Dyplomacja…

…to poważna sprawa, nie ma tam za wiele miejsca na żarty. Zwłaszcza dowcipy z przebiegu granic, ze statusów prawnych terytoriów, nie daj boże takich, o które kiedyś toczono międzynarodowe spory. Drwiny w tym zakresie mogą zachwiać relacjami międzypaństwowymi, szczególnie gdy mocno rezonują. Wyobraźcie sobie reakcję władz RP (jakichkolwiek), gdyby niemieccy dyplomaci zaczęli robić sobie jaja z polskiej jurysdykcji na Pomorzu Zachodnim (coś w stylu „dajmy miejscowym 2000 euro miesięcznie, to ogłoszą region kolejnym landem”). Kociokwik byłby nieprawdopodobny…

Od kilku dni rozkręcą się internetowa inba dotycząca statusu obwodu kaliningradzkiego. Żart polskiego internauty, który w reakcji na rosyjskie pseudoreferenda we wschodniej Ukrainie rzucił pomysł podziału eksklawy między Polskę a Czechy, zaowocował wysypem jajcarskich inicjatyw. Podjęli je sami Czesi, także politycy, na tyle skutecznie, że gdzieś po drodze przepadł pomysł polsko-czeskiego rozbioru. Obwód „stał się” częścią Republiki Czeskiej, Kaliningrad Kralovcem, a o radości 98 proc. mieszkańców regionu – którzy w referendum zagłosowali na „tak” – można dziś przeczytać na dedykowanym twitterowym profilu.

Ale historyjka multiplikuje się głównie memami, z których część to prawdziwe majstersztyki dowcipu (jak choćby te z Krecikiem wypoczywającym nad „czeskim Bałtykiem”).

A ruscy dostają kurwicy, bo przecież jak tak można, podważać status ICH terytorium!? Ano można, i trzeba, jest bowiem dowcip znakomitym sposobem na wojnę z tyranią. Z bandyteską ujętą w państwowe ramy, która ma za nic podstawowe reguły prawa międzynarodowego. Łobuz ośmieszony, zwłaszcza taki z kompleksem niższości (a to istotny rys rosyjskiej tożsamości kulturowej), to łobuz mniej straszny i dotkliwie ugodzony.

Ładują więc w ruskich także Amerykanie. I to dyplomaci. Praga zwróciła się dziś do Waszyngtonu – zupełnie serio! – z pytaniem o możliwość zakupu 24 myśliwców F-35. Na odpowiedź oficjalną i rzeczową czeski rząd pewnie jeszcze poczeka, za to na reakcję wpisującą się w kaliningradzką inbę już nie musi. Pyta bowiem amerykańska ambasada w Pradze – na oficjalnym profilu – czy nie zechcieliby Czesi, do tych efów trzydziestych piątych… lotniskowca. No bo skoro mają już dostęp do morza…

Skisłem, gdy to przeczytałem. Naprawdę, dawno się tak nie uśmiałem. Niemniej sprawa ma też bardzo poważny wymiar. Znakomicie ilustruje, czym w międzynarodowej percepcji jest dziś rosja. putin chciał jej nadać status mocarstwa, tymczasem uczynił z rosji pośmiewisko, którego reakcjami nie ma sensu się przejmować. Taki z niego geniusz geopolityki…

—–

Nz. Jeden z memów…

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Wiano

Z czym do NATO? Czy Szwecja i Finlandia to cenne nabytki dla Sojuszu Północnoatlantyckiego?

W połowie maja br., gdy stało się jasne, że Finlandia – wraz ze Szwecją – zamierzają wejść do NATO, Kreml wysłał Helsinkom kolejną serię pogróżek. Fiński rząd sprawę przemilczał, ale przedstawiciele armii już nie. „Miło was przywitamy – dołączycie do 200 tysięcy Rosjan, zakopanych kilka metrów pod ziemią po waszej ostatniej wizycie z 1939 roku”, skomentował niewymieniony z nazwiska fiński generał, cytowany przez amerykańskiego admirała Jamesa Stavridisa, byłego Naczelnego Dowódcę Sił Sojuszniczych. Wypowiedź jest ponad wszelką wątpliwość autentyczna, znakomicie ilustrując stosunek Finów do Rosji. Wojna zimowa z końca lat 30., mimo iż zakończyła się oderwaniem od Finlandii części terytoriów, upokorzyła stalinowskie imperium, które z trudem – masą i bezprzykładnym okrucieństwem wobec własnych żołnierzy – pokonało kilkudziesięciokrotnie mniejszy kraj. To niełatwe historyczne doświadczenie współtworzyło powojenną tożsamość narodu fińskiego, który wielkiego sąsiada bał się, ale nieprzesadnie. Świadomość relatywnej siły, pozwalającej w razie potrzeby na zadanie agresorom poważnych strat, przez dekady leżała u podstaw fińskiej kultury strategicznej. Pozwalała na luksus neutralności, choć należy zauważyć, że w okresie zimnej wojny działo się to w reżimie ograniczonej politycznej i gospodarczej zależności od Moskwy (nieporównywalnej z sytuacją krajów bloku wschodniego). W ostatnich latach coś się jednak zmieniło.

Rosyjska inwazja Ukrainy sfalsyfikowała dotychczasowe założenia fińskiej strategii bezpieczeństwa. Finowie doszli do wniosku, że dialog i współpraca z Moskwą obarczone są zbyt wielkim ryzykiem, jeśli z drugiej strony ma się wyłącznie niezobowiązujące relacje wojskowe z państwami NATO. Gdy zarządzono głosowanie w parlamencie, 188 z 200 posłów poparło akcesję kraju do Sojuszu, uznając, że tylko art. 5 Traktatu Północnoatlantyckiego zapewni bezpieczeństwo i integralność terytorialną Finlandii. Podobnego zdania jest dziś niemal 80% fińskiego społeczeństwa. Co istotne, gremialne „tak” dla integracji miało ogromny wpływ na sąsiednią Szwecję. Jeszcze w marcu br., już po rosyjskim ataku na Ukrainę, premier Magdalena Andersson wykluczała członkostwo Szwecji w NATO. Fińska wolta zrodziła obawy, że kraj pozostanie strategicznie osamotniony, jako jedyny w regionie Bałtyku (poza Rosją) nienależący do Sojuszu. I choć w Socjaldemokratycznej Partii Robotniczej (SAP) istnieją silne nurty antynatowskie i antyamerykańskie, Andersson przekonała działaczy do zmiany zdania. Zadanie ułatwiło nastawienie opinii publicznej, która pod wpływem wieści z Ukrainy przychylniej odniosła się do idei integracji. Obecnie popiera ją niemal dwie trzecie Szwedów (w ostatnich latach było to zaledwie 30-kilka proc.).

Ryzyko jazdy na gapę

Szwecja i Finlandia to jedne z najzasobniejszych państw świata. Szwedzki PKB za ubiegły rok przebił pułap 600 mld dol., fiński wyniósł ćwierć biliona. Oba kraje mają rozwinięte gospodarki, szwedzka posiada możliwości wyprodukowania niemal każdego rodzaju uzbrojenia – od karabinów po samoloty – zapewniające wojsku samowystarczalność. Jednocześnie to rozległe terytoria (528 tys. i 338 tys. km kw.), ze stosunkowo niewielkimi populacjami (10,3 i 5,5 mln), w przypadku Finlandii z mocno niekorzystnym układem granic – połowa z 2,6 tys. km przypada bowiem na Rosję. Finowie łożą na armię 2,15% PKB (5,7 mld dol. w 2021 r.), lecz dopiero od niedawna – wcześniej, przez wiele lat, wydatki militarne Helsinek nie przekraczały 1,3% PKB. Szwedzkie nadal pozostają na niskim poziomie 1,1% PKB (6,5 mld dol. w 2021 r.), co nie odpowiada standardom NATO. Dlatego pośród analityków wojskowych nie było zgody co do sensowności rozszerzenia Sojuszu o te kraje. W Polsce – gdzie zapanował w tej kwestii entuzjazm – głosów na „nie” właściwie nie zauważono, ale już za oceanem sporo mówiło się o kosztach i zagrożeniach. Podkreślano „zwiększoną ekspozycją wspólnoty na ataki Moskwy”. Obawy rodził fakt, że oba państwa dotąd rozwijały siły zbrojne uwzględniając wyłącznie specyfikę własnych terytoriów, tymczasem istotą NATO jest możliwość kolektywnej obrony. Najwięcej lęków rodził jednak scenariusz „jazdy na gapę” – skrycia się za potencjałem USA i ich parasola nuklearnego, przy jednoczesnym wydawaniu na obronność minimalnych środków. Niemcy Angeli Merkel pozostają tu żywym wspomnieniem.

Obawy związane z kwestiami finansowymi rozstrzygną się w ciągu najbliższych lat, ale już dziś warto zauważyć, że oba kraje słyną z ponadpartyjnych konsensusów dotyczących bezpieczeństwa państwa. Ich symbolem może być szwedzka Försvarsbeslut – przyjmowana co pięć lat nowa strategia obrony, realizowana później niezależnie od politycznych przetasowań. Ta z grudnia 2020 r. zakłada zwiększenie wydatków na wojsko do 1,5% PKB w 2025 r. A szwedzkie militarne przebudzenie wcale nie nastąpiło ledwie dwa lat wstecz – zaczęło się już w 2008 r., po wojnie w Gruzji i znacząco przyśpieszyło po 2014 r., kiedy doszło do pierwszej odsłony rosyjsko-ukraińskiego konfliktu.

Jego obecna faza każe ze spokojem patrzeć na ryzyko wynikłe z dodatkowych setek kilometrów granicy NATO z Rosją. Tak twierdzi szef agencji analiz wywiadowczych fińskich sił zbrojnych płk Esapekka Vehkaoja. „Trudno spodziewać się, aby w najbliższych latach Rosja zdołała znacząco wzmocnić swoje oddziały przy granicy z Finlandią”, oświadczył przed kilkoma tygodniami. Wynika to ze znaczących strat poniesionych przez wojska rosyjskie w Ukrainie (według brytyjskiego wywiadu, do połowy lipca zginęło i zostało rannych 50 tys. Rosjan). Dodajmy, że Kreml w pierwszych reakcjach na zapowiedzi Finlandii ogłosił utworzenie dodatkowych 10 brygad okołowojskowych, które miałby zostać wysłane na północ. Jak na razie Moskwa relokuje żołnierzy spod granicy fińskiej na ukraiński front.

Wkład do natowskiej puli

Te ruchy potwierdzają, że stawiane przez Kreml zarzuty dotyczące zagrożenia ze strony NATO, to w istocie retoryczny argument, uzasadniający politykę konfrontacji z Zachodem. Że nie stoi za tym realna obawa przed agresją na Rosję (a tego typu lęki są regularnie wzmacniane przez kremlowską propagandę skierowaną do własnych obywateli). Bo rzeczywiście, nie ma się czego bać. Szwedzi postawili sprawę jasno – nie chcą u siebie stałych sił natowskich oraz rozmieszczenia broni jądrowej (co jest opcją czysto teoretyczną). Finlandia nie sformułowała żadnych ograniczeń, ale w dyskusjach o przyszłych realiach członkostwa właściwie nie pojawia się wątek obecności obcych wojsk. Sztokholmowi i Helsinkom zależy wyłącznie na natowskich gwarancjach bezpieczeństwa. Ich własne armie pozostają nieliczne i mają defensywny charakter. W siłach zbrojnych Szwecji służy czynnie 24 tys. ludzi. Kolejne 11,5 tys. osób to wojskowi na niepełnym etacie (wkładający mundur na czas ćwiczeń i operacji militarnych). Szwecja ma też Hemvärnet – 20-tysięczną gwardię. W 2018 r. szwedzki rząd przywrócił pobór. Armia Finlandii liczy 31,5 tys. żołnierzy, ale dysponuje imponującymi rezerwami. Fińscy generałowie „na szybko” mogą zmobilizować 280 tys. świetnie wyszkolonych rezerwistów, cała dostępna populacja byłych żołnierzy w wieku mobilizacyjnym wynosi obecnie 900 tys. osób. W przypadku Finlandii to właśnie ona stanowi najwartościowszy wkład do natowskiej puli.

Szwedzkie wiano to przede wszystkim trzecia co do wielkości (po niemieckiej i rosyjskiej) marynarka wojenna na Bałtyku, wyposażona m.in. w trudno wykrywalne korwety Visby (pięć sztuk) oraz okręty podwodne A-19 Gotland (trzy sztuki; w budowie są dwaj następcy, jednostki typu A-26). Gotlandy, dzięki innowacyjnym rozwiązaniom napędowym, cieszą się renomą niezwykle cichych łowców. Jeden z nich w symulowanym starciu „zatopił” amerykański lotniskowiec – najsilniej broniony okręt na świecie. Szwedzkiego nieba strzeże niemal setka świetnych Gripenów, na lądzie siły zbrojne mają do dyspozycji m.in. 120 Leopardów i trzy i pół setki solidnych wozów bojowych z rodziny CV90. Niemieckimi Leopardami dysponuje też Finlandia – ma ich 240. Co ciekawe, obok setki szwedzkich CV90, Finowie eksploatują podobną liczbę rosyjskich BMP-2. To zresztą niejedyny rosyjski akcent w fińskiej armii, choć o jej sile stanowi przede wszystkim sprzęt zachodni. Na przykład 60 amerykańskich myśliwców F/A-18 – nadal niezłych, a już przewidzianych do nieodległej wymiany (w 2025 r.). Helsinki postanowiły zastąpić „osiemnastki” maszynami piątej generacji F-35A. Zamówienie o wartości 8,4 mld euro dotyczy zakupu 64 samolotów. Wraz z nimi do Finlandii trafią m.in. pociski manewrujące JASSM-ER, zdolne razić cele na odległość do 1000 km.

Ps. Na okoliczność orkowych kalkulacji (gdyby jednak przyszło im coś głupiego do łba) – z Helsinek do Moskwy w linii prostej jest około 900 km…

—–

Nz. Fińska artyleria podczas ćwiczeń/fot. Siły Obronne Finlandii

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 31/2022

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Peryferia

Przez większość historii lotnictwa to, co działo się nad Polską, miało peryferyjny wymiar. Nawet podczas drugowojennego wzmożenia – po bezprecedensowej aktywności niemieckich bombowców we wrześniu 1939 r. – nastało kilka lat względnego bezruchu. Potężna kampania lotnicza zachodnich aliantów skoncentrowana była na Rzeszy – brytyjskie i amerykańskie samoloty tylko czasami zapuszczały się nad terytorium okupowanej RP. Radzieckie lotnictwo miało zaś przede wszystkim frontowy charakter – wspierało walczące na ziemi oddziały. Przeszło więc przez Polskę stosunkowo szybko, jak szybko przesunął się front na przełomie 1944 i 45 r. Po wojnie mieliśmy w kraju do czynienia z intensywnym rozwojem lotnictwa sportowego, ale cywilny ruch pasażerski do końca PRL-u pozostał znikomy. „Rozhulało się” za to lotnictwo wojskowe – wielu dzisiejszym pasjonatom sił powietrznych trudno uwierzyć, że w latach 70. armia dysponowała 8-krotnie większą liczbą maszyn niż obecnie. Lata 90. to okres wielkiej lotniczej smuty – Polaków wciąż nie było stać na odległe eskapady, zaś wojsko cierpiało na niedosyt lotniczego paliwa. Godzina lotu MiG-a 29 kosztowała tyle, co miesięczny wikt dla kompani poborowych, migi zatem z rzadka wzbijały się w powietrze. Pilot z tamtych czasów wspomina, że nalatywał rocznie 30-40 h, gdy minimum dla podtrzymania nawyków wynosiło 80-100 h.

Amerykański wschód

Wejście Polski do Unii Europejskiej, która sfinansowała rozbudowę lotnisk, rosnąca zamożność Polaków oraz pojawienie się tanich linii sprawiły, że niebo między Bugiem a Odrą wypełniło się odrzutowymi maszynami pasażerskimi w nieznanej dotąd skali. Wraz z nastaniem „ery F-16” siły powietrzne wyszły z paliwowego dołka, na początku drugiej dekady XXI w. zapewniając pilotom naloty na przyzwoitym poziomie. I choć rosło jednocześnie grono prywatnych użytkowników samolotów i śmigłowców, globalna perspektywa nadal kazała widzieć w Polsce lotnicze peryferia. Aby to zrozumieć, wystarczy obejrzeć natężenie ruchu nad zachodnią Europą i Stanami Zjednoczonymi. Co istotne dla dalszej części tekstu, dziś możemy to zrobić sprzed komputera bądź zerkając w komórkę. Wystarczy odpalić popularny serwis Flightradar24, pozwalający na lokalizowanie statków powietrznych w czasie rzeczywistym. F24 pokazuje trasę, miejsce startu i lądowania, numer lotu, typ maszyny, aktualną pozycję, wysokość, kierunek i prędkość – wszystko to naniesione na dokładne mapy Google. Oczywiście, nie ma tam wszystkiego. Usługa opiera się na śledzeniu sygnałów nadawanych przez transpondery, tymczasem wojskowe samoloty (i maszyny specjalne, np.: boeing cesarza Japonii) mają możliwość zmiany trybów nadawanych sygnałów, tak, by stały się niewidoczne dla cywilnych odbiorników.

Prowincjonalny charakter polskiego nieba zaczął przechodzić do historii wraz z rozkręcającym się kryzysem, wywołanym przez Władimira Putina. Jego groźby wobec Ukrainy i NATO, a nade wszystko koncentracja wojsk rosyjskich przy ukraińskiej granicy pchnęły zachodnie rządy do bezprecedensowych działań. Zaczęło się przebazowanie wojsk, w tym komponentów lotniczych, także na terytorium Rzeczpospolitej. Dodatkowe tysiące amerykańskich żołnierzy przyleciały do nas czarterami, samolotami takich linii jak Atlas Air czy United Airlines. Wojskowi lądowali w Warszawie, Szczecinie, Katowicach, no i w Rzeszowie, gdzie siadało większość maszyn wiozących cargo. Pośród sprzętu, który trafił na wschodnią flankę, znalazło się mnóstwo śmigłowców, głównie wielozadaniowych UH-60 i szturmowych AH-64. Obecność żołnierzy USA to elementem show of force (ang. prezentacja siły), co odbywało się także – i nadal odbywa – poprzez intensywne ćwiczenia. Ledwie zatem wyładowano śmigłowce, a ich załogi przystąpiły do lotów. Dziś na wschodzie kraju łatwiej wypatrzyć wiropłat z oznaczeniami amerykańskiej armii niż z biało-czerwoną szachownicą. Podobnie jest z aktywnością typowo bojowego lotnictwa. Nie rejestruje jej F24, ale to, co widać gołym okiem i czego dowiadujemy się z oficjalnych komunikatów, daje wyobrażenie o skali przedsięwzięć.

Lotnicza menażeria

Dużo by mówić o typach maszyn stacjonujących w Polsce bądź tylko zapuszczających się tu w ramach sojuszniczych patroli. Dość wspomnieć o wizytach B-52, najpotężniejszych bombowców świata. Trzydzieści kilka lat temu ich przelot nad naszym krajem oznaczałby inaugurację drugiego rozdziału atomowego Armagedonu (pierwszym byłyby ataki rakietowe), współcześnie boeingom towarzyszyły w eskorcie polskie myśliwce. Wedle dostępnych danych B-52, które latały w ostatnich tygodniach nad Polską, nie nosiły ładunków jądrowych, co nie zmienia faktu, że ich pojawienie się przyjęto w Moskwie z niepokojem. Bo i taki był cel, podobnie jak w przypadku przeniesienia do Polski amerykańskich myśliwców F-15, z których część delegowano do natowskiej misji Air Policing, czyli ochrony przestrzeni powietrznej Litwy, Łotwy i Estonii. „Piętnastki” cieszą się renomą najskuteczniejszych samolotów bojowych pozostających w służbie – udokumentowano na nich ponad setkę zestrzeleń (głównie na Bliskim Wschodzie) przy zerowych stratach tego typu maszyn. „Nowicjusz”, jakim przy F-15 jest F-35, także zagościł na polskim niebie w związku z ukraińskim kryzysem. I nie były to wyłącznie maszyny USAF, ale również brytyjskie i holenderskie – te ostatnie gościnnie, w drodze do Bułgarii. Poza tym przylatują do nas francuskie Rafale i Mirage 2000, belgijskie F-16, niemieckie Eurofightery i amerykańskie F/A-18.

Cała ta lotnicza menażeria wymaga odpowiedniego wsparcia – stąd widoczne na polskim niebie latające cysterny. Widoczne gołym okiem (choć na dużej wysokości), ale i na Flightradarze – takie misje bowiem nie mają zwykle gryfu tajności. Podanie paliwa w powietrzu realizują u nas najczęściej amerykańskie boeingi KC-135, lecz pojawiają się również np.: A330 od Airbusa, należące do MRTT Fleet (ang. Multinational Multi-Role Tanker Transport), wielonarodowej flotylli tankowców/transportowców, z której swego czasu „wypisał” nas Antoni Macierewicz (pieniądze na polski udział w projekcie wydając na zakup samolotów dla vipów). Tankowce nad Polskę wysyłają także Brytyjczycy, Francuzi i Włosi.

Nie jest tajemnicą, że Ukraińcy otrzymują wsparcie wywiadowcze od NATO. Rozpoznanie lotnicze to jeden z najefektywniejszych sposobów na zbieranie danych. Nim zaczęła się rosyjska inwazja, samoloty Sojuszu regularnie odbywały loty w przestrzeni powietrznej Ukrainy (zasięg ich sensorów pozwalał na zbieranie danych z głębi rosyjskiego i białoruskiego terytorium). Misje te wykonywały przede wszystkim należące do USA boeingi RC-135, obserwowano również bezzałogowe RQ-4 Global Hawk. Nie bez powodu użyłem określenia „obserwowano”, operacje te bowiem prowadzono niezwykle transparentnie. Nie dla uciechy fanów F24, a dla wiedzy Rosjan, których tym sposobem informowano o czujności Sojuszu. Wraz z wybuchem działań zbrojnych natowskie samoloty rozpoznawcze znikły z przestrzeni powietrznej Ukrainy – dziś realizują zadania głównie wzdłuż naszej wschodniej i północnej granicy.

Status humanitarny

Lecz to nie misje SIGINT (ang. signals intelligence, rozpoznanie elektromagnetyczne) stanowią o nasyceniu polskiego nieba. Odpowiadają za nie w miażdżącej większości loty transportowe. Nasz kraj stał się hubem logistycznym dla Ukrainy, obsługującym dostawy pomocy wojskowej i humanitarnej. Długo by wymieniać typy samolotów, siły powietrzne i komercyjnych przewoźników lądujących na naszych lotniskach (chodzi rzecz jasna głównie o kraje i samoloty NATO). Przywołam najciekawsze przykłady, jak choćby pakistańskie, jordańskie i tunezyjskie Herculesy, kuwejckie C-17 i brazylijskiego Embraera C-390.

Na koniec warto dodać, że to z Polski zaczynają podróże do Kijowa zagraniczne delegacje (z uwagi na ryzyko strącenia docierające do ukraińskiej stolicy koleją). I że choć Rzeczpospolita – jak cała Unia – zamknęła niebo dla rosyjskich samolotów, istnieją wyjątki. Wszystko zależy od statusów – jeśli mamy do czynienia z lotem humanitarnym czy emergency (ang. nagły wypadek; taki status przysługuje np.: samolotom wiozącym ekipy ratunkowe), wówczas piloci mają zielone światło. Przy czym kategoria humanitarna jest dość rozległa – kilka tygodni temu przepuściliśmy Iła-76 z paliwem jądrowym dla Słowacji.

Dziś trudno ocenić, czy rosyjscy przewoźnicy wrócą nad nasz kraj. Nie sposób przewidzieć, kiedy istotnemu ograniczeniu ulegnie natowskie show of force. Faktem jest, że zwiększona obecność wojskowa USA w Polsce to element rzeczywistości, z którym trzeba się pogodzić. Godzić się wypada też z przekonaniem, że komercyjny ruch lotniczy największy peak ma już za sobą. Pandemia COVID-19 przeflancowała podniebne biznesy, a rosnące ceny paliw nie ułatwiają stawania na nogi. Zwłaszcza że rośnie świadomość ekologiczna klientów, którzy coraz częściej zwracają uwagę na ślad węglowy. To wszystko sprawia, że obecny tłok na polskim niebie może się okazać chwilową odskocznią od peryferyjnej codzienności. Z drugiej strony, nadchodzi era dronów, dla których planuje się rozległe zastosowania. Ale to już zupełnie inna historia…

—–

Nz. Francuskie Mirage/fot. Bartek Bera

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 25/2022

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Przymus

Zimą Władimir Putin grał o wielką stawkę – chodziło mu nie tylko o zwasalizowanie Ukrainy, ale również o zmarginalizowanie roli NATO w Europie Środkowo-Wschodniej. Polska i kraje nadbałtyckie – wedle zamierzeń Kremla – miały stać się członkami Sojuszu drugiej kategorii, de facto wejść w szarą strefę bezpieczeństwa. Bez natowskich instalacji, bez obecności obcych wojsk, z mocno ograniczoną możliwością przeprowadzania sojuszniczych ćwiczeń. Taki pakiet „propozycji” – obok uznania Ukrainy za jej strefę wpływów – rzuciła na stół Moskwa. W zamian miało nie dojść do wojny – tej już wówczas przygotowanej, w Ukrainie – oraz tej w przyszłości, gdzie ewentualnym celem byłyby kraje dawnego bloku wschodniego. „Nowa architektura bezpieczeństwa Europy” – jak nazwano ów pomysł na Kremlu – spotkała się z przyjęciem, z jakim później zderzył się dowódca krążownika „Moskwa”, namawiający załogę Wężowej Wyspy do poddania się. To przede wszystkim Joe Biden – ostoja zachodniej jedności – posłał Putina do diabła. Waszyngton wrzucił NATO na wyższy bieg, do Europy przyjechali kolejni amerykańscy żołnierze, to wówczas też wąski dotąd strumień dostaw sprzętu wojskowego dla Ukrainy znacząco się poszerzył. Jestem pewien, że z perspektywy czasu będziemy postrzegali te wydarzenia jako początek końca Putina.

Już dziś widać, że ten przerżnął niemal wszystko, co tylko mógł przerżnąć. Sporo o tym pisałem, więc nie będę się powtarzał. Na potrzeby tego tekstu wspomnę tylko, że putinowska próba ograniczenia wpływów NATO w Europie skończyła się tym, że Rosji przybędzie 1300 kilometrów granicy z Sojuszem. A że wraz z Finlandią do Sojuszu wejdzie także Szwecja, Bałtyk stanie się „natowskim jeziorem”. Oczywiście, jak tylko pojawiły się pierwsze doniesienia o planach Helsinek i Sztokholmu, Ławrow i jego banda usiłowali zastraszać oba kraje. Tyle że dziś rosyjskie groźby są bardziej żałosne niż straszne, więc ani Szwedzi, ani tym bardziej Finowie się nie ulękli (ci drudzy za to chętnie przypomnieli Rosjanom, jak skończyła się dla nich „wycieczka” na fińskie ziemie w 1939 roku). Występujący po tym wszystkim Putin, mówiący, że samo członkostwo Szwecji i Finlandii nie stanowi dla Rosji zagrożenia, był już tylko dopełnieniem obrazu niemocy Moskwy. Główny lokator Kremla pewnie inaczej by się zachował, gdyby jego armia – to, co w niej najlepsze i najcenniejsze – nie krwawiła teraz w Ukrainie. Poniżone, przetrzebione i obdarte z mitu wysokiej skuteczności i nowoczesności wojsko nie jest argumentem, z którym można wchodzić do przedstawicieli zachodniej wspólnoty – nawet jeśli ci dopiero aspirują, a nie są już w NATO. To musiała być dla „Wowy” naprawdę gorzka piguła.

Dziś jedyną jego deską ratunku „na odcinku fińsko-szwedzkim” pozostaje turecki prezydent Recep Erdogan – wieszczą niektórzy komentatorzy (chorwacka głowa państwa, o której także wspomina się w tym kontekście, nie ma nic do powiedzenia; w Chorwacji realną władzę sprawują rząd i parlament). Bo aby wstąpić do NATO, potrzebna jest zgoda wszystkich członków Sojuszu – a Turcja ma za złe Szwecji i Finlandii, że stały się azylem dla kurdyjskich partyzantów i opozycjonistów. „Nie!” Ankary jest przez nią otwarcie artykułowane, stając się nie tylko nadzieją dla Putina, ale i pożywką dla wspomnianych pesymistów. Czy słusznie? No chyba nie…

W Polsce mamy z Turkami w NATO złe doświadczenia.

– Rok temu Turcja odmówiła ratyfikowania planów operacyjnych dla Polski – mówił mi latem minionego roku gen. Mieczysław Gocuł, były szef sztabu generalnego Wojska Polskiego. Rozmawialiśmy o polskich zakupach tureckiego uzbrojenia; generałowi nie podobał się ten pomysł. Zwróciłem uwagę, że z planami zawsze był kłopot, bo ich podpisanie to zarazem deklaracja pomocy, z której potem trzeba by się wycofywać przed kamerami, czego żaden rząd nie lubi.

– Ale nikt nigdy nie odmówił ich podpisania. Nawet jeżeli któryś kraj był niechętny, wyrażano to w ramach wewnętrznej debaty. Turcja tymczasem ogłosiła wszem wobec: „Polacy, bujajcie się”. A my idziemy do nich kupować uzbrojenie – oceniał z przyganą generał.

Sprawę planów operacyjnych ostatecznie przepchnięto (kiedyś napiszę o tym więcej), choć skandaliczne wielomiesięczne targi z Ankarą oznaczały dla Polski ryzykowny stan zawieszenia (nawet najlepsze wojsko nie może działać bez planu…).

Było-minęło. Turcja znów staje okoniem i znów ulegnie. Pomijam zapowiadane już zabiegi sekretarza generalnego NATO, pomijam przyszłe misje innych natowskich polityków, którzy będą podróżować do tureckiej stolicy – najważniejszą robotę znów wykona administracja Joe Bidena. Bo to USA ma w tej grze „najlepsze karty”. Aby to wyjaśnić, cofnijmy się do nieodległej przeszłości.

Kiedy wiosną 2019 roku Amerykanie ogłosili, że nie sprzedadzą Turcji najnowszych samolotów wielozadaniowych F-35, Recep Erdogan nie krył złości. Jego kraj dysponuje drugą co do wielkości armią NATO i stanowi najbardziej wysuniętą na wschód rubież Sojuszu. Ów status przez dekady gwarantował Ankarze transfer zachodnich technologii wojskowych, za sprawą których Turcja urosła do rangi regionalnej potęgi. Co więcej, Turcy nie byli zwyczajnym kupcem – jeszcze w 2002 roku włączyli się w program budowy myśliwców, wydając na ten cel kilka miliardów dolarów. W pierwszej turze złożyli zamówienie na 30 maszyn, ale docelowo planowali pozyskać ponad setkę F-35. Dlaczego ostatecznie zostali z niczym? Turecki rząd postanowił wyposażyć armię w rosyjskie zestawy obrony powietrznej S-400 Triumf, wcześniej odrzucając ofertę droższych, amerykańskich Patriotów. Tymczasem w ocenie Amerykanów, wdrożenie do służby rosyjskich systemów przy jednoczesnej eksploatacji „efów”, oznaczałoby ryzyko ujawnienia wielu technicznych sekretów samolotów (np. ich sygnatur radarowych). „Przekazanie Turkom gotowych F-35 stworzy zagrożenie dla bezpieczeństwa całego NATO”, zgodnie wnioskowali republikanie i demokraci. Donald Trump podpisał stosowny dekret.

Turcy nie byli gotowi na utratę F-35, nie docenili determinacji Amerykanów i przeszarżowali. Tymczasem w regionie rozkręcił się lotniczy wyścig zbrojeń. Najsilniejszy rywal, Izrael, planuje pozyskać 75 F-35 – no i już dziś ma bojowe doświadczenie w ich użytkowaniu. Jednocześnie nabywa za oceanem kolejne F-15 w najnowszej wersji. Egipt postawił na francuskie Rafale, podobnie jak Grecja, która jednocześnie modernizuje część posiadanej floty F-16, oraz – co Ankarę niepokoi szczególnie – zapowiedziała pozyskanie F-35. „Zimny” turecko-grecki konflikt ciągnie się już od dawna i nie wygasiło go nawet wspólne członkostwo w NATO. Świadom animozji Waszyngton przez dekady starał się wpływać na oba kraje poprzez równoważenie ich potencjałów. Jeśli jakiś nowoczesny system uzbrojenia trafiał do Grecji, zaraz potem otrzymywała go Turcja – i na odwrót. Ponieważ Amerykanie przychylnie patrzą na greckie plany dotyczące F-35, mogłoby się okazać, że już za kilka lat, po raz pierwszy w historii NATO, będziemy mieli do czynienia z sytuacją, kiedy w polu turecko-greckich zmagań pojawi się prawdziwy game changer, dający Grekom niewątpliwą przewagę.

Byłaby ona tym większa, że arsenał lotniczy Turcji wymaga pilnych modernizacji. Na papierze nie jest źle – podstawę Türk Hava Kuvvetleri (Tureckich Sił Powietrznych) stanowi aż 245 samolotów F-16. Jednak większość z nich ma już swoje lata (najmłodsze, to odpowiedniki naszych Jastrzębi). I właśnie z tego powodu jeszcze w październiku u.br. władze w Ankarze wysłały do Waszyngtonu zapytanie ofertowe RFP (ang. Request For Proposals) w sprawie możliwości zakupu 40 fabrycznie nowych F-16 i pakietów modernizacyjnych dla 80 posiadanych przez Turcję samolotów. Zapłatę miałyby stanowić środki zainwestowane przez Ankarę w program F-35. Tym sposobem Turcy chcieliby utrzymać względnie wysoki poziom własnych sił powietrznych do czasu wejścia do służby maszyny oznaczonej jako TF-X. Za tą nazwą kryje się wielozadaniowy myśliwiec V generacji, będący wytworem tureckiego przemysłu. W tej chwili jednak trudno ocenić, kiedy prace konstrukcyjne zmienią się w fazę seryjnej produkcji. I czy w ogóle coś sensownego z tego wyjdzie.

Alternatywą dla kupna i modernizacji „szesnastek” jeszcze do niedawna mogła się wydawać dalsza „rusyfikacja” tureckiego arsenału. Władimir Putin jeszcze w 2019 roku zaproponował Erdoganowi nabycie rosyjskich Su-35 i Su-57. Te ostatnie, przynajmniej teoretycznie, stanowią odpowiednik amerykańskich F-35. Ale właśnie, słowo-klucz: teoretycznie. Wojna w Ukrainie obnażyła masę słabości rosyjskiego uzbrojenia, nawet tego z „wyższej półki”. Wiadomo już, że ustępuje ono zachodnim odpowiednikom, a co gorsza, owa przepaść będzie się pogłębiać na skutek sankcji. Rosjanie – o czym pisałem tu wielokrotnie – w swoim najlepszym uzbrojeniu implementowali na potęgę zachodnią elektronikę. Własnej, odpowiedniej klasy, nie są w stanie wyprodukować. Brak dostępu do importowanych podzespołów właściwie zamyka sprawę możliwości eksportowych Rosji. A same „skorupy” nie będą Turkom potrzebne.

To zresztą stawia w ciekawym świetle przyszłość kupionych przez Turcję S-400. Ankara nabyła w sumie cztery baterie Triumfów. To symboliczny potencjał, a bez możliwości jego powiększenia, na dłuższą metę nieprzydatny. Przydałby się za to w Ukrainie, gdzie zestawy obrony powietrznej z rodziny S, od dawna są w użytku. Turcję i Ukrainę wiążą dziś bliskie wojskowe relacje, których symbolem (i istotą) są słynne drony Bayraktar. Nie da się zatem wykluczyć, że stanowiące niegdyś kość niezgodny między Waszyngtonem a Ankarą S-400 trafią na ukraiński front.

Niezależnie od tego, modernizacyjny przymus, przed jakim stoi Turcja, daje Amerykanom wspomniane „dobre karty”. Nie podejmę się oceny, czy wystarczy, żeby Waszyngton „dał” Turkom „efy szesnaste” wraz z pakietami modernizacyjnymi, czy też niezbędne okaże się przywrócenie Turcji do programu F-35 (ta druga opcja stanie się bardziej prawdopodobna, jeśli armia turecka pozbędzie się S-400). Tak czy inaczej, Erdogan Szwecji i Finlandii nie zatrzyma – za bardzo potrzebuje nowoczesnych samolotów.

PS. Amerykańskie obawy dotyczące utraty tajemnic „efów” były formułowane na wyrost bądź pod polityczne zamówienie, służąc jako pretekst do strofowania Ankary. – S-400 nie wymyślono dla skrytego pozyskiwania informacji – mówił mi kilka miesięcy temu Dawid Kamizela, ekspert od spraw wojskowych. – Traktowanie tych zestawów jako swoistego konia trojańskiego jest nieporozumieniem. Zagrożenie mogliby stanowić rosyjscy instruktorzy, obecni przy próbach przechwycenia samolotu czy jakiejś konfiguracji na linii F-35-Triumf. Ale neutralizacją takich zagrożeń z powodzeniem mógłby się zająć turecki kontrwywiad.

—–

Nz. Resztki rosyjskiego sprzętu wojskowego, oglądane przez ukraińskich żołnierzy. Krwawiąca w Ukrainie armia Putina, czyni pogróżki rosyjskiego prezydenta żałosnymi/fot. Генеральний штаб ЗСУ

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Istota

Kiedy wiosną 2019 r. Amerykanie ogłosili, że nie sprzedadzą Turcji najnowszych samolotów wielozadaniowych F-35, turecki prezydent Recep Erdogan nie krył złości. Jego kraj dysponuje drugą co do wielkości armią NATO i stanowi najbardziej wysuniętą na wschód rubież Sojuszu. Ów status przez dekady gwarantował Ankarze transfer zachodnich technologii wojskowych, za sprawą których Turcja urosła do rangi regionalnej potęgi. Co więcej, Turcy nie byli zwyczajnym kupcem – jeszcze w 2002 r. włączyli się w program budowy myśliwców, wydając na ten cel kilka miliardów dolarów. W pierwszej turze złożyli zamówienie na 30 maszyn, ale docelowo planowali pozyskać ponad setkę F-35. Dlaczego ostatecznie zostali z niczym? Turecki rząd postanowił wyposażyć armię w rosyjskie zestawy obrony powietrznej S-400 Triumf, wcześniej odrzucając ofertę droższych, amerykańskich Patriotów. Tymczasem w ocenie Amerykanów, wdrożenie do służby rosyjskich systemów przy jednoczesnej eksploatacji „efów”, oznaczałoby ryzyko ujawnienia wielu technicznych sekretów samolotów (np. ich sygnatur radarowych). „Przekazanie Turkom gotowych F-35 stworzy zagrożenie dla bezpieczeństwa całego NATO” – zgodnie wnioskowali republikanie i demokraci. Donald Trump podpisał stosowny dekret.

Sukcesy w inżynierii odwrotnej

– Turcy nie docenili determinacji Amerykanów – twierdzi Dawid Kamizela, dziennikarz Nowej Techniki Wojskowej. – Nie byli gotowi na utratę F-35 i nie spodziewali się takiego obrotu sprawy. Przeszarżowali.

Po co? Zdaniem Kamizeli, najpewniej chodziło o kwestie polityczne i wizerunkowe – podkreślenie własnej podmiotowości wobec Waszyngtonu. Wskazywać na to może de facto „wyspowy” charakter zakupu rosyjskiej technologii. Pierwotnie Ankara nabyła dwie baterie S-400, rok temu kolejne dwie. To symboliczny potencjał, zwłaszcza że nie został „wpięty” w oparty o zachodnie i rodzime rozwiązania turecki system obronny.

– Trzeba też rozważyć inne możliwości – zastrzega mój rozmówca. – Po pierwsze, możemy mieć do czynienia z początkiem większych zakupów. Wówczas do Turcji dotrą nie tylko kolejne Triumfy, ale również zapewniające im ochronę zestawy Pancyr czy Buk. Druga opcja ma związek z coraz większymi tureckimi sukcesami w inżynierii odwrotnej. Niewykluczone, że Turkom chodzi o zbudowanie własnej broni tego typu w oparciu o skopiowane patenty. Z USA ryzykowanie byłoby tak pogrywać, z Rosją już mniej.

Niezależnie od intencji tureckich władz, amerykańskie obawy dotyczące utraty tajemnic „efów” były formułowane na wyrost bądź pod polityczne zamówienie, służąc jako pretekst do strofowania Ankary.

– S-400 nie wymyślono dla skrytego pozyskiwania informacji – mówi Dawid Kamizela. – Traktowanie tych zestawów jako swoistego konia trojańskiego jest nieporozumieniem. Zagrożenie mogliby stanowić rosyjscy instruktorzy, obecni przy próbach przechwycenia samolotu czy jakiejś konfiguracji na linii F-35-Triumf. Ale neutralizacją takich zagrożeń z powodzeniem mógłby się zająć turecki kontrwywiad.

Modernizacja pilnie wymagana

Tak czy inaczej, Turcja F-35 nie kupiła. Tymczasem w regionie rozkręcił się lotniczy wyścig zbrojeń. Najsilniejszy rywal, Izrael, ma już w linii 27 „efów” – i bojowe doświadczenie w ich użytkowaniu – w sumie zaś planuje pozyskać 75 maszyn. Jednocześnie nabywa za oceanem kolejne F-15 w najnowszej wersji. Egipt postawił na francuskie Rafale, podobnie jak Grecja, która jednocześnie modernizuje część posiadanej floty F-16, oraz – co Ankarę niepokoi szczególnie – zapowiedziała pozyskanie F-35. „Zimny” turecko-grecki konflikt ciągnie się już od dawna i nie wygasiło go nawet wspólne członkostwo w NATO. Świadom animozji Waszyngton przez dekady starał się wpływać na oba kraje poprzez równoważenie ich potencjałów. Jeśli jakiś nowoczesny system uzbrojenia trafiał do Grecji, zaraz potem otrzymywała go Turcja – i na odwrót. Ponieważ Amerykanie przychylnie patrzą na greckie plany dotyczące F-35, już za kilka lat, po raz pierwszy w historii NATO, będziemy mieli do czynienia z sytuacją, kiedy w polu turecko-greckich zmagań pojawi się prawdziwy game changer, dający Grekom niewątpliwą przewagę.

Będzie ona tym większa, że arsenał lotniczy Turcji wymaga pilnych modernizacji. Na papierze nie jest źle – podstawę Türk Hava Kuvvetleri (Tureckich Sił Powietrznych) stanowi aż 245 samolotów F-16. Jednak większość z nich ma już swoje lata (najmłodsze, to odpowiedniki naszych Jastrzębi). I właśnie z tego powodu jeszcze w październiku br. władze w Ankarze wysłały do Waszyngtonu zapytanie ofertowe RFP (ang. Request For Proposals) w sprawie możliwości zakupu 40 fabrycznie nowych F-16 i pakietów modernizacyjnych dla 80 posiadanych przez Turcję samolotów. Zapłatę miałyby stanowić środki zainwestowane przez Ankarę w program F-35. Tym sposobem Turcy chcieliby utrzymać względnie wysoki poziom własnych sił powietrznych do czasu wejścia do służby maszyny oznaczonej jako TF-X. Za tą nazwą kryje się wielozadaniowy myśliwiec V generacji, będący wytworem tureckiego przemysłu. W tej chwili jednak trudno ocenić, kiedy prace konstrukcyjne zmienią się w fazę seryjnej produkcji.

Alternatywą dla kupna i modernizacji „szesnastek” jest dalsza „rusyfikacja” tureckiego arsenału. Władimir Putin już jakiś czas temu zaproponował Erdoganowi nabycie rosyjskich Su-35 i Su-57. Te ostatnie, przynajmniej teoretycznie, stanowią odpowiednik amerykańskich F-35. Recep Erdogan – podczas jednej z wizyt w Rosji – zasiadł nawet w kokpicie eksportowej wersji Su-57, lecz brakuje wiarygodnych informacji, by przełożyło się to na zobowiązania handlowe. Transakcja ze Stanami Zjednoczonymi jest za to bardzo prawdopodobna. Niezależnie od tego, że zgodę na sprzedaż F-16 musi wydać Kongres, który ma wobec tureckiego autokraty liczne zastrzeżenia dotyczące łamania praw człowieka.

– Ostatecznie to dla Amerykanów dobry interes, a przy tym sposób na dalszą kontrolę Turcji bez zbytniego jej wzmacniania – zauważa Dawid Kamizela.

Ręka w rękę i na ostro

Podczas niedawnego szczytu G-20 w Rzymie Erdogan spotkał się z amerykańskim prezydentem. Rozmowa trwała ponad godzinę i dotyczyła m.in. efów szesnastych. Jak wynika z komunikatu służb prasowych Białego Domu, Joe Biden przekazał Turkowi, że „procedury związane ze sprzedażą tych maszyn wymagają czasu” i zobowiązał się do „kontynuowania działań w tym zakresie”.

Twarde amerykańskie „nie” znalazłoby poklask pośród tych, którzy mają Turcji za złe „romansowanie” z Rosją. Tymczasem taka ocena działań Ankary jest zbyt jednoznaczna. Turcja od dawna balansuje między Waszyngtonem i Moskwą, prowadząc politykę nie zawsze zgodną z interesem poszczególnych krajów NATO. Przekonaliśmy się o tym na własnej skórze, podczas zamieszek na polsko-białoruskiej granicy. Część migrantów przyleciała na Białoruś z Ankary i Stambułu. Erdogan wypuścił ich z obozów dla uchodźców rozlokowanych w Turcji mimo ryzyka, że wywoła to kryzys u sojusznika. Zagrał tym samym w jednej orkiestrze z Putinem i Aleksandrem Łukaszenką, ale cel miał inny. Chciał przetestować szlak migracyjny, potrzebny m.in. do pozbycia się coraz bardziej ciążących Turcji syryjskich uchodźców. W tym samym czasie polscy piloci z natowskiej misji patrolowali tureckie granice.

Ale Turcja potrafi też zagrać wobec Moskwy na ostro. Kilka tygodni temu ukraińska armia po raz pierwszy wykorzystała bojowo tureckie bezzałogowce Bayraktar TB-2. Drony zlikwidowały stanowiska artyleryjskie donbaskich separatystów, co Moskwa odebrała jako policzek. Wymierzony tak przez Ukraińców, jak i Turków, których prezydent do niedawna zarzekał się, że Bayraktary nie trafią na front. Ich wysłanie w rejon walk wymagało zgody dostawcy systemu – gdyby takiej nie było, Turcja właśnie wycofywałaby się ze współpracy z Ukrainą we wdrażaniu TB-2. Co ciekawe, akcja dronów zbiegła się z innym bojowym debiutem na wschodzie Ukrainy – amerykańskich wyrzutni przeciwpancernych Javelin. One również – tym razem wedle zapewnień Amerykanów – miały nie być używane w Donbasie. Tymczasem zniszczono za ich pośrednictwem kilka pojazdów pancernych. Fakt, iż armia ukraińska zdecydowała się na wykorzystanie obu zagranicznych systemów wobec prorosyjskich separatystów sugeruje skoordynowaną akcję… NATO (albo przynajmniej Turków i Amerykanów). Rodzaj ostrzeżenia wysłanego Rosji – że Ukraińcy dysponują bardzo skutecznymi rodzajami broni, których mogą użyć także podczas pełnoskalowej rosyjskiej inwazji.

Zimą minionego roku Bayraktary zdziesiątkowały dozbrajane przez Moskwę syryjskie wojska rządowe w prowincji Idlib. Latem 2020 r. Turcja wsparła Azerbejdżan w wojnie z Armenią o Górski Karabach – bezpardonowo mieszając się w konflikt w strefie, do której wyłączne prawo rości sobie Rosja. W obu przypadkach chodziło o pomoc dla tureckojęzycznych społeczności, co jest istotą polityki zagranicznej Turcji. Paradygmatem, w ramach którego NATO jest użytecznym narzędziem, ale nie celem samym w sobie (jak w przypadku Polski, która bez Sojuszu militarnie nie znaczy nic). Amerykanie dobrze o tym wiedzą. Pobłażają Turcji, bo jest, tym czym jest – strategicznie położonym regionem, pozwalającym „trzymać Rosję na muszce”.

—–

Nz. Ziemianka na linii frontu w Donbasie, po stronie ukraińskiej/fot. Darek Prosiński

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 50/2021

Postaw mi kawę na buycoffee.to