Skradzione

Rozmawiam z dr Alicją Bartnicką, badaczką nazizmu, o germanizacji polskich dzieci w czasie II wojny światowej i grabieży nieletnich jako formie ludobójstwa, oraz o tym, że współczesna rosja idzie tropem III Rzeszy. Wywiad ukazał się w styczniowym wydaniu magazynu „Polska Zbrojna” – tu publikuję tylko jego fragmenty. Nim zaproszę Was do lektury, dodam tylko, że rozmowę wieńczy taka refleksja mojej rozmówczyni: „Trudno mi pogodzić się z myślą, że to znów się dzieje…”. Ano trudno…

W marcu 2023 roku Międzynarodowy Trybunał Karny wydał nakaz aresztowania władimira putina. Zarzuca się mu popełnienie zbrodni wojennych, w tym grabież tysięcy ukraińskich dzieci. Znamy z najnowszej historii tę metodę działania agresorów, prawda?

To, co robi rosja, tożsame jest z działaniami podejmowanymi przez III Rzeszę. Niemcy także rabowali dzieci z terenów podbitych.

Po co putinowi mali Ukraińcy?

Oddani w adopcję do rosyjskich rodzin, z czasem staną się „pełnoprawnymi rosjanami”. Przymusowa rusyfikacja, jak kiedyś germanizacja, jest metodą pozyskiwania nowych członków wspólnoty. Ale to także sposób na prowadzenie wojny, anihilacji przeciwnika. Niszczenie nie odbywa się tylko na froncie, pod postacią zabijania żołnierzy. Kradnąc małych obywateli napadniętego państwa, robimy coś równie dotkliwego – kradniemy przyszłość narodu, który to państwo tworzy.

W odniesieniu do rosjan sprawa wydaje się prostsza – oni nie uważają Ukraińców za „gorszych rasowo”. W III Rzeszy przekonanie o wrodzonej wyższości Niemców miało rangę faktu. Jak w ten schemat myślenia o narodzie wpisuje się pomysł germanizacji obcych dzieci?

Tysiącletnia Rzesza miała być rozległa, sięgająca aż po Ural. Do ziszczenia tej wizji 60-milionowy naród niemiecki był za mały. Naziści potrzebowali 90-milionowej wspólnoty Aryjczyków, której dodatkowo miały służyć narody „gorsze”. Problem w tym, że nie dało się w krótkim czasie „wyprodukować” kilkudziesięciu milionów nowych Niemców. Już u zarania nazistowskiej państwowości uruchomiono różne programy prodemograficzne – jak zasiłki rodzinne czy preferencyjne kredyty dla małżeństw – ale one nie przyniosły pożądanego efektu. Kompletnie też nie wypalił pomysł „hodowli rasy panów”, realizowany przez podległą Heinrichowi Himmlerowi SS. Esesmani się nie żenili – przed wybuchem wojny tylko 30-40% z nich była w związku małżeńskim, z rzadka realizowali nakaz posiadania czwórki dzieci. Niewypałem okazała się niesławna instytucja Lebensborn, w której placówkach do końca 1939 roku przyszło w nich na świat dokładnie 1371 dzieci.

Dzietność w Niemczech wzrosła pod koniec lat 30., dobijając do progu zastępowalności pokoleń, a aneksja Austrii i czeskich Sudetów dała Rzeszy osiem milionów „pożądanych” obywateli…

To wciąż było za mało jak na ambicje nazistów. Tak zrodził się pomysł, by poszerzyć społeczeństwo o „najbardziej wartościowe rasowo” dzieci z podbitych krajów. U jego podstaw leżała wiara, że w każdym narodzie, na skutek różnego rodzaju okoliczności historycznych, rozsiana jest niemiecka krew – trzeba ją tylko „przywrócić” Rzeszy.

To zadanie wziął na siebie Himmler. Czy germanizacja dzieci to był jego autorski pomysł?

To raczej zbiorowe „dzieło” pracowników Urzędu Rasy i Osadnictwa [Rasse- und Siedlungshauptamt, RuSHA]. Ten, w listopadzie 1939 roku, stworzył dokument mówiący o konieczności wyszukania „dzieci o krwi niemieckiej” wśród Polaków. Zakładano, że część polskich sierot może mieć niemieckie pochodzenie – zaczęto więc od „kwerendy” w domach dziecka. Szybko jednak ta idea przerodziła się w jawną grabież dzieci, które wcale nie były sierotami. W lutym 1942 roku Ulrich Greifelt, jeden z zastępców Himmlera, wydał zarządzenie dotyczące systematycznego odbierania dzieci polskim rodzinom, żeby poddać je germanizacji.

Podstawowym kryterium był „aryjski wygląd” – co, jeśli żydowskie dziecko miało odpowiednie cechy?

Stwierdzenie kryteriów wizualnych – blond włosy i niebieskie oczy – było jedynie pierwszym etapem. Potem badano m.in. pochodzenie, co dyskwalifikowało Żydów, nawet jeśli „właściwie” wyglądali. Znamienna jest tu historia, którą poznałam, pracując w Bundesarchive w Berlinie nad książką o Himmlerze. Ten, podczas wizytacji na froncie wschodnim, spotkał rosyjskiego chłopca, który miał blond włosy i niebieskie oczy. „Jesteś Żydem?”, spytał go, a gdy dziecko zaprzeczyło, szef SS nakazał sprawdzenie papierów chłopca. W efekcie młody Rosjanin i jego brat trafili do Niemiec, co Himmler postrzegał w kategoriach osobistej zasługi…

Jakie były inne kryteria selekcji?

Dzieci przechodziły testy psychologiczne. Sześciotygodniowa obserwacja mogła zakończyć się odrzuceniem: wystarczyło jąkanie, moczenie nocne czy buntowniczość, by w dokumentach wpisano „wrodzony imbecylizm”. Takie dzieci kierowano do obozów koncentracyjnych, gdzie ginęły lub były wykorzystywane do pseudoeksperymentów, które w większości także kończyły się śmiercią.

A co z tymi, które pomyślnie przeszły selekcję?

Młodsze, między 2. a 6. rokiem życia, trafiały do placówek Lebensbornu, które w czasie wojny stały się ośrodkami adopcyjnymi – i stamtąd przekazywano je niemieckim rodzinom. Starsze kierowano do specjalnych szkół, gdzie intensywnie uczono je języka i dyscypliny. Dopiero po tym okresie – gdy uznano, że „rokują”, a ich germanizacja się powiedzie – były przekazywane rodzinom adopcyjnym.

Czy rodzice biologiczni wiedzieli, co się dzieje?

W większości przypadków – nie. Dzieci odbierano podczas wysiedleń i akcji pacyfikacyjnych, do których dochodziło w trakcie wojny. Ludzie ginęli, gubili się, tracili ze sobą kontakt, nie było jasności, co się z kim stało, gdzie jest, czy żyje.

Zaboru dokonywano także pod pretekstem np. badań lekarskich.

Rodzice dostawali wezwanie do stawienia się w placówce medycznej, zostawiali dziecko, po czym po kilku dniach wręczano im informacje o śmierci syna czy córki. Ciał nie wydawano, co czasami rodziło wątpliwości, lecz nie dało się ich zweryfikować. Nie było swobody przemieszczania się czy dostępu do informacji medycznej. A Polacy byli ludźmi gorszej kategorii, więc ich działania uznane przez Niemców za zbytnią dociekliwość groziły utratą życia. Dodajmy do tego celowe zacieranie śladów. Zrabowanym dzieciom jeszcze w Polsce zmieniano metryki i wpisywano inne imiona, nazwiska, często daty urodzeń. Formalnie stawały się Niemcami, zanim trafiły do Rzeszy. Oryginalne dokumenty niszczono, by w przyszłości nikt nie mógł się o te dzieci upomnieć, a one nie były w stanie zrekonstruować swojej historii.

Rozumiem, że świadomość społeczna dotycząca tego rabunku była w okupowanej Polsce szczątkowa?

Niemcy dobrze się z tą akcją kryli. Nie mamy też źródeł, z których wynikałoby, że Polskie Państwo Podziemne dysponowało informacjami o skali procederu. Zorganizowanych prób oporu nie było.

Czy dzieci grabiono wyłącznie w Polsce?

Rabowano też dzieci ukraińskie, rosyjskie, jugosłowiańskie, norweskie. Jednak w Polsce robiono to na największą skalę. Szacuje się, że wywieziono stąd od 50 do 200 tys. dzieci. Ten duży rozrzut liczb to skutek braku materiałów źródłowych, bo Niemcy nie tylko niszczyli dokumentację w Polsce. Gdy wojna miała się ku końcowi, spalono też wiele archiwów w samej Rzeszy.

Co działo się z dziećmi po tym jak trafiały do Niemiec? Co wiedzieli o nich rodzice adopcyjni? Co działo się po wojnie? Jakie były psychologiczne skutki tego, co zrobiono zrabowanym dzieciom? O tym dowiecie się z lektury całości wywiadu, który opublikowałem w „Polsce Zbrojnej”. Miesięcznik w papierowym wydaniu jest dostępny w salonikach prasowych, wersję elektroniczną możecie nabyć pod tym linkiem.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

1418

11 stycznia minął 1418. dzień rosyjskiej „specjalnej operacji wojskowej” przeciwko Ukrainie. Dokładnie tyle samo trwała wielka wojna ojczyźniana – mit założycielski współczesnej rosyjskiej tożsamości politycznej, fundament narracji o wyjątkowej roli rosji w historii XX wieku i główne źródło legitymacji imperialnych ambicji Kremla. rosyjska propaganda od lat buduje analogię między oboma konfliktami. Ich porównanie ma wzmocnić przekaz o dziejowej misji, o walce dobra ze złem i o konieczności poświęceń. Ale dziś stało się pułapką, bolesnym ciosem w prestiż federacji.

No bo co zrobiła armia rosyjska w czasie, w którym armia czerwona podbiła pół Europy? Ano nie zdołała zrealizować żadnego z deklarowanych celów strategicznych. Nie zniszczyła ukraińskiej państwowości, nie złamała oporu społeczeństwa, rosja nie narzuciła Kijowowi swojej woli politycznej. Co więcej, nawet na poziomie czysto militarnym rosyjskie postępy okazały się ograniczone i nietrwałe.

W pierwszych tygodniach inwazji rosja zajęła znaczne obszary Ukrainy, jednak kolejne miesiące przyniosły serię odwrotów i kontruderzeń sił ukraińskich. Dziś kontrola terytorium, którą Moskwa przedstawia jako „historyczne zdobycze”, w istocie sprowadza się do części Donbasu oraz pasa ziem na południu kraju. W dodatku linia frontu od dawna nie przypomina dynamicznego teatru działań znanego z II wojny światowej, lecz raczej wyczerpującą wojnę pozycyjną, w której każdy kilometr zdobywa się kosztem setek ludzi i ogromnych zasobów. Także tu analogia do wielkiej wojny ojczyźnianej zaczyna obracać się przeciwko swoim autorom. Wielkie straty armii czerwonej dało się usprawiedliwić ogromnymi zdobyczami, „przemiału” rosyjskiej armii już nie sposób.

—–

Jednym z kluczowych elementów tej porażki jest struktura ludzka armii. Pisałem o tym szczegółowiej w tekście sprzed kilku dni, dziś tylko wspomnę ów wątek dla klarowności wywodu. Związek Radziecki prowadził wojnę totalną, opartą na potencjale całego imperium. Armia czerwona była formacją wielonarodową, w której rosjanie stanowili rdzeń, ale ogromną rolę odgrywali przedstawiciele innych republik. Wśród nich szczególne miejsce zajmowali Ukraińcy. Historyczne dane wskazują, że w latach 1941–1945 zmobilizowano ich 6-7 milionów, co czyniło z nich jedną z największych grup narodowych w sowieckich siłach zbrojnych. W świadomości wojskowej funkcjonowali jako żołnierze solidni, odporni psychicznie i dobrze przystosowani do realiów frontowych. Ukraińcy stanowili znaczną część kadry liniowej, technicznej i podoficerskiej. Współczesna rosja została tego zasobu całkowicie pozbawiona. Co więcej, dawni „najlepsi żołnierze imperium” – uchodzący za takich jeszcze w czasach carskich – walczą dziś po drugiej stronie frontu.

Drugim systemowym problemem jest sposób dowodzenia. W czasie II wojny światowej armia czerwona była strukturą skrajnie scentralizowaną i brutalną, lecz mimo to zdolną do uczenia się w warunkach wojny. Katastrofalne błędy z 1941 roku kosztowały ją miliony ofiar, ale w kolejnych latach doprowadziły do realnych korekt w planowaniu, organizacji i prowadzeniu działań bojowych. Współczesna armia rosyjska funkcjonuje w odmiennym, znacznie mniej elastycznym modelu. Strach przed odpowiedzialnością paraliżuje inicjatywę dowódców na wszystkich szczeblach, a przekazywanie w górę informacji o problemach bywa traktowane jako przejaw nielojalności wobec przełożonych i władzy politycznej. W efekcie propaganda zastępuje rzetelną analizę sytuacji, a kryterium politycznej lojalności wypiera kompetencje wojskowe. System, który nie dopuszcza krytycznej oceny własnych działań, traci zdolność do adaptacji – a w warunkach długotrwałej wojny oznacza to narastanie tych samych błędów zamiast ich korygowanie.

—–

Trzecim czynnikiem jest korupcja, która z patologicznym uporem przeniknęła wszystkie szczeble rosyjskich sił zbrojnych. Wojna obnażyła skalę fikcyjnych kontraktów, niedoborów sprzętu i zapasów istniejących jedynie w dokumentach. W wielu jednostkach stan etatowy, ilość uzbrojenia czy poziom zaopatrzenia funkcjonowały poprawnie wyłącznie na papierze, podczas gdy na froncie brakowało podstawowych środków walki i ochrony. Zjawisko to ma charakter systemowy, ponieważ korupcja nie jest w rosji patologią wymagającą usunięcia, lecz elementem mechanizmu lojalności i kontroli, tolerowanym tak długo, jak długo nie zagraża bezpośrednio władzy politycznej.

Dla porównania, armia czerwona funkcjonowała w realiach skrajnie represyjnego państwa, w którym nadużycia i niekompetencja w warunkach wojennych często kończyły się odpowiedzialnością karną, a nawet fizyczną eliminacją. System stalinowski był brutalny i bezwzględny, ale działał i wymuszał realne dostarczanie sprzętu, amunicji i zapasów na front. Dziś jest inaczej, a korupcja nie tylko osłabia zdolności logistyczne i techniczne armii, ale także podkopuje morale żołnierzy, którzy na froncie konfrontują propagandowy obraz potęgi z rzeczywistością niedoboru i improwizacji.

—–

I na koniec jeszcze jeden element: skala i jakość zewnętrznego wsparcia. Związek Radziecki, mimo że w propagandzie przedstawiał zwycięstwo jako wyłącznie własny triumf, korzystał z ogromnej pomocy sojuszników. Program Lend-Lease dostarczył ZSRR setki tysięcy pojazdów, lokomotyw, wagony kolejowe, samoloty, środki łączności, paliwo lotnicze, a nawet żywność, bez której armia czerwona nie byłaby w stanie prowadzić operacji na taką skalę. Była to pomoc systemowa, długofalowa i oparta na potędze przemysłowej Stanów Zjednoczonych, działających w ramach szerokiej koalicji antyhitlerowskiej.

Dzisiejsza rosja znajduje się w sytuacji diametralnie odmiennej. Jej zaplecze międzynarodowe ogranicza się do relacji z państwami takimi jak Chiny, Iran czy Korea Północna. Owszem, Moskwa otrzymuje od nich drony, amunicję czy komponenty podwójnego zastosowania, lecz jest to wsparcie fragmentaryczne, obciążone politycznymi warunkami i dalece niewystarczające, by zrównoważyć presję sankcyjną i skalę zużycia sprzętu na froncie. Chiny unikają otwartego zaangażowania militarnego, Iran działa w granicach własnych ograniczeń produkcyjnych, a Korea Północna dysponuje zasobami, które bardziej pasują do wojny XX niż XXI wieku. W przeciwieństwie do ZSRR, rosja nie ma dziś za sobą koalicji zdolnej zasilać ją przemysłowo w sposób ciągły i masowy. Jest słaba także sojuszami, co unaocznia, jak daleko współczesna federacja rosyjska odeszła od realnej potęgi, którą próbuje symbolicznie dziedziczyć. W 1945 roku Związek Radziecki wychodził z wojny jako jedno z dwóch globalnych supermocarstw. W 2026 roku rosja, po identycznym czasie walk, pozostaje państwem uwikłanym w konflikt, którego nie potrafi zakończyć ani wygrać, a którego sens coraz trudniej wytłumaczyć własnemu społeczeństwu.

PS. Nie, żebym wierzył w jakąś rosyjską zdolność do samorefleksji, spodziewał się społecznego głośno wyartykułowanego „sprawdzam!”; zapewne putin nie ma się czego obawiać, przynajmniej na razie. Bardziej prawdopodobne, że rosjanie przełkną kolejne symboliczne upokorzenie, a propaganda im „wyjaśni” umowność tych 1418 dni. Bez bicia się w pierś i szukania rzeczywistych powodów rosyjskich niepowodzeń…

Ten tekst – bez nawiązań do poprzedniego materiału i w wersji bardziej rozbudowanej – opublikowałem w portalu TVP.Info. Oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Wrażenie

W nocy z czwartku na piątek rosjanie przeprowadzili kolejny rozległy nalot na terytorium Ukrainy, w którym użyto kilkuset środków bojowych – dronów, pocisków i rakiet. Ataki objęły miasta i krytyczne elementy infrastruktury.

Na celowniku znalazł się przede wszystkim Kijów – zginęły tam cztery osoby, a co najmniej 24 zostały ranne. Wśród poszkodowanych jest również kilku ratowników, którzy przybyli na miejsca pożarów – rosjanie zaatakowali ich z premedytacją; taki mają pomysł na zastraszanie służb ratunkowych, zniechęcanie ich do niesienia pomocy.

Ale dzisiejszej nocy uderzono również we Lwów i okolice. Między Lwowem a miejscowością Stryj spadł pocisk hipersoniczny Oresznik. Rakieta ta charakteryzuje się ogromną prędkością (powyżej 10 Machów – ponad 13 000 km/h) i teoretycznie może przenosić zarówno konwencjonalne, jak i jądrowe ładunki wybuchowe. Jest wielogłowicowa – w tym przypadku mówimy o sześciu głowicach, które „rozdzieliły się” w ostatniej fazie lotu.

rosjanie już raz się Oresznikiem („dziadkiem do orzechów) posłużyli – w 2024 roku, atakując Dnipro.

„Dziś, w odpowiedzi na terrorystyczny atak reżimu kijowskiego na rezydencję prezydenta federacji rosyjskiej w obwodzie nowogrodzkim, siły zbrojne przeprowadziły zmasowane uderzenie z użyciem precyzyjnej broni dalekiego zasięgu bazowania lądowego i morskiego, w tym mobilnego naziemnego systemu rakietowego średniego zasięgu Oresznik”, głosi komunikat rosyjskiego MON. Wieńczy go stwierdzenie, że wszystkie zamierzenia operacji zostały zrealizowane.

W sukurs tej informacji idą doniesienia kolportowane przez (pro)rosyjskich propagandystów, wedle których magazyn gazu w Stryju – obok innych obiektów energetycznych – również poszedł z dymem. Innymi słowy, jest sukces – gaz wszak to paliwo używane w energetyce, a Moskwie chodzi o to, by ukraińską energetykę zabić. Zimą, by zabić też ducha oporu zamarzających Ukraińców. Skądinąd wspomniani propagandyści w ogóle się nie krygują i mówią o tych zamiarach wprost, uważając, że to zupełnie normalny sposób prowadzenia wojny – odbieranie cywilom wody, ciepła, prądu. Ot, kolejny przykład moralnej i umysłowej degeneracji skarpetkosceptyków…

Do rzeczy. Oresznik to groźna broń. Lecącego pocisku w zasadzie nie da się zestrzelić (odpowiednią technologię posiadają jedynie Stany Zjednoczone i Izrael), uzbrojony w głowice bojowe może dokonać dużych, a w przypadku „atomówek” ogromnych zniszczeń. Ale tak jak w Dnipro, tak i pod Lwowem, rosjanie użyli głowic ćwiczebnych. Łódek wypełnionych betonem. W miejscu, w którym coś takiego lutnie, powstanie spory dół. Biada zabudowie, która znajdzie się na drodze – energia kinetyczna takiego zdarzenia wystarczy, by uszkodzić pokaźnej wielkości budynek. Aż tyle i tylko tyle. Nie ma eksplozji, nie ma większych zniszczeń.

Co więcej, Oresznika zaprojektowano m.in. do niszczenia ukrytych pod ziemią stanowisk dowodzenia. Głowica bojowa ma zdolność penetracji na głębokość mniej więcej 100 metrów. Zbiorniki magazynu w Stryju znajdują się 400 metrów pod powierzchnią, więc nawet przy zastosowaniu całego spektrum możliwości Oresznika, nic by to nie dało, o czym rosyjskie dowództwo z pewnością wie.

We Lwowie i okolicy nikt nie zginął, system FIRMS nie odnotował żadnego pożaru.

Propagandyści więc kłamią, choć rosyjski MON już niekoniecznie. Oresznika bowiem nie użyto do osiągnięcia jakiegoś konkretnego efektu niszczącego, lecz do wytworzenia skutku politycznego i psychologicznego. Lądujące nieopodal Lwowa głowice to próba zastraszenia Ukrainy i Zachodu samym faktem użycia broni kojarzonej z poziomem strategicznym. Moskwa chciała pokazać, że ma jeszcze „rezerwy strachu” do uruchomienia.

Czy osiągnęła efekt? Po części tak, bo o Oreszniku piszą dziś wszystkie liczące się zachodnie media. Pytanie, czy damy rosjanom więcej i pozwolimy się zastraszyć? Oreszników jest jak na lekarstwo, są dalece niedoskonałe – biorąc pod uwagę dotychczasowe doświadczenia, częściej toto wybuchało przy starcie, niż dolatywało do celu. A ich najgroźniejsza natura objawić się może wyłącznie w konflikcie, w którym nie byłoby granic eskalacji, którego nikt nie zacznie, bo nikt go nie wygra. Spójrzmy więc na sprawy tak, jak one wyglądają: rosja strzela coraz drożej i coraz głośniej, ale coraz częściej po to, by zrobić wrażenie. Nie dajmy się temu wrażeniu zwieść. Ukraińcy się nie dają i dzisiejsze użycie „dziadka do orzechów” zwyczajnie po nich spływa…

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. odczyt z FIRMS-a, z ostatniej doby. Stryj w „kółeczku” (Lwów powyżej). Jak widać, satelity nie zarejestrowały żadnych ognisk pożarów…

Duet

Kyryło Budanow, dotychczasowy szef wywiadu wojskowego (HUR), trafił na stanowisko szefa Biura Prezydenta, a Mychajło Fedorow, architekt cyfryzacji państwa i zaplecza dronowego armii, pojawił się jako kandydat na ministra obrony. To nie są kosmetyczne zmiany. Co oznaczają?

Budanow to „twardziel”, dobrze znany opinii publicznej jako „twarz” spektakularnych akcji wywiadowczych. Kierowany przez niego HUR konsekwentnie przesuwał ciężar działań poza linię frontu. Uderzenia w lotniska bombowców strategicznych, operacje dywersyjne na Krymie, sabotaż infrastruktury transportowej oraz działania przeciwko rosyjskim kadrom dowódczym i zapleczu propagandowemu miały wspólny cel: zmusić Moskwę do rozproszenia sił, zwiększyć koszty ochrony zaplecza i podważyć narrację o pełnej kontroli sytuacji. Budanow postrzega wojnę jako system naczyń połączonych – kombinację działań wywiadowczych, precyzyjnych środków uderzeniowych oraz świadomego oddziaływania na propagandę wewnętrzną i zewnętrzną.

Fedorow z kolei zbudował zaplecze cyfrowe państwa oparte na platformie Diia. Początkowo cywilny system identyfikacji i obsługi administracyjnej został w czasie wojny rozszerzony o rozwiązania wspierające wojsko: rekrutację, weryfikację danych, obsługę świadczeń i bieżący kontakt żołnierzy z administracją. Równolegle w dorobku Fedorowa znalazł się ekosystem „Army of Drones”: uproszczona certyfikacja i zakupy, włączenie prywatnych firm i start-upów do produkcji oraz cyfrowe systemy ewidencji, napraw i rotacji sprzętu bezzałogowego. Program ten skrócił drogę od projektu do użycia bojowego i zwiększył skalę dostaw dronów na front.

Budanow i Fedorow tworzą więc parę o komplementarnych kompetencjach. Za pierwszym stoi wiedza tajna i doświadczenie operacyjne, za drugim – menedżerskie podejście do państwa w warunkach wojny oraz technologia sprawdzona w praktyce. Jak takie połączenie przełoży się na sposób prowadzenia działań zbrojnych?

—–

Budanow powinien przyspieszyć sprzężenie wywiadu z planowaniem operacyjnym. Generał opuścił fotel szefa służby, ale byłoby naiwnością zakładać, że „odpuścił” HUR. Jako insajder aparatu bezpieczeństwa u boku prezydenta skraca dystans między informacją a decyzją, co może przełożyć się na sprawniejszą koordynację uderzeń precyzyjnych i szybsze wykorzystywanie okazji operacyjnych – od działań na zapleczu przeciwnika po reakcję na jego manewry.

Fedorow znany jest z promowania bezzałogowych systemów bojowych, cyfrowych narzędzi wsparcia dowodzenia i logistyki oraz szybkiej industrializacji rozwiązań prostych, tanich i łatwych do skalowania, a jednocześnie skutecznych na polu walki. Jego pojawienie się na czele resortu obrony może przyspieszyć masową produkcję dronów, rozwój systemów walki radioelektronicznej oraz szersze włączenie prywatnego sektora technologicznego w proces produkcji zbrojeniowej – z krótszymi łańcuchami dostaw i większą elastycznością przemysłu.

Gdy administracja stawia na wywiad i technologię ofensywną, może to przełożyć się na częstsze i precyzyjniejsze ataki na krytyczną infrastrukturę przeciwnika. Podniesie to koszty dla rosji, ale w krótkim terminie zwiększy też ryzyko lokalnych eskalacji i działań odwetowych. Z punktu widzenia Kijowa takie napięcie może się jednak opłacać: szybkie zwiększenie presji dziś, wzmacnia pozycję przy stole negocjacyjnym jutro.

—–

Siła militarna bezpośrednio przekłada się na zdolność do prowadzenia skutecznego dialogu polityczno-dyplomatycznego. Budanow wnosi do tego procesu rzadkie doświadczenie kontaktów utrzymywanych poza światłem reflektorów – od kanałów roboczych po negocjacje w sprawie wymiany jeńców. To predestynuje go do roli pośrednika, który zna mechanizmy działania przeciwnika i potrafi je uwzględniać, nie rezygnując z obrony kluczowych interesów. Jego obecność w Biurze Prezydenta sugeruje, że Kijów chce prowadzić rozmowy pokojowe w oparciu o twardą wiedzę wywiadowczą i zdolność bieżącej weryfikacji ustaleń.

Fedorow wzmacnia argument ekonomiczno-przemysłowy Ukrainy w rozmowach z partnerami i potencjalnymi mediatorami. Zdolność do szybkiej odbudowy produkcji, rozwijania własnych systemów uzbrojenia i utrzymania ciągłości funkcjonowania państwa w warunkach wojny staje się bowiem mierzalnym elementem wiarygodności. Jeśli Kijów potrafi pokazać, że nie jest wyłącznie odbiorcą pomocy, lecz aktywnym producentem zdolności obronnych – od dronów po zaplecze cyfrowe i logistyczne – może negocjować z pozycji państwa zdolnego do samodzielnego utrzymania bezpieczeństwa. W takim ujęciu modernizacja obronna przestaje być jedynie kwestią wojskową, a zaczyna pełnić rolę gwarancji: sygnału, że ewentualne porozumienie nie opiera się na obietnicach, lecz na realnej zdolności do jego egzekwowania.

Powołanie duetu Budanow–Fedorow przynosi wymierne korzyści, ale niesie też konkretne ryzyka. Jakie? O tym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu „Polska Zbrojna” – oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Fedorow wniósł wiele zasług w to, by armia ukraińska stała się dronową potęgą. Zdjęcie ilustracyjne/fot. SzG ZSU

Popłuczyna

rosyjska propaganda uwielbia budowanie analogii między specjalną operacją wojskową a wielką wojną ojczyźnianą. Prawdę powiedziawszy, robiła to już wcześniej, na etapie donbaskiej rebelii. Pamiętam przekazy radiowe i telewizyjne, których słuchałem i które oglądałem podczas wyjazdu do tzw. donieckiej republiki ludowej. Był przełom kwietnia i maja 2015 roku, zbliżała się rocznica wielkiej pobiedy – w kontrolowanych przez rosjan mediach dominował przekaz, zgodnie z którym współcześni rosjanie i prorosyjscy Ukraińcy, niczym ich dziadkowie w latach 1941-45, walczyli z faszyzmem. Tamten był niemiecki, ten ukraiński, ale jeden czort, przekonywano.

Wojenno-ojczyźniana narracja przybrała na sile wraz z przedłużaniem się obecnej wojny. Należało ją zsakralizować, zwłaszcza po upokarzających klęskach armii rosyjskiej w 2022 roku. „Popełniliśmy błędy, ale się otrząsnęliśmy – i teraz już tylko na Zachód”, przekonują propagandyści Kremla. By rzecz się spinała z faktami, do rangi wielkich sukcesów wywyższane są walki o nieznane nikomu przed wojną miejscowości. Zresztą fakty i tak przegrywają w tej konfrontacji, bo rosjanie zwyczajnie kłamią na temat swoich sukcesów. Kłamią świat, okłamują samych siebie – i jakoś się to kręci.

Tyle że nieuchronnie zbliża się 1418. dzień „specjalnej operacji wojskowej” putina. A dokładnie tyle trwała wielka wojna ojczyźniana. To moment, w którym symbol może rosjanom zaciążyć. Dlaczego? Wystarczy spojrzeć na mapę. Armia czerwona w ciągu 1418 dni przeszła drogę od katastrofy 1941 roku do Berlina. Armia rosyjska po ponad 1400 dniach wojny z Ukrainą wciąż walczy o kolejne wsie i miasteczka, płacąc za nie tysiącami ludzi. Dynamika? Skala? Efekt strategiczny? To są zupełnie różne światy. Propaganda może rysować strzałki, ale rzeczywistości nie da się domalować.

I dlatego w rosji czuć dziś napięcie. Bo rocznica sprowokuje – po prawdzie to już prowokuje – niewygodne pytania. Skoro wtedy się udało, a dziś nie, to gdzie tkwi problem? W dowództwie? W państwie? W samej armii? Władza bardzo nie lubi takich pytań.

Bo a nuż ktoś wreszcie zwróci uwagę, że skuteczność armii czerwonej nie była wyłącznie „rosyjska”. Walczyli w niej Ukraińcy – dziś stojący po drugiej stronie frontu. Walczyli Białorusini – obecnie formalnie neutralni, a ich ochotnicy biją się po stronie Ukrainy. Walczyły narody Azji Centralnej – Uzbekowie, Kirgizi, Kazachowie – które dziś mają własne państwa i własne interesy, niekoniecznie zbieżne z interesami Moskwy. Imperium wygrywało, bo było imperium: demograficznym, etnicznym, mobilizacyjnym i kulturowym.

Dziś ten zasób już nie istnieje. Owszem, w szeregach armii rosyjskiej wciąż walczą mniejsze etnosy z Syberii i Kaukazu. Ale to nie one decydują. Są rekrutowane, wysyłane na front i giną pod dowództwem rosjan, w ramach struktury, która pozostała rosyjskocentryczna do bólu.

I tu dochodzimy do sedna problemu. Niska efektywność rosyjskiej armii w Ukrainie uderza w jeden z fundamentów rosyjskiej państwowości: mit o cywilizacyjnej wyższości rosjan. Mit, który głosił, że rusyfikacja to nie przemoc, lecz „ulepszanie”; że rosyjskie państwo, rosyjska kultura i rosyjska armia są narzędziami porządku, rozwoju i sensu. Od czasów carskich wojsko było kluczowym instrumentem tej narracji – kuźnią lojalności i fabryką „lepszych poddanych”.

No i co? I gówno. Emanacja rosyjskiej wyższości kręci się niczym smród po gaciach, od czterech lat próbując pokonać sąsiada – mniejszego, słabszego, pozornie skazanego na klęskę. Trudno nie wywieść z tego wniosku, że rosja bez wartościowych mniejszości to popłuczyna po imperium. 12 stycznia 2026 roku będzie 1418. dowodem tej tezy…

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. parada w Moskwie z okazji 9 maja. 1418. dzień spec-operacji raczej takich fajerwerków nie przyniesie…/fot. kremlin.ru