony konfliktu w Ukrainie dotyczy dronów. Można odnieść wrażenie, że to najważniejszy system uzbrojenia.

Michał Piekarski: Pamiętajmy, że to przede wszystkim materiał propagandowy, a więc odpowiednio wyselekcjonowany – nie pokazuje się, co oczywiste, porażek. Ale rzeczywiście, powszechność małych bezzałogowych statków powietrznych w Ukrainie oraz nierzadko spektakularne przykłady z ich użycia, sprzyjają myśleniu o rewolucyjnej zmianie na polu walki, która sprawi, że tradycyjne rodzaje uzbrojenia staną się przestarzałe. Zapewne każdy, kto bardziej interesuje się kwestiami militarnymi, zetknął się ze stwierdzeniem typu: „tani dron niszczy drogi czołg”…

– … „a więc czołgi nie są już potrzebne”; o tak, wielokrotnie to czytałem. Odpowiadam zwykle, że pocisk przeciwpancerny również kosztuje dużo mniej niż jego cel. W relacji nakład-zysk nie mamy tu rewolucji. Ale czy tak liczne zastosowanie dronów nie jest przełomem?

– To żadna rewolucyjna zmiana. Małe drony (kategorii I, trzymając się klasyfikacji NATO), były obecne na polach bitew przed 2022 rokiem, zarówno jako urządzenia wojskowe produkowane seryjnie, jak i aparaty cywilne, zaadaptowane nieraz w sposób prosty czy wręcz prymitywny. Tych ostatnich używano w ciągu ostatniej dekady choćby w konflikcie w Syrii i Iraku. Stamtąd pochodzą pierwsze efektowne nagrania, gdy pod taniego DJI Phantoma podwieszano ładunki wybuchowe.

– Właśnie, taniego – dla bojówek szukających „bieda-broni” to wielka zaleta. A co z zawodowymi armiami?

– One również dostrzegały potencjał małych bezzałogowców. Przypomnę, że pomysł, aby do drużyny piechoty morskiej USA włączyć operatora drona, pojawił się na przełomie 2018 i 2019 roku. To oznaczało że dron stałby się częścią zwykłego wyposażenia żołnierzy, jak karabin, granatnik czy lornetka.

– Wtedy jednak skupiano się na używaniu bezpilotowców do celów rozpoznawczych.

– Owszem. A w konflikcie w Ukrainie drony na najniższym szczeblu używane są także jako środek ogniowy, substytut przeciwpancernych pocisków kierowanych i granatów moździerzowych. Prawdopodobnie gdyby ukraińska armia była tak wyposażona i zaopatrywana jak amerykańska, drony odgrywałyby inną rolę. Bo wówczas klasyczne nowoczesne uzbrojenie i wsparcie artylerii byłyby łatwo dostępne.

– Tu nie tylko o niedostatek przyzwoitych i drogich armat chodzi. Sama amunicja artyleryjska potrafi kosztować. Zwykły pocisk to wydatek rzędu 2-3 tys. dolarów, precyzyjny może być 50 razy droższy. Tyle pieniędzy wystarczy na cały rój dronów…

– Ten konflikt toczy się w specyficznym kontekście. Niedostatków nowoczesnego uzbrojenia oraz ograniczonej wydajności zaplecza przemysłowego. Rosyjska gospodarka objęta została sankcjami, a drony FPV to przecież wręcz zabawki, łatwo więc je importować w całości i w podzespołach. Ukraina z kolei utraciła część swojego przemysłu, dostawy z Zachodu nie zawsze są wystarczające. W takich okolicznościach powstała nisza ekonomiczna dla względnie prostych konstrukcji bojowych, budowanych przy użyciu komercyjnych podzespołów. Należy przy tym zauważyć, że obserwowane rozwiązania często są wybitnie doraźne i podlegają szybkiej ewolucji.

– Analogicznie jak z „dużym” lotnictwem podczas I wojny światowej.

– Otóż to. Mieliśmy wówczas wiele prób i eksperymentów, zarówno z samymi aparatami latającymi, jak i ich zastosowaniem. W 1914 roku samoloty miały status nowinki, nie było jasne, do czego poza rozpoznaniem można ich użyć. Powstawało lotnictwo myśliwskie, bombowe, morskie. I cały czas eksperymentowano – na przykład trójpłatowe myśliwce czy sterowce w roli bombowców strategicznych okazały się rozwiązaniami przejściowymi. Nie sprawdziły się. A przy tym wszystkim mieliśmy do czynienia z przejściem od manufaktur do masowej, przemysłowej produkcji; niektóre typu samolotów wytwarzano w tysiącach egzemplarzy. Co ważne, po wojnie lotnictwo dalej ewoluowało, na skutek postępu technicznego, rozwoju myśli wojskowej i pojawienia się coraz to nowych środków przeciwdziałania.

– Wymyślono miecz, powstały tarcze…

– Truizm, a zarazem istotna wskazówka odnośnie przyszłego losu małych dronów, także w naszych siłach zbrojnych. Nie ma sensu rozważać bezpośredniej adaptacji tego, co widzimy w Ukrainie. Bo za kilka miesięcy możemy mieć do czynienia z archaicznym rozwiązaniem.

– Największym wrogiem małych dronów są systemy walki radioelektronicznej (WRE). Rosjanie mają w tym zakresie przewagę nad Ukraińcami, „na dziś” mieliby ją również nad nami.

– Ale za sprawą uwikłania się Rosji w wojnę w Ukrainie mamy czas na przygotowanie się do ewentualnego konfliktu.

Jak? O tym w dalszej części wywiadu, który opublikowałem w portalu Interia.pl – znajdziecie go pod tym linkiem.

—–

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Andrzejowi Kardasiowi, Irinie Wolańskiej, Arkowi Drygasowi, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Michałowi Strzelcowi, Joannie Marciniak, Jakubowi Wojtakajtisowi i Monice Rani. A także: Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Jarosławowi Grabowskiemu, Jakubowi Dziegińskiemu, Bożenie Bolechale, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Marcinowi Barszczewskiemu, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Remiemu Schleicherowi, Piotrowi Świrskiemu, Kacprowi Myśliborskiemu, Mateuszowi Jasinie, Mateuszowi Borysewiczowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi i Sławkowi Polakowi.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatniego tygodnia: Tomaszowi Biniszkiewiczowi, Adamowi Andrzejowi Jaworskiemu i Tadeuszowi Popardowskiemu.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

Nz. Komercyjny „dronik” ze śmiercionośną „przesyłką”/fot. własne