Marchewka

Czy bez Amerykanów Ukraina przetrwa? – to pytanie zadaje sobie teraz wiele osób. W mojej ocenie na wyrost, ale powszechność obaw – że Donald Trump „zabierze zabawki” – pozostaje faktem, chciałbym się zatem z nim zmierzyć.

Pomoc zza Oceanu w wielu obszarach jest ważna, wręcz krytyczna – pisałem o tym sporo, więc poprzestanę na konkluzji. Trzeba jednak podkreślić, że często nawet nie chodzi o to, co ze Stanów przylatuje/przypływa, ale co Amerykanie pozwalają innym krajom zaoferować. Samoloty F-16 trafiły do Ukrainy z Europy – z Danii i Holandii – Stany nie przekazały i na razie nie planują przekazywać żadnej maszyny, ale wtórna dystrybucja uzbrojenia „made in USA” też leży w gestii Waszyngtonu, takie jest prawo. A dotyczy ono wielu kategorii sprzętu.

Tym niemniej brak Ameryki na pokładzie nie oznacza gwałtownego załamania Ukrainy. Wbrew retoryce Trumpa, to Europa (jako UE i pojedyncze kraje) ponosi większość kosztów wspierania Kijowa. Kontynentalna wspólnota jest w stanie długo finansować przeważającą część ukraińskiego wysiłku wojennego, tak od zaraz. Trzeba na to około 80 mld euro rocznie (to całościowy koszt, Ukraińcy samodzielnie wkładają do koszyka około 20 mld). Dużo, a zarazem niewiele, wziąwszy pod uwagę zsumowany kilkunasto-bilionowy budżet członków UE i Wielkiej Brytanii.

Oczywiście, pieniędzmi się nie strzela, więc ta pomoc musiałaby mieć także materialny wymiar. Co wymagałoby od europejskich przemysłów większej niż dotąd mobilizacji. Na przykład w zakresie produkcji amunicji, na co wcale nie trzeba długich miesięcy przygotowań (w wielu europejskich krajach jest know how, jest technologia, są wolne moce produkcyjne – nie ma „tylko” woli politycznej). W połączeniu z tym, co mają i mogą mieć Ukraińcy dzięki własnym zabiegom – a tu zwłaszcza w ostatnim roku wiele się zmieniło in plus – nadal można by prowadzić skuteczną operację obronną. Naprawdę długo…

A przecież cała ta narracja o „przebudzonej rosji”, jej wielkich możliwościach i niewyczerpanych zasobach, to pic na wodę. Ten rak ledwo żyje, mogłoby się zatem okazać, że ukraińska determinacja, wsparta europejskim wysiłkiem, ostatecznie by go wykończyła.

Tylko chyba nie ma już na to „pary” w samej Ukrainie (rozumianej jak powszechna wola walki, niezależnie od tego, że jesteśmy w kiepskiej sytuacji). Zdaje się, że nad Dnieprem gra toczy się o to, by zachowując jak najwięcej dotrwać do momentu zawieszenia broni, który przyniesie powszechną ulgę.

A wracając do USA. W morzu lamentu, który się od wczoraj wylewa, toną fakty. A te są takie, że od kilku tygodni dostawy amerykańskiego sprzętu do Ukrainy idą pełną parą, z niespotykaną od dawna intensywnością. A wachlarz uzbrojenia jest naprawdę szeroki.

Mam swoje zdanie na temat Trumpa, nigdy nie ukrywałem jak bardzo krytyczne, ale radziłbym Czytelnikom, by nie ulegali emocjom. Wszak wiele wskazuje na to, że wcale nie oglądamy show pt.: „Rejterada Ameryki”, a raczej przedstawienie z użyciem kija i marchewki. Trump mami putina „słodko-pierdzeniem”, a na głębokim zapleczu ukraińskie drony masakrują rosyjską infrastrukturę krytyczną, przede wszystkim rafinerie.

Piszę o tym w tekście dla „Polski Zbrojnej” – jak tylko się ukaże, podrzucę linka. Na potrzeby tego materiału dość stwierdzić, że w styczniu br. ukraińskie drony uderzyły w rosyjskie zakłady siedem razy. W tym miesiącu odnotowano już pięć nalotów, ostatni 11 lutego.

Wiosną ubiegłego roku ZSU zaatakowały 11 z ponad 30 rosyjskich rafinerii. Porażone przez Ukraińców zakłady pracowały dalej, choć w ograniczonym zakresie. Problem okazał się na tyle poważny, że rosja na pół roku zawiesiła sprzedaż paliwa za granicę. I wtedy na pomoc Moskwie przyszedł Waszyngton. Administracja Joe Bidena, obawiając się wzrostu cen benzyny na światowych rynkach (co drenowałoby portfele Amerykanów, a akurat mieliśmy rok wyborczy…), „poprosiła” Kijów o wstrzymanie ataków. Co istotnie nastąpiło – między kwietniem a grudniem 2024 roku ukraińskie drony uderzyły tylko kilka razy, w niezbyt licznych nalotach. Skokowy wzrost ataków zbiegł się ze zmianą władzy w USA – i nie sądzę, by był to przypadek.

Trump (a raczej któryś z jego doradców) dostrzegł korzyści płynące z ukraińskiego „dronowania” rafinerii. Rosyjskie problemy nie spowodowały światowych wzrostów cen przetworzonej ropy. Zmusiły za to Moskwę do zmiany wolumenu eksportowanych towarów – do zastąpienia benzyny surową ropą. Ubytki w zyskach z eksportu „na szybko” udało się zrekompensować, ale co dalej? Zapowiedź Trumpa – że dogada się z arabskimi potentatami naftowymi, co poskutkuje obniżeniem cen ropy – wywołała na Kremlu zrozumiałą wściekłość. Podobnie jak to, że Kijów dostał „zielone światło” z Waszyngtonu na atakowanie celów w głębi federacji przy użyciu broni „made in USA”. Takiego ataku jeszcze nie wyprowadzono, ale moim zdaniem to kwestia czasu. Amerykańskie lotnicze pociski manewrujące – dla których platformę stanowią samoloty F-16 – zwiększą szybkość i precyzję uderzeń w rafinerie. A już dziś połowa zakładów (dwie trzecie fabryk położonych w europejskiej części federacji) pracuje w ograniczonym zakresie.

Tak również „zaprasza się” Moskwę do negocjacyjnego stołu.

—–

Szanowni, jak wielokrotnie podkreślam, moje publicystyczne i reporterskie zaangażowanie w konflikt na Wschodzie w istotnej mierze możliwe jest dzięki Wam i Waszemu wsparciu. Pomożecie w dalszym tworzeniu kolejnych treści?

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa… – w sklepie na Patronite pojawiły się kolejne książki – powieści, które napisałem i wydałem „w czasach afgańskich”, reportaż z tamtego okresu oraz książka political/war fiction, dziejąca się w realiach pandemii i rosyjskiej agresji militarnej na Polskę. Polecam lektury – by je nabyć, przejdźcie na stronę pod tym linkiem.

Nz. Zniszczony rosyjski sprzęt, Charkowszczyzna, jesień 2024 roku/fot. własne

Gardła

Ameryka dziś głosuje. Nie podejmę się próby przewidzenia, kto wygra wybory prezydenckie – sondaże są bowiem zbyt wyrównane. Jutro rano będziemy wiedzieli więcej, ale już dziś warto zastanowić się, co wybór konkretnego kandydata może oznaczać dla ukraińskiego wysiłku obronnego.

W potocznym przekonaniu prezydentura Kamali Harris byłaby dla Ukrainy rozwiązaniem dobrym, Donald Trump najczęściej jawi się tu jako „zło absolutne”, niemal sojusznik władimira putina. Tymczasem sytuacja wcale tak czarno-biała być nie musi.

Harris u steru władzy jedynego supermocarstwa to gwarancja polityki kontynuacji – Bidenowskiego „ostrożnego zarządzania eskalacją”, tak, by rosji nie pozwolić wygrać, ale też by nie doprowadzić do jej gwałtownego upadku. W praktyce przekłada się to na pokaźne, ale mimo wszystko ograniczone dostawy sprzętu wojskowego i wszelkiej maści militarnych usług. Cel tych działań w wymiarze politycznym zdefiniowany jest jako niedopuszczenie do upadku Ukrainy, zachowanie jej podmiotowości i integralności. W porównaniu z pierwotnymi deklaracjami – z wiosny 2022 roku – mamy tu do czynienia z wyraźną redukcją „ambicji”, wszak Waszyngtonowi nie zależy już na ukraińskim zwycięstwie rozumianym jako odzyskanie wszystkich utraconych po 2014 roku ziem. Oficjalnie nikt tego jeszcze nie przyznał, ale jasnym jest, że Biały Dom Bidena (i Harris jako wiceprezydentki) taki zamiar uważa za nieosiągalny.

Pewne nadzieje w kontekście Ukrainy i prezydentury Harris rodzi demokratyczny kandydat na wiceprezydenta. Tim Walz ma za sobą wieloletnią służbę wojskową (w Gwardii Narodowej), można więc założyć, że inaczej postrzega sprawy militarne niż jego cywilni współpracownicy. Część komentatorów zakłada wprost, że z takim bagażem Walz może się ujawnić bardziej jako „jastrząb” niż „gołąb” – i że dzięki tym dyspozycjom „podkręci” zachowawczą politykę Stanów. Gdy Harris przedstawiła go jako swojego zastępcę, mainstreamowe media za oceanem dopatrywały się w tym przyszłego podziału ról. Zgodnie z nim, pani prezydent miałaby zajmować się kwestiami ekonomicznymi i społecznymi, tę część polityki USA, która dotyczy spraw wojskowych i wojennych, cedując na Walzu.

Czy rzeczywiście tak będzie, być może niebawem się przekonamy.

Ale nadzieje związane z korzystnymi dla Ukrainy posunięciami Waszyngtonu upatrywane są również w Trumpie. A ściślej, w cechach jego charakteru. Z jednej strony republikański lider gotów jest – tak przynajmniej deklaruje – iść po trupie Ukrainy; za wszelką cenę zakończyć wojnę, nawet jeśli oznaczałoby to szerokie korzyści i koncesje dla Moskwy. Z drugiej jednak nie raz już dowiódł swojej nieprzewidywalności i tego, że podejmuje kluczowe decyzje pod wpływem gwałtownych emocji. W tym scenariuszu oszukany/wystawiony przez putina Trump „przestawia wajchę” i śle do Ukrainy znacznie więcej pomocy, niż miało to miejsce dotychczas. Co musiałoby wydarzyć się „po drodze”? Ano rosyjski przywódca mógłby odrzucić ofertę Trumpa lub zrobić coś, co Amerykaninowi uniemożliwiłoby przedstawienie pokoju jako osobistego sukcesu. De facto więc mamy tu założenie, że górę wzięłyby negatywne cechy charakteru obu polityków – ich przerośnięte ego i ambicje.

Jest w takich oczekiwaniach sporo naiwności, ale zbyt długo obserwuję świat wielkiej polityki, by wykluczyć czynnik emocjonalny. Moje zastrzeżenia co do realności tego scenariusza – oraz skutków ewentualnego „podkręcenia” w wykonaniu Walza – wynikają z czego innego. Dostrzegam mianowicie istnienie „wąskich gardeł”, które nie znikną nawet jeśli za oceanem pojawiłaby się wola polityczna, by zaangażować się w pomoc dla Ukrainy w znacznie większym zakresie.

—–

By wyjaśnić, co mam na myśli, przyjrzyjmy się… czołgom Abrams i ich producentowi, fabryce w Limie w stanie Ohio.

Do tej pory powstało około 10 tys. tych pancernych kolosów, co czwarty nadal pełni służbę w siłach zbrojnych USA. Pierwsze Abramsy pojawiły się w jednostkach na początku lat 80., ostatnie wozy zjechały z taśm produkcyjnych w połowie lat 90. Od tego momentu „Lima” nie wytwarza fabrycznie nowych czołgów, skupiając się na modernizacji już istniejących egzemplarzy (pojawiły się zapowiedzi powrotu do produkcji nowych „skorup”, ale to nadal pieśń przyszłości). Bazą dla tych działań jest niemal 6 tys. Abramsów (a wedle niektórych źródeł „tylko” 4 tys.) o różnym stopniu zdekompletowania, w minionych dekadach wycofanych z linii i składowanych w magazynach.

Obie liczby przemawiają do wyobraźni i sprawiają, że postrzegamy pancerne zasoby USA jako niemalże niewyczerpalne. Widzimy w nich polisę, która bez większych problemów mogłaby objąć także Ukrainę. Wszak już kilkaset maszyn – 300-500 – definitywnie zmieniłoby pole bitwy na Wschodzie, tak bardzo górują możliwościami nad rosyjskimi/sowieckimi odpowiednikami.

Tyle że „udrożnienie” starej „skorupy” zajmuje kilkanaście miesięcy. Obecnie; przed wybuchem pełnoskalowej wojny w Ukrainie, gdy amerykański przemysł zbrojeniowy pracował na ćwierć gwizdka, były to nawet dwa lata. Można ów proces skrócić do pół roku, pod warunkiem, że wytypowane do „apgrejdu” egzemplarze będą w dobrej kondycji, a zakres przewidzianych modernizacji i modyfikacji nie będzie duży. Czyli że będziemy mieli do czynienia z bieda-Abramsami – i tak lepszymi od rosyjskich tanków, ale już bez wielu istotnych przewag. Bez wchodzenia w zbędne techniczne szczegóły – takie właśnie maszyny trafiły do Ukrainy w zeszłym roku. To nie tylko ich symboliczna liczba (31 sztuk…), ale też wytrzebione możliwości odpowiadają za brak „efektu wow” na froncie.

Wróćmy do „Limy” – fabryka do niedawna była w stanie „produkować” około 150 Abramsów rocznie, obecne moce pozwalają na remont i modernizację 250 egzemplarzy. Tyle właśnie czołgów – w najnowszej, a więc wymagającej najwięcej zabiegów konfiguracji – zamówiła Polska. Pierwsze maszyny z tego pakietu dotrą nad Wisłę za kilka tygodni, generalne kontrakt ma zostać zrealizowany do końca 2026 roku. Równolegle amerykańska fabryka będzie pracować nad zamówieniem z Australii (75 wozów), no i nade wszystko nad zleceniami na rzecz sił zbrojnych USA.

Gdzie tu „wcisnąć udrażnianie” Abramsów na potrzeby armii ukraińskiej, w liczbie, która nie byłaby symboliczna i dawała szansę na przełom na froncie? Ano właśnie…

Podwojenie mocy produkcyjnych rozwiązałoby problem, ale Amerykanie na razie tego nie przewidują. A i tak proces przygotowania i rozbudowy zaplecza technicznego zająłby co najmniej kilkanaście miesięcy.

A te same uwarunkowania cyklu produkcyjnego i modernizacyjnego dotyczą także innej „super broni” (której obecność w większej liczbie znacząco poprawiłaby możliwości Ukrainy) – samolotów F-16. Ich też „stoi na pustyni” mnóstwo, ale co z tego, skoro żaden nie nadaje się do natychmiastowego wdrożenia do służby? A w tym przypadku mamy jeszcze dodatkowy kłopot w postaci długotrwałego szkolenia personelu – tak latającego, jak i technicznego.

Do czego zmierzam? Ano do tego, że żadna wolta w USA nie przełoży się na gwałtowny wzrost pomocy. Decyzje, by zapewnić Ukrainie dostęp do dużej liczby „poważnego” uzbrojenia należało podejmować w 2022 i 2023 roku. Ten czas, niestety, zmarnowano.

A więc cudu nie będzie, nawet jeśli w Ameryce nowego/starego prezydenta zechcą „mocniej wejść w temat Ukrainy”.

Ale pewnie nie zechcą i w najlepszym razie utrzymane zostaną realia kroplówki.

Które i tak – w połączeniu z ukraińską determinacją – są dla rosjan zabójcze, dodam na pocieszenie. Spójrzmy na zestawienie z załączonej grafiki. Udokumentowane rosyjskie straty sprzętowe za październik br. to m.in. 78 czołgów i 276 wozów bojowych. A mowa o wizualnie potwierdzonych ubytkach, realne są bez wątpienia większe (nie każdy spalony czołg został sfotografowany/ujęty w materiale filmowym, do którego dostęp mają niezależni analitycy, w tym przypadku z projektu WarSpotting.net). No i te październikowe straty nie są wyjątkowe – nieznacznie odbiegają od statystyk z wcześniejszych miesięcy. Co przywodzi do wniosku, że roczna produkcja rosyjskiego przemysłu (200 czołgów i około 500 wozów) nie starcza nawet na kwartał działań wojennych przy ich obecnej intensywności. A „renta po ZSRR” topnieje – większość magazynów z sowieckimi czołgami świeci dziś pustkami. Warto, by kolejny amerykański prezydent miał świadomość tej i rozlicznych innych rosyjskich słabości. Byłoby wyjątkową przewrotnością i złośliwością losu przymuszać Ukrainę, by poddała się woli tak poharatanego przeciwnika…

Dziękuję za lekturę! I zapewniam Was, że niezależnie od wyniku wyborów – i tego, jak wpłyną na sytuację Ukrainy – będę kontynuował mój raport. Tak długo, jak długo będziecie nim zainteresowani. Co wymaga Waszego wsparcia, o które niezmiennie proszę – stosowne przyciski do moich kont na Patronite i Buycoffeeto znajdziecie poniżej:

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Tomaszowi Krajewskiemu, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Monice Rani, Maciejowi Szulcowi, Joannie Marciniak, Jakubowi Wojtakajtisowi, Andrzejowi Kardasiowi, Marcinowi Łyszkiewiczowi i Arkowi Drygasowi. A także: Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Piotrowi Rucińskiemu, Mateuszowi Borysewiczowi, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Kacprowi Myśliborskiemu, Sławkowi Polakowi, Mateuszowi Jasinie, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Krzysztofowi Krysikowi, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Jarosławowi Grabowskiemu, Bożenie Bolechale, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Marcinowi Gonetowi, Pawłowi Krawczykowi, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze i Marcinowi Barszczewskiemu.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „kawoszom” z ostatniego tygodnia: Adamowi Andrzejowi Jaworskiemu, Wojtkowi Leśniakowi, Konradowi Rutkowskiemu, Euzebiuszowi Wąskiemu i Jakubowi Łysiakowi.

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa – gdybyście chcieli nabyć egzemplarze z autografem i pozdrowieniami, wystarczy kliknąć w ten link.

Podsumowanie

„Własna broń jądrowa albo członkostwo w NATO” – to fałszywa alternatywa. Ukraina może mieć odpowiednie gwarancje bezpieczeństwa pozyskane w inny sposób.

Europo-i-polskocentryczna wizja konfliktu w Ukrainie to poważny błąd poznawczy, któremu masowo ulegamy, oceniając postępowanie Stanów Zjednoczonych.

Inny błąd poznawczy sprowadza się do tego, że dostrzegamy słabnącą Ukrainę, a nie widzimy coraz bardziej słaniającej się rosji.

Czy operacja kurska się powiodła?

O co dziś dziś toczy się wojna w Ukrainie – jakie są rosyjskie i ukraińskie cele na najbliższe miesiące?

O tym wszystkim, i o wielu innych kwestiach, mówię w wywiadzie udzielonym Podkastowi Dezinformacyjnemu. Odcinek nosi tytuł „Wojna na wyczerpanie”, jest dostępny na kilku platformach, oto linki do dwóch najpopularniejszych – na Spotify oraz w YouTubie.

Wybaczcie, że brzmię jak ze studni (to moja wina; zepsułem mikrofon), ale da się tego słuchać bez szkody na zdrowiu. Co więcej, sądzę, że warto, bo zrobiło nam się z tego wywiadu „gęste” podsumowanie sytuacji Ukrainy, okraszone kilkoma predykcjami.

A zatem dziś Ogdowski w wersji słuchanej, nie pisanej. Zapraszam!

—–

Dziękuję za uwagę! A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszej pracy, polecam się na dwa sposoby. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Osoby zainteresowane nabyciem moją najnowszej książki pt. „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji”, w wersji z autografem, oraz kilku innych wcześniejszych pozycji (również z bonusem), zapraszam tu.

Zdjęcie ilustracyjne, fot. SzG ZSU

(Naj)lepsze

26 sierpnia, podczas misji bojowej, rozbił się pierwszy ukraiński F-16. Maszyny nie zestrzelili rosjanie, mało realne jest, by pułkownik Ołeksij Mes padł śmiertelną ofiarą „friendly fire”. Śledztwo trwa, źródła mówią o dwóch najbardziej prawdopodobnych przyczynach: błędzie pilota lub usterce samolotu. Niezależnie od okoliczności katastrofy, wielu obserwatorów przecierało oczy ze zdumienia. F-16 to topowa zachodnia broń – nie jest niezniszczalna, ale poziomem niezawodności bije rosyjskie odpowiedniki na głowę. Tymczasem – jak gorzko skomentował jeden z analityków – „tak szybko to poszło…”

Ta historia i reakcje na nią dobrze ilustrują zjawisko nierealistycznych oczekiwań wobec wyprodukowanej na Zachodzie broni. Ulegają mu „zwykli zjadacze chleba”, ale i pośród fachowców zdarzają się nadmierni optymiści.

Przekonanie, że zachodnie m u s i być najlepsze, ma realne podstawy. Jakość wykonania, poziom zaawansowania technologicznego czy kultura techniczna obsługi – wszystkie te czynniki (i wiele innych) przekładają się na trwałość i efektywność mocno kontrastujące z bylejakością radzieckiej i rosyjskiej produkcji seryjnej. Wojna w Ukrainie obnaża to po całości.

Ale z działań na Wschodzie wyłania się też obraz rozmaitych słabości zachodnich systemów.

—–

Rok 2023 zaczął się dla armii rosyjskiej fatalnie. Tuż po północy kilka rakiet Himars uderzyło w zajmowany przez nią kompleks szkolny w poddonieckiej Makiejewce. Wedle ostrożnych szacunków zginęło i rannych zostało 400 żołnierzy. O konflikcie w Ukrainie mówi się, że potwierdził dominację artylerii jako „boga wojny”. Ale i pokazał, że „bogiem bogów” jest wysokoprecyzyjna artyleria dalekonośna, głównie rakietowa. Trudno z tym dyskutować, gdy pojedynczy atak eliminuje z walki ekwiwalent batalionu, a dokładność uderzenia sprawia, że zniszczeniu ulega jedynie przejęty przez wojsko obiekt, nie zaś cały kwartał z zamieszkującymi go cywilami.

To Himarsy odpowiadały za zawał rosyjskiej logistyki, który nastąpił latem 2022 roku. Ich zasięg (w udostępnionej wówczas wersji dochodzący do 80 km) i precyzja pozwoliły na masowe niszczenie rosyjskich magazynów. Zmusiło to rosjan do porzucenia idei dużych składów, tworzonych tuż na zapleczu stanowisk bojowych. Artyleria moskali się zadławiła, żołnierze nie mieli co jeść. Operacja ofensywna ustała, szerzył się defetyzm, który – przybierając postać panicznych ucieczek całych oddziałów – przesądził o wrześniowej klęsce agresorów na Charkowszczyźnie. Tak oto pojedynczy system broni – i nieliczny, wszak Ukraińcy mieli wtedy raptem kilkanaście wyrzutni i kilkaset rakiet – doprowadził do przełomu na froncie.

Ale nic nie trwa wiecznie. Himarsy wykorzystują system GPS, który rosjanie nauczyli się zakłócać. Początkowo szło im niemrawo – oślepiali jedną na dziesięć rakiet (kolejną, bywało że dwie, strącali przy użyciu kinetycznych zestawów przeciwlotniczych), z czasem jednak proporcje się odwróciły – i tylko nieliczne miotane przez Ukraińców pociski osiągały cele.

W następnych miesiącach strony prześcigały się w kolejnych udoskonaleniach swoich tarcz i mieczy – obecnie skuteczność Himarsów utrzymuje się na poziomie 40 proc., w przypadku pocisków ATACMS (o zasięgu 160-300 km), powyżej 50 proc. To sporo, ale weźmy pod uwagę, że pojedyncza rakieta kosztuje więcej niż 100 tys. dol., ta z „długim lontem” nawet półtora miliona. Co ujawnia podstawową wadę zachodniego uzbrojenia – jego koszmarnie wysoką cenę.

—–

W Ukrainie obie strony masowo wykorzystują armaty, holowane i samobieżne. Więcej mają ich rosjanie, więc strzelają gęściej, ale efektywność ich ognia pozostaje jednostkowo niższa. Używane przez Ukraińców zachodnie działa są lepsze od rosyjskich/sowieckich za sprawą większej donośności (o kilka-kilkanaście kilometrów). O ich klasie decydują również lepsze „oczy” (radary pola walki, choć ten efekt rosjanie niwelują przy użyciu dronów), „inteligentna” samonaprowadzająca się amunicja (jak pociski Excalibur [1]) oraz wyższa mobilność/manewrowość (amerykańskie haubice M777 – jakkolwiek „tradycyjne”, bo holowane – są zarazem wyjątkowo lekkie, co umożliwia ich szybkie dyslokowanie). Istotny jest także poziom wykonania, jakości obróbki hutniczej. Do rosjan już wiosną 2022 roku dotarło, że lufy ich armat nad wyraz często się rozrywają. Nic zaskakującego przy nadmiernej eksploatacji, ale artylerzystom putina „kwitły” całkiem świeże „rury”.

Ale problem z lufami objawił się również i po ukraińskiej stronie – i nie dotyczył tylko poradzieckich systemów. Niemiecka armatohaubica samobieżna PzH 2000 – uchodząca za najdoskonalszą broń tej klasy – okazała się niegotowa do wojny o wysokiej intensywności. Normy strzeleckie (100 strzałów na dobę) dalece niewystarczające, a cała konstrukcja wozu nazbyt delikatna jak na warunki frontowej eksploatacji. Z wieloma problemami do tej pory się uporano, lecz i tak odsetek sprawnych PzH 2000 pozostaje niski i nie przekracza 30 proc. Gwoli rzetelności warto dodać, że powodem takiego stanu rzeczy jest też niemożność pełnego serwisowania sprzętu w Ukrainie. Armatohaubice przechodzą przeglądy i naprawy w krajach ościennych, co znacznie wydłuża okres ich bojowej absencji.

W tej kategorii artylerii Ukraińcy dysponują także polskimi Krabami – i one ujawniły podobną słabość w zderzeniu z realiami frontu wschodniego. Swego czasu mogliśmy obejrzeć film nagrany przez ukraińskich żołnierzy, z poważnie uszkodzonym Krabem w roli głównej. Powodem wybuchu i pożaru była nadmierna szybkostrzelność. Polska konstrukcja może wystrzelić sześć pocisków na minutę – i tak przez trzy kolejne minuty; potem lufa musi wystygnąć. Gdy Ukraińcy próbowali normę podkręcić, wydarzyła się tragedia.

Oczywiście do podbijania normy wcale nie musiałoby dojść. Wystarczyłoby odpowiednie nasycenie sprzętem, ale ten nie dość, że drogi, to jeszcze – i tu kolejna słabość – jest go mało. Co z kolei wynika z poziomu skomplikowania produkcji, nade wszystko zaś jest pochodną kondycji zachodniego przemysłu zbrojeniowego. Nowoczesnego jeśli idzie o linie produkcyjne i wyroby oraz manufakturowego w skali.

—–

Wraz z początkiem pełnoskalowej wojny w Ukrainie w sieci pojawiło się mnóstwo filmików dokumentujących ostatnie chwile rosyjskich czołgów. Masowo niszczonych przy użyciu wyrzutni przeciwpancernych, które Zachód, w dużych ilościach, wysłał do Ukrainy tuż przed agresją. Większość tych materiałów wyglądała podobnie – oglądaliśmy wystrzał, uderzenie pocisku w czołg, po czym następowała spektakularna eksplozja wtórna zgromadzonej w pojeździe amunicji. Potężna wieża wylatywała w powietrze, zwykle lądując kilkadziesiąt metrów dalej. Z wnętrza kadłuba wydobywał się ogień, dym; jeśli ktokolwiek uchodził z tego piekła żywy, mógł mówić o wielkim szczęściu. Czołgi T-72 w wersjach B3/B3M to przykład solidnie zmodernizowanej broni wywodzącej się z lat 70. A i tak okazały się „trumnami na gąsienicach”.

Dla porządku dodajmy, że rosjanie dysponują podobnymi systemami przeciwpancernymi i zagłada ukraińskich czołgów (też przecież głównie radzieckiej proweniencji) wyglądała tak samo.

Dlaczego o tym wspominam? Kilkanaście dni temu Andrzej Duda potwierdził, że Polska przekazała Ukrainie 400 czołgów, w miażdżącej większości wyprodukowanych na sowieckiej licencji T-72 oraz ich unowocześnionej wersji PT-91 Twardy. Nad Dniepr wysłaliśmy też kilkanaście poniemieckich Leopardów 2. W sumie Ukraina dostała około 70 „leosi”, co wraz z brytyjskimi Challengerami i amerykańskimi Abramsami daje ponad setkę zachodnich czołgów (innych niż przestarzałe Leopardy 1). Mimo iż natowskie konstrukcje pod wieloma względami przewyższają maszyny z rodziny T, to nasze „teciaki” okazały się istotniejszym wsparciem. Ukraińcy nie musieli się ich uczyć, mają dla nich wypracowane taktyki, zaplecze logistyczno-techniczne, zapas amunicji. Jak mawiają dilerzy, „lejesz pan do baku i jedziesz”. Najlepsze ukraińskie brygady ciężkie nadal wyposażone są w poradzieckie wozy. Ostatnio jedna z nich, użyta w operacji kurskiej, weszła do boju na „naszych” Twardych.

Na wojnie bywa tak, że gorsze znaczy lepsze – warto o tym pamiętać. Warto też wiedzieć, że zachodnie tanki – jak choćby wspomniane Abramsy – mierzą się w Ukrainie z nieznanymi wcześniej wyzwaniami. Nie przewidziano ich do walki z rojami dronów, nie wyposażono w odpowiednie zabezpieczenia. Naprędce wdrażane konstrukcje (jak popularne „daszki”) czasem zawodzą – stąd kilka potwierdzonych strat maszyn zza oceanu. Z egzemplarzami wysłanymi do Ukrainy jest dodatkowy problem (a właściwie dwa – podobnie jak w przypadku armatohaubic, ich również jest za mało). Ukraińskie Abramsy nie posiadają aktywnych systemów obrony (zakłócających wrogie układy celownicze lub niszczących nadlatujące pociski). Wytrzebione z tego atutu – by „super-technika” nie wpadła w ręce rosjan – mocno oddalają się od wzorca „najlepszych czołgów świata”.

[1] Excalibury też cechuje zmienna efektywność, bo i je udaje się rosjanom zakłócać. Był moment – wiosną tego roku – że do celu nie dolatywało 9 na 10 pocisków. Nie znam obecnych współczynników, ale muszą być znacząco lepsze/poprawione; dość powiedzieć, że w ostatnich dniach sierpnia władze USA zgodziły się na sprzedaż kilkuset pocisków Danii – a Kopenhaga nie kupowałaby bubli.

Nz. Ukraiński Abrams z miejscowymi udoskonaleniami – „daszkiem” i pancerzem reaktywnym/fot. ZSU

—–

Dziękuję za lekturę! Jeśli tekst Wam się spodobał, udostępniajcie go proszę.

A gdybyście chcieli nabyć egzemplarze „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” oraz „Międzyrzecze. Cena przetrwania” z autografem i pozdrowieniami, wystarczy kliknąć w ten link.

Tekst, w nieco innej formie, ukazał się w portalu Interia.pl

Wabiki

Sporo istotnych wydarzeń miało miejsce na przestrzeni ostatnich kilkunastu dni. Chciałbym się dziś do nich odnieść, zaczynając od wymiany więźniów, do jakiej doszło między Zachodem (głównie USA) a rosją.

O szczegółach pisał nie będę, bo są już powszechnie znane, należy jednak zwrócić uwagę na istotną w kontekście ukraińskim kwestię. Wymiana dowiodła, że niezależnie od złych i wciąż pogarszających się stosunków między Waszyngtonem i resztą a Moskwą, nadal istnieją efektywne kanały komunikacji. Co więcej, tę efektywność da się mierzyć nie symbolicznymi gestami, ale konkretnymi działaniami. Nie zamierzam wchodzić w dyskusję, kto bardziej wygrał na wymianie: czy rosja, odzyskując „nielegałów”, czy Zachód, ratując zwykle bogu ducha winnych cywilów, oskarżonych przez putinowski reżim o szpiegostwo. Dla obu stron uwolnienie „swoich” było ważnym zadaniem – które właśnie udało się zrealizować.

Ale co z tym ukraińskim kontekstem? Ano to mianowicie, że wymiana jest również sygnałem dla Kijowa. „Rozmawiamy z rosjanami i potrafimy nakłonić ich do kompromisów”, brzmi sedno tego przekazu. Tak, to rodzaj subtelnego szantażu, zachęty, by i Ukraina przysiadła się do stolika. Nie wyciągałbym z tego skrajnych wniosków w stylu: „grożą, że dogadają się za plecami Ukraińców”. Niezależnie od rozmaitych zaniechań Zachodu, nie uważam scenariusza jego zdrady za mocno prawdopodobny. Raczej chodzi tu o udostępnienie „udeptanego placu” do retorycznego pojedynku, jakim będą ukraińsko-rosyjskie negocjacje. Zdaje się, że w Kijowie to rozumieją, stąd deklaracje prezydenta Zełenskiego o konieczności zorganizowania kolejnego szczytu pokojowego, tym razem już z udziałem rosji.

—–

Zostawmy politykę. Ze zdarzeń wartych odnotowania mamy też masakrę wagnerowców (czy raczej ex-wagnerowców, bo teraz to stado zwyrodnialców nazywa siebie „Korpusem Afrykańskim”). Doszło do niej w Mali, na pograniczu z Algierią. Jaki ma to związek z Ukrainą? Najpierw odrobina wyjaśnień – otóż w Mali (oraz w Burkina Faso i Nigrze) rządzą obecnie hunty wojskowe, korzystające ze wsparcia rosyjskich najemników. Moskwa postanowiła w Afryce namieszać, a że nie trzeba do tego wielkich nakładów i sił, Kreml posłużył się pogrobowcami prigożyna. Nieco ponad setka z nich stacjonowała w Mali, zajmując się tym, w czym są najlepsi – pacyfikacją cywilnych osad podejrzanych o brak akceptacji dla władzy puczystów. Mordów dokonywano na obszarze zamieszkałym przez Tuaregów – i to bojownicy z tej grupy etnicznej zasadzili się na rosjan i towarzyszące im malijskie oddziały rządowe.

W bitwie zginęło kilkudziesięciu ruskich – mówi się o 50-80 najemnikach – czyli co najmniej połowa kontyngentu. Kilkunastu oprawców dostało się do niewoli. Wśród ujawnionych zdjęć dokumentujących miejsce starcia – zwykle przedstawiających stosy rosyjskich trupów – znalazło się też takie, na którym tuarescy bojownicy, w towarzystwie europejsko wyglądających mężczyzn, trzymają ukraińską flagę. Wywiad wojskowy Ukrainy (HUR) już dawno potwierdził, że jego ludzie działają także w Afryce. „Będziemy ścigać wagnerowskich przestępców po całym świecie”, zapowiedział dowódca formacji, gen. Budanow. I ta groźba jest realizowana (co skądinąd zasługuje na oddzielny tekst). Ukraińcy wprost przyznają, że pomogli Tuaregom zastawić sidła na rosjan. Efekt? Mali właśnie zerwało stosunki dyplomatyczne z Ukrainą. Czy Burkina Faso i Niger również podejmą tak dotkliwe kroki (po których Ukraina „już się nie podniesie”)? Żarty żartami, ale z Kijowa płyną sygnały, że afrykańska epopeja HUR dopiero się rozkręca. A wizerunek rosji na Czarnym Lądzie – jako kraju zapewniającego skuteczne wsparcie najemnicze – został poważnie nadwyrężony.

—–

Nadwyrężono – znów! – dopiero co połataną obronę przeciwlotniczą Krymu. Ukraińskie rakiety spadły na Sewastopol i okolice, niszcząc kilka wyrzutni S-400. To już standard, można by rzec, ale uderzenie zasługuje na uwagę z innego powodu. Oto bowiem Ukraińcy „dobili” uszkodzony okręt podwodny „Rostów nad Donem”.

Przypomnijmy, we wrześniu 2023 roku jednostka – odstawiona do suchego doku na czas remontu – trafiona została dwoma pociskami Storm Shadow/SCALP. Zniszczenia wydawały się na tyle poważne, że w zgodnej ocenie specjalistów „Rostów…” można było uznać za wyeliminowany ze służby. Ale rosjanie się uparli – prowizorycznie załatali kadłub (Sewastopol nie daje możliwości przeprowadzenia bardziej zaawansowanej naprawy) i odstawili okręt do wypełnionego wodą basenu. Tam miał czekać na możliwość przeholowania do właściwej stoczni (czyli de facto opuszczenia Morza Czarnego). No i się nie doczekał, ponownie trafiony, najpewniej przy użyciu ATACMS-a, który posłał jednostkę na dno.

Czy to już koniec „Rostowa…” (wartego 300 mln dol.)? Zeszłoroczna decyzja o połataniu okrętu miała propagandowy wymiar – rosjanie chcieli udowodnić, że Ukraińcy nie mogą zniszczyć im tak cennej jednostki; niezależnie od ekonomicznej nieopłacalności tego przedsięwzięcia. Niewykluczone, że do głosu doszły też inne argumenty – w rosji długotrwałe (naprawdę wieloletnie…) remonty jednostek pływających to nic nadzwyczajnego. Pod pozorem operacyjnej i propagandowej konieczności reanimuje się tam trupy – czego najlepszym przykładem nieszczęsny paralotniskowiec „Admirał Kuzniecow” – „topiąc” przy tej okazji potężne pieniądze. Część tych środków trafia oczywiście do kieszeni wszelkiej maści beneficjentów, tuczących się na korupcji trawiącej siły zbrojne i sektor obronny. Niewykluczone, że (także) naciski takiego lobby zadecydowały o dalszym losie „Rostowa…”.

Niezależnie od tego, historia okrętu niesie lekcję dotyczącą uznawania strat – nie wszystko, co trafione, definitywnie przepada. W przypadku floty czarnomorskiej nie mówimy o pojedynczym przypadku. Dość wspomnieć, że jeden z koszmarnie zdemolowanych w Berdiańsku w 2022 roku desantowców został przez rosjan wyremontowany i przywrócony do służby. „Pewniaki” to tak jak „Moskwa” – spoczywające głęboko na morskim dnie wraki.

—–

Wrakami zostaną wszystkie ukraińskie F-16 – zapowiada rosyjska propaganda. Tak dochodzimy do najważniejszej wiadomości minionych dni. Wiecie już zapewne, że pierwsze samoloty dotarły do Ukrainy i że rozpoczęły dyżury bojowe. Nie będę się o tym rozpisywał, bo wczoraj był to temat dnia i zapewne naczytaliście się rozmaitych doniesień. Od siebie chciałbym jednak dodać kilka obserwacji i ustaleń.

Zacznę od rosyjskiej propagandy, która w sprawie „efów” właśnie dokonała efektownej wolty. Dostarczenie maszyn nie jest już „przekroczeniem czerwonej linii” (po którym odwet rosji będzie srogi i ucierpi cały Zachód…), a staje się mało istotnym wydarzeniem, godnym co najwyżej komentarza, że „i tak sobie poradzimy”. Znamy ten schemat działania Moskwy – początkowego napinania mięśni, by na koniec z podkulonym ogonem pogodzić się z rzeczywistością (tak, podkulonym; nadal harde deklaracje niczego nie zmieniają, liczy się to, że „efy” są, a odwetu nie ma, Himarsy przyszły, zemsta nie, SCALP-y na łeb spadają, retorsji brak, itp., itd.). Mamy więc kolejny przyczynek do rozważań o rosyjskim łobuzie, którego nie należy się przesadnie obawiać, i z którym najlepiej rozmawiać z pozycji siły.

Pozostając w temacie rosyjskiej słabości. Część komentatorów doniosła z poirytowaniem, że „ujawnienie” efów stało się okazją do celebry. Oficjalnej uroczystości, z udziałem głowy państwa, wyższych dowódców, że w tym celu zwieziono w jedno miejsce nie tylko VIP-ów, ale i cenny personel lotniczy (a w Ukrainie każdy pilot i mechanik jest dziś na wagę złota), no i oczywiście samoloty. Przecież jakby rosjanie się o tym dowiedzieli… Wystarczyłyby ze dwa Iskandery, może trzy, i zadano by Ukraińcom najdotkliwszy cios w tej wojnie.

No, zadano by – muszę przyznać. Ale – okazuje się – moskale są „za krótcy”, by taką operację przeprowadzić. Ukraińskie władze i dowództwo są na tyle nieprzeniknione dla rosyjskich spec-służb, że zdołano zorganizować taką ceremonię (nie wiem gdzie, sądzę, że na południu, w okolicach Odesy). Ba, do udziału zaproszono kilkoro dziennikarzy, a to zawsze jest istotny czynnik ryzyka, gdy chce się zachować poufność wydarzenia. Tyle w temacie profesjonalizmu, a de facto impotencji rosyjskich służb. Co zaś się tyczy ceremonii – myślę, że u nas wyglądałoby to podobnie. Nie podoba mi się ten wschodniacki rys kulturowy, ale z drugiej strony dobrze wiem, jak ważny jest propagandowy wymiar wojny. A wejście do akcji F-16 to nie byle co dla podtrzymania morale społeczeństwa.

Czy propagandowa waga tego wydarzenia nie dominuje nad ściśle wojskową (rozumianą jako korzyści operacyjne)? Napiszę o tym w kolejnym tekście, na potrzeby tego chciałbym jeszcze odnieść się do ceremonii. Uświetniły ją m.in. maszyny, przez niektórych komentatorów rozpoznane jako atrapy. Kilkadziesiąt takich „atrap” – a po prawdzie, wytrzebionych „prawdziwych” płatowców, ściągniętych ze składowiska w Stanach – trafiło do Ukrainy na przełomie maja i czerwca br. (przez Polskę i Rumunię). Nie ustaliłem, jak duże jest to „kilkadziesiąt” – mam nadzieję, że spore i zaraz wyjaśnię dlaczego. Transportowi jednej z takich „maszyn” udało mi się przez chwilę towarzyszyć; nie pisałem o tym, a i teraz ledwie wspominam z oczywistych powodów. Tak czy inaczej, to wtedy uzmysłowiono mi pewien „cyrkowy” zamysł. Jaki?

Skorupy rozwieziono po Ukrainie, by pełniły role wabików. To oczywiste, że rosjanie będą na efy polować z wielką zaciekłością. Polują na posowieckie samoloty i gdyby zsumować wyniki ich działań udokumentowanych na filmach, wyszłoby, że zniszczyli ukraińskie lotnictwo po wielokroć. Materiały filmowe nie zawsze są zmanipulowane, niekiedy przedstawiają uderzenia w realistyczne makiety bądź właśnie w wytrzebione skorupy – o czym rosjanie nie wiedzą lub udają, że nie wiedzą („sukces jest sukces, zwłaszcza dobrze udokumentowany”). No więc wabiki z efów posłużą do skanalizowania części tej wściekłej zajadłości ruskich. Im samym zaś – co warto mieć „z tyłu głowy” – pozwolą ogłaszać kolejne sukcesy, odnoszone w zwalczaniu zachodniej „super-techniki”.

A skoro o t a k i ch sukcesach mowa – za kilka dni dziewięćsetny dzień trzydniowej operacji specjalnej putina.

—–

Dziękuję za lekturę! Pamiętajcie proszę wesprzeć mój raport – subskrypcją lub „kawą”. Bez Was – ot, proza życia… – nie będę miał za co pisać. Stosowne przyciski znajdziecie poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają moje materiały, także książki.

A skoro o nich mowa – gdybyście chcieli nabyć egzemplarze „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” oraz „Międzyrzecze. Cena przetrwania” z autografem i pozdrowieniami, wystarczy kliknąć w ten link.

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Andrzejowi Kardasiowi, Marcinowi Łyszkiewiczowi, Arkowi Drygasowi, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Monice Rani, Maciejowi Szulcowi, Jakubowi Wojtakajtisowi i Joannie Marciniak. A także: Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Krzysztofowi Krysikowi, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Jarosławowi Grabowskiemu, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Pawłowi Krawczykowi, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Marcinowi Barszczewskiemu, Szymonowi Jończykowi, Piotrowi Rucińskiemu, Annie Sierańskiej, Mateuszowi Borysewiczowi, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Kacprowi Myśliborskiemu, Sławkowi Polakowi, Mateuszowi Jasinie, Grzegorzowi Dąbrowskiemu i Arturowi Żakowi.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „kawoszom” z ostatniego tygodnia: Maciejowi Mieczkowskiemu, Rafałowi Rachwałowi, Tomaszowi Jakubowskiemu i Michałowi Wacławowi.

Nz. Ukraińskie F-16/fot. Kancelaria Prezydenta Ukrainy