Kim?

Siły zbrojne Ukrainy stoją przed trzema poważnymi zadaniami. Pierwszym jest konieczność uszczelnienia nieba, zarówno na tyłach, jak i nad frontem. Drugim – paraliż rosyjskiej logistyki i możliwie największa dezorganizacja systemu dowodzenia armii rosyjskiej. I wreszcie trzeci priorytet to stabilizacja frontu – oparcie go o solidne linie obronne (wysycone dostateczną liczbą dobrze uzbrojonych żołnierzy) oraz likwidacja rosyjskich mikro-wyłomów.

Czy ZSU są w stanie sprostać tym wyzwaniom? Komentujący wojnę „narzekacze” oraz aktywni medialnie kolaboranci orzekli już, że nie. I że przebudzenie Europy oraz powrót do gry USA – które zadeklarowały gigantyczną pomoc dla Ukrainy – niczego tu nie zmieni.

Pozwolę sobie nie zgodzić się z tą oceną.

Dostawy amunicji i nowych zestawów OPL (wyrzutni i radarów), muszą jednak być niezwłoczne – inaczej nie będzie czego i kogo chronić. Podstawowy kłopot sprawia ograniczona podaż tego rodzaju uzbrojenia oraz stopień skomplikowania, a więc i długotrwałość produkcji. Da się go obejść, jeśli sojusznicy Ukrainy podejmą ryzyko czasowego osłabienia własnych zdolności obronnych. Potencjał samych Stanów Zjednoczonych – dysponujących ponad 50 bateriami Patriotów (obok szerokiego wachlarza innych systemów) oraz pokaźnym zapasem pocisków – daje tu największe możliwości.

Pociski już do Ukrainy jadą i to w naprawdę dużej liczbie.

Dotarły już na Wschód – sekretnie i w oparciu o wcześniejsze amerykańskie zobowiązania wobec Kijowa – ATACMS-y o zasięgu 160 i 300 km. I raptem sześć takich pocisków (wystrzeliwanych z wyrzutni Himars) zniszczyło kilka dni temu istotne elementy rosyjskiej obrony przeciwlotniczej na Krymie. Tymczasem Ukraina ma otrzymać kilkaset ATACMS-ów oraz duże ilości innej precyzyjnej i dalekonośnej amunicji. Swoje dorzucą również Brytyjczycy, w czym zawiera się „duża liczba” pocisków manewrujących Storm-Shadow. Żadne rosyjskie centra logistyczne, stanowiska dowodzenia i inne krytyczne instalacje militarne bądź o militarnym znaczeniu (jak radary czy mosty), znajdujące się w odległości 300 km (400 biorąc pod uwagę zasięg Stormów) nie będą teraz bezpieczne. „Na bank” należy spodziewać się kolejnych ostrzałów Krymu, włącznie z próbami zniszczenia przeprawy kerczeńskiej, oraz ataków na linie zaopatrzenia wzdłuż całego frontu, w tym na nitkę kolejową i drogową, budowaną obecnie przez rosjan na południu Ukrainy.

„Storm Shadowy trzeba mieć z czego zrzucać”, zwraca uwagę jeden z analityków. Jasna sprawa. Na szczęście jest czym – mimo wściekłych rosyjskich ataków zarówno na samoloty, jak i miejsca ich bazowania, Ukraińcy nadal mają w linii relatywnie dużo Su-24. Bo owszem, Suchoje spadały i były niszczone na ziemi, ale siły powietrzne zmagazynowały wcześniej kilkadziesiąt maszyn (od 30 do nawet 60 sztuk), które teraz służą do odtwarzania gotowości bojowej (niektóre samoloty są przywracane do stanu lotnego, inne wykorzystuje się jako rezerwuar części zamiennych). Na ile to wystarczy? Wedle moich źródeł, Ukraińcy jeszcze przez wiele miesięcy będą w stanie jednocześnie wysłać w powietrze cztery do ośmiu maszyn. Spektakularnej salwy to nie oznacza, ale przy skoordynowanym w czasie ataku z użyciem innych środków bojowych (ATACMS-ów, dronów lotniczych i morskich), dla takiego mostu krymskiego skutki mogą okazać się zabójcze.

Ukraińcy wciąż dysponują większością przekazanych im wyrzutni Himars. Do tej pory rosjanom udało się zniszczyć tylko dwie, kilka zostało uszkodzonych (i wróciły do USA na naprawy). We wczorajszym amerykańskim pakiecie nie znalazły się same wyrzutnie – tylko amunicja do nich – ale za pewnik można uznać wysyłkę kolejnych zestawów na Wschód. Innymi słowy, jest i będzie z czego strzelać także na ziemi.

Dostawy amerykańskiej amunicji artyleryjskiej już niebawem skumulują się z pakietami pocisków przekazanych Ukrainie w ramach tzw. czeskiej inicjatywy. W tym zakresie czynione są kolejne kroki, co przywodzi mnie do wniosku, że w najbliższych miesiącach ukraińskiej artylerii nie zabraknie „wsadu”. A czy będzie miała czym strzelać? W ostatnich miesiącach Ukraińcy utracili wiele najcenniejszych zachodnich armat – ciągnionych i samobieżnych – ale w ocenie moich rozmówców z ZSU, większym zmartwieniem był brak amunicji. Sądząc po wielkości amerykańskiej pomocy na ten rok oraz po deklaracjach Europejczyków, ubytki luf da się uzupełnić, co mocno urealnia trzeci ze wspomnianych na wstępie priorytetów.

Dla realizacji którego trzeba też innego sprzętu ciężkiego. „Nawet jeśli będzie go sporo, kto go obsłuży?”, zastanawiają się sceptycy. Że sprzętu będzie sporo to dla mnie oczywiste, co zaś się tyczy wyrażonej wątpliwości – niestety, nie jest ona bezpodstawna. „Kim walczyć?”, to dziś najważniejsze pytanie, przed jakim staje Ukraina. Nie bez powodu parlament odłożył procedowanie zapisu o prawie do demobilizacji po 36 miesiącach służby, a rząd zawiesił obsługę konsularną mężczyzn w wieku poborowym przebywających za granicą. O ile w pierwszym przypadku chodzi o zatrzymanie w armii już pełniących służbę, o tyle w drugim idzie o postawienie „uciekinierów” (jak nazywa się ich nad Dnieprem) w trudnej sytuacji prawnej, która może poskutkować powrotem do ojczyzny – a więc w zasięg oddziaływania komisji rekrutacyjnych.

„Czy jest aż tak źle z ludźmi?”, pytają mnie Czytelnicy. No jest. W styczniu 2023 roku armia ukraińska liczyła 700 tys. żołnierzy, dziś jest ich o 150 tys. mniej. Taka jest skala bezpowrotnych i długoterminowych ubytków ZSU na przestrzeni ostatnich 15 miesięcy. Dość powiedzieć, że wedle organizacji pozarządowych, w ciągu dwóch minionych lat w Ukrainie wykonano dziesięć razy więcej amputacji niż w analogicznym okresie czasu pokoju. Liczba okaleczonych w ten sposób dochodzi do 70 tys., choć niektóre źródła podają, że pełnoskalowa wojna uczyniła takimi inwalidami nawet 100 tys. osób. Miażdżąca większość z nich to żołnierze.

A realnie straty mogą być większe (niż wspomniane 150 tys. w 15 miesięcy). Mimo niezłych kontaktów w ZSU, nie potrafię ustalić, ilu żołnierzy (innych niż ranni) zostało objętych demobilizacją w 2023 i 2024 roku i ilu mężczyzn w tym czasie zrekrutowano. A oba procesy (rekrutacji i zwalniania), choć w ograniczonym zakresie, to jednak miały miejsce. Jeśli „nowych” było więcej niż „odchodzących”, ta różnica odpowiada liczbie kolejnych ubytków (których nie da się wyczytać z bieżących stanów ewidencyjnych).

Tak czy inaczej, ZSU są dziś istotnie mniejsze. No i „stare”, biorąc pod uwagę średnią wieku żołnierzy, oraz „zmęczone” z uwagi na długotrwałą służbę dużej części personelu – o czym wspominam dla dopełnienia obrazu, a czego rozwijał nie będę, bo wielokrotnie o tym pisałem. Jest też ukraińska armia mocno wytrzebiona ze specjalistów. Niestety, duża w tym zasługa fatalnego niekiedy dowodzenia na szczeblu taktycznym z jednej strony, z drugiej, zaniechań Ameryki i Europy, skutkujących brakami amunicji i uzbrojenia. Najogólniej rzecz ujmując, wielu „droniarzy” czy artylerzystów – gdy nie było czym latać i strzelać – trafiało na pierwszą linię jako zwykli piechurzy; tym sposobem łatano kadrowe braki. Szczęściem w nieszczęściu to marnowanie potencjału nie dotyczyło przeciwlotników i wojskowych obsługujących dalekonośne i precyzyjne systemy artyleryjskie, tym niemniej „na dziś” – gdyby USA „zalały” Ukrainę masą armat czy transporterów – rzeczywiście mógłby być problem z ich obsługą.

Ale. Ale należy pamiętać, że na ukraińskich tyłach stacjonuje kilkanaście brygad, które mają niemal czy wręcz pełne stany osobowe, za to dramatycznie brakuje im sprzętu. Te jednostki do tej pory nie brały udziału w walkach, bądź walczyły w ograniczonym zakresie (część służących w nich żołnierzy wysyłano na front, w szeregi wykrwawionych brygad liniowych, a niektórzy z tych eskapad wrócili). Generalnie ich personel, jeśli jest zmęczony, to na pewno nie trudami frontowej służby. Dać mu sprzęt i kilka miesięcy szkoleń, a może z tego wyjść solidna jakość.

No i nie zapominajmy o przyjętych kilka tygodni temu nowych przepisach mobilizacyjnych, które pozwalają armii sięgnąć po niemal 300-tysięczny zasób tego i przyszłorocznych 25. – i 26-latków. Jeśli ci chłopcy będą się mieli gdzie i na czym szkolić, i oni stworzą nową jakość. Oczywiście na efekt trzeba będzie czekać miesiącami – dziś tworzone czy odtwarzane jednostki solidnie wyszkolone będą za pół roku.

Co oznacza, że ciężar utrzymania frontu nadal – jeszcze przez pewien czas – będzie spoczywał na barkach zmęczonych weteranów. Czy wytrzymają? Zima minęła w Ukrainie pod znakiem swoistej depresji. Spadek społecznego optymizmu i obniżenie morale w armii wynikały z kilku czynników, pośród których jednym z ważniejszych było poczucie osamotnienia. Porzucenia. „Zachód nas zostawił, zostaliśmy z tą rosją sami”, wielokrotnie słyszałem takie opinie. Jakkolwiek nie zawsze i nie w pełni uzasadnione, to jednak powszechne. Dziś – wraz z nowym zachodnim sprzętem – nad Dniepr wraca nadzieja, co dotyczy też wojskowych. Oni – w swej masie – amerykańskiej i europejskiej pomocy nie zmarnują.

—–

Dziękuję za lekturę! A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się na dwa sposoby. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

A gdybyście chcieli nabyć moją najnowszą książkę pt. „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” z autografem, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Szkolenie ukraińskich strzelców, zdjęcie ilustracyjne/fot. ZSU

„Zastrzyk”

Wiosną 2022 roku amerykański sprzęt i amunicja zaczęły płynąć na Wschód znacznie szerszym strumieniem. Na front w Ukrainie trafiły m.in. himarsy, które w ciągu kilkunastu następnych tygodni przetrąciły kręgosłup rosyjskiej logistyce.

Oczywiście, broń dostarczały też inne państwa, w tym Polska, dzięki której znacząco powiększył się park maszynowy ukraińskich wojsk pancernych. Decydujące znaczenie miały jednak precyzyjna artyleria (rakietowa i lufowa) oraz ogromne dostawy broni przeciwpancernej i podręcznych systemów przeciwlotniczych. Te ostatnie pozwalały trzymać rosyjskie lotnictwo z dala od frontu, javeliny i pochodne masakrowały czołgi, a armaty „mięsne szturmy” oraz bliskie zaplecze frontu, w tym pozycje rosyjskiej artylerii. W połączeniu z tym, co zrobiły dalekonośne Himarsy, patrząc z rosyjskiej perspektywy mieliśmy do czynienia z potężnym kryzysem. Wojsko federacji wytraciło najwartościowszy wówczas element ludzki i masę najnowocześniejszego i najlepszego sprzętu. „Walec” – jakim najeźdźcy chcieli zmiażdżyć obrońców – zatrzymał się, a potem ugiął pod ukraińskim kontruderzeniem. Jesienią 2022 roku armia inwazyjna była rozbita, zdemoralizowana, najsłabsza w całej dotychczasowej historii konfliktu.

Patrząc wstecz, był to najlepszy moment dla kolejnego ukraińskiego uderzenia – na Zaporożu. Linia surowikina nie istniała, rosyjska logistyka nadal nie otrząsnęła się po wiosenno-letnim „himarsowaniu”. W szeregach armii ukraińskiej panowało za to doskonałe morale, ludzie palili się do walki. Zabrakło jednak woli przywódców i dowództwa, być może warunkowanej krytyczną oceną możliwości ZSU, a może nieuzasadnioną niewiarą – tego dowiemy się zapewne długo po wojnie. Na dziś owo zaniechanie umieściłbym w kategorii „stracone szanse”.

Była też jesień 2022 roku dobrym momentem dla negocjacji, które Ukraińcy mogliby poprowadzić z pozycji siły. Co piszę bez wiedzy, czy jakiekolwiek działania w tym zakresie zostały wtedy podjęte – po prostu, szacuję „wagę” potencjalnych ukraińskich argumentów wobec rosyjskiej (bez)siły. Dostrzegając zarazem – po obu stronach – poważne przeszkody dla układania się. Dla rosji koniec wojny w tamtym momencie byłby porażką, trudną do „sprzedania” swoim, a więc niebezpieczną dla reżimu. W Ukrainie mało kto wówczas myślał o zawieszeniu broni – w armii i społeczeństwie panował wielki entuzjazm i optymizm co do dalszej przyszłości. Decyzja władz o układaniu się z wrogiem nie zyskałaby zrozumienia i akceptacji (co również zagrażałoby rządzącym).

Dlaczego więc o tym wspominam? Ano mam wrażenie, że historia się powtarza. Znów – jak wiosną 2022 roku – Ukraina jest w przededniu „amerykańskiego zastrzyku”. Znów jego zapowiedź przeraża Moskwę i skłania ją do wzmożonej presji na froncie. Znów zaczyna się wyścig między amerykańską logistyką a rosyjskim „walcem” (tym razem bardziej ludzkim niż artyleryjskim, wszak w odróżnieniu od sytuacji z 2022 roku rosjanom bardziej brakuje armat niż ludzi). Znów Ukraińcy muszą rosyjską furię przetrwać – gen. Kyryło Budanow ocenia, że krytyczne będzie najbliższe półtora miesiąca. I wreszcie znów ilość i jakość nowej broni – nie tylko amerykańskiej, ale też europejskiej – daje nadzieję na…

No właśnie, na co?

Odpowiedź w dużej mierze zależy od tego, czy amerykańska pomoc jest jednorazowa (jednoroczna) czy nie. Czy mówimy o procesie trwałej odbudowy zdolności armii ukraińskiej, co w kolejnym roku mogłoby poskutkować poważniejszymi operacjami zaczepnymi? Czy raczej o zapewnieniu Ukraińcom lepszej pozycji negocjacyjnej za kilka miesięcy, po uprzednim ponownym sprowadzeniu rosyjskiej armii do poziomu XX wieku (zniszczeniu jej najwartościowszych systemów)?

Ukraina ma otrzymać naprawdę groźne „zabawki”, w tym setki pocisków ATACMS. Dotąd dostała około 30 sztuk, z których kilka użyto w październiku zeszłego roku do ataku na lotniska w Ługańsku i Berdiańsku. W obu uderzeniach zniszczono i uszkodzono kilkanaście niezwykle cennych dla rosjan śmigłowców Ka-52. Z kolei w zeszłym tygodniu raptem sześć ATACMS-ów zadało potężne straty rosyjskiej OPL na Krymie – mówimy zatem o broni cechującej się niezwykłą efektywnością.

Ale właśnie – będzie jej (i innych systemów) na tyle, by trwale obezwładnić armię inwazyjną i odzyskać przynajmniej część utraconych terenów czy „tylko” tyle, by znów czasowo pogruchotać rosyjskie wojsko, a moskiewskim decydentom odebrać pewność siebie i skłonić do rozmów o pokoju?

Nie znam odpowiedzi na to pytanie.

—–

Dziękuję za lekturę! A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się na dwa sposoby. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

A gdybyście chcieli nabyć moją najnowszą książkę pt. „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” z autografem, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Ukraińska artyleria, zdjęcie ilustracyjne/fot. ZSU

Saturacja

Z wielkiej chmury mały deszcz? Na to wychodzi. Iran wystrzelił łącznie 185 dronów Szahid, 36 pocisków manewrujących oraz 110 rakiet balistycznych średniego zasięgu. Poza siedmioma „balistykami” wszystkie środki napadu powietrznego zostały zestrzelone.

To owoc współpracy Izraela i jego sojuszników (także tych „cichych”, nieoczywistych). Większość celów strącono nad Irakiem, Syrią i Jordanią, w czym znaczący udział miały samoloty sił powietrznych USA, Wielkiej Brytanii, Jordanii, a prawdopodobnie również Arabii Saudyjskiej. Izraelską obronę przeciwlotniczą wsparły też amerykańskie okręty stacjonujące w regionie.

Miażdżąca skuteczność nie dziwi i kolejny raz dowodzi wyższości zachodniej technologii wojskowej nad rozwiązaniami z innych kręgów kulturowych, w dużej mierze o sowieckim rodowodzie (szahidy to hybryda rozwiązań zachodnich i irańskich, ale rakiety i pociski manewrujące to kopie i udoskonalenia konstrukcji północnokoreańskich, wywodzących się z ZSRR i rosji). Podkreśla zarazem konieczność budowania wielowarstwowej obrony powietrznej. Przynajmniej jedną z rakiet Izraelczycy zestrzelili w egzosferze, najbardziej zewnętrznej warstwie atmosfery. Kolejne zdejmowano niżej, wykorzystując (oprócz samolotów) systemu średniego i krótkiego zasięgu – z opisaną wcześniej skutecznością.

Która, mimo iż jest na poziomie bliskim 100 proc., jednak trochę niepokoi. Wspomniane siedem rakiet balistycznych – wedle źródeł izraelskich – nie poczyniły żadnych istotnych szkód. Poczyniły czy nie, ważne, że się przebiły przez najlepszą OPL na świecie. Dlaczego? „Balistyki” niosły głowice konwencjonalne, ale co by się stało, gdyby choć jedna z nich miała ładunek jądrowy? W najgorszym przypadku mielibyśmy do czynienia z anihilacją maleńkiego przecież Izraela.

Irańczycy broni jądrowej nie mają, ale od dekad starają się ją zdobyć/wyprodukować. To źródło kłopotów Teheranu i jeden z najważniejszych powodów jego politycznej i ekonomicznej izolacji. To też najpoważniejsze źródło niepokoju Izraela, którego zniszczenie Iran deklaruje od dawien dawna.

Żydzi mają własną broń jądrową i doskonałą armię – te atuty pozwalają im trzymać w garści całe wrogie Izraelowi arabsko-muzułmańskie otoczenie. Ale to w istocie krucha równowaga, od dziś jeszcze bardziej krucha, gdy Teheran udowodnił, że część narzędzi do zniszczenia państwa żydowskiego już ma. Jest nośnik, trzeba „tylko” głowicy.

Co skłania mnie do wniosku, że Izrael z jeszcze większą determinacją będzie próbował udaremnić Iranowi wejście w posiadanie broni jądrowej. Niewykluczone że irański ośrodek jądrowy w Natanz (bądź inne istotne instalacje, o których wie izraelski wywiad) stanie się celem odwetu. Jeśli nie teraz, to w nieodległej przyszłości, co niekoniecznie będzie miało postać twardego militarnego uderzenia. Ale i takie trzeba założyć, włącznie z najpoważniejszym, opartym o kalkulację, że przetrwa ten, kto pierwszy użyje „atomówki”. Z uwagi na rozmaite reperkusje (na wymienianie których nie ma czasu i miejsca) to mało prawdopodobne, ale warto ten scenariusz mieć z tyłu głowy.

Atak, jaki przeprowadzili dziś Irańczycy, wzorowany był na działaniach rosjan wymierzonych w Ukrainę. Niewykluczone, że maczali w nim palce rosyjscy doradcy. Tak jak w przypadku uderzeń na naszego sąsiada, taki i na Bliskim Wschodzie w ruch poszły najpierw najwolniejsze drony, a dopiero potem pociski manewrujące i rakiety balistyczne. Wystrzały i starty skoordynowano tak, by wszystkie środki napadu powietrznego mniej więcej w tym samym czasie znalazły się nad Izraelem. Był to więc klasyczny atak saturacyjny, który miał przeciążyć, a w efekcie złamać izraelską OPL. Przy okazji wykazać jej realne możliwości do odpierania zmasowanych uderzeń.

Wyszło jak wyszło, co wielu analityków komentuje na smutno, stwierdzeniem, że „gdyby Ukraina miała TAKĄ obronę przeciwlotniczą…”. Ano, gdyby miała, byłoby inaczej.

Patrząc z ukraińskiej perspektywy, trudno nie dostrzec doraźnego zysku – te ponad trzysta środków napadu powietrznego nie trafi do rosji i nie zostanie użyta przeciwko Ukrainie.

Tyle wygrać, choć przegrać może przyjść Ukraińcom znacznie więcej. Izrael wyszedł zwycięsko z dzisiejszej potyczki, ale czy powstrzyma się od bezpośredniego odwetu? Jeśli nie, eskalacja na Bliskim Wschodzie zaabsorbuje USA w jeszcze większym stopniu, jeszcze bardziej oddalając perspektywę powrotu Waszyngtonu do gry na korzyść Ukrainy.

—–

Dziękuję za lekturę! A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się na dwa sposoby. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

A gdybyście chcieli nabyć moją najnowszą książkę pt. „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” z autografem, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Nocne posiedzenie izraelskiego Gabinetu Wojennego/fot. Kancelaria Premiera Izraela

—–

W czym Beniamin Nataniahu jest podobny do putina? Podobnie jak kremlowski zbrodniarz, premier Izraela ma osobisty interes, by „uciekać do przodu” – iść w dalszą wojnę.

Zapraszam Was do odsłuchania wywiadu, jakiego udzieliłem kanałowi Warnews.pl, będącego uzupełnieniem tego wpisu.

Zaskoczenie

Rano z Kijowa zaczęły napływać hiobowe wieści. Wydawało się, że doszło do gigantycznej katastrofy, wywołanej kolejnym rosyjskim ostrzałem rakietowym. Przejrzyjcie sobie przedpołudniowe nagłówki portali i internetowych wydań gazet – wybrzmiewa z nich GROZA.

Szczęśliwie nie było tak źle – owszem, doszło do kolejnego bandyckiego napadu, ale zakres zniszczeń i strat w ludziach (kilka osób rannych) okazał się niewielki. Skąd więc panika, którą napędzili sami kijowianie i przebywający w ukraińskiej stolicy przedstawiciele mediów?

Z zaskoczenia. System alarmowy włączył się w ostatniej chwili – tuż przed uderzeniem rakiet. Obrona przeciwlotnicza zaspała?

Nie, rosjanie użyli pocisków hipersonicznych Cyrkon. Nie mam jasności, ile rakiet znalazło się w powietrzu, Ukraińcy raportują zestrzelenie dwóch, ale jedno z udokumentowanych zniszczeń jest na tyle rozległe, że musiało powstać na skutek bezpośredniego uderzenia; nie od spadających odłamków. Wedle rosyjskich źródeł, wystrzelono sześć rakiet, oczywiście wszystkie „dosięgły celu”.

Dosięgły czy nie, nadleciały nad Kijów z kilkukrotną prędkością dźwięku. Dlatego czas na reakcję był tak krótki.

Cyrkony odpalono z okupowanego Krymu. Co do zasady to broń przeciwokrętowa, wystrzeliwana z wyrzutni pokładowych jednostek morskich. Ale można jej też użyć w trybie ziemia-ziemia/ziemia-morze. Wedle rosyjskiej propagandy, Cyrkony to „anałoga w miru niet”. Niesamowicie precyzyjne i nie-ze-strze-li-wal-ne.

Jeśli rosjanie chcieli dziś zniszczyć podmiejską chałupinę, to niemal im się udało – jeden z pocisków zrobił gigantyczny lej tuż obok niepozornych podkijowskich zabudowań. Wątpię, by chciano trafić w taki obiekt, sami rosjanie twierdzą, że zamierzali zniszczyć budynki zajmowane przez Służbę Bezpieczeństwa Ukrainy. No to przynajmniej z jedną rakietą im „nie pykło”; tyle w kwestii niesamowitej precyzyjności.

Co zaś się tyczy drugiego atutu – no jednak Cyrkony są zestrzeliwalne, na co Ukraińcy przedstawiają dowody w postaci wraków (wybuchające pociski defragmentaryzują się znacznie bardziej niż te, które „zdjęto z powietrza” przy użyciu antyrakiet; dlatego udostępnione mediom fotografie wyglądają wiarygodnie). Musimy pamiętać, że „hipersoniki” – choć większość dystansu pokonują z ogromną szybkością – w ostatniej fazie lotu muszą mocno zwalniać; wówczas mają prędkość typową dla „zwykłych” pocisków manewrujących. Dlatego dobry system OPL może sobie z nimi poradzić.

A Ukraińcy mają w Kijowie Patrioty. Znów więc rosyjska wunderwaffe okazała się nie taka „wunder” w konfrontacji z zachodnim systemem uzbrojenia. Co warto podkreślić – nienajmłodszej daty, wszak ukraińskie Patrioty prezentują poziom sprzed kilkunastu lat.

PS. Gdy dotarły pierwsze doniesienia z Kijowa, od wielu z Was dostałem wiadomość w stylu „mszczą się za zamach, skurwysyny”. Nie ulegajmy tej narracji, bo de facto działamy na korzyść neosowieckiej propagandy. Która jako akt zemsty, uzasadnionej, będzie teraz przedstawiać każdy rosyjski atak. Tymczasem to nic nowego – moskale już kilka dni temu zaczęli zmasowane ostrzały. Kontynuują je nie dlatego, że Ukraińcy dali im rzekomo pretekst do zemsty. Strzelaliby i bez „Krokusa”. Strzelają, bo są barbarzyńcami. I terrorystami.

—–

Dziękuję za lekturę! A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się na dwa sposoby. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

A gdybyście chcieli nabyć moją najnowszą książkę pt. „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” z autografem, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Fragment Cyrkona.

(Nie)przeciążona

Według najnowszych informacji, od przedwczoraj zginęło już ponad 900 Izraelczyków, w miażdżącej większości cywilów. Tak wielka liczba zabitych, w tak krótkim czasie, nie ma precedensu w najnowszej historii żydowskiego państwa. Jest też pretekstem do dywagacji na temat skuteczności sił zbrojnych Izraela, zwłaszcza legendarnej Żelaznej Kopuły. Coraz częściej pojawiają się opinie, że system antyrakietowy nie działa, że jest „przereklamowany”, w najlepszym zaś razie, że został „przeciążony” i okazał się dziurawy. „Jeśli byłby skuteczny, nie byłoby tylu cywilnych ofiar”, brzmi nadrzędny argument. Czy prawdziwy?

Hamas ma „pod górkę”

Nim odpowiem na to pytanie, ustalmy, czym jest Żelazna Kopuła. Na początek zauważmy, że całe terytorium Izraela – kraju 15 razy mniejszego od Polski – znajduje się w zasięgu rakiet działającego w Strefie Gazy Hamasu. W zależności od dystansu dzielącego żydowskie osiedla od Gazy, ich mieszkańcy mają od 15 s. do 1,5 min. na schronienie się w razie ostrzału. To czas, który „wyszarpała” dla nich Kopuła – gdyby bazować na wizualnej obserwacji, osoby przebywające w rejonie ataku dowiadywałby się o nim post factum (po pierwszej eksplozji). Pasywna część systemu składa się ze stacji radarowych i centrów dowodzenia, które wykrywają start rakiet, obliczają ich trajektorię i punkty uderzenia. Kopuła współpracuje z systemem ostrzegawczym dla ludności – na podstawie płynących z niej informacji, sektorowo uruchamiane są syreny alarmowe. Alarm rozlega się także w telefonach komórkowych osób przebywających w zagrożonych rejonach – za sprawą obowiązkowej aplikacji.

Aktywna część systemu to baterie antyrakiet Tamir. Każda z nich składa się z 3-4 wyrzutni po 20 antyrakiet. Tamiry wystrzeliwane są do celów zmierzających na tereny zamieszkane – dla pewności posyła się po dwa pociski. Początkowo antyrakieta leci kursem zadanym przez centrum dowodzenia, w trakcie lotu ma możliwość samodzielnego manewrowania. Zniszczenie wrogiej rakiety następuje poprzez eksplozję w jej pobliżu. Z uwagi na niesłychanie krótki czas na reakcję, cały proces jest w pełni zautomatyzowany.

Iron Dome (ang.) ignoruje rakiety, których trajektorie uzna za niegroźne. Skuteczność w przypadku pozostałych celów waha się od 80 do 90%. Kopuła ma niespełna 12 lat, wciąż jest udoskonalana. Składa się z 10 baterii, zdaniem specjalistów, o trzy za mało, by mówić o pełnym pokryciu kraju. Są one co prawda mobilne, lecz – jak wszystko – mają też ograniczoną wydajność. Wyrzutnię po odpaleniu 20 antyrakiet trzeba załadować – czas załadunku to pilnie strzeżona tajemnica izraelskiej armii, ale nawet przy założeniu, że trwa to szybko (kilka minut?), okresowa niezdolność części systemu może mieć znaczenie przy zmasowanym ataku. Intensywność ostatnich ostrzałów dowodzi, że hamasowcy rzeczywiście próbują Kopułę przeciążyć. Z uwagi na jakość własnego arsenału, mają mocno „pod górkę”. Ich rakiety cechuje bowiem krótki zasięg i niski pułap lotu, ponadto są one niekierowane, czyli lecą torem balistycznym, łatwym do wyliczenia. Ale są też tanie – i na tym polega ich podstawowa zaleta. Kosztują po kilka tysięcy dolarów, gdy pojedynczy Tamir to wydatek rzędu kilkudziesięciu tysięcy (w zależności od źródeł, mówi się o 40-70 tys. dol.).

Pomoc z USA

Relacja zysków do kosztów związanych z funkcjonowaniem Kopuły wydaje się zatem zaburzona, ale w Izraelu nie ma dyskusji na ten temat. Przyjmuje się, że straty społeczeństwa i gospodarki i tak byłby wyższe, gdyby odpuścić sobie aktywną ochronę przed rakietami. Zniszczona i uszkodzona infrastruktura, odszkodowania z tytułu śmierci i ran, niewypracowany dochód, koszty leczenia itp. – wydatki szłyby w miliony w przypadku każdej pojedynczej eksplozji. W takim ujęciu Iron Dome to po prostu dobra inwestycja.

Czy tym razem dobrze wykorzystana? Informacje o „porażce” Żelaznej Kopuły kolportowane są przez arabskie media i profile społecznościowe związane – czy to bezpośrednio czy tylko za sprawą sympatii – z Hamasem i Palestyńczykami. Wpisuje się to w typowy dla wojny informacyjnej mechanizm deprecjonowania przeciwnika i jego atutów. Tym głosom wtórują opinie środowisk prorosyjskich czy wprost rosyjskich, tradycyjnie usiłujących wykazać niższość zachodniej technologii wojskowej (w tym przypadku amerykańsko-izraelskiej). Fakt, iż jest na odwrót – że to rosyjskie „anałogi-w-miu-niet” znacząco ustępują systemom z Zachodu – nie stanowi tu żadnej przeszkody; rosjanie mają wielkie doświadczenie w zakłamywaniu rzeczywistości.

Tyle że w tym przypadku jest to zadanie wyjątkowo karkołomne.

Dlaczego? O tym w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu Interia.pl – link znajdziecie tu.

—–

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Przemkowi Piotrowskiemu, Michałowi Strzelcowi, Andrzejowi Kardasiowi, Jakubowi Wojtakajtisowi i Arkowi Drygasowi. A także: Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Marcinowi Barszczewskiemu, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Mateuszowi Jasinie, Mateuszowi Borysewiczowi, Remiemu Schleicherowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Bernardowi Afeltowiczowi, Marcinowi Pędziorowi, Sławkowi Polakowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Michałowi Wielickiemu Monice Rani, Jakubowi Kojderowi, Jarosławowi Grabowskiemu, Bożenie Bolechale, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Jakubowi Dziegińskiemu i Radosławowi Dębcowi.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatniego tygodnia: Tomaszowi Szymczyszynowi, Monice Polnej, Grzegorzowi Dąbrowskiemu i Monice Żaboklickiej.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

Nz. Aktywna część Żelaznej Kopuły/fot. Rafael Advanced Defense Systems