Bomby…

Z prowadzonych od ponad stu lat obserwacji wynika, że stres pourazowy (PTSD) dotyka średnio jedną czwartą posłanych na wojnę mundurowych. Wiemy, że jest chorobą rozszerzoną, że jego skutki w postaci przemocy, alkoholizmu i rozpadu więzi rodzinnych, doskwierają też najbliższym żołnierza. Między 2014 a początkiem 2022 roku przez front w Donbasie przewinęło się 100 tys. rosyjskich „ochotników”, w latach 2015-24 ponad 50 tys. rosjan służyło w Syrii. W realiach pełnoskalowej wojny z Ukrainą liczba posłanych do walki dobiła do trzech milionów. Połowa wciąż służy, około dwustu tysięcy zginęło. Reszta, w tym pół miliona rannych i kontuzjowanych, wróciła do domów. Oni i ich trauma.

W lipcu 2022 roku Służba Bezpieczeństwa Ukrainy opublikowała przechwyconą rozmowę rosyjskiego żołnierza z żoną. „Nie masz pojęcia, co się tutaj dzieje. Nie wiem, jak po czymś takim mam wrócić do normalnego życia”, mówił mężczyzna. „Wiesz, ile trupów widziałem? (…) Bez głowy, bez nóg, bez tułowia”, rosjanin opowiadał o stertach ciał poległych towarzyszy. „Cholera, tak bardzo chcę wrócić do domu, to wszystko jest takie bolesne. Ale (…) nie wyobrażam sobie świata, gdzie trzeba płacić rachunki”, słychać było na nagraniu. Dalej wojskowy zapewniał, że jeśli wróci, pójdzie na cmentarz, gdzie pochowano jego babcię, „anioła stróża”. „Potem odwiedzę wszystkie kościoły”, zaklinał przyszłość rosjanin.

W potocznych wyobrażeniach o skutkach wojny na Wschodzie zwykle skupiamy się na Ukrainie i jej obywatelach. Umyka nam, że problem wojennej traumy dotknie też rosjan; już dotyka. Ocalałych z pożogi żołnierzy, ale i mieszkańców przygranicza, żyjących w cieniu wojny (lub w warunkach okupacji) i związanych z nią ryzyk. Ba, rezydentów stolicy, która wbrew buńczucznym zapowiedziom notabli wcale nie ma „najlepszej obrony przeciwlotniczej na świecie”. To kolejne – poza wojskowymi – setki tysięcy ofiar. Osobliwe dziedzictwo „geopolitycznego geniuszu” putina, które wygeneruje następne dramaty długo po tym, jak umilkną już działa. Skąd ów wniosek? Dość powiedzieć, że do 2010 roku samobójstwo popełniło 100 tys. amerykańskich weteranów wojny w Wietnamie; to niemal dwa razy tyle, ile wyniosły straty poniesione w walkach.

—–

Ale zostawmy antycypacje i skupmy się na bieżących wydarzeniach. Bodaj najtragiczniejszy wymiar wojennej traumy – poza samobójstwami – związany jest z przestępstwami popełnianymi przez weteranów, których ofiarami padają bogu ducha winni ludzie.

28-letni iwan rossomachin wrócił do wsi Nowy Burieniec w marcu 2023 roku. Od razu wszedł w zatargi z miejscową społecznością – pił, zaczepiał kobiety, lżył mężczyzn, prowokując ich do bójek. Któregoś razu, kompletnie pijany, zamordował staruszkę. 85-latka odmówiła weteranowi pieniędzy na wódkę, ten dźgnął ją więc kilkanaście razy nożem. Nożownikiem okazał się również aleksiej demeszczenko – dawny ochotnik uśmiercił tym narzędziem innego (nieznanego sobie wcześniej) gościa baru we Włodzimierzu. Niejaki siergiej klewcow, „kontraktor” spod Archangielska – po tym, jak pokłócił się z kolegą – wzniecił ogień w holu mieszkalnego bloku. W efekcie zginęła 49-letnia kobieta, a jej 7-letnie dziecko i przypadkowy mężczyzna zostali ranni. Pożar z tragiczniejszymi skutkami wywołał stanisław ionkin, inny uczestnik „spec-operacji”. W listopadzie 2022 roku 23-latek użył rakietnicy w wypełnionym po brzegi lokalu rozrywkowym w mieście Kostroma; 13 osób spaliło się żywcem.

Podpalacz został skazany na 20 lat. To łagodna kara wziąwszy pod uwagę liczbę ofiar. Szczególnie gdy zestawimy ów wyrok z piętnastoma laty odsiadki za „rozpowszechnianie fałszywych informacji o rosyjskiej armii”, czyli nazywanie specjalnej operacji wojskowej wojną i pisanie/mówienie o zbrodniach popełnianych przez żołnierzy putina. A w przypadku ionkina moskiewski sąd i tak wykazał się niemałą dozą pryncypialności, generalnie bowiem państwo rosyjskie przymyka oko na ekscesy „bohaterów z Ukrainy”. Karze ich tylko w ewidentnych sytuacjach, zabrania publicznych dyskusji o problemach wywoływanych przez weteranów. Na poziomie centralnym nie są podejmowane żadne inicjatywy, które mogłyby pomóc zbrutalizowanym mężczyznom w przejściu na pokojowe realia. Przemoc domowa zawsze była w rosji tematem marginalizowanym (co znalazło odbicie w skandalicznym ustawodawstwie, które pozwala na bezkarne pierwsze pobicie żony czy partnerki), w przypadku rodzin weteranów mamy zatem do czynienia z podwójnym systemowym zobojętnieniem.

—–

Jak wynika z ustaleń „Wiorstki” – projektu prowadzonego przez opozycyjnych dziennikarzy – od początku pełnoskalowej inwazji (do końca września br.) żołnierze, którzy wrócili do ojczyzny, popełnili co najmniej 242 morderstwa. 227 osób zostało zaś przez nich okaleczonych. W wielu przypadkach zbrodni dopuszczano się w recydywie. Tak było ze wspomnianym iwanem rossomachinem, który w 2020 roku został skazany na 14 lat więzienia za zabójstwo. rossomachin, jak co najmniej 50 tys. innych rosyjskich osadzonych, zgodził się pojechać na wojnę w zamian za obietnicę amnestii. Byli więźniowie zwykle trafiali do Grupy Wagnera, ale kilka tysięcy zostało skierowanych do regularnej armii. Co najmniej jedna trzecia z wszystkich powołanych zginęła, ale większość – po półrocznej służbie – wróciła do kraju. A mówimy o wybitnie skryminalizowanym towarzystwie, co wynikało z dwóch powodów. Po pierwsze, rzeczywistość rosyjskich kolonii karnych ma wyjątkową moc degradującą, po drugie, na wojenny kontrakt najchętniej zgadzali się sprawcy najbrutalniejszych przestępstw, za które odsiadywali najdłuższe wyroki.

Tacy ludzie są jak tykające bomby, które kiedyś w końcu wybuchną.

Ale więzienne epizody i wcześniejsza skłonność do przemocy nie dają pełnej odpowiedzi na pytanie o przyczyny kryminalnych zachowań weteranów. Brutalizacja i nawyk używania siły ugruntowane podczas wojny też nie. Źródła traumy skutkującej destrukcyjnymi zrachowaniami tkwią również w samej strukturze i specyfice rosyjskiej armii.  W socjologii wykorzystuje się pojęcie „kultura przemocy”, opisujące warunki, w których szeroko rozumiany gwałt staje się integralną częścią czyjejś codzienności. Zsocjalizowana w takich warunkach osoba, ofiara, nawykowo wchodzi w rolę oprawcy, gdy ujawnią się ku temu odpowiednie możliwości. Świadomi tego uniwersalnego mechanizmu, przyjrzyjmy się stosunkom społecznym panującym w rosyjskiej armii.

—–

Historia tej formacji to pasmo przemocy stosowanej także przez jednych żołnierzy wobec innych. Diedowszczyna – odpowiednik naszej „fali” z czasów zasadniczej służby wojskowej – była w rosyjskim wojsku obecna już wcześniej, lecz na dobre rozgościła się w garnizonach dopiero w czasach Sowietu. Koszarowa przemoc – jakkolwiek brutalna – miała także funkcjonalny wymiar: wojsko pilnowało się samo. Nie zwalczano jej zatem nadmiernie entuzjastycznie, choć po rozpadzie ZSRR stało się jasne, że przynosi więcej szkód niż korzyści. Oficerowie danych jednostek mogli mieć spokój, ale armii jako całości zaczęło brakować przyzwoitego rekruta. Kto mógł bowiem, wykupywał się od poboru – skala korupcji w wojenkomatach była tak wysoka, że w połowie lat 90. XX wieku w niektórych regionach od służby migało się 80–90 proc. młodych mężczyzn. Dotyczyło to przede wszystkim bardziej zasobnych miast, z europejskiej części rosji, zamieszkanej przez Słowian – generalnie lepiej wykształconych i zdrowszych niż mieszkańcy zabiedzonej Azji. Deficyt „białych” potęgowały zmiany polityczne – wybicie się na niepodległość Białorusi i Ukrainy (zwłaszcza ta druga dostarczała armii sowieckiej najwartościowszego rekruta).

Idźmy głębiej – Związek Sowiecki był państwem rasistowskim, rosja odziedziczyła ten kulturowy rys. Narody Kaukazu, środkowej i dalekiej Azji nawet wcześniej, w czasach carskich, postrzegano jako gorsze. W rosyjskiej myśli politycznej pisano o nich jako o „pozbawionych mocy państwowotwórczych”. Skazanych zatem na rosyjską misję cywilizacyjną, co w praktyce oznaczało kolejne inkorporacje terenów, rusyfikację elit i brutalne rugowanie lokalnych elementów kultury. W relacjach międzyludzkich zaś owo podejście skutkowało poczuciem wyższości, okazywanym przez „białych” śniadolicej czy żółtoskórej mniejszości. W armii przekładało się to na utrudniony dostęp mniejszości etnicznych do wyższych stanowisk dowódczych (średnich zresztą również) oraz nagminną praktyką wykorzystywania mieszkańców Kaukazu i Azjatów do najcięższych prac – poprzez kierowanie ich do jednostek pomocniczych. W latach 60. XX wieku ów instytucjonalny rasizm ugruntował też praktykę nieprzyjmowania do służby w siłach strategicznych (jądrowych) żołnierzy o „niewłaściwym” pochodzeniu, przede wszystkim muzułmanów z Kaukazu.

—–

Diedowszczyna w czasach ZSRR miała – można by rzec, nawiązując do sowieckiej retoryki – internacjonalistyczny charakter. Bito młodych bez względu na pochodzenie i religię, przede wszystkim Słowian, bo stanowili miażdżącą większość. Motyw rasistowski w tych prześladowaniach nie był dominujący. Ale przyszły lata 90., w których obok wspomnianych powodów niedostatku „białego” rekruta pojawiły się także inne ważne zjawiska. Europejskie rosjanki przestały rodzić, wskaźniki reprodukcji spadły do poziomu niegwarantującego prostej zastępowalności. Tymczasem Kaukaz i część azjatyckich republik – mimo postępującej pauperyzacji – nie przeszły załamania demograficznego, a z czasem dzietność zaczęła tam nawet rosnąć. Górę wzięły czynniki kulturowe (w islamie posiadanie licznego potomstwa to etyczny imperatyw), nie bez znaczenia były również transfery socjalne uruchomione wraz z nastaniem ery putinowskiej stabilizacji, finansowanej ze sprzedaży kopalin (dalej było biednie, ale jakoś stabilniej…). A że wojsko zaczęło przyzwoicie płacić, koszmarnie zabiedzona (nie)rosyjska prowincja zyskała kolejny pretekst, żeby się zaciągnąć.

W następstwie tych procesów w armii doszło do etnicznego przemodelowania. Tuż przed inwazją na Ukrainę jedną trzecią wojska putina stanowili muzułmanie oraz wyznawcy innej religii niż prawosławie. Nie znajduje to odzwierciedlenia w strukturze etnicznej rosji, gdzie „biali” to niemal trzy czwarte populacji. Co więcej, z konieczności „czarni” zajęli dużą część stanowisk podoficerskich (nawet 40 proc.) i specjalistycznych. Pogardzani obywatele drugiej kategorii otrzymali instytucjonalną władzę, a w wielu jednostkach przestali być mniejszością.

No i się zaczęło – odgrywanie się za bycie tym gorszym – w cywilu, w armii. Diedowszczyna zmieniła się w ziemlaczestwo, w dyskryminację na tle rasowym (samo ziemlaczestwo oznacza „wspólnotę” i nie musi nieść negatywnych skojarzeń). Media rosyjskie o tym nie piszą, bo nie mogą, MON zachowuje urzędowy optymizm, ale informacje z koszar i tak wyciekały, wzmagając determinację etnicznych rosjan, którzy jeszcze bardziej zaczęli unikać wcielania w kamasze.

I tak wysłano na wojnę armię „na wejście” już zdemoralizowaną, pochodzącą ze społecznych dołów, nawykłą do nieuzasadnionej przemocy, często traktowanej jako rozrywka, narzędzie władzy i kompensacji życiowych upokorzeń. Armię pielęgnującą etniczne uprzedzenia, której zafundowano dodatkową rasistowską indoktrynację. Wedle niej Ukraińcy to ludzie gorszego sortu, a ukraińskość to ideologiczna aberracja, którą – oczywiście dla dobra rosji – należy wytrzebić. Więc trzebiono i nadal się trzebi.

A później ci trzebiący wracają do domów…

—–

Osoby, które chciałby nabyć moją najnowszą książkę pt.: „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji”, w wersji z autografem, oraz kilka innych wcześniejszych pozycji (również z bonusem), zapraszam tu. Polecam się w perspektywie świąt i podchoinkowych prezentów!

Nz. Dojrzałem do momentu, by stworzyć dla blogu wizualną identyfikację. Ufam, że się Wam podoba. Czasem będę ją wykorzystywał do ilustracji tekstów, jak dziś.

Artykuł, w nieco innej formule, pierwotnie ukazał się w portalu Interia.pl

Upadek

Assadowska Syria upadła, to dobra wiadomość. Mowa bowiem o sojuszniku Moskwy oraz o sytuacji, która w pełni unaocznia rzeczywistą kondycję rosji, dużo słabszej niż w 2015 roku, kiedy na Bliskim Wschodzie pojawiły się rosyjskie oddziały i pomogły wyratować Assada i spółkę.

Zajmowanie kolejnych wiosek w Donbasie nie zmienia faktu, że rosyjska armia nie jest dziś w stanie przyjść z odsieczą zaprzyjaźnionemu reżimowi. Nie dla psa kiełbasa, nie dla „drugiej armii świata” dalekie i odpowiednio liczne ekspedycje. Kremlinom pozostaje patrzeć bezsilnie, jak tracą kolejną strefę wpływu.

Niezależnie od tego, jakie będą ustalenia, które zakończą wojnę w Ukrainie, rosja wyjdzie z niej zdeklasowana – ze zdychającą gospodarką i liczniejszą, ale słabą armią; Syria to zaledwie zapowiedź geopolitycznych skutków „genialnego” planu putina, znanego jako „specjalna operacja wojskowa”.

A teraz nieco bardziej osobista refleksja.

Przez kilka lat jeździłem do graniczącego z Syrią Libanu, odwiedzałem obozy dla uchodźców i domy syryjskich uciekinierów. Nasłuchałem się historii o oprawcach Assada, o czystkach, brutalnych prześladowaniach, masowych mordach, jakich reżim dopuszczał się na swoich obywatelach. Widziałem fizyczne i psychiczne skutki tortur – u mężczyzn, kobiet i dzieci. Gotowała się we mnie krew, mnóstwo było też frustracji, gdy nocami, ze wzgórz w północnym Libanie, obserwowałem błyski eksplozji w pacyfikowanym Homs. Nie raz zdarzyło się, że fantazjowałem o własnoręcznym ukatrupieniu Assada. Mam więc teraz odrobinę satysfakcji, gdy czytam, że zbrodniarz zwiał z Damaszku.

Ale jest we mnie także sporo niepokoju. W Syrii w tym momencie właściwie nie ma tych dobrych. Po prawdzie to nie ma nawet kogoś, kto zasługiwałby na miano Kissingerowskiego „naszego skurwysyna”. Tam tłuką się radykałowie, fanatycy, islamiści, czort wie, czym będzie ich Syria czy Syrie, bo chyba naiwnością byłoby zakładać, że wyłoni się z tego jakiś monolit.

A jeśli wyłoni, to czy przypadkiem nie będzie to kolejny potwór…

—–

Niezależnie od moich obaw związanych z przyszłością Syrii, mam dziś jeszcze jeden powód do odczuwania satysfakcji. To ból odwłoków u prorosyjskich aktywistów medialnych – ależ oni cierpią z powodu ruskiego blamażu na Bliskim Wschodzie.

Boli ich tchórzliwa ucieczka rosyjskich oddziałów, boli świadomość, że za wznieceniem obecnej odsłony antyassadowskiej rebelii stoi także ukraiński wywiad wojskowy. HUR na dobre wszedł już w buty izraelskiego Mossadu, stając się graczem o globalnym zasięgu. Ukraińskie służby nie tylko likwidują zbrodniarzy na terenach okupowanych i w rosji właściwiej, ale uderzają w moskali także w innych częściach świata. Głośno było o ich akcjach w północnej i środkowej Afryce, teraz mamy odsłonę bliskowschodnią. A zapewne będą kolejne, co dla Moskwy jest fatalną wiadomością.

Swój ból rzeczeni aktywiści maskują racjonalizacją i straszeniem. Kolportując przekaz z Moskwy, zgodnie z którym Syria wyjdzie nam, Europie, bokiem, bo zaleją nas rzesze kolejnych uchodźców. Zaleją czy nie, to się jeszcze okaże; osobiście uważam, że nie, bo kto z Syrii miał uciec, już to zrobił, a upadek Assada zamyka korytarz syryjsko-białoruski. Niemniej intelektualna uczciwość nakazuje przyjąć istnienie ryzyka kolejnych migracji, do których mogłoby dojść jeśli w postassadowskiej Syrii rebelianci rzucą się sobie do gardeł. Tego elementu prorosyjskiej narracji nie będę więc przesadnie podważał.

Ale śmieszą mnie twierdzenia, wedle których na porażce Moskwy w Syrii ucierpi Ukraina. Jeden ze skarpetkosceptycznych gamoni pisze, że ukraiński HUR sam na siebie ukręcił bicz, bo zwolnione z Bliskiego Wschodu rosyjskie siły zostaną teraz użyte w Ukrainie. No więc pytam – jakie siły?

Najmocniejszy ich element – zespół okrętów – nie dostanie się na czarnomorski akwen, skąd mógłby zagrozić ukraińskim miastom ostrzałem rakietowym. A nawet gdyby jakimś cudem Turcja przepuściła rosyjskie jednostki przez Bosfor, mowa o okrętach nawodnych, które mają ograniczoną swobodę działania na Morzu Czarnym. Pamiętajmy o tym, że rosyjskie jednostki zwiały z krymskiego Sewastopola, że jak ognia unikają rejsów wzdłuż ukraińskiego wybrzeża, by nie podzielić losu „Moskwy” i że ostrzały rakietowe realizowane są głównie z trudniejszych do wytropienia okrętów podwodnych. A poza tym – last but not least – rosyjskiej marynarce zaangażowanej w wojnę z Ukrainą nie brakuje wyrzutni, problemem jest ograniczona dostępność rakiet. Większa podaż nośników nic by tu nie zmieniła.

Komponent lotniczy? Wolne żarty. W ostatnich miesiącach rosjanie utrzymywali w Syrii kilka samolotów transportowych i kilkanaście bojowych. Do tego mniej niż dwadzieścia śmigłowców. Systemy przeciwlotnicze? Cóż, te najcenniejsze już dawno przetransferowano z Bliskiego Wschodu na Krym i do Moskwy, co było skutkiem ukraińskich uderzeń doronowo-rakietowych, które znacząco przerzedziły rosyjskie zasoby. A i tak mówimy o zaledwie kilku zestawach S-300 i pojedynczych Pancyrach. Podobnie rzecz się ma w przypadku sił lądowych – one również były skromne (nie większe niż odpowiednik brygady). Czy przy wielkości i intensywności działań prowadzonych w Ukrainie wykorzystanie takiego kontyngentu może cokolwiek zmienić w skali innej niż mocno lokalna? Tak, to pytanie retoryczne…

Istota rosyjskich gwarancji bezpieczeństwa dla Assada nie sprowadzała się do dużej obecności wojskowej rosjan na Bliskim Wschodzie. Stanowiło ją zapewnienie, że w razie potrzeby z odsieczą przybędą liczne oddziały rosyjskiego WDW. A te najpierw zostały zmielone w początkowej fazie konfliktu w Ukrainie. Odbudowane, i tak nie mają dziś wolnych mocy, by angażować się gdziekolwiek indziej poza rosyjsko-ukraińskim frontem.

Obietnice Moskwy są puste…

—–

Szanowni, dziękuję za lekturę i udostępnienia. Z wdzięcznością przyjmę „kawy” i subskrypcje, bo to dzięki nim możliwe jest moje pisanie. W zbiórce środków znów mamy pewien regres, ale ufam, że to chwilowy problem. Zainteresowanych wsparciem mojego blogu odsyłam poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Osoby chcące nabyć moją najnowszą książkę pt.: „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji”, w wersji z autografem, bądź kilka innych wcześniejszych pozycji (również z bonusem), zapraszam tu. Polecam się  w perspektywie świąteczno-prezentowych zakupów!

Nz. To ja, osiem lat temu, na granicy z Syrią….

Iluzje

– Nosz k…a, mam nadzieję, że nie przejechaliśmy na drugą stronę – Ilja, kierowca, sprawiał wrażenie przestraszonego. Było zimno, ciemno i mgliście. Wiadukt, na którym stanęliśmy, zdawał się prowadzić donikąd. – Nawet nie ma kogo spytać, gdzie jesteśmy… – taksówkarz rozglądał się nerwowo.

Pochodził z odległego o 200 kilometrów Dniepru – wtedy, zimą 2015 roku, zwanego jeszcze Dniepropietrowskiem. Pewnie w tej chwili żałował, że skusił się na wysoką zapłatę za międzymiastowy kurs. Mówiąc o drugiej stronie, miał bowiem na myśli terytoria zajęte przez separatystów. W tamtym czasie linia frontu była mocno niestabilna. W okolicy właśnie rozkręcała się bitwa, znana potem jako „kocioł debalcewski”.

– Uff – Ilia odetchnął, gdy kilkadziesiąt sekund później z mgły wyłonił się milicyjny samochód. – Jesteśmy wciąż w Ukrainie.

To w takich okolicznościach po raz pierwszy znalazłem się w Artemiwśku, po wejściu w życie ustawy dekomunizacyjnej przemianowanym na Bachmut. Nie miałem wówczas pojęcia, że pode mną – niemal dosłownie – znajduje się coś, co czyni Bachmut miejscem wyjątkowym. W podziemiach miasta, jeszcze w czasach sowieckich, ulokowano potężne wojskowe magazyny. A w nich kilka milionów (milionów!) sztuk broni ręcznej.

Dlaczego o tym wspominam?

Do 2013 roku Ukraina uchodziła za potentata w handlu bronią. Były lata, że oficjalne dochody z tego tytułu lokowały ją na czwartym miejscu na świecie w zestawieniu największych handlarzy. Tak powstało wrażenie o potędze ukraińskiego przemysłu obronnego, zdolnego sprostać największym wyzwaniom. Błąd. Ukraina – a właściwie tamtejsi oligarchowie – korzystała jedynie z zasobów zgromadzonych w czasach Związku Radzieckiego. To na jej dzisiejszym terytorium znajdowały się ogromne bazy materiałowe, z których – w razie wojny z Zachodem – miano zaopatrywać wysyłane w bój armie. Relatywnie niedużo tego dobra zabrała ze sobą ta część armii sowieckiej, która po 1991 roku stała się wojskiem rosyjskim. Większość zapasów została do dyspozycji młodego państwa.

Pasły się na tym rzesze szemranych handlarzy, pasły legalne firmy (co niekoniecznie oznaczało realne wpływy do budżetu) – zaś pochodzące z Ukrainy uzbrojenie użyto we wszystkich praktycznie konfliktach, które wybuchły na globie po upadku sowietu.

A potem przyszedł 2014 rok i okazało się, że „renta po ZSRR” potrzebna jest do obrony przed rosją. Co stało się wyzwaniem na znacznie większą skalę po 24 lutego 2022 roku.

—–

Wiosną 2016 roku wschodnioukraiński front był inny niż w dwóch poprzednich latach. Mniej śmiercionośny, mniej bezwzględny. „Dziwny” – w takich kategoriach, w jakich znamy to określenie z frontu zachodniego sprzed niemieckiej inwazji na Francję w 1940 roku. Obie strony okopały się na swoich pozycjach, niezdolne ani pójść do przodu, ani oddać pola.

Podpisane w 2015 roku w białoruskim Mińsku zawieszenie broni respektowano wybiórczo. Bo owszem, ciężki sprzęt został w większości wycofany w głąb obu terytoriów (wolnej Ukrainy oraz tzw. ludowych republik i rosji właściwej), ale pojedyncze działa i moździerze wciąż wykonywały swoją morderczą robotę.

– Prowokują nas – przekonywał mnie starszy porucznik Aleksander Lahutenko, zastępca dowódcy jednego z batalionów ZSU, rozlokowanych w pobliżu Mariupola. – Liczą, że odpowiemy, i wtedy zwalą winę za wymianę ognia na nas.

Tymczasem rozkaz dla ukraińskich oddziałów brzmiał jasno: odpowiadać wyłącznie w razie bezpośredniego ataku.

Te także się zdarzały, choć nie były to masowe operacje – zwykle brały w nich udział niewielkie grupy. Celem tych działań była raczej dywersja i rozpoznanie słabych punktów ukraińskiej obrony niż jej przełamanie. Tak czy inaczej, gdy już dochodziło do kontaktu, obie strony nie szczędziły sobie amunicji.

Generalnie jednak frontowa codzienność sprowadzała się do sporadycznych ostrzałów artyleryjskich i nieco częstszych z broni ręcznej. Motywowanych chęcią zademonstrowania swojej obecności i uprzykrzenia życia przeciwnikowi.

– Słońce zachodzi, tamci zaczynają strzelać – opowiadał mi Witalij, żołnierz ZSU stacjonujący w okolicach wsi Nowosiliewka. Szliśmy właśnie wzdłuż pozycji, kilkanaście metrów za najdalej wysuniętą linią ukraińskich okopów. Mijaliśmy karłowate drzewka – w większości mocno okaleczone, ze śladami wielokrotnych trafień kulami. – Patrz – wojskowy wskazał ręką na sporej wielkości lej. – To z haubicy. Przywaliło dziś w nocy.

– Blisko okopów – zauważyłem.

Ukrainiec uśmiechnął się lekko.

– Gdy strzelają separy, pociski lądują gdzie popadnie. Ten niemal wszedł w cel, co oznacza, że to robota profesjonalna, ruskich.

I ta to się kręciło przez kilka lat – wojna-niewojna, na której ginęło „tylko” kilku żołnierzy tygodniowo, a parunastu zostawało rannych. Kremliny odniosły ograniczony sukces, wyrywając jedynie strzępy ukraińskiego terytorium. Ale to wystarczy, by pogrążyć Ukrainę w kryzysie i tym samym uniemożliwić jej zbliżenie z Europą.

—–

A teraz do brzegu. Kilka dni temu, wracając z Chersonia, minąłem się z ukraińską Bogdaną, kołową haubico-armatą. Pierwszy raz widziałem ją na żywo. To świetna broń, która do tej pory miała jedną zasadniczą wadę – było jej jak na lekarstwo. Obecnie Ukraińcy wypuszczają z linii produkcyjnych po dwadzieścia Bogdan miesięcznie. To skala, która w połączeniu z precyzją, dalekonośnością i mobilnością tych armat sprawia i sprawi rosjanom poważny kłopot.

Ukraińcy zaczęli samodzielną produkcję amunicji artyleryjskiej natowskiego kalibru 155 mm.

Tydzień temu byłem w wolontariackiej wytwórni zajmującej się drukowaniem w 3D plastikowych elementów ładunków wybuchowych podczepianych pod drony. W okolicy (z oczywistych względów nie napiszę jakiej) działa takich punktów kilkanaście – ich zsumowana miesięczna produkcja pozwala na uzbrojenie kilku tysięcy bezpilotowców.

Nie wiem – to tajne dane – w jakiej mierze Ukraina jest samowystarczalna, jeśli idzie o produkcję zbrojeniową. Ale wiem, że po pierwsze, „renta po ZSRR” jest na wyczerpaniu (na przykład ukraińska OPL już nie strzela z systemów S-300, bo nie ma czym). Po drugie, osiągnięcie pełnej samodzielności jest niemożliwe. Między 1991 a 2014 rokiem ukraiński przemysł obronny w zasadzie nie pracował dla własnej armii – bo ta niczego nie zamawiała. Zwinął się więc, mnóstwo kadry technicznej wyemigrowało. Pełnoskalowa wojna przyniosła fizyczną destrukcję wielu zakładów (jak choćby charkowskiej fabryki czołgów). Druga (ta lepsza) strona medalu to reaktywacja tego, co reaktywować się dało i istotny wzrost produkcji w warunkach nieomal „podziemnych/konspiracyjnych” (coś jak w niemieckim przemyśle pod zarządem Alberta Speera). Ale jako się rzekło, pełna samodzielność nie jest możliwa. Nawet jeśli znikną fizyczne zagrożenia, nie znikną realia krótkiej finansowej kołderki. Konkludując, Ukraińcy potrzebują i będą potrzebować zachodniego wsparcia materiałowo-technicznego. Bez niego ich armia nie będzie mogła walczyć, a w razie wygaszenia konfliktu, nie stworzy odpowiedniego potencjału odstraszania.

Dla lepszej ilustracji problemu wróćmy na moment do Bogdan – za drastycznym wzrostem produkcji stoi inicjatywa Czechów, którzy przekazują Ukrainie ciągniki siodłowe Tatra; bazowo cywilne pojazdy, które Ukraińcy adaptują na potrzeby militarne.

—–

Co zaś się tyczy rzeczonego wygaszenia. Opowiadałem wczoraj koledze o umocnieniach, które widziałem na Chersońszczyźnie. O tych ciągnących się po horyzont kilku liniach okopów i smoczych zębów.

– Ukraińcy zabezpieczają granicę – stwierdził mój rozmówca.

Przyznałem mu rację; Kijów przygotowuje się na okoliczność zamrożenia konfliktu i nie chce powtórzyć sytuacji z lat 2014-15, kiedy linię rozgraniczenia budowano w pośpiechu, w warunkach improwizacji, bez zachowania buforów bezpieczeństwa, rygli i temu podobnych rozwiązań. Tej zapobiegliwości musi towarzyszyć świadomość, czym będzie zawieszenie broni/pokój z rosją. Tym, czym były realia mińskich porozumień z 2015 roku.

A więc znów, rola Zachodu nie może się skończyć, gdy zostaną powzięte jakieś porozumienia. Bo wojna i tak będzie trwała, zmieni się tylko jej intensywność. Bez twardych zachodnich gwarancji rosjanie nie odpuszczą – będą tlić konflikt, próbować destabilizować Ukrainę, niewykluczone, że co jakiś czas wyprowadzą uderzenia rakietowe pod pozorem „karnych ekspedycji”. Moskwa rozumie jedynie język siły, trzeba jej więc tę siłę zademonstrować. Bez Ukrainy w NATO i bez natowskich wojsk jako gwarantów pokoju, bardzo trudno będzie uniknąć „dziwnej wojny” i ryzyka, że ta znów przekształci się w intensywne pełnoskalowe starcie.

—–

Szanowni, dziękuję za lekturę i udostępnienia. Z wdzięcznością przyjmę „kawy” i subskrypcje, bo to dzięki nim możliwe jest moje pisanie. W zbiórce środków znów mamy pewien regres, ale ufam, że to chwilowy problem; w każdym razie nie zamierzam rezygnować z prowadzenia raportu. Zainteresowanych wsparciem odsyłam poniżej:

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Osoby chcące nabyć moją najnowszą książkę pt.: „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji”, w wersji z autografem, bądź kilka innych wcześniejszych pozycji (również z bonusem), zapraszam tu. Polecam się  w perspektywie świąteczno-prezentowych zakupów!

Nz. wrak rosyjskiego pojazdu gdzieś na Charkowszczyźnie/zdjęcie ilustracyjne, własne

Relacja

28 listopada

Pani Stefania urodziła się w 1937 roku, ma więc dziecięce wspomnienia dotyczące II wojny światowej. Obecny konflikt jest jej zdaniem gorszy. „Żołnierze w tych strasznych maszynach siedzą. Kiedyś to przynajmniej można było zobaczyć ich twarze…”, mówi.

Mówi ukraińskim z zachodu; przez moment mam wrażenie, jakbyśmy byli na Wołyniu – skąd pochodzi staruszka – a nie na Charkowszczyźnie. „Ano rzuciło mnie daleko od rodzinnego domu”, wzdycha.

Panią Stefanię odwiedzam razem z wolontariuszami z Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej (PCPM). Wieś Ukrainka jeszcze nie doszła do siebie po rosyjskiej okupacji. Brakuje wody, pracy, młodych ludzi, którzy albo wyjechali albo służą w armii. Albo nie ma ich już pośród żywych. Bieda aż piszczy, a cierpią jak zwykle najstarsi, schorowani, najmniej mobilni. Dla takich osób pakiety z chemią gospodarczą i środkami higieny to poważne wsparcie.

Stefania z rzadka wstaje z łóżka – a gdy to robi, podpiera się kijem – ale gości na leżąco przyjmować nie chce.

Ściska mocno dłoń, gdy się żegnamy. „Wszystko będzie dobrze”, przekonuje, jakby to mnie trzeba było pocieszać. „Wojna kiedyś się skończy”, dodaje.

Uśmiecham się łagodnie i kiwam głową. Skończy czy nie, jest coś obrzydliwe niesprawiedliwego w tym, że ktoś doświadczył wojny u początku i mierzy się z nią u kresu życia…

29 listopada

Chersoń to miasto-widmo. Gdy byłem tu rok temu, największym problemem był selektywny, terrorystyczny ostrzał rosyjskiej artylerii. Dziś działa dalej grzmią (efekty widać na zdjęciu), ale największym zmartwieniem mieszkańców są drony. Małe, przenoszące niewielkie ładunki – dziennie spada ich 30-40, zwykle na cywilne samochody, ba, na pojedynczych ludzi. Mieszkańcy mówią o „chersońskim safari”, tak nazywając swoje codzienne życie poza domem. Są zwierzyną, na którą polują rosyjscy droniarze.

Napiszę o tym więcej, gdy będzie możliwość. Póki co krucho z internetem i prądem – ze skutkami wczorajszego ataku na infrastrukturę energetyczną mierzy się cały kraj.

Do zobaczenia na łączach!

30 listopada

Łuck. Ulicą przejeżdża kondukt pogrzebowy. Przechodnie tak żegnają poległego żołnierza.

A po wszystkim życie wraca na stare tory…

1 grudnia

W domu!

Tydzień poprzedzający wyjazd do Ukrainy spędziłem w podróży. Byłem w Szczecinie i Przemyślu, przejechałem więc całą Polskę. A potem całą wolną Ukrainę. W 14 dni uzbierało się 6 tys. km spędzonych w aucie. Padam na twarz, ale warto było. Odsapnę i wracam do Was z kolejnymi tekstami.

Na zdjęciu poniżej nowe umocnienia w rejonie Chersonia. Ukraińcy rozbudowują linie obronne wokół miasta i na obszarze między Chersoniem i Mikołajowem. Na wszelki wypadek…

Szanowni, by kontynuować pracę potrzebuję Waszego wsparcia. „Kaw” i subskrypcji, bez których nie byłoby mojego ukraińskiego raportu. Działamy dalej?

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Osoby zainteresowane nabyciem książki pt. „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji”, w wersji z autografem, oraz kilku innych moich wcześniejszych pozycji (również z bonusem), zapraszam tu.

Ofiara…

Wszystko, co trzeba wiedzieć, co należałoby napisać, mówię na nagraniu. Podkreślę tylko wymowę materiału – fakt, iż cena wolności dramatycznie wzrosła…

To wojna dobra ze złem, w której – po właściwej stronie – biorą też udział nasi. I giną…