Metry…

Ukraińcy zaatakowali dziś w nocy wyrzutnie rakiet Iskander, rozmieszczone na obrzeżach Biełgorodu (na terytorium Rosji, 40 km od granicy z Ukrainą). To stamtąd Rosjanie ostrzeliwali regularnie m.in. Charków. Rosyjskie władze o tym fakcie nie wspominają, choć nalotowi poświęcają sporo uwagi. Przy okazji bowiem ucierpiała infrastruktura w samym mieście – lokalne władze mówią o uszkodzeniu 11 bloków i 39 domów, w których zginąć miało 5 osób, a 11 zostało rannych.

Mam przekonanie graniczące z pewnością, że Ukraińcy nie celowali w obiekty cywilne (tu nawet nie chodzi o to, że są bardziej humanitarni niż Rosjanie – choć są! – a o racjonalną kalkulację, że świat nie będzie im pomagał, jeśli okażą się tacy sami jak ci barbarzyńcy). Cywile to zapewne efekt „pracy” rosyjskiej obrony przeciwlotniczej, której udało się zdjąć jakąś część nadlatujących rakiet, rzecz w tym, że nad miastem. O świadomym „ładowaniu” w swoich – by zrzucić winę na przeciwnika – wspomnę tylko jako o możliwości; nie mam bowiem żadnych dowodów, że tak się stało. Ale w przeszłości działo się już nie raz – dość wspomnieć zamachy w Moskwie i regularne ostrzały Doniecka będącego już w rękach separatystów.

Niemniej, dla ulokowania spraw we właściwym kontekście, chciałbym zwrócić Waszą uwagę, że do tej pory (dane na ostatni dzień czerwca) swoje domy straciło 800 tys. Ukraińców, a łączna powierzchnia zniszczonych mieszkań to 15 mln metrów kwadratowych.

—–

Nz. Płonące cele ataku na obrzeżach Biełgorodu/fot. za Euromaidan Press

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Podmiotowość

Pięć lat temu popełniłem na Facebooku następujący post:

„Latem zeszłego roku, gdy wracałem z Kijowa do Warszawy, usiadła obok mnie starsza o kilka lat Ukrainka rosyjskiego pochodzenia. Nasza stolica była dla niej jedynie miejscem tranzytowym – z Okęcia miała lecieć dalej, do Holandii. Zdawkowa wymiana uprzejmości szybko zmieniła się w rozmowę na temat sytuacji w Ukrainie. Moja rozmówczyni krytycznie wypowiadała się na temat rządu w Kijowie i jego poczynań na wschodzie. Których nie akceptowała do tego stopnia, że postanowiła na dłużej opuścić rodzinny Dniepropietrowsk (dziś Dnipro – dop. red.). Mniejsza o szczegóły – istotna jest konkluzja. A ta była taka, że Putin to dla Ukrainy „mąż opatrznościowy”. I że da bóg, a „kijowska junta wreszcie upadnie i władze w kraju obejmą prorosyjscy politycy”, co przyniesie naszemu sąsiadowi spokój, a ludziom dobrobyt. Że będzie „tak dobrze, jak w Rosji”.

Ostatnie stwierdzenie zaintrygowało mnie do tego stopnia, że zapytałem:

– Dlaczego więc, skoro w tej Rosji jest tak dobrze, emigrujesz do Holandii? Do Rosji masz bliżej, łatwiej byś się w niej odnalazła.

– Bo na Zachodzie jest lepiej – usłyszałem w odpowiedzi. (…)”.

Ano właśnie. Myśmy, Polacy, przez niemal pół wieku tęsknili do Zachodu, a gdy tylko pojawiła się okazja – w 1989 roku – zaczęliśmy nasz marsz ku integracji z lepszym światem. Korzystając z geopolitycznego zamieszania, daliśmy nogę i dziś jesteśmy po właściwej stronie barykady. Zachodnie uniwersum ma mnóstwo wad i sporo brzydkich obliczy. Imperializm i dominacja wielkiego kapitału to tylko niektóre z nich. Gdzie im jednak do zniewolenia, bylejakości, biedy, technicznej i organizacyjnej niewydolności, złodziejstwa i rozkładu więzi społecznych? A tym był, jest i zapewne pozostanie ruski mir. Także zresztą imperialny, bo dążący do narzucenia swych zasad i kontroli innym etnosom. Dziwi Was, że i Ukraińcy chcą się z tego przeklętego kręgu wyrwać? Mnie nie.

Mieli pod górkę znacznie bardziej niż my – ponad 300 lat rusyfikacji i 70 lat sowietyzacji zrobiły swoje. Kulturowe złogi i gospodarcze zależności sprawiły, że Ukraina po 1991 roku stanęła w rozkroku – chciała i nie mogła zerwać z przeszłością. Aż wyrosły kolejne pokolenia, wyzbyte nostalgii do tego, co w ruskim mirze mogło pociągać (iluzji, że choć wszyscy mamy mało, to jednak po równo, a i tak gdzie indziej jest gorzej). I nastały Majdany, i zaczęła się społeczno-polityczna rewolucja. „Idą w łapska amerykańskich imperialistów”, konkludują autorytety skrajnej lewicy i prawicy, wielu z naukowymi tytułami. Jest w tym niby troska o Ukraińców i ich kraj, a tak naprawdę mamy do czynienia z kolejną odsłoną prorosyjskich sympatii; pół biedy, jeśli opartych o naiwność, kulturową fascynację, gorzej, jeśli stoi za tym wyrachowana gra na rzecz Moskwy, w zamian za jakieś profity. No idą – wracam do wspomnianej argumentacji – no i co z tego? Myśmy też poszli i jakkolwiek wciąż „grają nam w duszy” rusko-mirskie rytmy (przede wszystkim zgoda na różne odmiany zamordyzmu), co do zasady nie żałujemy obranego kierunku. I wciąż, regularnie, potwierdzamy zasadność prozachodniego kursu. Dość wspomnieć o wynikach badań poparcia dla członkostwa w Unii Europejskiej i NATO.

No więc poszliśmy, bo realnie innego wyboru nie było. Mówienie, że istniała alternatywa dla integracji z Zachodem, to mrzonki. Zwłaszcza bajdurzenie o jakimś „polskim świecie” – Międzymorzu czy innych głupotach. Nie ten soft power, nie ten hard power, nie ta gospodarka, nauka, potencjał ludnościowy itp., itd. W naszym położeniu geograficznym wybór był/jest ograniczony do dwóch opcji – Zachód lub Wschód. I tak samo jest w przypadku Ukrainy.

Ukraińcy wybrali Zachód. Wybrali gremialnie; idiotyczne są te wszystkie narracje o spisku elit, o tym, że rząd w Kijowie działa(ł) na przekór społeczeństwu. W 1991 roku Ukraina miała PKB nieznacznie wyższe od Polski, 30 lat później nasze było ponad czterokrotnie większe – bo my postawiliśmy na radykalne zmiany, na wspomnianą integrację. Ukraińcy to widzą – widziała ich zarobkowa emigracja, na przestrzeni tych lat liczona przecież w miliony. Otwarte granice otwierały oczy – „my też tak chcemy” było naturalną konsekwencją tej otwartości. Oczywiście, chęci pójścia polskim tropem z rzadka towarzyszy świadomość „ciemnych stron” transformacji – tylko czy one naprawdę mogą mieć znacznie, gdy przeciętny Ukrainiec widzi, że Polakom generalnie żyje się o wiele lepiej?

„Wschód Ukrainy nie chciał tych zmian”, czytam w lewicowo-rusofilskiej i prawackiej banieczce. Naprawdę? Tych zmian nie chciała Rosja – i stąd siłowe próby zmiany kursu. Ale czy wschodnia, rosyjskojęzyczna Ukraina masowo poparła ingerencje Moskwy? W 2014 roku z wyrwanych Ukrainie skrawków powstały dwie niby-republiki, ufundowane przez rosyjskie wojsko, miejscowych kryminalistów i nielicznych zwolenników secesji Donbasu. Pomysł budowy Noworosji aż po Dniepr szybko spalił na panewce, a stało się to przede wszystkim dzięki masowemu ruchowi społecznemu, który przybrał także militarną postać batalionów ochotniczych. To „swoi”, „tutejsi” – w dużej mierze Ukraińcy rosyjskiego pochodzenia – pognali „separatystów” ze wschodnio ukraińskich miast. Pojawienie się w Donbasie regularnej ukraińskiej armii tylko umocniło efekt „antyrosyjskiej wiosny” (w kontrze do kremlowskiego hasła „rosyjskiej wiosny” – rzekomego „przebudzenia” mieszkańców Zadnieprza).

Moskwa nie odpuściła (co w mojej ocenie każe założyć, że w przyszłości – jeśli dać jej szansę – także nie odpuści) – i w lutym już otwarcie zaatakowała sąsiedni kraj. I gdzie te kwiaty dla rosyjskich żołnierzy, których, wraz z wódką, spodziewano się na wschodzie? A które byłyby symbolicznym dowodem na uznanie idei wchłonięcia przez ruski mir. Zamiast tego najeźdźcy dostali wciry w Charkowie, utknęli w środkowym Donbasie (by po czterech miesiącach wojny móc pochwalić się zajęciem miasta powiatowego Siewierodonieck), przez trzy miesiące męczyli się w bojach o Mariupol. Zajęli kawał południa, w sumie – z wcześniejszymi zdobyczami – ponad 20 proc. terytorium Ukrainy, ale za cenę ogromnych strat. Strat zadanych im przez Ukraińców z całego kraju (i ochotników z całego świata), walczących w szeregach regularnej armii, ale też strat, do których wybitnie przyczynili się „tutejsi” z Gwardii Narodowej i oddziałów obrony terytorialnej.

„Nacjonaliści trzymają społeczeństwo w garści”, czytam o powodach twardego oporu, terrorze zaprowadzonym przez rząd w Kijowie (rząd oczywiście nielegalny, bo mówimy o władzy, której korzenie sięgają zamachu stanu z 2014 roku). I co, rzeczeni „nacjonaliści” stawiają, niczym sowieci podczas II wojny światowej, oddziały zaporowe na tyłach swoich wojsk, by strzelać do potencjalnych dezerterów i maruderów? Wolne żarty… Prześladują ludność, wysyłając nieprawomyślnych i niewłaściwo-języcznych do obozów filtracyjnych? Oh wait, tak robią Rosjanie z mieszkańcami zajętych miast. „Gdzie jest ruch oporu!?”, zastanawiała się moskiewska „Prawda” w marcu tego roku, a chodziło jej o partyzantów, którzy wspieraliby działania rosyjskich sił inwazyjnych. Ukraińców, chcących obalić „kijowską juntę”. No właśnie, gdzie? Owszem, ruch oporu działa prężnie – w obwodzie chersońskim i samym mieście, tyle że to partyzantka wymierzona w Rosjan i (wciąż nielicznych!) kolaborantów. Co z „perłą rosyjskich miast”, Odessą? Jak to się stało, że dotąd nie wybuchło tam prorosyjskie powstanie, które ułatwiłoby lądowanie morskiego desantu? Co z masowymi ucieczkami przed poborem (uciekło przed nim za granicę 4 proc. męskiej populacji w odpowiednim wieku…)? Co z zamachami na komisje poborowe/punkty werbunkowe? No są, w Rosji, której młodzież nie garnie się, by ginąć w Ukrainie. I mógłbym tak dużo i długo, by wykazać, że perspektywa ruskiego miru nie jest tym, o czym marzą Ukraińcy, także ci ze wschodu.

I od dawna nie chodzi tylko o kwestie ekonomiczne. Ukraińskie „tak” dla integracji z Zachodem to także efekt kalkulacji – przekonania, że tym sposobem uda się zachować własną tożsamość narodową. Rosjanie już z otwartą przyłbicą mówią o „deukrainizacji”, w tym o fizycznej eksterminacji elit. Mierzi ich odrębność Ukraińców, pragną dla nich pełnej rusyfikacji. W istocie mamy tu do czynienia z zapowiedzią zbrodni przeciwko ludzkości [1], co powinno zamknąć wszelkie dyskusje na temat sensowności czy etyczności (sic!) ukraińskiego oporu. Marzenie ściętej głowy… Miast zamknąć ryje, piszą wszelkiej maści „autorytety” (także akademickie), że wojnę trzeba jak najszybciej zakończyć, bo szkoda ludzi – z czym trudno się nie zgodzić, ale… – ale ów koniec winien być efektem ukraińskiej kapitulacji, bo przecież „Rosja nie ustąpi”. Tak legitymizuje się bandycką politykę Kremla i zarazem stygmatyzuje winą ukraińskie władze, stawiając świat na głowie, bo to przecież nie Ukraina zaczęła tę wojnę. Czytam, że należy zmusić Ukraińców do dogadania się z Rosjanami, „bo Rosja to naturalny dla Ukrainy wybór; wspólna historia, więzi społeczne, powiązania gospodarcze”. Tak odbiera się Ukraińcom podmiotowość, „zapomina” o tym, że oni już podjęli decyzję o kierunku zmian cywilizacyjnych i że są gotowi za to walczyć i umierać. Niezależnie od tego, czy ich opór jest na rękę „wielkim tego świata” w ich geopolitycznej grze. To, że Ameryka pragnie osłabić Rosję, to dla Ukraińców zrządzenie losu, a nie przekleństwo. Nie są więc „przeklęte” państwa dostarczające Ukrainie broń, bo nie robią niczego wbrew Ukraińcom. Nikt im czołgów czy wyrzutni na siłę nie wpycha – Ukraińcy sami o nie proszą. I są to prośby formułowane na wszystkich szczeblach społecznej drabiny – żadne tam „chciejstwo niechcianych władz”.

Niełatwo mi o tym pisać, bo to sprawy oczywiste, a oczywistości wyjaśnia się najtrudniej. Pozwolę więc sobie na pewien myślowy eksperyment, z zastrzeżeniem, że nie kieruję go do zdeklarowanych sowieciarzy i ukrainofobów (ci są straceni – na rubelki i chorobę nie znajdę argumentów). Spójrzmy na Polskę z lat 1918-21 – jak próbowała wyszarpać dla siebie niezależność. I zastosujmy wobec niej myślenie, jakiemu poświęciłem ów post. Że przecież Polski nie było i było dobrze, że się Polakom w dupach poprzewracało z ich dążeniem do niepodległości, że po co walczyć z Rosją, skoro ona ma i tak większe zasoby, że cała ta Polska to wymysł elit, a zwykłym ludziom i tak wszystko jedno, że Polacy to durnie, bo bijąc się z bolszewią pomagają w geopolitycznych interesach Francji i Wielkiej Brytanii, że przecież Słowianin nie powinien strzelać do Słowianina, itp., itd. Brzmi znajomo, prawda? – zwracam się do sceptyków w kwestii sensowności ukraińskiego oporu. Z nadzieją, że może coś to w paru głowach zmieni.

—–

[1] ZpL: przestępcze zachowania skierowane przeciwko określonej grupie społecznej, np. narodowościowej, rasowej, etnicznej, wiekowej, religijnej lub światopoglądowej. Zalicza się tu m.in. morderstwa, obracanie ludzi w niewolników, deportacje.

Nz. Strażak po dzisiejszej akcji ratunkowej w Odessie. Rosjanie, najpewniej w zemście za Wężową Wyspę, ostrzelali w nocy miasto pociskami manewrującymi. Celując, a jakże, w cywilne obiekty…/fot. Сергій Крук

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Kunktatorstwo?

Pytacie, jakie moim zdaniem będą dalsze kroki Rosjan w Ukrainie, jak przełoży się to na sytuację międzynarodową. No to po kolei.

Jeśli idzie o front, Rosjanie mocno skoncentrowali się na próbach przełamania ukraińskiej obrony w Donbasie. Co ciekawe, czynią to w kilku miejscach jednocześnie, choć na stosunkowo małym obszarze. Celem wydaje się być uchwycenie bliźniaczych miast – Słowiańska i Kramatorska – mających istotne znaczenie symboliczne. To dwa największe ośrodki miejskie wyzwolone przez armię ukraińską w 2014 roku, co wówczas stanowiło gorzką pigułę dla Moskwy. „Słyszymy kanonadę, ale wciąż liczymy, że nasi chłopcy zatrzymają orków”, pisze mi koleżanka ze Słowiańska. Po czym ze smutkiem dodaje, że nie wszyscy żywią taką nadzieję. „Znów pojawiły się babuszki tęsknie spoglądające w przeszłość. Wiek gwarantuje im bezkarność, nawet nie kryją się z opiniami, jak to dobrze będzie, gdy nastanie Rosja”.

Poznałem takie babuszki zimą 2015 roku, właśnie w Słowiańsku. Ukrainki rosyjskiego pochodzenia, które na mój widok zaczęły lamentować.

– Lenin im nie pasuje – mojej rozmówczyni chodziło o pomnik w centrum miasta. – Że bandyta, mówią – miała na myśli lokalne władze. – A Włodzimierz Ilicz to dobry człowiek był. Gdy dowiedział się, że rozstrzelano carską rodzinę, to nie krył oburzenia.

– Ehh – westchnęła druga babuszka. – W Sojuzie ludzie pracę mieli, mieszkania za darmo dostawali, na wakacje jeździli. A ta cała Ukraina to co nam dała? Emeryturę mam taką, że jak leki kupię, to na jedzenie nie starcza. I teraz jeszcze ta wojna… – kobieta zakryła dłonią twarz.

Zdaniem stojących obok milicjantów, te łzy były elementem przedstawienia. Roboty zleconej przez separatystów i Rosjan. Nie przesądzam i tak jak wówczas, tak i dziś staram się nie oceniać. Ludzie realizują różne strategie w obliczu zagrożenia i niekoniecznie musi to być wyrachowana zdrada. Tak czy inaczej, miejmy świadomość, że na wschodzie Ukrainy nadal część ludności zachowuje prorosyjskie postawy. Wedle statystyk, na jakie powołuje się rząd w Kijowie, jest to raptem kilka procent społeczeństwa, lecz moi ukraińscy znajomi zawodowo zajmujący się socjologicznymi diagnozami, szacują, że w przypadku wschodnich obwodów może to być nawet 25 procent ludności. Oczywiście ów odsetek spada w miejscach doświadczonych rosyjskim barbarzyństwem, lecz wspomniany Słowiańsk i Kramatorsk jeszcze nie zmierzyły się z realiami frontowych miast.

Wracając do rozważań stricte militarnych – Rosjanom chyba na dobre udało się wyhamować ukraińską kontrofensywę na południu, ale wiele wskazuje na to, że obawiają się kolejnych operacji, w związku z czym wzmacniają kierunek chersoński kosztem sił zgromadzonych na podejściu do Zaporoża. Czy to oznacza rezygnację z prób zajęcia tego miasta? Tak, przy czym decyzję w tej sprawie agresorzy podjęli już jakiś czas temu, uznając, że są zbyt słabi na szturmowanie tak dużego ośrodka (wielotygodniowe boje o ponad 6-krotnie mniejszy Siewierodonieck dały Rosjanom do myślenia). Wydaje się, iż z perspektywy rosyjskiego dowództwa ważniejsze jest utrzymanie dotychczasowych zdobyczy na południe od linii dolnego Dniepru (z takimi miastami jak Chersoń, Melitpol i Berdiańsk).

I generalnie, nie spodziewam się, by nawet po ewentualnym przełamaniu w Donbasie, najeźdźcy byli w stanie kontynuować natarcie. W rosyjskiej sztuce operacyjnej istnieje tradycja pójścia za ciosem, bez oglądania się na straty, tyły i rozciągnięte linie zaopatrzeniowe. „Zrobiliśmy wyrwę!? To się w nią wlewamy, urrrrraaaaa!”. Ale mówiąc wprost, armia rosyjska w Ukrainie jest na to za słaba. Nie działa w warunkach ilościowego rozmachu rodem z czasów ZSRR, a to, co angażuje do walki, jest już zwyczajnie zmęczone – co tyczy się zarówno ludzi, jak i sprzętu (każda lufa ma określoną wytrzymałość, nie da się z niej strzelać „bez przerwy”).

Zatem z rosyjskim przełamaniem czy bez – co w tym momencie jest równie prawdopodobnym scenariuszem; Ukraińcy mogą Rosjan w Donbasie zatrzymać, mogą też w sposób kontrolowany oddawać im skrawki terytorium – o żadnym blitzkriegu w najbliższym czasie nie ma mowy. Marsz na zachód w stronę linii Dniepru wciąż pozostaje mokrym snem sowieciarskich domorosłych strategów (jakiś czas temu napisałbym jeszcze, że także rosyjskich generałów, ale ci – wszystko na to wskazuje – coraz twardziej stąpają po ziemi). W najbliższych tygodniach armię rosyjską w Ukrainie czeka proces odbudowy zdolności bojowych. Już teraz są one mocno ograniczone, gdyż jednorazowo, w ciągu doby, dowództwo sił inwazyjnych może posłać do walki 20-30 tysięcy żołnierzy (a bywały dni, że zaledwie 10 tysięcy ludzi). Nawet przy założeniu, że Rosjanie są w stanie postawić mur artyleryjskiego ognia (a są…), to dramatycznie za mało, by przeprowadzić coś więcej niż lokalne operacje zaczepne.

Szczęśliwie dla Moskwy jest jeszcze czym uzupełniać stracony sprzęt – choć jakość wyciąganego z magazynów uzbrojenia wydaje się konsekwentnie obniżać. Nadal też istnieją „luzy mobilizacyjne”, pozwalające na zastępowanie utraconego personelu bez konieczności rozpoczęcia powszechnego, wojennego poboru. Tyle że to nic więcej jak klajstrowanie, cerowanie krótkiej kołderki. Jeśli Moskwa nadal liczy na spektakularny przełom, musi posłać na front dwa, jak nie trzy razy tyle wojska.

Chyba że…

I tu przechodzimy do części politycznej. Chyba że Kreml poprzestanie na silnej – nie od razu zabójczej, ale i tak niebezpiecznej – presji na wschodzie, przy jednoczesnym konsekwentnym rujnowaniu ukraińskiej gospodarki. Inwazja już dziś przyniosła Ukrainie likwidację niemal 20 procent miejsc pracy, za kilka tygodni może to być 40 procent. W warunkach powszechnej mobilizacji nie przekłada się to na oficjalne wskaźniki bezrobocia – siły zbrojne absorbują liczną rzeszę potencjalnych bezrobotnych – ale żołnierz zysku nie generuje (za to koszty owszem), niczego nie wytwarza, owoców jego pracy nie da się wyeksportować z korzyścią dla budżetu. Pozbawiona możliwości sprzedaży produktów rolnych Ukraina stanie wkrótce na skraju bankructwa. Zachodnia pomoc finansowa będzie niczym kroplówka – nie pozwoli temu państwu umrzeć. Tylko czy tak da się w nieskończoność?

Rosja konsekwentnie buduje warunki do wywołania kryzysu żywnościowego na świecie, do którego dojdzie, jeśli ukraińskie zapasy nie trafią na rynek. Co więcej, tworzy narrację, w myśl której to Ukraina jest winna ekonomicznym perturbacjom. A pamiętajmy, że niemal połowa globu „kupuje” rosyjską wizję konfliktu na wschodzie. To drugi i trzeci świat, z ograniczoną wpływowością na istotne procesy gospodarcze czy polityczne, niemniej w swej masie będące w jakiejś mierze przeciwwagę dla Zachodu. Wyobraźmy sobie zmowę prorosyjskich państw w obliczu głodu w północnej Afryce czy na Bliskim Wschodzie. „Ofertę” typu: „przestańcie pomagać Ukrainie, bo jeśli tego nie zrobicie, zasypiemy was milionami głodnych uchodźców”. Kunktatorskie z naszej (polskiej) czy ukraińskiej perspektywy postawy polityków z Włoch, Francji czy Niemiec biorą się właśnie z lęków przed takimi scenariuszami.

A Moskwie w to graj. A Moskwa – w obliczu niemożności blitzkriegu – przeciągnie wojnę do zimy, licząc, że embarga na kopaliny odbiją się rykoszetem po zachodnich Europejczykach. „Zmarzną im dupy, to przestaną pomagać Kijowowi”, kalkuluje Putin.

I jest tylko jeden sposób, by mu pokrzyżować szyki, uratować Ukrainę przed zagładą, świat przed głodem, a środkowo-wschodnią Europę przed egzystencjalnym zagrożeniem. Należy dozbroić ukraińską armię. Dać jej wszystko, co pozwoli wyrzucić agresora i na dekady odebrać mu możliwości do przeprowadzania kolejnych bandyckich inwazji.

Wszystko i szybko.

—–

Nz. Ukraińscy artylerzyści prowadzący ogień z amerykańskiej haubicy. Tych haubic powinno być na froncie 3-4 razy więcej…/fot. Центр стратегічних комунікацій та інформаційної безпеки

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Źródełka

W alarmistycznym tonie wypowiada się ostatnio indyjska prasa. Chodzi o jeden z podstawowych typów samolotów, używany przez tamtejsze lotnictwo (IAF) – Su-30MKI. Okazuje się, że dziś tylko 60 proc. floty Suchojów zdolna jest do przeprowadzenia misji bojowych. Indie mają tych maszyn około 270, zatem uziemionych pozostaje ponad setka. A będzie gorzej – Indusi spodziewają się niebawem spadku dostępności floty poniżej 50 proc. Dowództwo sił powietrznych przeprowadza właśnie generalny przegląd części zamiennych i materiałów eksploatacyjnych do Su-30MKI. Dysponuje się nimi w trybie zarządzania kryzysowego. Jak na razie – zapewnia dowództwo – sytuacja nie osiągnęła poziomu „ekstremalnych komplikacji”, lecz wysoce prawdopodobne jest, że skróceniu ulegną naloty maszyn, a część uziemionych egzemplarzy zostanie przeznaczona do kanibalizacji. Sytuacja wyklaruje się w ciągu najbliższych tygodni, przewidują Indusi, złorzeczący, że Rosja nie jest w stanie wywiązywać się z wieloletniej umowy na dostawy części zamiennych i świadczenie pomocy technicznej. Winna jest rzecz jasna wojna z Ukrainą i jej skutki – sankcje, które zatrzymały produkcję w rosyjskich fabrykach oraz konieczność wetowania strat przez Rosję zapasami wcześniej przeznaczonymi na eksport.

„Rosyjskie narzędzia wojenne są tanie, dopóki nie są potrzebne”, zauważa jeden z indyjskich komentatorów. Nic dodać, nic ująć.

Tymczasem dowództwo IAF ma nadzieję, że wojna niebawem się skończy, zakładając przy tym, że wszystko wróci do normy. Czytaj: Zachód zniesie sankcje.

Rosja (i Chiny) to głowni dostawcy uzbrojenia dla biednych i mniej zamożnych krajów. Zwykle jest to sprzęt gorszej jakości, choć oba przemysły są w stanie produkować uzbrojenie względnie wysokiej klasy. Chinom nic złego w kontekście wojny na wschodzie się nie dzieje. W ich przypadku należy spodziewać się dalszego pościgu za zachodnią jakością i skutecznością systemów bojowych. A Rosji? Jeśli Zachód wytrwa w sankcjach, Rosja nie będzie w stanie sprzedać niczego. Bo niczego nie wyprodukuje. Ich najlepsze uzbrojenie – teraz widać to wyraźnie – bazuje na zachodniej elektronice. A dostępu do niej już nie ma. Własna elektronika to 2-3 generacje wstecz, czego Rosjanie nie potrafią przeskoczyć.

Kasa na ów przeskok nawet była, ale – posłużę się słowami przedstawiciela branży lotniczej z dobrymi kontaktami na wschodzie – „pod przykryciem restrukturyzacji przemysłu wojskowego, ujednoliceń i tworzenia holdingów, Wiertoliety Rossiji, OAK, ODK, OSK (nazwy firm – dop. MO) wprowadziły masowo technologie stealth. Ogromne ilości pieniędzy zniknęły bez śladu i żadnego widocznego efektu”.

Taki to stealth w rosyjskim wydaniu – sprzęt jest niewidzialny, bo go nie ma.

Ale mniejsza o „wsad” – skorupy samolotów, czołgów czy okrętów buduje się przy użyciu wysokiej klasy maszyn. A tych, własnych, u Rosjan jak na lekarstwo. 90 proc. obrabiarek wykorzystywanych przy produkcji czołgów ma zachodnie papiery. I… już nie działa. Technologiczny regres przemysłu – poza kłopotami z odbudową zdolności bojowej własnej armii – oznacza także katastrofę w wymiarze ekonomicznym. Eksport uzbrojenia był dotąd, obok kopalin, jednym z najważniejszych źródeł wpływów budżetowych.

Źródełko schnie, kasa topnieje – jak wylicza amerykański „Newsweek”, Moskwa wydaje na wojnę z Ukrainą 900 mln dol. dziennie. Mniej więcej tyle wpływa do kremlowskiego skarbca z handlu ropą, gazem i węglem, ale po pierwsze, tych pieniędzy za chwilę będzie znacznie mniej; po drugie, państwo to coś więcej niż armia. Nawet rosyjska armia to coś więcej niż siły inwazyjne w Ukrainie. Kołderka krótka, „gęb do wyżywienia” mnóstwo. A dla zachowania spójności systemu trzeba jeszcze zaspokoić żądania/oczekiwania złodziei-oligarchów.

Putin zatem finansuje wojnę z oszczędności. Dać małpie brzytwę, sama się pochlasta…

…ale krzywdy innym też narobi/fot. Центр стратегічних комунікацій та інформаційної безпеки

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Posłowie

W czasie świąt, i już po nich, dostałem sporo zdjęć, jak to zamieszczone poniżej. „Międzyrzecze” okazało się popularnym prezentem pod choinkę. Super!

Ale ja nie o tym.

Botoksowy car usiłuje sprowokować nas do słownej bitki, redefiniując sens historycznych wydarzeń związanych z wybuchem II wojny światowej. Putin pragnie zszargać opinię Polski i Polaków, co jest jednym z wielu kroków mających doprowadzić do stopniowej izolacji Rzeczpospolitej na arenie międzynarodowej. Od (nie)mądrości polskich władz zależy, czy i na jakich warunkach damy się wciągnąć w tę awanturę.

Jej ostateczny cel, patrząc z perspektywy Moskwy, jest jasny – powrót Polski do rosyjskiej strefy wpływów.

Oczywiście, aby tego uniknąć, trzeba nam czegoś więcej niż sprawnej polityki zagranicznej. Istotne są też kwestie obronności. Piszę o tym w „Posłowiu” do „Międzyrzecza” – czas ujawnić jego obszerny fragment.

Ps. Skróty wynikają z konieczności zachowania w tajemnicy istotnych elementów fabuły.

*         *          *

„My, Polacy, słusznie zarzucamy sobie tkwienie w złudnych nadziejach, w przekonaniu, że „jakoś to będzie”. A zarazem trawi nas czarnowidztwo, sprowadzające się do stwierdzenia, że „nie warto nic robić, bo i tak się nie uda”. Targamy się w tej sprzeczności, umacniając ją fantazmatami, tkanymi z wyobrażeń o własnej wyjątkowości, oraz nieprzemyślanymi działaniami, które stwarzają pozory dbania o narodowy interes.

I tylko czasem coś nam wychodzi, samo z siebie, przypadkiem.

Stawiamy na nieistotne geopolitycznie Węgry, odwołując się do wydumanej przyjaźni. Redukujemy sojusze do współpracy ze Stanami Zjednoczonymi, ignorując emocjonalną niestabilność przywódcy tego kraju. Zbroimy się „po łebkach”, tworząc w armii wyspy nowoczesności, tak od siebie oddalone, że nie sposób sensownie wykorzystać ich potencjału. Oddajemy wojsko w ręce człowieka, który funduje mu koszmarne czystki.

W tym samym czasie, na paradach i w posłusznych władzy mediach, tworzymy złudzenie silnych, zwartych i gotowych, pielęgnując przy tym mit wspaniałej husarii, sarmackiej przeszłości, państwowej potęgi, która zawojowała przed wiekami znaczną część Europy.

I jednocześnie machamy ręką, gdy pytają nas o zachodnie gwarancje bezpieczeństwa. „Będzie, jak było” – mówimy, z masochistyczną lubością wypowiadając frazę, że „oni znów nas zdradzą”. Choć w głębi ducha wierzymy, że jednak nie, bo przecież NATO i Unia Europejska – do których niegdyś przystąpiliśmy – to najsilniejszy militarny sojusz i najmocniejsza gospodarcza wspólnota na świecie.

W tej kompulsywnej autoszarpaninie walimy na odlew we własnych żołnierzy, traktując ich jak darmozjadów, „chłopców napalonych na duże zabawki”. Nieprzydatne zabawki – twierdzimy – bo przecież nie zapewnią nam bezpieczeństwa. Bo największy wróg i tak „nakryje nas czapkami” – tyle ma ludzi i sprzętu. Lepiej więc przeznaczmy publiczne pieniądze na coś bardziej sensownego – na przykład na pięćset plus.

A na Kremlu zacierają ręce…

Nie, nie wierzę, by w najbliższej przyszłości Rosja napadła na Polskę. Lecz przez lata tkwiąc jedną nogą w świecie wojskowych, przyjąłem po części ich punkt widzenia. Jest więc dla mnie jasne, że armia musi sposobić się na rozmaite zagrożenia, także te najgorsze. Rosyjskie, choć relatywnie nieduże, jest jednym z nich.

I trzeba to robić z głową, w oparciu o racjonalne przesłanki – od razu zakładając, że da się zwyciężyć.

„Nadzieja jest w zwycięstwie” – brzmi motto serii Warbook. Nie wspominam o nim przypadkiem, uważam bowiem, że idealnie oddaje istotę rzeczy. Z Rosją można zwyciężyć, można mieć nadzieję na taki sukces. Oczywiście, szyty na miarę – nie chodzi mi o bombastyczne wizje polskiej flagi powiewającej nad Kremlem. „To se ne vrati” – jak mawiają nasi południowi sąsiedzi. Nasze zwycięstwo z Rosją to kraj ocalony przed okupacją. Tylko i aż tyle.

Nie wszystko rzecz jasna da się przewidzieć i nie każde zagrożenie jesteśmy w stanie zniwelować. Federacja to mocarstwo atomowe – o tym zawsze trzeba pamiętać. Stąd nadzieja, nie pewność.

Ta nadzieja winna się zasadzać na mocnych podstawach – najważniejszą z nich jest relatywna siła armii. Nasze wojsko musi być zdolne zadać Rosjanom takie straty, których wizja uczyni wojnę nieopłacalną.

Czy współczesne Wojsko Polskie ma taką moc? Już nie – i winą za to należy obciążyć polityków. Nie tylko tych, którzy rządzą nami w ostatnich latach.

Dziś, bez książkowej „Polisy”, nie dalibyśmy rady. Lecz scenariusz, w którym nie musielibyśmy sięgać po tak drastyczne środki, jest na wyciągnięcie ręki. Polska dysponuje potencjałem ekonomicznym, gospodarczym i intelektualnym na tyle dużym, by w nieodległej przyszłości zapewnić sobie poczucie bezpieczeństwa. (…). Trzeba nam tylko mądrych polityków. I dowódców, którzy nie będą nosić parasoli nad urzędnikami z politycznego nadania, a asertywnie wyartykułują potrzeby armii. I dopilnują ich realizacji.

Czas płynie i nie działa na naszą korzyść. (…)”.

romek

—–
Nz. głównym, ilustracyjnym, zniszczony ukraiński czołg. Okolice wioski Piski, wiosna 2015/fot. własne
Zdjęcie nr 2 – „Międzyrzecze” jako choinkowy prezent/fot. Roman Szaga

Postaw mi kawę na buycoffee.to