Niewidzialna

„Bez mojej wiedzy i zgody nawet wróbel nie przeleci nad Berlinem” – chełpił się przed Hitlerem Herman Goering, dowódca Luftwaffe. Nazistowski marszałek wypowiedział te słowa na początku 1940 roku, przekonany, że nic nie zagrozi potędze niemieckiego lotnictwa. Nocą 25 sierpnia 1940 roku Brytyjczycy powiedzieli „sprawdzam” – wówczas na stolicę III Rzeszy po raz pierwszy spadły alianckie bomby. Tylko do końca 1940 roku Berlin był bombardowany jeszcze 27 razy…

Wspominam o tym na wieść o zapewnieniu, jakie złożył tydzień temu – po pierwszym ukraińskim ataku na Krym – minister Siergiej Szojgu. Otóż miał on powiedzieć rosyjskiemu prezydentowi, że to pierwszy i ostatni raz, kiedy Ukraińcom udało się pokonać obronę przeciwlotniczą półwyspu. Dziś rano, a później koło południa, ukraińskie siły zbrojne udowodniły, ile warte są słowa szefa rosyjskiego resortu obrony. Najpierw rakiety zniszczyły skład amunicyjny, a potem spadły na wojskowe lotnisko w samym środku Krymu, ponad 200 km od linii frontu. Uderzające podobieństwo do sytuacji sprzed 80 lat, czyż nie?

Jak wynika z danych ukraińskiego dowództwa, aktywne działania bojowe prowadzone są obecnie na froncie o długości 1300 km. I choć punktowo dochodzi do bardzo ciężkich starć, to nie na liniach styku wojsk ważą się losy wojny. Inicjatywa strategiczna chyba już na dobre przeszła w ręce Ukraińców, którzy przeprowadzają operację zasługującą na miano „niewidzialnej kontrofensywy”. Owa niewidzialność jest rzecz jasna umowna – fizyczne skutki są bowiem wyraźne i mają postać spektakularnych eksplozji. Rzecz w tym, że obrońcy uzyskują kolejne „punkty” (w wojennej rozgrywce), bez angażowania wielkich związków taktycznych w rozległe obszarowo, manewrowe działania.

Spójrzmy na bieżącą sytuację wojsk rosyjskich. Straciły one impet na północnym i środkowym odcinku frontu (w Donbasie) nie tylko za sprawą uporczywej ukraińskiej obrony, ale też na skutek decyzji własnego dowództwa, które przesunęło znaczną część sił na południe. Przesunęło, spodziewając się ukraińskich kontruderzeń. Ta rotacja jednak nie zmieniła in plus położenia Rosjan w obwodzie chersońskim i zaporoskim. Bo choć jest ich tam teraz więcej, ich możliwości operacyjne znacząco zmalały. Do tego stopnia, że zasadnym wydaje się twierdzenie, iż Ukraińcy zastawili na najeźdźców pułapkę. Mówienie o lądowej kontrofensywie na tym etapie konfliktu było „podpuchą”. Gdy nabrani rosyjscy generałowie pchnęli większą liczbę oddziałów w okolice Chersonia, precyzyjne ukraińskie ataki na mosty odcięły od reszty wojsk już nie tylko rosyjskie siły na zachodnim brzegu Dniepru. Uderzenia rakietowe na północy obwodów chersońskiego i zaporoskiego oraz przy granicy z Krymem sprawiają, że zgromadzone w tym obszarze oddziały zostały w istotnym zakresie pozbawione dróg zaopatrzenia. Mamy zatem do czynienia z sytuacją „kotła bez przykrywki” – Ukraińcy fizycznie nie otaczają Rosjan, stykają się z nimi tylko na północy i zachodzie chersońsko-zaporoskiego teatru działań wojennych, ale ich „długie ręce” – precyzyjne systemy rakietowe dalekiego zasięgu – mieszają najeźdźcom szyki od wielkiego rozlewiska Dniepru w okolicach Zaporoża, aż po brzeg Morza Azowskiego na wysokości Berdiańska.

Atakom na mosty towarzyszą uderzenia na składy amunicyjne – co obserwujemy już od wielu tygodni, a co ma na celu paraliż rosyjskiej artylerii, dającej najeźdźcom lokalne przewagi na froncie. Jednocześnie atakowane są lotniska oraz stanowiska obrony przeciwlotniczej/antyrakietowej wraz ze wspierającymi je zestawami radarowymi. Tym sposobem Ukraińcy zwiększają swobodę operacyjną własnej artylerii (eliminując ryzyko ataków z powietrza) oraz tworzą przestrzeń dla działań własnego lotnictwa – niebo bowiem „nie znosi próżni” i miejsce rosyjskich maszyn, wypalonych na lotniskach, zajmą samoloty obrońców. Niewykluczone, że ostatecznym celem jest stworzenie dogodnych uwarunkowań dla działań na lądzie, przy czym trudno tu ustalić ich zakres. Wyrzucenie Rosjan z zachodniego brzegu Dniepru i wyzwolenie Chersonia wydają się oczywistym priorytetem, ale – zdaje się – Ukraińcy mierzą dalej. Być może się mylę, lecz z ich działań wyłania się zamysł fizycznego odcięcia Krymu (przy jednoczesnej eliminacji półwyspu jako zaplecza logistycznego dla południowego frontu). Nie nastąpi to dziś czy jutro; proces „rozmiękczania” rosyjskich oddziałów zgromadzonych we wspomnianym „kotle” i kolejne ataki na krymskie bazy potrwają zapewne kilka tygodni. Niemniej dobry prognostyk już jest – Rosjanie wycofali swoje regionalne dowództwo z Chersonia dalej na wschód (prawdopodobnie do Melitopola). Nie znaczy to, że stracili zainteresowanie miastem, ale wysłali jasny sygnał, że nie czują się w nim bezpieczni.

Tak, jak rosyjscy turyści nie czują się bezpieczni na Krymie. Tydzień temu Kreml mógł jeszcze kłamać, że zniszczone lotnisko to efekt zaprószenia ognia, dziś nawet ogłupieni propagandą Rosjanie mają już jasność, że wojna przeniosła się na półwysep. Co teoretycznie winno skłonić Moskwę do… użycia broni jądrowej, bo przecież „Krym to Rosja” wedle prawa Federacji. Do tego, że to mało prawdopodobny scenariusz reakcji postaram się Was przekonać w kolejnym wpisie.

—–

Nz. Zaatakowana dziś koło południa rosyjska baza lotnicza pod Symferopolem (zdjęcie sprzed uderzenia)/fot. Maxar Technologies

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Najeżeni

Sztokholmski Międzynarodowy Instytut Badań nad Pokojem (SIPRI) nie ma dobrych wiadomości i alarmuje, że po raz pierwszy od 1991 r. możliwy jest wzrost potencjału nuklearnego na świecie. A przecież już to, co obecnie znajduje się w silosach i magazynach, wystarczyłoby do wielokrotnego zniszczenia naszej cywilizacji. 90% światowego potencjału atomowego posiadają Rosja i USA (odpowiednio 6 tys. i 5,4 tys. głowic), reszta wyjątkowo śmiercionośnej broni zalega w arsenałach Wielkiej Brytanii, Francji, Chin, Indii, Pakistanu, Izraela i Korei Północnej. „Mamy wyraźne oznaki, że redukcje przeprowadzane od zakończenia zimnej wojny, właśnie dobiegły końca”, mówi Hans Kristensen z Programu Broni Masowego Rażenia SIPRI. Łączna liczba pocisków nuklearnych zmalała w ciągu minionego roku o niespełna 400 sztuk (do 12,7 tys.), a proces ten wynikał przede wszystkim z konieczności utylizacji najstarszych głowic. „Państwa posiadające broń jądrową zwiększają lub modernizują arsenały, a większość zaostrza retorykę nuklearną i rolę, jaką broń atomowa odgrywa w ich strategiach”, konkluduje Wilfred Wan, dyrektor Programu.

Strach tykać…

Inwazja Rosji na Ukrainę i wsparcie wojskowe Zachodu dla Kijowa zwiększyły napięcia wśród państw posiadających głowice. „Ryzyko użycia tego rodzaju broni jest największe od dziesięcioleci”, twierdzą analitycy SIPRI. Dodać należy, iż marne rosyjskie postępy w Ukrainie i ujawniona przy tej okazji kiepska kondycja konwencjonalnych sił zbrojnych Federacji, zwiększają jeszcze jedno ryzyko. Moskwa chroni się dziś za nuklearną tarczą, bez której inaczej wyglądałaby współpraca NATO z napadniętym krajem. Ryzyko atomowej eskalacji i ponawiany co rusz jądrowy szantaż Kremla, powściągają zachodnich przywódców przed otwartą konfrontacją, która zakończyłaby się niechybną klęską Rosji. Dla innych państw – zwłaszcza bandyckich reżimów – jest oczywiste, że tylko atomowy argument zapewni im bezpieczeństwo. Można więc założyć, że zwiększą wysiłki mające na celu pozyskanie takiej broni. Pouczający jest tu także przykład Korei Północnej, której „strach tykać”, bo skutki dla całego regionu mogą być dramatyczne.

W tym kontekście łatwiej zrozumieć decyzję Chin, posiadających stosunkowo skromny zasób 350 głowic jądrowych. Z danych pozyskanych przez Departament Obrony USA wynika, że Pekin planuje podwoić arsenał do 2027 r., a trzy lata później dysponować już tysiącem pocisków. Służby wywiadowcze donoszą o trwających w ChRL pracach budowlanych, w wyniku których powstanie około 300 nowych silosów rakietowych. Tym wysiłkom – oraz sytuacji we wschodniej Europie – z niepokojem przyglądają się w Tokio. Kilka tygodni temu ministerstwo obrony Japonii, w dorocznym raporcie znanym jako „Biała Księga Obronna”, wyraziło „głębokie zaniepokojenie agresywnymi działaniami Chin i Rosji”. Efekt? Japoński rząd nie ustanowił maksymalnego pułapu wydatków na obronność w kolejnym roku fiskalnym (co czyniono w projektach budżetu w poprzednich latach, by tym sposobem unikać niekontrolowanego wzrostu długu publicznego). W bieżącym roku fiskalnym nakłady Japonii na wojsko zaplanowano na poziomie 5,4 bln jenów, co odpowiada kwocie 40 mld dol. Dla porównania, tegoroczny budżet polskiego MON ma równowartość 13,7 mld dol.

Trzech prowodyrów

A kolejne będą tylko wyższe, gdyż Polska planuje podnieść wydatki zbrojeniowe do 3% PKB już w 2023 r (w 2020 było to 2,1%). Jak zauważa sekretarz generalny NATO Jens Stoltenberg, Sojusz przechodzi obecnie „największą przebudowę obrony zbiorowej i odstraszania od czasów zimnej wojny”. Statystki mogą się tu wydawać nieco mylące, bo zaledwie 9 z 29 obecnych członków Paktu (posiadających siły zbrojne), łoży na armie ustalony w 2014 r. pułap 2% PKB. Poza Polską są to: Grecja (3,76%), USA (3,47%), Litwa (2,36%), Estonia (2,34%), Wielka Brytania (2,12%), Łotwa (2,10%), Chorwacja (2,03%) i Słowacja (2,00%) – co znamienne, w większości państwa Europy Środkowo-Wschodniej. Rumunia i Francja, które osiągnęły już dwuprocentowy cel, w 2022 r. spadły nieznacznie poniżej tego progu. Stawkę zamykają więksi i zasobniejsi członkowie NATO – Niemcy, Kanada, Włochy i Hiszpania. Ale w liczbach rzeczywistych budżety wojskowe tych krajów i tak pozostają imponujące (np.: Berlin w 2021 r. przeznaczył na cele obronne 56 mld euro), no i nie bez znaczenia są podjęte niedawno zobowiązania do odnowienia potencjału wojskowego, zaniedbanego przez ostatnie 30 lat. Najdalej w tym zakresie idą Niemcy, przeznaczając na armię dodatkową kwotę (poza bieżącymi budżetami) 100 mld euro w zaledwie pięć lat.

Dramatyczne wzrosty dotyczą także innych krajów. Kazachstan na kolejny rok zwiększa budżet wojskowy o 900 mln dol. – do kwoty 1,7 mld dol. (mamy więc do czynienia z więcej niż podwojeniem wydatków!). Jednocześnie kraj – dotąd blisko związany z Moskwą – zacieśnia stosunki z ChRL z jednej strony, i krajami NATO z drugiej. Powodem takiej wolty są ambicje geopolityczne Władimira Putina, obnażone po całości wraz z napaścią na Ukrainę. Działania Rosji są zatem impulsem do zbrojeń nie tylko w obszarze euro-atlantyckim – gdzie sprawy przyśpieszyły po aneksji Krymu w 2014 r. – ale też w centralnej Azji. Trzeba jednak podkreślić, że odpowiedzialność za remilitaryzację świata rozkłada się i na inne podmioty. Rosja istotnie, od 2000 r. począwszy wydawała wiele, próbując odzyskać status supermocarstwa. Ponad dekadę temu była jednym z nielicznych krajów, które nie obcięły wydatków na wojsko w następstwie kryzysu z 2008 r. W 2021 r., gdy gromadziła żołnierzy wzdłuż ukraińskiej granicy, nakłady na obronność sięgnęły 65,9 mld dol., czyli 4,1% PKB. Ale to Chiny od 30 lat napędzają indo-pacyficzny wyścig zbrojeń. Niezwykle spektakularne są także wzrosty wydatków militarnych USA po 11 września 2001 r.

Ktoś straci, ktoś zarobi

Według SIPRI, w ciągu dekady (licząc od początku 2012 do końca 2021 r.), światowe wydatki na zbrojenia wzrosły o 12%. Rok do roku (2020-21) powiększyły się o nieznaczne 0,7%, lecz i tak pierwszy raz w historii przekroczyły 2 bln dol. (dokładnie było to 2,11 bln dol.). W 1989 r. globalne wydatki na cele wojskowe zamknęły się w kwocie 1,7 bln dol., a 10 lat później wyniosły „tylko” 1,2 bln dol. To właśnie wtedy – po „biednym” 1999 r. – ma swój początek trend wzrostowy dotyczący zbrojeń. Wśród państw wydających najwięcej na wojsko w 2021 r. znalazły się USA – 801 mld dol. (38% udziału w światowych wydatkach), Chiny – 293 mld dol. (14%), Indie – 76,6 mld dol. (3,6%), Wielka Brytania – 68,4 mld dol. (3,2%) i Rosja – 65,9 mld dol. (3,1%). Zastrzec należy, że chińskie i rosyjskie dane są oficjalnymi – rzeczywiste nakłady bez wątpienia były większe. Nie zapominajmy również o innej sile nabywczej dolara w krajach Zachodu i u pozostałych liderów (w Chinach czy Rosji za miliard dolarów można kupić więcej niż w Stanach). Zdaniem analityków, koszty rosyjskiej inwazji na Ukrainę oraz wywołane przez nią militarne wzmożenie sprawią, że tegoroczne wydatki zbrojeniowe przekroczą pułap 2,3 bln dol.

Ktoś straci – bo wojna to śmierć i zniszczenie – ale ktoś też zarobi. Według SIPRI, w latach 2017–2021 największymi eksporterami uzbrojenia były USA z 39-procentowym udziałem w światowym rynku. Kolejne miejsca zajmowała Rosja (19%), Francja (11%), Chiny (4,6%) i Niemcy (4,5%). Amerykańska broń trafiała do 103 państw; w wielu z nich koncerny z USA zdominowały miejscowe rynki. Rosja eksportowała broń do Indii, Egiptu, Chin, Algierii, Wietnamu, Iraku, Kazachstanu i Białorusi. Chiny zyskały status wiodących dostawców w Pakistanie, Bangladeszu i Mjanmie. W gronie największych importerów znalazły się Indie (11% udziału w globalny imporcie), Arabia Saudyjską (11%), Egipt (5,7%), Australia (5,4%) i Chiny (4,8%). Stany zajęły 13. miejsce, Rosji zabrakło w pierwszej czterdziestce – oba państwa mają bowiem rozwinięte przemysły zbrojeniowe i pozostają w dużej mierze samowystarczalne. Jest jednak pewne „ale” – w czym kryje się też odpowiedź na pytanie o źródła przewagi amerykańskiej zbrojeniówki. Oferuje ona broń drogą, lecz niezawodną, znacząco lepszą od rosyjskich i chińskich odpowiedników. Hojnie dofinansowana, szybko opracowuje i wdraża kolejne systemy. Chińczycy wciąż takiej wydajności nie osiągnęli, Rosjanie zmagają się z technologicznym zapóźnieniem – dlatego ich broń pozostaje głównie ofertą dla biednych. Ci drudzy mają teraz dodatkowy kłopot – odcięto ich od zachodnich komponentów, a ciężkie straty w Ukrainie zmuszają do skupienia wysiłków na odbudowie własnej armii. Chiny już ostrzą sobie zęby na porzucone przez Rosję rynki…

—–

Nz. Eksplozja głowicy jądrowej/fot. Departament obrony USA

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 34/2022

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Ochotnik

…pożądany. Polak wojsko szanuje, ale służyć w nim – poza okresami wzmożenia – już niekoniecznie chce.

Kilka dni temu napisał do mnie kolega, z którym znamy się od czasów szkoły średniej. „To prawda, że za miesiąc służby zasadniczej płacą dziś 4,6 tys. zł?”, dopytywał. „Tak, ale chodzi o służbę dobrowolną, nie obowiązkową”, odpowiedziałem. „No patrz, a myśmy zasuwali za 100 zł żołdu…”, skomentował weteran popularnej „zetki”, odbytej w połowie lat 90. Cytuję tę wymianę zdań, gdyż świetnie ilustruje przemiany, jakie dokonały się w Polsce na przełomie ostatnich dekad, związane z naszym stosunkiem do wojska. Gdy stawałem przed komisją lekarską w 1994 r., myślałem o karierze w armii. Nie kombinowałem zatem, jak miażdżąca większość rówieśników, którzy robili najdziwniejsze rzeczy, by nie pójść w kamasze.

– Po roku 1989 relacje między społeczeństwem a wojskiem wyraźnie się zmieniały – potwierdza dr Michał Piekarski, politolog z Wydziału Nauk Społecznych Uniwersytetu Wrocławskiego. Demaskując popularny w ostatnich latach pogląd o rzekomo powszechnej niezgodzie peerelowskiej młodzieży na zakładanie munduru. – O ile w badaniu prestiżu zawodów, „oficer w randze kapitana” cieszył się dużym poważaniem, to inaczej zaczęto postrzegać obowiązkową zasadniczą służbę wojskową – mówi autor wydanej właśnie książki pt.: „Ewolucja Sił Zbrojnych Rzeczpospolitej Polskiej w latach 1990-2020”. – Występowało na dużą skalę zjawisko unikania tej służby i było ono – zwłaszcza wśród klasy średniej – akceptowane. Nieco inaczej było z klasą ludową, gdzie wciąż utrzymywało się znaczenie zasadniczej służby jako rytuału przejścia, oddzielającego młodość od dorosłości. Mieliśmy więc problem, bo spora część społeczeństwa unikała służby, co obniżało poziom wykształcenia poborowych, no i było nieuczciwe, gdyż obowiązek obrony państwa nie rozkładał się równomiernie na całe społeczeństwo.

Powszechna ignorancja

Gwoli rzetelności dodać należy, że wraz z upadkiem muru berlińskiego dramatycznie zmalało poczucie zagrożenia wojną w Europie. Ów pogląd podzielały też elity polityczne, czego skutkiem było kilkukrotne skracanie okresu służby, aż do ostatecznego jej zawieszenia w 2009 r. Z przeprowadzonych w tym samym roku badań CBOS-u wynikało, że zainteresowanie sytuacją polskiej armii deklarowało 30% ankietowanych. 70% twierdziło, że sprawy wojska i wojskowości nie mają dla nich znaczenia. Jako przykład braku zainteresowania niech posłuży rozkład odpowiedzi na pytanie „czy orientuje się pan(i) mniej więcej, ilu żołnierzy liczą obecnie siły zbrojne RP?” (wówczas było to 95 tys. ludzi). „Nie wiem, trudno powiedzieć”, odparło 71% pytanych, prawidłowy rząd wielkości (90-100 tys.) wskazało zaledwie 11%. Decyzję o zawieszeniu poboru popierało wtedy aż 74% Polaków, tylko co piąty był przeciwny.

Tak gruntowało się przekonanie, że armia jest wyborem dla fascynatów, i że to na zawodowcach winien spoczywać obowiązek obrony kraju.

– Wizerunek niewykształconego, nieumiejącego uciec od obowiązku służby poborowego, zastąpiony został obrazem profesjonalistów, szkolonych na takim samym poziomie jak żołnierze czołowych państw NATO i posługujących się takim samym jakościowo sprzętem – mówi dr Piekarski. – Ponadto służba kontraktowa czy zawodowa dawały szansę na stabilny dochód, co nie było bez znaczenia w okresie wysokiego bezrobocia, a później wiązało się z istotnymi i nie zawsze obecnymi na rynku cywilnym uprawnieniami socjalnymi.

Pouczające doświadczenie

Postrzeganiu wojska jako „firmy” oferującej ciekawe wyzwania i pozwalającej obcować z nowoczesnymi technologiami, sprzyjał udział WP w operacjach zagranicznych oraz postępująca modernizacja. Ale przebitki z Afganistanu i kolejne zakupy nie oddawały w pełni istoty wojska, które w wielu obszarach pozostawało skansenem.

– W budowaniu wizerunku i działaniach rekrutacyjnych poszczególne komponenty armii radziły sobie różnie – zauważa Michał Piekarski. – O ile na przykład siły specjalne czy elitarne jednostki wojsk lądowych odnosiły na tym polu wyraźne sukcesy, o tyle utworzenie komponentu rezerwowego (NSR) zakończyło się klapą.

Posłanie ochotników do krótkoterminowej służby na poligon w stalowych hełmach, starym oporządzeniu i z wiekowym uzbrojeniem – do czego sprowadzało się szkolenie w ramach NSR – było pouczającym doświadczeniem. Wzięto je pod uwagę, gdy po 2015 r. zapadła decyzja o utworzeniu (de facto odtworzeniu) Wojsk Obrony Terytorialnej. Chętni do służby w tej formacji na wejście otrzymują pakiet nowoczesnego wyposażenia osobistego i uzbrojenia (typowego dla lekkiej piechoty, więc nie ma tam „ciężkiej techniki”).

Wyrwanie ze strefy komfortu

Dla większości Polaków wojsko i tradycje militarne są jednymi z kluczowych elementów identyfikacji narodowej. Armia należy do najlepiej ocenianych instytucji, zwykle w istotnym zakresie wyżej niż policja, rząd, sejm czy Kościół katolicki. Warto zaznaczyć, że działo się tak również przed 1989 r. – i nie zmieniło tego kilkukrotne użycie wojska do pacyfikacji społecznych protestów (odium spadło przede wszystkim na milicję i SB). W czasach III RP odsetek osób deklarujących zaufanie wobec WP zwykle nie schodził poniżej 65%, po roku 2014 nawet wzrósł, przekraczając 70%. Zdaniem badaczy społecznych, ma to związek z powrotem do debaty publicznej – ale i sfery codziennych refleksji – kwestii wojennego zagrożenia. Za wyrwaniem nas ze strefy komfortu stoi rzecz jasna Rosja i jej agresywna polityka wobec Ukrainy. Zajęcie Krymu i rozpalenie konfliktu w Donbasie wywołało szok, który z czasem złagodniał, lecz jego objawy zostały z Polakami na kolejne lata.

Ów szok usiłowano zagospodarować przy okazji rozbudowy sił zbrojnych, zwłaszcza sztandarowego pomysłu PiS w postaci obrony terytorialnej. Efekty okazały się takie sobie – armii zawodowej przybyło w ostatnich siedmiu latach 10 tys. ludzi, a WOT z początkiem tego roku doszedł do pułapu 32 tys. żołnierzy. Lecz w odniesieniu do tej drugiej formacji, plany były dużo ambitniejsze. Proces jej formowania miał się zakończyć w minionym roku, wraz z osiągnięciem docelowej liczby 50 tys. wojskowych – teraz mówi się o roku 2025 jako finalnym dla projektu. Rekrutacja do WOT dowiodła, że szacunek do wojska nie musi iść w parze z chęcią służby. A poczucie zagrożenia nie jest zjawiskiem permanentnym, a zależnym od okoliczności. Potwierdza to gwałtowne, aż siedmiokrotnie większe, zainteresowanie ofertą WOT-u, jakie odnotowano na przełomie lutego i marca br. – tuż po rosyjskiej pełnoskalowej inwazji na Ukrainę.

Różnorodność kadr

Historia formowania WOT-u niesie jeszcze jedną naukę – pokazuje, że Polacy nie są przychylni idei upolitycznienia armii. Ekscesy Antoniego Macierewicza – sugerującego, że obrona terytorialna to przybudówka PiS – to jedno z pełnoprawnych wyjaśnień mocno ograniczonego sukcesu rekrutacyjnego formacji.

– Zauważmy jednak, że mimo przejściowego bardzo silnego utożsamienia wizerunkowego WOT z polityką, doszło do interesującej zmiany – przekonuje dr Piekarski. – Zarówno służba terytorialna, jak i inne formy przeszkolenia, jak choćby Legia Akademicka, stworzyły nową narrację, mówiącą o powszechności spełniania – wprawdzie dobrowolnego – obowiązku obrony. WOT eksponuje przy tym różnorodność swoich kadr, w tym obecność kobiet, oraz zróżnicowanie w zakresie statusu społecznego. To, co wizerunkowo ma łączyć, to poczucie przynależności do wspólnoty narodowej, eksponowane są też wartości rodzinne. Można się spodziewać, że polityka wizerunkowa i rekrutacyjna całego wojska będzie w najbliższym czasie prowadzona w podobny sposób.

Obecna władza ambitnie podchodzi do planów rozbudowy armii – docelowo ma ona liczyć 300 tys. ludzi, z czego 250 tys. w wojskach operacyjnych. Niezależnie od tego, jak oceniamy ów pomysł i perspektywy realizacji, należy zauważyć, że odpowiednie zaplecze formalno-prawne zostało już stworzone. Mowa o obowiązującej od ponad trzech miesięcy „Ustawie o obronie ojczyzny” (przyjętej przez Sejm większością 450 głosów za, przy zerowym sprzeciwie i 5 głosach wstrzymujących się). Zakłada ona różne rodzaje służby wojskowej, w tym wspomnianą na wstępie 12-miesięczną zasadniczą dobrowolną służbę wojskową. W tym roku armia chciałaby w jej ramach zacząć szkolenia 15 tys. osób. Po dwóch miesiącach rekrutacji ochotnicy nie walą drzwiami i oknami, ale też nie można powiedzieć, by ich brakowało – zgłoszenia pokryły już 60% miejsc. Miks obowiązku i niemałej dla większości Polaków płacy zdaje się przyciągać uwagę. Nieprzesadnie, ale jednak.

—–

Nz. Przysięga ochotników do zasadniczej służby wojskowej, Przemyśl, 31 lipca. br./fot. 18 Dywizja Zmechanizowana

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 33/2022

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Przygotowania

Pantery nad Wisłą. Polska szykuje się do wojny, a PiS do wyborów.

Na początku minionego tygodnia gruchnęła wieść o tym, że Polska przekazała Ukrainie czołgi PT-91 Twardy. Ukraińcy oficjalnie przyznali, że wozy są już u nich, choć nie podali liczby. Z niepotwierdzonych informacji wynika, że chodzi o 40 czołgów, z których sformowano jeden batalion pancerny (w ukraińskiej armii etat dla takiego oddziału przewiduje 31 pojazdów), resztę maszyn wykorzystując do szkolenia kolejnych załóg. Jest bowiem kwestią czasu, kiedy na wschód trafią także pozostałe z 232 twardych, będących do niedawna na stanie Wojska Polskiego.

PT-91 to rodzima modernizacja radzieckich T-72, produkowanych również na licencji w Polsce. Opracowany w pierwszej połowie lat 90. Twardy, dziś znacząco ustępuje nowszym wersjom wozów, ale dobrze wyszkolona załoga może nim podjąć skuteczną walkę z każdym czołgiem używanym przez Rosjan w Ukrainie. Zwłaszcza w sytuacji, w której zdziesiątkowana rosyjska armia zmuszona została do sięgnięcia po głębokie rezerwy w postaci niemal 50-letnich maszyn T-62, stanowiących teraz istotną część parku czołgowego sił inwazyjnych.

Wcześniejsze podarowanie Ukrainie 240 T-72 uchodzi za racjonalne posunięcie. Wartość bojowa tych maszyn była niska, głęboka modernizacja nieopłacalna. Ukraińcy tymczasem posiadają możliwości techniczne, by stosunkowo niskim kosztem podnieść jakość „siedem-dwójek”. No i są w potrzebie, gdyż prowadzą piekielnie materiałochłonną wojnę. Twarde jednak zdawały się być nie do ruszenia – przynajmniej do czasu, kiedy do Polski trafi większa liczba z 250 zamówionych u Amerykanów abramsów. Wojsko w końcu musi się szkolić, musi też mieć na czym.

Przejęcie i niedowierzanie

Plotki głoszą, że na przekazanie twardych Kijowowi naciskał rząd Stanów Zjednoczonych, w zamian oferując dodatkową pulę 116 abramsów na preferencyjnych warunkach (Polska zapłaci za ich rozkonserwowanie i transport). Jednocześnie w Warszawie nikt już na poważnie nie myśli o pozyskiwaniu czołgów z Niemiec. Berlin zobowiązał się wiosną, że w miejsce przekazanych Ukrainie wozów dostarczy własne Leopardy, ale mechanizm znany jako Ringtausch nie działa. Niemcy mają na zbyciu nieliczne starocie, z odległym terminem realizacji umowy.

To w takich okolicznościach na scenę wkroczyli Koreańczycy, z ofertą szybkiej dostawy 180 czołgów. I nie tylko. Azjaci próbowali „wbić się” w polski rynek jeszcze w 2020 r., trafnie rozpoznając potrzeby naszej armii i zbrojeniówki. Nie odpuścili nawet po zeszłorocznej decyzji rządu RP o kupnie abramsów, wiedząc, że Wojsko Polskie musi nabyć większą liczbę czołgów, najlepiej produkowanych na miejscu (o czym można zapomnieć w przypadku wozów made in USA). W MON podchodzono do nich z ostrożnym zainteresowaniem – aż wybuchła wojna w Ukrainie.

Podpisana w minioną środę umowa ramowa z Koreą przewiduje dostarczenie wspomnianych 180 maszyn do 2025 r. Będą to wozy K2 Black Panther (ang. czarna pantera) – zasadniczo najnowsze czołgi na świecie, choć w oferowanej wersji nie w pełni dostosowane do polskich warunków, gdzie wymagane jest na przykład silniejsze opancerzenie. Dlatego pojazdy z tej partii w dalszej kolejności przejdą modernizacje do standardu K2PL, co ma nastąpić po 2026 r., kiedy w Polsce ruszy fabryka, zdolna do samodzielnej produkcji pancernych kolosów.

Zgodnie z umową, ów zakład ma dostarczyć 820 K2PL, co oznacza, że za kilkanaście lat nasza armia będzie dysponować tysiącem czarnych panter oraz niemal 370 abramsami. Uczyni to z WP pancerną potęgę, o czym analitycy wojskowi z całego świata dyskutują z przejęciem i niedowierzaniem. Tym większym, że podjęte zobowiązania przewidują jednoczesną rozbudowę artylerii samobieżnej WP, która do końca 2023 r. ma się wzbogacić o 48 haubic K9, a po 2024 r. o kolejne… 624 sztuki, z których większość powstanie w Polsce (w nowo wybudowanej fabryce).

Pouczające doświadczenia

Zakup czołgów i linii produkcyjnej do nich nie rodzi większych kontrowersji, choć warto odnotować entuzjastyczne zapowiedzi ministra obrony Mariusza Błaszczaka, z których wynikało, że K2 będą „na już”. Trzy lata to nie jest ekspresowe tempo, zwłaszcza że mówimy o sprzęcie w tymczasowej konfiguracji. Z drugiej strony, trudno przecenić korzyści – ekonomiczne, społeczne, militarne – płynące z odtworzenia możliwości polskiego przemysłu w zakresie produkcji broni pancernej, zatraconych na skutek zaniedbań wszystkich rządów po 1989 r.

Argument o zbytnim zróżnicowaniu parku czołgowego jest w każdym razie bezzasadny – docelowo będziemy mieli w linii dwa rodzaje czołgów, co nie musi oznaczać „logistycznego koszmaru”. Pouczające są tu doświadczenia Ukraińców, którzy w trudnych wojennych warunkach radzą sobie z jednoczesną obsługą sprzętu wschodniego i zachodniego. Tanki o radzieckiej proweniencji znikną wkrótce z naszych magazynów (poza twardymi, mamy jeszcze kilkadziesiąt T-72), wozy poniemieckie zapewne trafią do rezerwy (albo na rynek wtórny bądź do Ukrainy).

Inaczej mają się sprawy z haubicami. Polskie kraby przechodzą intensywne testy bojowe w Ukrainie (gdzie przekazaliśmy co najmniej 18 sztuk). Ukraińcy twierdzą wręcz, że to najlepsze tej klasy uzbrojenie – a dysponują także amerykańskimi, niemieckimi i francuskimi działami samobieżnymi. K9 i Krab mają to samo podwozie, ale ostatecznie to różne konstrukcje. Skala planowanych zakupów koreańskiej haubicy de facto oznacza wygaszenie produkcji polskiego systemu. MON w odpowiedzi na zarzuty zapewnia o „polonizacji” K9, która ma ją upodobnić do Kraba.

Ale najwięcej kontrowersji wywołuje lotnicza część umowy, przewidująca pozyskanie samolotów szkolno-bojowych FA-50. W siłach powietrznych RP są jeszcze trzy eskadry latające na poradzieckim sprzęcie – dwie na myśliwcach MiG-29 i jedna na szturmowcach Su-22. Obie konstrukcje lata świetności mają za sobą, już wcześniej brakowało do nich podzespołów, a remonty na własną rękę zakończyły się tragicznym wypadkiem jednego z migów. Po 24 lutego większość posiadanego jeszcze uzbrojenia przewidzianego do obu typów maszyn trafiła do Ukrainy.

Marsz ku… prezydenturze

Przed wybuchem wojny zakładano, że migi i suchoje posłużą do czasu pojawienia się w Polsce kupionych w USA wielozadaniowych F-35 (oraz dodatkowych myśliwców, najlepiej F-16, gdy „budżet pozwoli”). Rosyjsko-ukraiński konflikt przyśpieszył sprawy i w tym obszarze. Z zapewnień szefa MON wynika, że niemożliwe było szybkie pozyskanie kolejnych F-16 i F-35 – Amerykanie z trudem nadążają z realizacją już złożonych zamówień. Na rynku wtórnym nie znaleziono sensownej oferty, stąd decyzja o zakupie 48 fabrycznie nowych koreańskich maszyn.

Rzecz w tym, że nasze lotnictwo ma już samoloty szkolne – włoskie M-346, produkowane przez koncern Leonardo. Po co nam zatem kolejne „niepełnowartościowe” odrzutowce, zdolne tylko w określonych warunkach do użycia bojowego? „M-346 mają za niską sprawność – sygnalizowałem to kilkukrotnie mojemu włoskiemu odpowiednikowi”, wyjaśnia Błaszczak. Brzmi sensownie i sugeruje odpowiedzialną postawę – do czasu, gdy uświadomimy sobie, że ten sam minister podpisał niedawno umowę na dostawę śmigłowców z tym samym producentem.

W 2023 r. trafi do Polski 12 FA-50 w obecnej konfiguracji, po 2025 r. zaczną się dostawy samolotów o lepszych parametrach (wersja Block 20). Biorąc pod uwagę konieczność modyfikacji FA-50 z pierwszej tury, proces szkolenia pilotów i obsługi oraz konieczność stworzenia taktyki działań dla nowego typu maszyn (od podstaw, bo jedynym użytkownikiem FA-50 jest Korea, dysponująca 20 samolotami, wykorzystywanymi do pokazów lotniczych), osiągnięcie gotowości operacyjnej przezbrojonych eskadr potrwa 10 lat.

Polska przeznaczy na broń z Korei 14 mld dol. Istnieją obiektywne przesłanki dla tak wielkich wydatków. Lęk przed Rosją sprawił, że mamy wśród Polaków konsensus co do konieczności zbrojeń. „Bezpieczeństwo zapewni nam dobrze wyposażona armia. Nie za 10-20 lat, tylko teraz”, mówi Mariusz Błaszczak. Ale Koreańczycy to wcale nie jest opcja „na teraz”, choć pewnie najszybsza z możliwych. Tak docieramy do subiektywnych przesłanek. A właściwie intersubiektywnych, bo nie chodzi tylko o ambicje szefa MON, pragnącego być postrzeganym jako ten, który „zastał armię poradziecką, a zostawił zwesternizowaną”. Jesienią przyszłego roku proces wymiany sprzętu będzie w powijakach, ale na tyle zaawansowany, by móc go wykorzystać w kampanii wyborczej. W połączeniu z wcześniejszymi inwestycjami pozwoli budować narrację o PiS-ie, który zadbał o bezpieczeństwo Polaków. Przebitki na tle abramsów czy panter uwiarygodnią przekaz. Tak partia władzy chciałby wygrać wybory. Tak zyskać „mocnego kandydata” do prezydenckiej rozgrywki w 2025 r. W końcu człowiek, który „postawił armię na nogi”, jak nikt inny nadaje się do roli głowy państwa…

—–

Nz. Kraby na poligonie/fot. 18 Dywizja Zmechanizowana

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 32/2022

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Zwyrole

Wczoraj do sieci wyciekł szokujący film, którego bohaterem jest rosyjski żołdak. To materiał dla ludzi o naprawdę mocnych nerwach, przedstawia bowiem… kastrację ukraińskiego jeńca. Nie ma pewności czy Ukrainiec tortury przeżył, mamy za to pełną jasność co do tożsamości oprawcy. Identyfikacja nie nastręczała żadnych problemów, gdyż zwyrodnialec nie unikał kontaktu z kamerą. I generalnie z pasją dokumentował swoje wcześniejsze wojenne wyczyny. Ukraińcy ujawnili jego pełne dane, włącznie z adresem zamieszkania w Kałmucji i numerami telefonów (co ciekawe, Facebook zawiesił funkcjonowanie jednego z największych polskich fanpejdży militarnych – Konflikty po II wojnie światowej – gdzie pojawił się post na temat Kałmuka; oficjalny zarzut wobec administratora – stalking). Zwyrol zapewne wpadnie niebawem w ukraińskie ręce. Dla dobra „standardów społeczności” nie napiszę, czego mu życzę…

Na tym jednak sprawa się nie zakończyła. Przed południem rosyjskie ministerstwo obrony podało, że w wyniku ukraińskiego ostrzału Ołeniówki – miejscowości w pobliżu Doniecka – zginęło 40, a rannych zostało 75 ukraińskich jeńców [1]. W ataku użyto wyrzutni Himars – twierdzą Rosjanie. Trafiona hala znajdowała się w bliskiej odległości od linii frontu, jeńcy zostali do niej przeniesieni… wczoraj późnym wieczorem, gdy niesławny filmik „latał” już po sieci. Nie ma żadnych materialnych i wizualnych dowodów wskazujących na użycie Himarsów (a mówimy o systemie, który rejestruje każde użycie). Jest za to przedziwny zbieg okoliczności – oto pojawia się dowód na koszmarne traktowanie jeńców, po czym następuje sytuacja, w której Ukraińcy – co najmniej na skutek zaniedbań – zabijają własnych żołnierzy pojmanych przez przeciwnika. W medialnym slangu mówi się o takich działaniach jako o „próbach przykrycia”, odwrócenia uwagi (ostatecznie, czym jest jeden okaleczony wobec kilkudziesięciu ofiar?). Innymi słowy, w mojej ocenie to Rosjanie sami ostrzelali miejsce przetrzymywania jeńców, by później zwalić winę na Ukraińców (i przy okazji, nacechować negatywnymi skojarzeniami przeklęty z ich perspektywy system Himars). I oni, i separatyści, w „samo-ostrzałach” mają wielkie doświadczenie, uskuteczniane od 2014 roku. Sądzę, że towarzyszyła im także inna motywacja – chęć zabicia jeńców, świadków i ofiar brutalnego traktowania. Kastracja wcale nie musiała być „wypadkiem przy pracy”. Wracający z niewoli ukraińscy jeńcy opowiadają o regularnych prześladowaniach – może nie tak skrajnych, ale dokuczliwych. A wracają tylko ci, którzy do wymiany „się nadają” – tacy, co to nie widzieli i nie doświadczyli „za wiele”.

O tym, że Rosjanie wobec jeńców potrafią wybić się na wyżyny barbarzyństwa, wiemy nie od dziś. W Syrii również mieliśmy do czynienia z potworną przemocą. Zasłynęli z niej przede wszystkim najemnicy z Grupy Wagnera – hołubionej przez Putina przybudówki do wywiadu wojskowego GRU. Wydobywanie zeznań przy pomocy młota kowalskiego czy spalenie spętanej osoby, to jedne z wielu wizualnych dowodów tych zbrodni.

Wiele lat temu – na długo zanim islamscy fanatycy zaczęli ucinać ludziom głowy – zanurzyłem się w świat darknetu. Zawodowo, mając w planach materiał na temat snuffów i mondo movies – filmów dokumentujących prawdziwe sceny śmierci i tortur, bądź ich realistyczne inscenizacje. Są ludzie, których takie rzeczy kręcą – i niestety, nie jest ich mało. W każdym razie wówczas, w początkach lat 2000., gors prawdziwych materiałów stanowiły filmy wideo, kręcone w Czeczenii. Zarówno podczas pierwszej, jak i drugiej wojny. Mój boże, czego tam nie było; ucinanie dłoni, na żywca, czeczeńskiemu jeńcowi to jeden z „delikatniejszych” zapisów. Co istotne, zwyrodnialcy w mundurach rosyjskiej armii mogli liczyć na niemal całkowitą bezkarność – na palcach jednej ręki można policzyć procesy wytoczone wojskowym za ekscesy z jeńcami i wobec ludności cywilnej (wobec której masowo stosowano gwałty).

Tym większe jest moje zdziwienie, gdy zdaję sobie sprawę, że synowie ofiar rosyjskiej pacyfikacji Czeczenii służą dziś Putinowi.

A przecież nie oni jedyni. Wspomniany zwyrol to Kałmuk, nieproporcjonalnie duży odsetek sił inwazyjnych stanowią też Buriaci i przedstawiciele innych mniejszości, które Moskwa – ta etnicznie rosyjska – od dawna trzyma twardo pod butem. W tej najnowszej odsłonie rasistowskiego dramatu, jakim jest inwazja Ukrainy, traktując „skośnych” jako mięso armatnie. Ginie ich tylu, jakby Rosja nie była krajem, gdzie ponad dwie trzecie ludności stanowią „biali”.

I zginie więcej, oto bowiem, via Krym, zmierza na zachodni brzeg Dniepru, w okolice Chersonia, tysięczny odwód ściągnięty z dalekiego wschodu. W całości buriacki. Zabawne, że wielu z tych żołnierzy, rzuconych do walki pod hasłem „obrony prawa do posługiwania się językiem rosyjskim”, nawet nie potrafi się nim porozumiewać. Ale mniejsza o to – w sytuacji, w której ukraińska ofensywa na południu rozkręca się na dobre, los rzuconych na prawobrzeżny przyczółek oddziałów zdaje się być przesądzony. Żołnierze będą mieli szczęście, jeśli trafią do niewoli – tylko czy Ukraińcy zechcą brać jeńców po tym, co zobaczyli wczoraj i dziś? Bardziej prawdopodobny jest powrót do domu, w drewnianych skrzyniach, jak te ze zdjęcia.

Tak proszę Państwa, tak Matka Rosja oddaje rodzinom „poległych bohaterów”. W skrzyniach ze zbitych byle jak klepek.

PS. O tym, że Rosja to państwo z klepek, świadczy historia Żory Chaczunca, skazanego właśnie na cztery i pół roku kolonii karnej o ścisłym reżimie. Mężczyzna miał ukraść sprzęt stanowiący wyposażenie samolotu „dnia zagłady” – specjalnej maszyny ministerstwa obrony, służącej najważniejszym politykom – w tym Putinowi – do zarządzania w przypadku ataku nuklearnego. „Do tego zdarzenia miało dojść pod koniec 2020 roku w Taganrogu. Mężczyzna, który już wcześniej miał konflikt z prawem, został zatrzymany pod zarzutem udziału w kradzieży. Chociaż nie przyznał się do winy, to według rosyjskich śledczych wraz ze wspólnikami wszedł on na pokład samolotu używając drzwi awaryjnych. Następnie złodzieje zdemontowali i ukradli sprzęt, który stanowił wyposażenie samolotu, po czym pozbyli się łupu w nieustalony bliżej sposób” – podaje Gazeta.pl. Na stronie rosyjskiego Interfaxu czytamy, że „kradzież została odkryta przez jednego z pracowników kompleksu lotniczego i naukowo-technicznego w Taganrogu. W oświadczeniu skierowanym do policji napisał on, że z samolotu, który stacjonował na lotnisku Jużnyj od 2019 roku, skradziono dokładnie 39 elementów wyposażenia technicznego i pięć radiostacji”. Nie wiemy, jakie konsekwencje spotkały pracowników ochrony, strzegących jednego z najważniejszych obiektów należących do rosyjskiego państwa i armii. Wyobrażacie sobie podobną historię z udziałem Air Force One? Bo ja nie…

[1] Najnowsze (popołudniowe) doniesienia mówią o 53 zabitych.

—–

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to