„Zielone”

Waszyngton zgodził się, by Ukraina używała amerykańskiej broni i amunicji na terytorium federacji rosyjskiej. Dotyczy to obszarów przygranicznych, położonych na północ od Charkowa, co ma armii ukraińskiej umożliwić bardziej efektywną obronę metropolii, zarówno przed atakami z lądu, jak i z powietrza. W Moskwie doskonale zdają sobie sprawę, że dane przez USA przyzwolenie ma charakter tymczasowy. Że niebawem zostanie ono rozszerzone zgodnie z logiką tego konfliktu – nienachalnej eskalacji, której celem jest stopniowe „gotowanie rosyjskiej żaby” (czy jak kto woli, przekraczanie kolejnych „czerwonych linii”). Czyli, patrząc z pozycji Kremla, będzie gorzej. I tym właśnie należy tłumaczyć kolejny wysyp rosyjskich atomowych gróźb, skierowanych do Zachodu. „Jeśli nadmiernie uposażycie Ukraińców, srogo tego pożałujecie…”, taka jest istota przekazu płynącego z rosji.

Szantaż to rutynowe działanie rosjan, a w tym przypadku także dowód ich trudnej sytuacji. Zaryzykuję twierdzenie, że moskalom domyka się okienko strategiczne i że nie wykorzystali szansy, jaką była relatywna słabość sił zbrojnych Ukrainy, obserwowana na przestrzeni ostatniego półrocza. Mimo wściekłych ataków, armii rosyjskiej nie udało się rozbić przeciwnika. Doprowadzić do sytuacji, w której wojna rozstrzygnęłaby się na froncie – na co widoki są coraz marniejsze. Z kolei jakość zachodniej broni – znów w dużej ilości napływającej nad Dniepr – wraz z perspektywą bardziej efektywnego jej zastosowania, czynią owe widoki jeszcze marniejszymi. Zauważmy, co się wydarzyło w okolicach Biełgorodu tuż po tym, jak Waszyngton dał zielone światło na „strzelnie w rosji”.

Bez wchodzenia w zbędne szczegóły, Ukraińcy wyprowadzili dotkliwe uderzenie w rosyjskie systemy przeciwlotnicze i rakietowe, skoncentrowane pod miastem. W tym celu użyto wyrzutni Himars, które strzelały pociskami kasetowymi. Rzecz jasna rosjanie twierdzą, że przechwycili nadlatujące rakiety, ale z dostępnych materiałów filmowych wynika, że kłamią. Zestawy S-400 („anałogi w miru niet”) znów okazały się za słabe w konfrontacji z zachodnią technologią wojskową. A z dymem poszły nie tylko one, ale też m.in. wyrzutnie Tornado (takie rosyjskie bieda-himarsy), którymi moskale ostrzeliwali Charków i pozycje armii ukraińskiej pod miastem.

Oczywiście, obezwładnienie rosyjskiej przygranicznej OPL nie rozwiązuje wszystkich problemów Charkowa i obwodu charkowskiego. Pamiętajmy, że moskale wdarli się na kilka kilometrów w głąb ukraińskiego terytorium, że wciąż istnieje ryzyko nasilenia takich działań, także bardziej na zachód, w rejonie Sumów. Sposobem na redukcję tego zagrożenia jest atakowanie rejonów koncentracji i bliskiego zaplecza rosjan na terytorium rosji – do czego idealnie nadaje się artyleria. Ta zachodniej proweniencji – za sprawą większego zasięgu i lepszej precyzji – dawałaby gwarancję względnej bezkarności; ruskie nie mogłyby jej sięgnąć własnymi odpowiednikami. W tym kontekście zgoda USA – choć ograniczona – oraz nieograniczone obszarowo przyzwolenie innych państw, potencjalnie załatwiają sprawę. Transgraniczny ostrzał – odpowiednio gęsty i celny – po prostu sparaliżuje rosjan. Wyzwaniem dla Ukraińców pozostaną drony – te zapuszczające się na odległość 30-40 km – zdolne atakować ściągnięte pod granicę armaty i haubice. Ale czy rzeczywiście pozostaną? Z relacji wiarygodnych dla mnie źródeł wynika, że na przestrzeni kilku ostatnich dni do Ukrainy dotarło sporo sprzętu do walki radio-elektronicznej (WRE), w tym urządzenia przeznaczone do zakłócania pracy bezpilotowców.

—–

No więc Ukraińcy nadal walczą i właśnie zyskują możliwość przyblokowania rosjan na północy.

Pójdźmy dalej – odkąd „na teatrze” znów pojawiły się ATACMS-y i kolejne partie Storm Shadowów/SCALP-ów, obrońcy zintensyfikowali działania wymierzone w rosyjską obronę przeciwlotniczą. Wyrzutnie i radary nie płoną wyłącznie w rosyjskim obwodzie biełgorodzkim, ale także na Zaporożu, w Donbasie i na Krymie. W tempie i skali, które skłaniają do wniosku, że parasol rozwinięty nad siłami inwazyjnymi ma teraz więcej dziur niż nieuszkodzonej powierzchni . Nadrzędnym celem tych działań jest – moim zdaniem – przygotowanie gruntu pod efy szesnaste. Na pewno wyczyszczenie im przedpola, by mogły realizować zadania bezpośredniego wsparcia wojsk lądowych (co oznacza operacje lotnicze przede wszystkim nad wschodnią Ukrainą). Ale czy tylko?

Nie bez powodu wspomniałem o jednej z logik tego konfliktu, czyli o stopniowym przesuwania „czerwonych linii”. Sądzę, że pojawienie się F-16 da pretekst do kolejnego zwolnienia „ukraińskich koni” z cugli. I nie chodzi wyłącznie o efektywne wykorzystanie samolotu i skonfigurowanej z nim amunicji, zdolnej razić cele na odległość setek kilometrów. Idzie też o rzecz elementarną, samą sensowność projektu „F-16 dla Ukrainy”. A ta – najogólniej rzecz ujmując – wymaga przeflancowania głębokich rosyjskich tyłów: radarów, wyrzutni czy samolotów operujących z dala od granicy oraz baz, składów, magazynów, centrów dowodzenia, które te działania wspierają. Bez tego efy by spadały; ich piloci muszę więc wejść na przygotowane przedpole, a później już sami szybko je sobie poszerzyć.

Co to oznacza dla rosjan? Wróćmy do regionalnej perspektywy i przyjrzyjmy się Krymowi. Ukraińcy atakują krymski garnizon i flotę czarnomorską już od dawna. Używają własnych systemów, ale największe sukcesy zapewnia im zachodnia broń. Nie brakuje opinii, że działania ZSU są bezsensowne, bo „rosjanie będą walczyć o półwysep do upadłego”. Po co więc zużywać potencjał na działania, które nie przyniosą pożądanego skutku?

Czyżby? Istotą strategii Ukraińców jest „obrzydzenie” półwyspu rosjanom. Mnożenie im kosztów związanych z okupacją i doprowadzenie do sytuacji, w której Moskwa zacznie się zastanawiać, czy gra (rozumiana jako posiadanie półwyspu) warta jest świeczki. W obliczu gęstniejących wątpliwości mogłoby się okazać, że operacja lądowa armii ukraińskiej – albo presja dyplomatyczna – nie napotkałyby wielkiego oporu.

Zauważmy, że atakowane są okręty, ale też portowa infrastruktura i instalacje wojskowe, jak radary, naziemne wyrzutnie, lotniska. W efekcie tej presji Ukraińcy nie tylko znieśli ryzyko rosyjskiego desantu na czarnomorskim wybrzeżu, ale też zerwali blokadę morską. Żywność znad Dniepru płynie dziś statkami do Stambułu i Konstancy, a dochody z tego tytułu zasilają wojenny budżet Kijowa.

A rosjan nie tylko przepędzono z zachodnich akwenów Morza Czarnego. Grillowanie krymskiego zaplecza i ataki na jednostki w pobliżu półwyspu sprawiły, że flota czarnomorska przesunęła większość okrętów do bazy w Noworosyjsku, na wschodni, rosyjski brzeg morza. I zasadniczo siedzi tam „na kupie”, realizując zadanie minimum – ochronę przeprawy na Kercz, co pozwala utrzymać status półwyspu jako hubu logistycznego. Mocno już wyizolowanego, spiętego z rosją cienką nitką mostu krymskiego. Kto nie dostrzega w tym desperacji i porażki, lepiej niech się nie odzywa.

I teraz wyobraźmy sobie, że taka sytuacja panuje od Krymu po Białoruś. Że Ukraińcom udało się wyizolować pole walki rozumiane jako cały front. Że strefa między rosyjskimi liniami obronnymi a efektywnie działającym rosyjskim zapleczem ma szerokość kilkuset kilometrów, że obejmuje tereny federacji, gdzie nie istnieją już bezpieczne dla wojska obszary. To scenariusz, który wciąż jest możliwy, biorąc pod uwagę atuty zachodniego uzbrojenia. I którego bardzo obawiają się na Kremlu, więc znów potrząsają atomową szabelką.

—–

Dziękuję za lekturę! A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się na dwa sposoby. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają moje materiały, także ostatnia książka.

A skoro o niej mowa – gdybyście chcieli nabyć „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” z autografem, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Zniszczone pod Biełgorodem elementy systemu S-400/fot. anonimowe źródło rosyjskie

Oddech

Dziś króciutko, bo piszę zamówiony tekst dla zaprzyjaźnionej redakcji, a i dopadła mnie konieczność prac technicznych na blogu.

„Czy i Pan odnosi wrażenie, że armia ukraińska odzyskała oddech?”, pyta mnie jeden z Czytelników.

Rozejrzałem się, poczytałem, popytałem i muszę przyznać, że są podstawy do oszczędnego optymizmu. Ukraińcy łomocą rosyjskie zaplecze aż miło, dokonując zmasowanych uderzeń dronowych na rafinerie i lotniska. Tu już nie chodzi o kilka-kilkanaście jednorazowo użytych maszyn, ale o napady z wykorzystaniem setki bezpilotników. Jeśli idzie o cele stricte militarne, najbardziej obrywa się Krymowi, ostrzeliwanemu także za pomocą ATACMS-ów. Kilka cennych samolotów – w tym dwa od dawna nieprodukowane, a więc niezastępowalne MiG-i-31 – kilka wyrzutni i radar systemu S-400, skład rakiet lotniczych, trałowiec i nowiusieńka korweta (trafiona w porcie) – oto ukraińskie trofea z ostatnich sześciu dni. Przydatność półwyspu dla rosyjskiej armii i marynarki staje się coraz mniejsza, obecność coraz bardziej problematyczna.

Po zapleczu frontu hulają Himarsy o wydłużonym zasięgu – od początku maja porażono nimi co najmniej siedem rosyjskich dowództwo (od pułkowych wzwyż), w wyniku czego zginęło m.in. kilkunastu wyższych rangą oficerów, w tym jeden generał. Trafiono też kilkadziesiąt innych celów – magazynów, warsztatów naprawczych, składów amunicji, miejsc koncentracji wojsk. Ukraińcom najwyraźniej nie brakuje już dalekonośnej precyzyjnej amunicji, co dotyczy także lotniczych pocisków manewrujących Storm Shadow/SCALP. To ich użyto dziś w kolejnym ataku na Ługańsk, który jest dla rosjan ważnym centrum logistycznym i koszarowym.

Sytuacja pod Charkowem ma wszelkie cechy „zmierzającej do opanowania” – jeśli rosjanie nie doślą w to miejsce posiłków, Ukraińcy w ciągu kilku najbliższych dni wyczyszczą przygraniczny pas.

Czy doślą? Chyba nie bardzo jest kogo – patrząc generalnie, rosjanie jeszcze usiłują przeć, zwłaszcza w obwodzie donieckim, ale wzrastająca aktywność ukraińskiej artylerii topi kolejne szturmy w morzu krwi. Jednostki frontowe agresora są coraz bardziej zmęczone, w wielu drastycznie spadła liczba wspierającej piechotę „techniki”. Determinacja generałów wciąż pozostaje wysoka, oparta na chęci wykorzystania relatywnej słabości przeciwnika, ale możliwości są coraz mniejsze. Maj ma wszelkie szanse stać się miesiącem, w którym rosyjskie straty osiągną poziom 40 tys. wyeliminowanych z walki. Dotychczas oscylowały one w okolicach 20-30 tys., a więc bieżąca rekrutacja pozwalała w pełni uzupełniać ubytki. Teraz ruskie najpewniej będą „na minusie”.

Ale „na minusie” „jadą” też Ukraińcy. Podpisany kilka tygodni temu dekret mobilizacyjny ledwie wszedł w życie. Nowi rekruci w większej liczbie dopiero pojawiają się w koszarach, tymczasem w szeregach walczy co najmniej 30 tys. żołnierzy służących od dwóch do trzech lat. To ludzie na skraju wyczerpania, wymagający pilnego zwolnienia ze służby. A zarazem – jako weterani i najbardziej doświadczeni – są armii zwyczajnie niezbędni. Kolejne niemal ćwierć miliona wojskowych jest w niewiele lepszej sytuacji, mając za sobą co najmniej roczny pobyt w wojsku; istotna większość tej grupy spędziła na froncie sześć miesięcy i więcej, co oznacza, że również jest poważnie „zużyta”.

Więc owszem – za sprawą dużych dostaw amunicji i broni – ukraińskie wojsko „łapie oddech”, ale miejmy świadomość, w jakiej kondycji jest ów „biegacz”.

—–

Dziękuję za lekturę! A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się na dwa sposoby. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

A gdybyście chcieli nabyć moją najnowszą książkę pt. „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” z autografem, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. fragment SCALP-a użytego dziś do ataku na Ługańsk/fot. anonimowe rosyjskie źródło

Efektywność

Na północny-wschód od Charkowa nadal trwają walki, choć nie są już tak intensywne jak w weekend. Cokolwiek było celem rosjan – czy nadal nim pozostaje – nie wyszli poza strefę ściśle przygraniczną. I nie sądzę, by w najbliższym czasie im się to udało (ba, zakładam, że nawet nie będą próbowali).

W samym Charkowie życie toczy się utartym stano-wojennym rytmem. „Zero paniki; ludzie nie obawiają się szturmu moskali, bardziej doskwierają im przerwy w dostawach prądu”, raportuje mi znajomy. Faktem jest, że infrastruktura energetyczna mocno w ostatnich tygodniach ucierpiała, co jest udziałem nie tylko obwodu charkowskiego, ale niemal całej Ukrainy.

Wróćmy na front – ten nadcharkowski dostarcza bardzo ciekawych materiałów multimedialnych. Idzie mi o charakter rosyjskich szturmów na Wołczańsk i okoliczne wioseczki. Atakujący mianowicie zachowują się tak, jakby dramatycznie brakowało im „techniki”. W pierwszym i drugim dniu zmagań piechocie moskali towarzyszyły czołgi i transportery, które po  wytraceniu nie zostały zastąpione nowym sprzętem. Mówiąc wprost, ruskie idą teraz ludzką masą, choć gwoli rzetelności zauważyć należy, że na tym odcinku frontu mocno uaktywniły się ich drony. Lancety nie kompensują nieobecności ciężkiego sprzętu, ale zauważalnie dokuczają ukraińskiej artylerii i logistyce.

Nade wszystko jednak to ta artyleria dysponuje mocą dokuczania, ba, dziesiątkowania rosjan, głównie za sprawą amunicji kasetowej (obrońcy używają „kaset” także w innych rejonach walk; stąd dramatyczny skok w statystykach rosyjskich strat osobowych, notowany w ostatnich dniach; tego efektu nie da się wytłumaczyć wyłącznie „Charkowem”). W Charkowie zaś dowcipkują, że właśnie odpalona przez rosjan kampania medialna, mająca deprecjonować ukraińskie wysiłki wojenne, świetnie opisuje sytuację, w jakiej znaleźli się w okolicach miasta żołdacy putina. „Do ostatniego Ukraińca!”, hasło tej treści pojawia się jako zwieńczenie ruskiego filmowego paszkwilu (w którym broń otrzymuje ukraińska babcia). „Do ostatniego moskala!”, dopingują swoich, a zarazem drwią z rosyjskiej determinacji charkowianie.

A propos determinacji. Rozpoczynający kolejną kadencję putin powołał nowy „rząd”, z którego wyleciał minister obrony szojgu. Jego następca, andriej biełousow, to ekonomiczny technokrata – ponoć skuteczny „optymalizator”, w dodatku niebiorący łapówek – co zdaniem wielu komentatorów m u s i oznaczać, że rosja szykuje się do długiej wojny. Nie tyle z Ukrainą, co z NATO, rzecz jasna. U podstaw takich przewidywań leży założenie, że misją biełousowa jest poprawa efektywności działań MON, armii i całej wojennej gospodarki. To skądinąd słuszne przypuszczenie, na potwierdzenie którego otrzymaliśmy serię aresztowań urzędników ministerstwa obrony pod zarzutem korupcji.

Tyle że zamiar poprawy wydajności wcale nie musi dowodzić determinacji, jaką przypisuje się Kremlowi. Gdyby rosyjska armia osiągnęła zakładane cele w Ukrainie, nikt by się jej dziadostwa i toczącego ją złodziejstwa nie czepiał. W strukturach quasi-państwowych, de facto mafijnych, korupcja jest narzędziem sprawowania władzy. Rentą, gwarantem lojalności. Póki beneficjent nie nakradnie za dużo, póty jest bezpieczny. Kiedy mamy do czynienia z sytuacją „za dużo”? Ano wtedy, gdy jakieś składowe systemu zaczynają poważnie szwankować. Premie korupcyjne w rosyjskiej armii i przemyśle zbrojeniowym za czasów szojgu pożerały nawet 80 proc. (!) oficjalnych wydatków (dane za rosyjskim Transparency International). Modernizacja sił zbrojnych w dużej mierze zatem miała fasadowy charakter. Skutki widzieliśmy w Ukrainie.

Widzimy też, że mimo napuszonej propagandy w gruncie rzeczy niewiele się zmieniło. Obrazki spod Charkowa – wspomniana gołodupna piechota – nie są reprezentatywne dla sił inwazyjnych. Niewykluczone, że brak istotnego wsparcia broni ciężkiej jest efektem podrzędnej roli, jaką rosyjskie dowództwo przypisuje „nowemu frontowi”. Ale niedostatek „techniki” to problem, z którym boryka się całość inwazyjnej armady – większość jednostek frontowych nadal ma do dyspozycji 40-50 proc. etatowo przewidzianych czołgów i wozów bojowych. Armia rosyjska w Ukrainie jest mocna przede wszystkim słabością swojego przeciwnika; obiektywne analityczno-militarne kryteria każą oceniać jej możliwości jako relatywnie niskie.

Na tyle niskie, że takim wojskiem nie da się wygrać wojny z Ukrainą. A rosja ten konflikt wygrać musi, gdyż jest to warunek przetrwania obecnego systemu władzy. I zapewne taki cel putin postawił przed andriejem biełousowem. Dlaczego tak mało ambitny (bez komponentu „po Ukrainie idziemy na NATO”) i jakie są kryteria tego zwycięstwa?

Te ostatnie zostały już dawno zredefiniowane – jeśli bliżej przyjrzeć się rosyjskiej propagandzie na użytek wewnętrzny, dojrzymy, że nie ma tam już miejsca na „wyzwolenie całej Ukrainy”. Wielu obserwatorów było zszokowanych uczciwością, na jaką w jednym z ostatnich publicznych wystąpień pozwolił sobie szojgu – przyznał on mianowicie, że od początku 2024 roku armia rosyjska zajęła zaledwie 500 km kwadratowych Ukrainy. Potem bredził coś o gigantycznych stratach ukraińskiego wojska, nie wspominając o 100 tysiącach własnych poległych i rannych, utraconych między styczniem a kwietniem. Tym niemniej sygnał był jasny – „to nie jest walka o wielkie obszary” – i wpisujący się w praktykę oswajania rosjan z wizją ograniczonej pobiedy. Jak ograniczonej? Są tacy, którzy kreślą granicę rosyjskiego sukcesu na Dnieprze, moim zdaniem to nierealistyczny scenariusz. Sądzę, że Kreml byłby mocno kontent, gdyby udało się zająć całą chersońszczyznę, Zaporoże i Donbas oraz stworzyć bufor ochronny dla Biełogorodu na obszarze charkowszczyzny. Ale przełknąłby – i przełknęliby rosjanie – także mniejsze zyski, gdzie absolutnym minimum byłoby zajęcie całego obwodu donieckiego (dodania go do dotychczasowych zdobyczy).

O efektywność – MON, armii i zbrojeniówki – która dałaby taki wynik ma w mojej ocenie powalczyć nowy minister.

Bo i o wyższej może tylko pomarzyć. Jak mówią „z pustego i Salomon nie naleje”. Przy topniejących posowieckich zapasach broni ciężkiej, niemożności rozpoczęcia masowej produkcji nowych czołgów, transporterów czy samolotów oraz z kurczącymi się rezerwami finansowymi (o czym już pisałem, więc tylko problemy sygnalizuję), przygotować się do wojny z NATO nie sposób.

O czym szerzej napiszę przy kolejnej okazji.

—–

Dziękuję za lekturę! A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się na dwa sposoby. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

A gdybyście chcieli nabyć moją najnowszą książkę pt. „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” z autografem, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Zniszczone elementy „anałoga-w-miru-niet”, systemu przeciwlotniczego S-400 (S-300?) w bazie Belebek na okupowanym Krymie. Jak widzimy, rosyjska wunderwaffe skutecznie przechwyciła ATACMS-a, odważnie biorąc go „na klatę”/fot. anonimowe źródła rosyjskie

„Zastrzyk”

Wiosną 2022 roku amerykański sprzęt i amunicja zaczęły płynąć na Wschód znacznie szerszym strumieniem. Na front w Ukrainie trafiły m.in. himarsy, które w ciągu kilkunastu następnych tygodni przetrąciły kręgosłup rosyjskiej logistyce.

Oczywiście, broń dostarczały też inne państwa, w tym Polska, dzięki której znacząco powiększył się park maszynowy ukraińskich wojsk pancernych. Decydujące znaczenie miały jednak precyzyjna artyleria (rakietowa i lufowa) oraz ogromne dostawy broni przeciwpancernej i podręcznych systemów przeciwlotniczych. Te ostatnie pozwalały trzymać rosyjskie lotnictwo z dala od frontu, javeliny i pochodne masakrowały czołgi, a armaty „mięsne szturmy” oraz bliskie zaplecze frontu, w tym pozycje rosyjskiej artylerii. W połączeniu z tym, co zrobiły dalekonośne Himarsy, patrząc z rosyjskiej perspektywy mieliśmy do czynienia z potężnym kryzysem. Wojsko federacji wytraciło najwartościowszy wówczas element ludzki i masę najnowocześniejszego i najlepszego sprzętu. „Walec” – jakim najeźdźcy chcieli zmiażdżyć obrońców – zatrzymał się, a potem ugiął pod ukraińskim kontruderzeniem. Jesienią 2022 roku armia inwazyjna była rozbita, zdemoralizowana, najsłabsza w całej dotychczasowej historii konfliktu.

Patrząc wstecz, był to najlepszy moment dla kolejnego ukraińskiego uderzenia – na Zaporożu. Linia surowikina nie istniała, rosyjska logistyka nadal nie otrząsnęła się po wiosenno-letnim „himarsowaniu”. W szeregach armii ukraińskiej panowało za to doskonałe morale, ludzie palili się do walki. Zabrakło jednak woli przywódców i dowództwa, być może warunkowanej krytyczną oceną możliwości ZSU, a może nieuzasadnioną niewiarą – tego dowiemy się zapewne długo po wojnie. Na dziś owo zaniechanie umieściłbym w kategorii „stracone szanse”.

Była też jesień 2022 roku dobrym momentem dla negocjacji, które Ukraińcy mogliby poprowadzić z pozycji siły. Co piszę bez wiedzy, czy jakiekolwiek działania w tym zakresie zostały wtedy podjęte – po prostu, szacuję „wagę” potencjalnych ukraińskich argumentów wobec rosyjskiej (bez)siły. Dostrzegając zarazem – po obu stronach – poważne przeszkody dla układania się. Dla rosji koniec wojny w tamtym momencie byłby porażką, trudną do „sprzedania” swoim, a więc niebezpieczną dla reżimu. W Ukrainie mało kto wówczas myślał o zawieszeniu broni – w armii i społeczeństwie panował wielki entuzjazm i optymizm co do dalszej przyszłości. Decyzja władz o układaniu się z wrogiem nie zyskałaby zrozumienia i akceptacji (co również zagrażałoby rządzącym).

Dlaczego więc o tym wspominam? Ano mam wrażenie, że historia się powtarza. Znów – jak wiosną 2022 roku – Ukraina jest w przededniu „amerykańskiego zastrzyku”. Znów jego zapowiedź przeraża Moskwę i skłania ją do wzmożonej presji na froncie. Znów zaczyna się wyścig między amerykańską logistyką a rosyjskim „walcem” (tym razem bardziej ludzkim niż artyleryjskim, wszak w odróżnieniu od sytuacji z 2022 roku rosjanom bardziej brakuje armat niż ludzi). Znów Ukraińcy muszą rosyjską furię przetrwać – gen. Kyryło Budanow ocenia, że krytyczne będzie najbliższe półtora miesiąca. I wreszcie znów ilość i jakość nowej broni – nie tylko amerykańskiej, ale też europejskiej – daje nadzieję na…

No właśnie, na co?

Odpowiedź w dużej mierze zależy od tego, czy amerykańska pomoc jest jednorazowa (jednoroczna) czy nie. Czy mówimy o procesie trwałej odbudowy zdolności armii ukraińskiej, co w kolejnym roku mogłoby poskutkować poważniejszymi operacjami zaczepnymi? Czy raczej o zapewnieniu Ukraińcom lepszej pozycji negocjacyjnej za kilka miesięcy, po uprzednim ponownym sprowadzeniu rosyjskiej armii do poziomu XX wieku (zniszczeniu jej najwartościowszych systemów)?

Ukraina ma otrzymać naprawdę groźne „zabawki”, w tym setki pocisków ATACMS. Dotąd dostała około 30 sztuk, z których kilka użyto w październiku zeszłego roku do ataku na lotniska w Ługańsku i Berdiańsku. W obu uderzeniach zniszczono i uszkodzono kilkanaście niezwykle cennych dla rosjan śmigłowców Ka-52. Z kolei w zeszłym tygodniu raptem sześć ATACMS-ów zadało potężne straty rosyjskiej OPL na Krymie – mówimy zatem o broni cechującej się niezwykłą efektywnością.

Ale właśnie – będzie jej (i innych systemów) na tyle, by trwale obezwładnić armię inwazyjną i odzyskać przynajmniej część utraconych terenów czy „tylko” tyle, by znów czasowo pogruchotać rosyjskie wojsko, a moskiewskim decydentom odebrać pewność siebie i skłonić do rozmów o pokoju?

Nie znam odpowiedzi na to pytanie.

—–

Dziękuję za lekturę! A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się na dwa sposoby. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

A gdybyście chcieli nabyć moją najnowszą książkę pt. „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” z autografem, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Ukraińska artyleria, zdjęcie ilustracyjne/fot. ZSU

Kontra?

Ukraińcy zrobili dziś rano rosyjskiej OPL na Krymie „jesień średniowiecza”. Sami rosjanie przyznają, że stracili kilka wyrzutni S-300 i S-400 oraz radar. Ucierpiała również infrastruktura lotniska w Dżankoj. Mocny cios, który czyni poniższe rozważania bardzo a propos – tym bardziej więc zachęcam do lektury. I jako się rzekło w poprzednim wpisie – uciekam na kilkudniowy urlop.

„Ukraińcy nie mają już czym strzelać!” – dramatyczny ton takich doniesień coraz częściej definiuje całościowe postrzeganie sytuacji Ukrainy. Tak opisują ją nie tylko zewnętrzne źródła – podobne głosy co rusz płyną z Kijowa, także z ust najważniejszych osób w państwie. A zarazem – nieczęsto, ale jednak – czołowi politycy i generałowie zapowiadają… ukraińską kontrofensywę. Taki stan rzeczy wywołuje poznawczy dysonans. No bo niby czym słabnące państwo i armia miałyby przeprowadzić operację zaczepną?

Historycznie patrząc, mieliśmy już do czynienia z (kontr)ofensywami podejmowanymi przez znacząco osłabionych przeciwników. Dość wspomnieć niemieckie próby przełamania na froncie zachodnim z 1918 roku czy, przede wszystkim, uderzenie w Ardenach wyprowadzone w grudniu 1944 roku. Nie porównuję sytuacji Ukrainy ze stanem, w jakim znajdowały się cesarskie i hitlerowskie Niemcy w końcowych etapach swojego istnienia. Nie chcę też sugerować, że w Kijowie rozważają jakieś desperackie, z góry skazane na niepowodzenie działania. Pragnę jedynie podkreślić naukę płynącą z historii współczesnych konfliktów, z której jednoznacznie wynika, że zdeterminowany i zmotywowany przeciwnik nawet w najtrudniejszej sytuacji będzie szukał możliwości zadania mocnego ciosu.

Co do Ukrainy – musimy mieć świadomość istoty jej „głodu amunicyjnego”. Nawet w najczarniejszych godzinach kryzysu – kiedy artyleria ZSU miała do dyspozycji po kilka pocisków na lufę/na dobę – nie oznaczało to wyczyszczonych magazynów. Ba, w składach zaległy setki tysięcy pocisków. Rezerwa strategiczna, do ruszenia w naprawdę krytycznej sytuacji. A takiej – wbrew medialnym doniesieniom – na przełomie ostatniej jesieni i mijającej zimy nie mieliśmy. Było poważnie, zwłaszcza na finale walk o Awdijiwkę, ale nigdy krytycznie. Było źle z dostępem do amunicji, ale gdyby frontowi groziło załamanie, naruszono by strategiczne rezerwy. Tak się prowadzi wojnę – która w ostatecznym rozrachunku jest domeną księgowych i logistyków. Zwłaszcza wojnę materiałową o wysokiej intensywności, już długą i w perspektywie co najmniej wielomiesięczną.

Mimo wysokich strat i kryzysu rekrutacyjnego, naczelny dowódca armii ukraińskiej wciąż ma do dyspozycji swój żelazny odwód – dziesięć dobrze wyposażonych, wyszkolonych i doświadczonych brygad. To znacząca siła.

Fiksując się na udokumentowanych stratach pojedynczych zachodnich czołgów, bewupów, armat czy wyrzutni, nie dostrzegamy, że większość tych systemów (spośród przekazanych) – znacząco lepszych od posowieckich odpowiedników – nadal stanowi część arsenału ukraińskiej armii. Która teraz ma już znacznie większe doświadczenie w ich używaniu, zbudowane także w oparciu o świadomość popełnionych błędów (takich jak niewłaściwe użycie czołgów Leopard na Zaporożu).

Do czego zmierzam? Ano do tego, by uzmysłowić Czytelnikom, że ZSU ma jeszcze całkiem spory potencjał, w mojej ocenie wystarczający do przeprowadzenia ograniczonej operacji zaczepnej.

Lecz nie sądzę, by do niej doszło, bo wobec rozmaitych rosyjskich przewag, priorytetem armii ukraińskiej na najbliższe miesiące pozostanie operacja obronna. A „pięść” przyda się do działań w charakterze straży pożarnej.

Jeśli USA wrócą do gry, a Europa zintensyfikuje pomoc, możliwe będzie odbudowywanie potencjału ZSU do poziomu sprzed roku. Wówczas z większym prawdopodobieństwem będzie można założyć, że Ukraińcy podejmą kolejną próbę poważnego kontrataku. Lecz to perspektywa na wiele miesięcy wprzód, nie tylko z uwagi na niezbędne dostawy sprzętu, ale też konieczność wyszkolenia ludzi. Rekruci, którzy trafią do armii w oparciu o właśnie uchwalone przepisy mobilizacyjne, w większości są wojskowo „zieloni”. By ich odpowiednio przysposobić trzeba półrocznego szkolenia.

Realnie zatem moglibyśmy mówić o kontrofensywie w 2025 roku, ale wspomniane zapowiedzi są skonstruowane w taki sposób, że sugerują działania jeszcze w tym roku. Zełenski i Budanow kłamią dla podtrzymania woli oporu w społeczeństwie?

Odpowiedź znajdziecie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu Polska Zbrojna – oto link.

Nz. Zniszczone rosyjskie systemy OPL/fot. anonimowe rosyjskie źródło