Zdolności

Kilka dni temu rozmawiałem z gen. bryg. Witoldem Bartoszkiem, zastępcą dowódcy NSATU, powołanej niedawno natowskiej struktury odpowiedzialnej za koordynację pomocy dla Ukrainy.

Sam wywiad jest raczej dla insajderów, głęboko siedzących w tematyce wojskowej (i umiejących czytać wojskową nomenklaturę), tym niemniej kilka kwestii wartych jest tego, by o nich wspomnieć na szerszym forum. Uczynię to cytując fragmenty rozmowy (link do całości znajdziecie poniżej).

MO: Pan kieruje największym z trzech zarządów dowództwa…

WB: Tak, to Support Division, który liczy ponad 135 osób pochodzących z 31 krajów. Odpowiadam za procesy finansowe i logistykę. Dowodzę też trzema centrami logistycznymi (LENs): w Polsce (LEN-P), Rumunii (LEN-R) i Słowacji (LEN-S). Największe z nich, w Rzeszowie-Jasionce, obsługuje ponad 94% dostaw sprzętu i zaopatrzenia kierowanego do Ukrainy. (…).

MO: Czy może Pan powiedzieć, jaki konkretnie sprzęt przekazujecie Ukrainie?

WB: Od marca, gdy przejęliśmy centra logistyczne, zrealizowaliśmy ok. 80 tys. transportów – średnio 20 tys. ton miesięcznie. Wspieramy obronę powietrzną, wysyłaliśmy np. radar systemu Patriot (z zasobów Niemiec), przekazujemy sprzęt dla wojsk pancernych, artylerii, jednostek walki elektronicznej oraz inżynieryjnych. (…).

MO: Czy zdarza się, że w zasobach zachodnich armii brakuje sprzętu, który jest Ukrainie pilnie potrzebny na pierwszej linii frontu?

WB: Takie sytuacje się zdarzają. Na początku wojny pomoc opierała się głównie na zapasach, dziś coraz więcej dostaw pochodzi bezpośrednio od europejskiego przemysłu obronnego, a więc sprzęt nie jest dostępny od ręki. Dobrym przykładem jest niemiecki system IRIS-T, który trafia na pole walki prosto z fabryki. Wspieramy też rozwój ukraińskiego przemysłu, bo choć nie zapewni on pełnej samowystarczalności tamtejszej armii, to jest to kierunek, który warto wzmacniać. Musimy też pamiętać o równowadze – Ukraina potrzebuje wsparcia, ale NATO musi jednocześnie odbudowywać własne zdolności. (…).

MO: Jakie są cele NSATU na najbliższy czas?

WB: Chcemy zwiększyć przewidywalność dostaw. To kluczowe dla planowania działań obronnych. Czasem decyzje zapadają zbyt późno. To obszar, który musimy poprawić wspólnie z partnerami w Europie i poza nią. Pracujemy nad tym, by Ukraina mogła planować z większym wyprzedzeniem, a nie tylko reagować na bieżące potrzeby.

Cały czas musimy też wysyłać rosji jasny sygnał, że będziemy wspierać Ukrainę tak długo, jak będzie to konieczne. Niezależnie od planów Kremla, Ukraina nie zostanie sama. To nie tylko kwestia polityczna, lecz także moralna i strategiczna. Wierzę, że konsekwencja i solidarność są kluczowe – i że właśnie dzięki nim Ukraina przetrwa tę próbę.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

A tu aktywne przekierowanie do całości wywiadu.

Nz. Transporter opancerzony ZSU pochodzący z zasobów którejś z zachodnich armii/fot. SzG ZSU

Aksjomat?

Polityka zagraniczna Stanów Zjednoczonych coraz częściej wymyka się próbom sensownej syntezy. Łaska Trumpa na pstrym koniu jeździ, o czym boleśnie przekonują się Ukraińcy. Co z tego wynika dla Polski?

Po pierwsze: czas porzucić przekonanie, że sojusz z USA to aksjomat. To układ dynamiczny – zależny od polityki, nastrojów, kalkulacji. Polska, jako państwo frontowe, musi przyjąć do wiadomości, że amerykańska polityka zagraniczna jest podatna nie tylko na zmiany administracji, ale w jakiejś mierze zależy też od kaprysów głowy państwa. Że pomoc może być uzależniona od kalkulacji geopolitycznych, a nie od zobowiązań traktatowych. I że nawet najbardziej spektakularne deklaracje – o „niezachwianym wsparciu” czy „strategicznym partnerstwie” – mogą zostać zrelatywizowane, gdy w grę wchodzi szybki deal.

Po drugie: przykład Ukrainy pokazuje, że nawet bliski partner może zostać wezwany do „ustępstw na rzecz pokoju”. Że gwarancje bezpieczeństwa mogą być reinterpretowane, a zasady, na których zbudowano ład międzynarodowy – negocjowane. I że w sytuacji kryzysowej to nie katalog zobowiązań, lecz bieżący interes polityczny decyduje o tym, kto otrzyma pomoc, a kto zostanie wezwany do „realizmu”.

Po trzecie wreszcie: musimy mieć własną strategię – nie tylko wobec rosji, lecz także wobec zmieniającej się roli Ameryki. Musimy inwestować we własne zdolności obronne, budować regionalne koalicje, rozwijać niezależne systemy technologiczne. Być gotowymi na moment, w którym wiarygodność sojusznicza USA zostanie wystawiona na próbę. Przetrwanie naszego kraju nie może być zależne od wyniku tego testu…

—–

To mój krótki komentarz do wydarzeń z ostatnich dni. Jego bardziej rozwiniętą wersję, opublikowaną na portalu „Polska Zbrojna, znajdziecie pod tym linkiem.

Zdjęcie ilustracyjne, wykonałem je latem tego roku na przygranicznym pasku. Za trzcinami jest już Białoruś, czyli de facto roSSja.

Twierdza

Czas pozbyć się złudzeń i przyjąć do wiadomości, że Ukraina nie zostanie członkiem NATO – nie w ciągu najbliższych kilku, a może nawet kilkunastu lat. I nie chodzi tylko o opór Węgier czy Słowacji – nie chcą tego także Stany Zjednoczone i Niemcy. Nie będzie też europejskich sił pokojowych w Donbasie, amerykańskie bataliony nie zostaną rozlokowane na Zaporożu. Zachód, choć hojnie Ukrainę wspiera, nie zdecyduje się na bezpośrednie zaangażowanie militarne. Dla Kijowa oznacza to jedno: przyszłe bezpieczeństwo musi być zbudowane w oparciu o własną siłę.

Idźmy dalej i wskażmy drugą istotną zmienną, determinującą przyszłość Ukrainy. Najnowsza historia relacji rosyjsko-ukraińskich pokazała jedno: obietnice Moskwy są bezwartościowe. Od memorandum w Budapeszcie po niezliczone zawieszenia broni, rosja złamała każde przyrzeczenie o nieagresji. Naiwnością byłoby zakładać, że po ewentualnym wygaszeniu walk na Wschodzie byłoby inaczej; bezpieczniej przyjąć, że Kreml będzie czyhał na okazję, by znów uderzyć na sąsiada.

Zdolność do kontruderzenia

„Ukraina powinna dysponować własną bronią atomową!”, przekonują domorośli stratedzy. Co do sedna argumentacji trudno odmówić im racji – odstraszanie nuklearne jest najskuteczniejszym gwarantem pokoju. Lecz realnie patrząc Ukraina nie ma dziś możliwości powrotu do statusu państwa nuklearnego. Ani politycznie (żaden z liczących się sojuszników na to nie pozwoli), ani technologicznie i finansowo. A więc zostaje Ukraińcom konwencjonalna armia, a ta – by skutecznie pełnić rolę straszaka – musi być zdolna do błyskawicznego zadania nieakceptowalnych strat agresorowi. To nie tylko kwestia sprzętu, ale i doktryny, morale, logistyki czy także mocy przemysłowych.

Jak zatem powinno wyglądać to wojsko? Zacznijmy od komponentu lądowego. Zdaniem części analityków, winien on liczyć co najmniej 25 w pełni rozwiniętych brygad, przede wszystkim zmechanizowanych i pancernych, co dałoby około 120 tys. żołnierzy gotowych do walki. W mojej ocenie to za mało. Ukraina potrzebuje 50 takich jednostek, oczywiście z pełnym zapleczem logistycznym, artyleryjskim i rozpoznawczym. Dlaczego aż tyle? Jest niemal pewnym, że nawet gdy skończy się wojna, rosja nie rozpuści istotnej części swojej armii do domu. Analizując rosyjskie plany i strukturę organizacyjną, z dużym prawdopodobieństwem można uznać, że Moskwa zamierza utrzymywać na terenach okupowanych i w bliskim sąsiedztwie Ukrainy ponad 300-tysięczny kontyngent. Nie bez znaczenia jest też zdolność rosji do szybkiej mobilizacji rezerw i znacznie większy od ukraińskiego zasób mobilizacyjny. Rzecz jasna Ukraina nie musi równoważyć tych sił w relacji jeden do jednego – wystarczy zbudować przewagę jakościową – ale to nadal oznacza konieczność posiadania ćwierćmilionowych wojsk lądowych. Zdolnych zarówno do obrony, jak i do kontruderzenia, co wymaga nie tylko wysokich zdolności manewrowych, ale też rezerw operacyjnych; rosja musi się bać szybkiego przeniesienia walk na jej terytorium, to istotny czynnik odstraszający.

Stany osobowe to jedno, drugie – sprzęt. Jaki? Każda brygada powinna być wyposażona w nowoczesne czołgi (Leopard 2A6, M1A2 Abrams), bojowe wozy piechoty (CV90, Bradley), artylerię precyzyjną (Krab, Caesar, Bohdana, Himars) oraz systemy rozpoznania i walki radio-elektronicznej. Plus oczywiście drony taktyczne, jako broń bezpośredniego wsparcia.

Niska kultura techniczna

Rozważając przyszłość relacji rosyjsko-ukraińskich trzeba przyjąć założenie, że federacja nie zrezygnuje z ataków rakietowych i dronowych. I nie chodzi mi wyłącznie o oczywisty dla pełnoskalowych działań wojennych aspekt, ale także o strategię uderzeń nękających, ponawianych co jakiś czas mimo formalnego zawieszenia broni. Po to choćby, by Ukraina nie stanęła zbyt szybko na nogi. Stąd konieczność posiadania przez Kijów wielowarstwowej obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej, nie punktowej, jak ma to miejsce obecnie, a obejmującej znacznie większe połacie kraju. O czym konkretnie mówimy? O systemach krótkiego zasięgu typu Piorun, Stinger, Gepard, przeznaczonych do osłony jednostek liniowych oraz pojedynczych elementów infrastruktury. O systemach NASAMS i IRIS-T przewidzianych do obrony miast i obiektów strategicznych oraz o zestawach średniego zasięgu, takich jak Patriot i SAMP/T, skutecznych w neutralizacji rakiet balistycznych i lotnictwa. Jeśli idzie o dwa ostatnie rodzaje uzbrojenia, musi to być co najmniej po kilkanaście baterii.

Ukraina powinna też rozwijać własne systemy antydronowe i radarowe.

Kluczem do skutecznego odstraszania są także odpowiednio wyposażone siły powietrzne. Według rzecznika ukraińskiego lotnictwa Jurija Ignata, kraj potrzebuje co najmniej 200 samolotów bojowych różnych typów. Ktoś mógłby zauważyć, że rosja będzie ich miała pięć razy więcej. Zgoda, lecz pamiętajmy, że parytet ilościowy nie ma tu większego znaczenia. rosyjskie konstrukcje ustępują zachodnim, a wskaźniki ich sprawności są znacząco gorsze, co jest konsekwencją niskiej kultury technicznej rosjan (zarówno na etapie produkcji, jak i użytkowania). Innymi słowy, owe 200 samolotów to nie jest parametr niedoszacowany.

„Długie ręce” Ukrainy

Ukraińcy już użytkują około 50 F-16 i Mirage 2000, wykorzystując je do walki z pociskami manewrującymi i bezzałogowcami typu Szahed oraz do misji wsparcia wojsk lądowych. Te działania wymiernie wspierają operację obronną, ale nie przekładają się na posiadanie przewagi w powietrzu – ukraińska flotylla jest na to po prostu za mała. Myśląc o jej rozbudowie musimy pamiętać, że obecnie posiadane maszyny maja już swoje lata i są intensywnie eksploatowane, zatem w przyszłości nie wystarczy dosłać Ukraińcom kolejnych 150 maszyn.

Idźmy dalej – podobnie jak w przypadku wojsk lądowych, także siły powietrzne powinny być zdolne do prowadzenia operacji ofensywnych – nie tylko niszczenia przeciwnika w rejonie konfliktu, ale też do ataków na głębokie zaplecze logistyczne. Nie mam tu na myśli rajdów w głąb rosji, a możliwość używania precyzyjnej broni lotniczej dalekiego zasięgu, na przykład podwieszanych pod F-16 rakiety JASSM o zasięgu 1000 km.

Generalnie Ukraina winna mieć „długie ręce”, rozumiane jako zdolność do ataków na kluczowe obiekty rosyjskiej infrastruktury, co z uwagi na rozległość rosji oznacza konieczność posiadania pokaźnego arsenału rakietowego. Fakt, iż nad Dnieprem intensywnie pracują nad takimi projektami, długofalowo znosi konieczność zaopatrywania ukraińskiej armii zachodnimi konstrukcjami (choć „na dziś” jest to konieczne).

Wracając zaś do lotnictwa – obok załogowego, konieczna jest rozbudowa komponentu bezzałogowego – zarówno bojowego, jak i rozpoznawczego – obejmującego takie maszyny jak Bayraktar TB2, RQ-20 Puma i własne konstrukcje ukraińskie. Całość sił powietrznych musi zachować dotychczasową zdolność do operowania z rozproszonych, często zaimprowizowanych lotnisk, co przekłada się na konieczność posiadania mobilnych systemów wsparcia i centrów dowodzenia.

Cyberbezpieczeństwo też jest ważne

Jeśli idzie o morze, Ukraina nie zbuduje klasycznej floty – taki projekt, z konieczności realizowany niemal od zera, były zbyt kosztowny i za bardzo rozłożony w czasie. Kraj może jednak dalej rozwijać flotyllę dronów morskich, pozyskiwać i budować własne systemy przeciwokrętowe (Harpoon, Neptune), rozbudowywać arsenał min morskich (do rozstawiania których wystarczą małe, stosunkowo tanie okręty). Kontrola nad Morzem Czarnym nie musi oznaczać dominacji – wystarczy, jak ma to miejsce obecnie, zdolność do trzymania Rosjan z dala od ukraińskiego brzegu.

Każda armia potrzebuje oczu i uszu, co na poziomie strategicznym sprowadza się do posiadania satelitów. W tym zakresie Ukraina nie posiądzie własnych zdolności, ale te mają jej sojusznicy (przede wszystkim Stany Zjednoczone i Francja). Zatem o jakości rozpoznania przesądzi w przyszłości charakter relacji politycznych – dbanie o nie jest dla Kijowa równie ważne, jak budowanie fizycznego potencjału.

Współczesne konflikty toczą się także w cyberprzestrzeni. Wymiar ściśle informacyjny (wojna propagandowa) to jedno, drugie to przekładające się na realia fizyczne cyberbezpieczeństwo kluczowych elementów infrastruktury krytycznej. Elektrowni nie trzeba niszczyć bombami czy rakietami, można je zahackować. W Ukrainie pracuje ponad 200 tys. wykwalifikowanych informatyków, jest więc na kim i na czym budować zdolności w tym zakresie, zarówno defensywne, jak i ofensywne.

Ważne jest też morale

Dziś ponad 40 procent broni i amunicji, jakie trafiają na front, pochodzi z ukraińskich zakładów i manufaktur. W niektórych obszarach produkcji wojskowej odnotowano 35-krotny wzrost wydajności w porównaniu z 2022 rokiem. Udział własny w produkcji zbrojeniowej daje luksus niezależności – od widzi mi się dostawców i nieprzewidywalności łańcuchów dostaw (pamiętamy, jak pandemia sparaliżowała przemysły w Europie; nie było w tym niczyjej złej woli, były za to konsekwencje rozproszonej wcześniej produkcji). Zatem kolejnym kluczem do skutecznego odstraszania jest dalsza rozbudowa własnej bazy przemysłowej.

Lecz produkcja to ledwie wstęp – warunkiem koniecznym militarnego sukcesu, w tym skutecznego odstraszania, jest posiadanie sprawnej logistyki. Niezależnie od tego, jak wyszkolona i wyposażona będzie armia, pozbawiona na czas amunicji, paliwa, jedzenia i zaplecza medycznego, w najlepszym razie nie zwycięży, w najgorszym poniesie porażkę. A więc Ukrainie potrzebne są również duże projekty infrastrukturalne – drogowe, kolejowe, związane z koniecznością budowy różnego rodzaju magazynów, centrów dystrybucji itp. Ktoś mógłby zauważyć, że przecież kraj jakoś sobie w tym zakresie radzi. Znając jakość ukraińskich dróg, zwłaszcza na wschodzie, poprzestanę na stwierdzeniu, że mogłoby być lepiej. I że owo lepiej z pewnością wpłynęłoby na sytuację na froncie.

Ale ów „twardy” wymiar to nie wszystko. W wojnie od zawsze liczą się morale, jakość dowodzenie, o skuteczności armii przesądza też poziom wyszkolenia. Ukraina nadal nie najlepiej radzi sobie z rotacją personelu i budowaniem rezerw. Zbyt wielu ludzi walczy zbyt długo; gros żołnierzy jest nadmiernie eksploatowanych. Tymczasem w realiach „zimnej wojny” z rosją przez lata trzeba będzie utrzymywać w gotowości liczne siły zbrojne – tego nie da się zrobić selektywnym poborem, z zastosowaniem wyłączeń dla całych grup społecznych. Ukraina musi wreszcie zbudować armię obywatelską z prawdziwego zdarzenia. W kontekście jakości „oczywistą oczywistością” jest kontynuowanie współpracy szkoleniowej z NATO. Mniej oczywiste, a istotne, jest też zmierzenie się ze społecznymi skutkami prowadzonych dotąd działań wojennych. Weterani i ich rodziny nie mogą poczuć się porzuceni – bo to zaproszenie do niepokojów i „podcinacz” motywacji dla służby krajowi. Wsparcie psychologiczne i medyczne: systemy rehabilitacji, pomoc dla rodzin, programy reintegracji; tego typu inicjatywy są równie istotne jak budowanie potencjału armii.

Ukraina nie dźwignie wymienionych wyzwań sama – w czym ujawnia się rola jej sojuszników. I nie chodzi tylko o „prosty” transfer uzbrojenia i „zwykłe” finansowanie wysiłków zbrojeniowych; tu trzeba czegoś więcej.

Czego? O tym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Czytelnikowi o nicku Zajcef Fizzlewick, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Monice Rani, Maciejowi Szulcowi, Joannie Marciniak, Jakubowi Wojtakajtisowi, Andrzejowi Kardasiowi, Tomaszowi Krajewskiemu i Magdalenie Kaczmarek. A także: Juliuszowi i Elżbiecie Wolny, Piotrowi Rucińskiemu, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Arturowi Żakowi, Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Bognie Gałek, Krzysztofowi Krysikowi, Mateuszowi Piecuchowi, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Jarosławowi Terefenko, Marcinowi Gonetowi, Pawłowi Krawczykowi, Joannie Siarze, Aleksandrowi Stępieniowi, Marcinowi Barszczewskiemu, Dinarze Budziak, Szymonowi Jończykowi, Piotrowi Habeli i Annie Sierańskiej.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „kawoszom” z ostatniego miesiąca: Dariuszowi Wołosiańskiemu, Adamowi Halupowi, Jarkowi Uścińskiemu, Monice Kalisz, Katarzynie Kulpie, Joannie Syrewicz, Edycie Miturze, Marianowi Sztukowskiemu i Jackowi Romańskiemu.

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Ukraińska piechota wyposażona w amerykański ciężki karabin maszynowy/fot. SzG ZSU

Precyzja

Tomahawki wciąż na tapecie, więc może podrzucę Wam tekst o tym, czym w ogóle jest ta broń. Znajdziecie tu odpowiedź na pytanie, dlaczego Moskwa się jej tak boi…

W arsenale amerykańskich sił zbrojnych niewiele systemów uzbrojenia zdobyło taką renomę jak pocisk manewrujący BGM-109. Od ponad czterech dekad ten subsoniczny, dalekosiężny środek rażenia pozostaje symbolem chirurgicznej precyzji. Prace nad Tomahawkiem rozpoczęto w latach siedemdziesiątych XX wieku, w odpowiedzi na potrzebę stworzenia pocisku zdolnego do rażenia celów strategicznych bez narażania załóg. Inspiracją były doświadczenia z II wojny światowej (niemieckie konstrukcje V-1 i V-2). Motorem zaś spektakularny rozwój technologii rakietowych w czasie zimnej wojny.

Pierwsze wersje weszły do służby w 1983 roku, a ich producentem zostały firmy General Dynamics i Boeing.

Pocisk miał być uniwersalny – zdolny do odpalania z morza i lądu. Z wersji lądowej zrezygnowano w 1987 roku po podpisaniu traktatu INF (Intermediate-Range Nuclear Forces Treaty – Traktat o całkowitej likwidacji pocisków rakietowych krótkiego i średniego zasięgu) między Stanami Zjednoczonymi a Związkiem Sowieckim. W 2019 roku, w odpowiedzi na zbrojenia Rosji, INF został przez USA zerwany, co formalnie otwarło drogę do ponownego wdrożenia wersji lądowej. Prace w tym zakresie były kontynuowane m.in. przez firmę Oshkosh Defense, która właśnie zaprezentowała swoją wyrzutnię o nazwie X-MAV. Może ona przenosić cztery pociski BGM-109. Wizualnie niewiele różni się od mobilnych wyrzutni HIMARS czy Patriot, które Ukraińcy z powodzeniem wykorzystują już od trzech lat (rosjanom udało się zniszczyć tylko kilka takich pojazdów).

Tomahawk to pocisk o długości około 5,5 m, masie startowej 1300 kg i zasięgu od 1250 do 2500 km. Napędzany silnikiem turboodrzutowym porusza się z prędkością około 880 km/h na bardzo niskim pułapie (30–100 m), co utrudnia jego wykrycie przez radary. Pocisk można wyposażyć m.in. w klasyczną głowicę odłamkowo-burzącą oraz w głowicę z subamunicją (w czasach zimnej wojny Tomahawki nosiły również ładunki jądrowe). Najnowsze wersje pocisku umożliwiają zmianę celu w locie i tzw. loitering, który oznacza zdolność do krążenia nad wyznaczonym obszarem przez określony czas, zanim zostanie podjęta decyzja o uderzeniu. Najnowsza wersja przeciwokrętowa Block Va (Maritime Strike) może razić ruchome cele na morzu. Wersje Block IV i V korzystają z zaawansowanej nawigacji GPS, radarów terenowych TERCOM oraz systemu DSMAC (Digital Scene Matching Area Correlation), który porównuje obraz terenu z zapisanym wzorcem, zwiększając precyzję trafienia.

—–

Tomahawk zadebiutował bojowo podczas operacji „Pustynna burza” w 1991 roku, kiedy to odpalono ponad 280 pocisków na cele w Iraku. Od tego czasu był używany w niemal każdej większej operacji USA: w Kosowie (1999 rok) do ataków na infrastrukturę wojskową Serbii, ponownie w Iraku (2003 rok) w masowych uderzeniach na cele strategiczne, w Libii (2011 rok), w ramach wsparcia dla operacji NATO oraz w Syrii (w 2017 i 2018 roku) w działaniach odwetowych za użycie broni chemicznej przez reżim Baszszara al-Asada. W 2017 roku, podczas ataku na bazę lotniczą Szajrat, odpalono 59 Tomahawków z dwóch niszczycieli typu Arleigh Burke. Mimo obecności rosyjskich systemów obrony powietrznej w Syrii, większość pocisków dotarła do celów. Tomahawki zostały również użyte przez USA w czerwcu tego roku w atakach na irańskie obiekty nuklearne.

Według ogólnodostępnych danych Stany Zjednoczone posiadają obecnie około 4 tys. aktywnych pocisków Tomahawk, z czego większość to wersje Block IV i Va. W 2023 roku zatwierdzono zakup 850 nowych głowic bojowych dla wersji przeciwokrętowej, a w 2025 roku rozpoczęto modernizację starszych egzemplarzy do standardu Block V. Warto jednak zaznaczyć, że tempo produkcji nie nadąża za zużyciem – szczególnie w kontekście rosnącego zapotrzebowania ze strony sojuszników, takich jak Wielka Brytania, Australia czy Japonia. Pojawiają się więc głosy, że w przypadku długotrwałego konfliktu z równorzędnym przeciwnikiem zapasy mogą okazać się niewystarczające.

Tym równorzędnym przeciwnikiem nie jest rosja, ale Chiny. Niemniej sygnały dotyczące przekazania pocisków Ukrainie zmuszają do postawienia pytania o rosyjskie możliwości walki z Tomahawkami. Nominalnie federacja rosyjska dysponuje rozbudowaną, warstwową obroną przeciwlotniczą, która obejmuje systemy: S-400 Triumf zdolne do zwalczania celów aerodynamicznych na dystansie do 400 km, S-350 Witiaź, operujące w średnim zasięgu, oraz zestawami Tor-M2, Buk-M3, Pancyr-S1 krótkiego i średniego zasięgu, mobilnymi i przeznaczonymi do ochrony punktowej. Do tego dodać należy myśliwce Su-35 i MiG-31 jako wsparcie w przechwytywaniu. Teoretycznie więc rosyjskie systemy są zdolne do zwalczania pocisków manewrujących. W praktyce jednak – jak pokazały doświadczenia z Syrii – skuteczność wobec Tomahawków jest znacznie ograniczona. Pociski lecące nisko, z wykorzystaniem zaawansowanej nawigacji i zmiennych trajektorii, są trudne do wykrycia i przechwycenia. W 2018 roku, mimo obecności S-400, większość amerykańskich rakiet dotarła do celów.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, moje książki powstają także dzięki Wam! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Rozbudowaną wersję tego tekstu, który opublikowałem w portalu „Polska Zbrojna”, znajdziecie tu.

Nz. Tomahawk we wstępnej fazie lotu/fot. Departament Obrony USA

Kulisy

Jak szacuje amerykański Instytut Studiów nad Wojną, gdyby Ukraina otrzymała pociski Tomahawk o zasięgu 2,5 tys. km, w obszarze ich rażenia znalazłoby się 1945 rosyjskich obiektów o znaczeniu militarnym. Gdyby nad Dniepr dotarły rakiety o zasięgu do 1,6 tys. km – wówczas byłoby to 1655 potencjalnych celów. Niemal całe zaplecze machiny wojennej putina funkcjonowałoby zatem w realiach stałego zagrożenia. A utrata tylko niektórych obiektów oznaczałaby poważne kłopoty. Dla przykładu, produkcja Szahedów odbywa się w jednym miejscu – w republice Tatarstanu, 1300 km od Ukrainy. Zniszczenie tej fabryki odebrałoby rosjanom podstawowe narzędzie presji na Kijów.

I właśnie stąd bierze się nerwowa reakcja Kremla na doniesienia o możliwym transferze uzbrojenia. putin zapowiada pogorszenie „dobrze układających się ostatnio” relacji ze Stanami Zjednoczonymi, miedwiediew grozi odwetem całemu NATO, a na najniższym poziomie – w mediach społecznościowych, także w Polsce – zaobserwować można istotne wzmożenie pośród (pro)rosyjskich aktywistów i „użytecznych idiotów”, przestrzegających przed sprowokowaniem rosji do wojny jądrowej.

„Nic nowego”, można by skomentować, wracając pamięcią do wielu podobnych sytuacji, kiedy Moskwa kreśliła „nieprzekraczalne czerwone linie”. Chciałbym, by i tym razem owo „tupanie nóżką” zostało zignorowane – i by Ameryka rzeczywiście przekazała Ukraińcom Tomahawki. Lecz po prawdziwe niespecjalnie w to wierzę. Moim zdaniem Waszyngton blefuje (otartym pozostaje pytanie, czy Kijów też, czy Ukraińcy jednak liczą na pozyskanie rakiet) – wypuszczając kontrolowane przecieki o rozmowach na temat przekazania Tomahawków, USA chcą zmusić rosję do powrotu do negocjacyjnego stołu. Przekaz jest prosty: „albo zaczniecie rozmawiać z Ukrainą, albo wasza sytuacja drastycznie się pogorszy”. Co zrobi Biały Dom, gdy Kreml powie „sprawdzam!” – nie wiem, ale już teraz dostrzegam u Amerykanów poważną zmianę w podejściu do rosjan.

—–

Widać ją przy okazji ukraińskiej kampanii „grillowania” rosyjskiego zaplecza przemysłowego, przede wszystkim petrochemicznego. Precyzja, z jaką Ukraińcy rażą rosyjską infrastrukturę, nie bierze się „znikąd”. Poza rosnącą doskonałością techniczną broni to też efekt dobrego rozpoznania – a na tym obszarze wykraczamy poza kompetencje ściśle ukraińskie. Ktoś mógłby stwierdzić: „a jaki problem znaleźć i trafić rafinerię; przecież do tego Google Maps wystarczy”. Tyle że sama lokalizacja to ledwie wstęp do ataku. rosjanie mają kilkadziesiąt rafinerii, o różnej wielkości i różnym udziale w ogólnej produkcji. Ich parametry nie są sztywne: wydajność jest zmienna, zależy od wielu czynników. Największy zakład może być podrzędnym celem, jeśli akurat niewiele produkuje. By osiągnąć odpowiednią synergię środków i korzyści, trzeba wiedzieć w co w danym momencie uderzyć. Ustalić, który element łańcucha jest teraz kluczowy – to po pierwsze.

Po drugie, rosjanie działają w realiach „krótkiej kołderki”, jeśli idzie o możliwości obrony przeciwlotniczej. Nie są w stanie zapewnić ochrony wszystkich niezbędnych elementów własnej infrastruktury (żadne państwo nie ma takich mocy). Jedne chronią lepiej, inne gorzej lub wcale, część obiektów ma rotacyjną osłonę. Nałóżmy na to rosyjski bałagan i otrzymujemy sytuację, w której bieżące możliwości lokalnych „parasoli OPL” stają się zmienną-niewiadomą. Nie sztuka posłać rój dronów, sztuką jest, by przynajmniej część z nich nie została namierzona i zestrzelona. Jak myślicie, kto daje Ukraińcom te „oczy i uszy”, kto buduje ich świadomość sytuacyjną z dala od granic, gdzie nie sięgają ukraińskie radary i stacje nasłuchowe? Ukraina ma sprawne służby wywiadowcze, niezłą agenturę w rosji, ale wielu niezbędnych informacji nie da się pozyskać bez rozpoznania satelitarnego. W tym zakresie w ograniczony sposób wspiera Kijów Europa (głównie Francja), przede wszystkim jednak jest to domena Amerykanów.

—–

Wiem, że to stwierdzenie rodzi pewien dysonans, przynajmniej u części Czytelników – Donald Trump zrobił bowiem w ostatnich miesiącach wiele, byśmy zwątpili w dobre intencje Stanów Zjednoczonych wobec Ukrainy i generalnie w amerykańską wiarygodność sojuszniczą. Dał asumpt do twierdzeń, że jest miękkim graczem wobec rosji, ba, że wręcz nie pozwoli jej zrobić krzywdy. Nie zamierzam psychologizować, ani też chodzić tropem teorii spiskowych, „wyjaśniających” zachowanie prezydenta USA; poprzestanę na stwierdzeniu, że polityka obecnej administracji była dla mnie rozczarowująca. Nadal jest, gdyż oczekiwałbym od Waszyngtonu bardziej zdecydowanych działań wobec Moskwy, prowadzonych z pozycji dominującego w tej relacji supermocarstwa. rosja nie jest dla Stanów równorzędnym partnerem, a utrwalanie u putina iluzji imperialnej siły i sprawczości to niebezpieczny proceder i, w dużej mierze, „wina Trumpa”. Tym niemniej dostrzegam to, o czym pisałem – zakulisowy wkład Amerykanów w bolesną dla rosji kampanię.

I dlatego śmieszą mnie opinie, zgodnie z którymi atakując zakłady w głębi rosji, Ukraina „gra na nosie nie tylko putinowi, ale też Trumpowi”. Przy całym moi szacunku dla walczącego kraju, jego armii i społeczeństwa, za niepoważne uważam próby „nadupodmiotowienia” Ukraińców w tej opowieści – przedstawienia ich jako tych, którzy są w pełni samodzielni i nie oglądają się na opinie innych. Mimo rosnącego finansowego zaangażowania Europy w pomoc Ukrainie, w wymiarze czysto wojskowym nadal większość zachodniego wsparcia pochodzi z USA. Czy naprawdę ktoś wierzy, że Kijów zaryzykowałby przerwanie tej „żyły stali” i robił coś, na co nie ma przynajmniej cichego przyzwolenia Waszyngtonu? Ukraińcy próbowali już wcześniej „grillować” rosyjską petrochemię, ale nasilenie obecnej kampanii zbiegło się z fiaskiem zabiegów pokojowych Trumpa. W tym nie ma przypadku, to przejście na inny poziom „wymiany argumentów”. A Tomahawki to sygnał, że stawkę można podbić wyżej, w czym zresztą zawiera się kolejny komunikat: Ameryka ma techniczne, konwencjonalne (!) zdolności, by serią szybkich, precyzyjnych uderzeń odciąć tlen całej rosyjskiej machinie wojennej. Doprowadzić do zapaści jej zaplecza bez potrzeby konfrontowania się w zwarciu. To oczywistość, która w ostatnim czasie – tu, nad Wisłą – zaczęła nam gdzieś umykać. Warto zatem i ten aspekt podkreślić, zwłaszcza w obliczu defetystycznych narracji o rosji, która „w razie wojny zasypie nas dronami”. Tylko gdzie je wyprodukuje?

Ten tekst, w obszerniejszej wersji, opublikowałem w portalu „Polska Zbrojna” – oto link do całości materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, moje książki powstają także dzięki Wam! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Płonąca rafineria pod Krasodarem/fot. anonimowe źródło rosyjskie