Cele

Nad ranem w Kijowie znów zawyły syreny alarmowe. Tym razem rosjanie nie zaatakowali Ukrainy rakietami, nie był to też mieszany nalot przy użyciu pocisków balistycznych i dronów. W ruch poszły jedynie te ostatnie – irańskie szahidy, które nadleciały nad miasto dwiema falami. W stolicy niewielkiemu uszkodzeniu uległ budynek administracji i cztery domy mieszkalne, pod miastem – kolejny. Wszystkie zniszczenia wywołały szczątki spadających dronów-kamikadze – stołeczna obrona przeciwlotnicza zestrzeliła ich w sumie 13.

Co istotne, nie ma zgłoszeń o stratach osobowych.

Jeszcze jakiś czas temu spekulowano, że zapas amunicji krążącej, posłanej rosjanom przez Iran, uległ wyczerpaniu. Szahidy na wiele dni znikły znad Ukrainy, ich nieobecność tłumaczono także konstrukcją, źle znoszącą zimowe warunki – co ostatecznie okazało się nieprawdą. Drony-kamikadze irańskiej produkcji mogą operować przy niskich temperaturach, o czym dziś przekonali się kijowianie. Tym niemniej faktycznie – wcześniejsze partie tej broni musiały rosjanom „wyjść”. Bez zbędnych szczegółów – zestrzelone rano szahidy zostały wyprodukowane na przestrzeni ostatnich tygodni. To zaś oznacza, że Teheran kontynuował dostawy mimo świadomości, że drony nie rażą celów wojskowych – że rosjanie używają ich do ataków na obiekty cywilne. Mamy tu zatem do czynienia ze świadomym udziałem w praktykach terrorystycznych.

Których rosja nie zamierza zaprzestać – o czym mówił ostatnio sam putin (dodając do wypowiedzi absurdalny argument, że to Ukraina zaczęła, atakują most krymski). Zachód reaguje, śląc i obiecując kolejne dostawy nowoczesnych systemów obrony przeciwlotniczej. Wczoraj gruchnęła wiadomość, że Amerykanie zamierzając dostarczyć armii ukraińskiej patrioty. Dziś, że Francuzi i Włosi przekażą Ukraińcom własne porównywalne systemy o nazwie SAMP/T. Oficjalnych deklaracji należy spodziewać się lada moment, zaraz potem ruszą szkolenia ukraińskich załóg – jeśli idzie o patrioty, nastąpi to w Grafenwoehr w Bawarii, gdzie znajduje się baza sił lądowych USA.

Szef Pentagonu Lloyd Austin i sekretarz stanu Antony Blinken, wielokrotnie w ostatnim czasie podkreślali, że obrona przeciwlotnicza jest priorytetem, jeśli chodzi o potrzeby wojskowe Ukrainy. Takie same opinie wyrażali przywódcy europejscy. Przekazanie wspomnianych systemów nie powinno więc być zaskoczeniem, ale zwróćmy uwagę, że w tej kategorii uzbrojenia to najlepsze, co Zachód może dać Ukrainie. Najnowsza i najbardziej sekretna wojskowa technologia zaczęła docierać na wschód już jakiś czas temu – punktem przełomowym były późnowiosenne dostawy himmarsów. Niemniej był to strumień wąski, ostrożnie dozowany, wciąż bowiem pokutowała – i w jakiejś mierze nadal pokutuje – obawa przed reakcją rosjan z jednej strony, utratą tajemnic (na przykład, gdy sprzęt wpadnie w ręce wroga) z drugiej. Z tej perspektywy patrząc, wysyłka patriotów to przekroczenie kolejnej „czerwonej linii”. Mówiąc wprost, NATO boi się dziś mniej i daje temu wyraz.

Lecz to zapewne również zwyczajna konieczność. Przez długi czas wsparcie dla ukraińskiej OPL sprowadzało się do „załatwiania” gdzie się dało części i całych systemów, w tym amunicji, pochodzenia sowieckiego. Problem w tym, że „rynek” się wydrenował, a ukraińskie zapasy – po dziesięciu miesiącach intensywnej wojny – są już na wyczerpaniu. „Bezbronne niebo” to porażająca wizja i pewny krok w kierunku ukraińskiej porażki, którego NATO nie chce ryzykować, nawet za cenę tak kosztownych dostaw (dość wspomnieć, że pojedyncza bateria Patriot kosztuje 2,5 mld dol; Ukraińcy raczej najnowszych wersji nie dostaną, ale i tak powierzony im zostanie sprzęt o wielkiej wartości).

Kreml już czuje pismo nosem i ustami dmitrija pieskowa grozi, że „patrioty w Ukrainie staną się celem rosji”. Uśmiecham się, gdyż dobrze pamiętam równie buńczuczne zapowiedzi dotyczące himmarsów. I wcale bym się nie zdziwił, gdyby ktoś mi powiedział, że w rosji zaczęto właśnie budować makiety patriotów, które podobnie jak makiety himmarsów „zagrają” w propagandowych filmikach rus-armii, ilustrujących widowiskowe rozwalanie zachodnich super-broni.

Budowniczy mają jeszcze trochę czasu, bo wdrożenie zachodnich systemów nie nastąpi z dnia na dzień. Dotychczasowa praktyka pokazuje, że o kolejnych dostawach nowoczesnego sprzętu dla Ukrainy dowiadujemy się post factum, a jedną z tajemnic ukraińskiego „szybkiego uczenia się” (nowych broni) jest fakt, że szkolenia odbywają się wcześniej, w tajemnicy, czasem w rygorze „decyzji jeszcze nie ma, ale na wszelki wypadek zapoznajcie się z tym systemem” (wiem, jak to brzmi, wybaczcie, lecz nie czuję się uprawniony do dzielenia się szczegółami). No i pozostaje kwestia spięcia różnorodnych elementów OPL w jeden działający system – „pożenienia” różnych technologii (zachodniej, też przecież zróżnicowanej, posowieckiej i ukraińskiej). Myślę, że w najlepszym razie zajmie to wiele tygodni. Że o pierwszym bojowym użyciu patriotów usłyszmy nie szybciej niż na wiosnę.

Chciałoby się szybciej, to oczywiste. Z drugiej strony patrząc, Ukraina musi budować swoje zdolności obronne nie tylko na dziś czy jutro, ale i na pojutrze. Jestem przekonany, że armia ukraińska pokona rosjan i wyrzuci ich z kraju, lecz zarazem wątpię, by przyniosło to koniec wojny. Taki „automatyczny”; rosja bowiem nie odpuści i pobita na lądzie – przynajmniej przez jakiś czas – będzie jeszcze kontynuować kampanię terrorystycznych ataków powietrznych z użyciem rakiet i dronów. Z zamysłem nie tyle zemsty, co dalszej dewastacji Ukrainy, z nadzieją, że jej mieszkańcy w końcu „pękną”.

To na ten scenariusz Kijów potrzebuje solidnego parasola.

Koniecznym byłoby też pozbawienie rosjan dostaw nowych rakiet i dronów (zapasy w końcu i tak wystrzelają). Czyli presja na sojuszników typu Iran czy Korea Północna oraz fizyczne zniszczenie rosyjskich zakładów. Nie produkują one pocisków balistycznych i rakiet „na kopy” – przeciwnie. Ale nawet te 40 sztuk miesięcznie, to o 40 za dużo. Nad tym jednak pochylę się przy okazji innego wpisu.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Uszkodzony rosyjski pocisk manewrujący/fot. Sztab Generalny Sił Zbrojnych Ukrainy

Bachmut

Zerknąłem na profil mojego „ulubionego” prorosyjskiego aktywisty medialnego – by zorientować się w nowych trendach, jakie obowiązują w przekazie moskali „na Polskę” (a nie zawsze są one tożsame z tym, co serwowane jest przez rosjan na użytek wewnętrznej propagandy). No i czytam, że „krwawa bitwa o Bachmut pochłania kolejne ofiary, oprócz tysięcy Ukraińców ostatnio zginęło wielu ochotników/najemników z innych państw, w tym pięciu Gruzinów oraz dwóch Polaków i obywatel Stanów Zjednoczonych”. Potem jest cytat za brytyjskim Telegraphem (tytuł i lead artykułu z 9 grudnia): „Wewnątrz miasta Bachmut: Dziwna i bezsensowna śmiertelna pułapka, wysysająca wyczerpaną armię Ukrainy. Miasto widziało setki zabitych lub rannych każdego dnia w krwawych frontalnych atakach, ale ma niewielkie znaczenie militarne”. I tyle. Czytelnik zostaje z przekonaniem, że Bachmut to „maszynka do mielenia mięsa” dla Ukraińców i zagraniczniaków. Coś mu nie gra w przekazie, gdy czyta o ledwie ośmiu poległych ochotnikach, no ale zaraz potem dostaje fragment z zachodniej prasy, gdzie kilka przymiotników potęguje nastrój grozy. Żaden z tego majstersztyk, ale dobre zagranie, generalnie wpisujące się w linię kremlowskiej propagandy, która opisuje bachmuckie zmagania w kategoriach epickiej bitwy, decydującej o losach „operacji specjalnej” (gdzie „tamci”, co oczywiste, ponoszą dużo większe straty niż „my”).

Jeśli w ogóle opisuje – tu bowiem potrzebne jest istotne zastrzeżenie. Ukraina wciąż pozostaje „na propsie” w rosyjskiej telewizji i Internecie, ale coraz częściej zastępują ją inne tematy. rosjanie, zamiast wieści z frontu, dostają paszkwilanckie artykuły o zgniłym i upadającym Zachodzie, mogę też sobie – w „prajmtajmie” – posłuchać wróżek i wróżów. Jest w tym sporo znamiennej dekadencji, ale ja dziś nie o tym.

Wróćmy do bitwy o Bachmut i jej medialnych odsłon. Artykuł z Telegrapha nie jest „wypadkiem przy pracy”. Ponure w wymowie teksty ukazują się w wielu innych tytułach w Polsce i w pozostałych krajach zachodniej wspólnoty. Niemal kropka w kropkę przypomina to olabożny nastrój z czasów walk o Siewierodonieck, które też skrwawiały Ukraińców i miały doprowadzić do ich spektakularnej porażki. Rosyjskie i „nasze” media grały tu w jednej drużynie, choć zakładam, że intencje były inne (w przypadku „naszych” chodziło zapewne o źle wyrażaną troskę oraz o clickbait – nie pokuszę się o stwierdzenie, co w tej parze było ważniejsze). Jak się skończył „Siewierodonieck”, wiemy – dość wspomnieć, że był to ostatni sukces rosjan, który na tyle zdziesiątkował najeźdźczą armię, że utraciła inicjatywę operacyjną na froncie. Od tego czasu rosjanie tylko przegrywają, a wąziutki bachmucki odcinek frontu jest jedynym, gdzie próbują jeszcze atakować.

I czynią to z determinacją. Presja na Bachmut nasiliła się dwa miesiące temu, ale zasadniczo walki o miasto trwają już od maja. W tym czasie oddziałom rosyjskim udało się przesunąć linię frontu o… 12,5 km. Za jaką cenę? Dzienne rosyjskie straty oscylują wokół 500 zabitych i rannych, mniej więcej jedna trzecia z tego przypada na odcinek bachmucki. To dużo, a w liczonej tygodniami perspektywie czasowej bardzo dużo. Biorąc pod uwagę skalę rosyjskiego zaangażowania w Ukrainie – dość, by uczynić Bachmut drugim Siewierodonieckiem, w czym kryją się intencje ukraińskiego dowództwa. Walery Załużny nie toczy samobójczego boju, ale robi to, na czym on i jego podwładni znają się najlepiej – wykrwawia rosjan. Oczywiście, ponosząc straty, ale nie są one wyższe od rosyjskich. I być nie mogą, wszak to rosjanie dokonują frontalnych ataków, a ich walce artyleryjski – jakkolwiek zgładził już niemal całą materialną powłokę Bachmutu – non stop się zacina, bo Ukraińcy skutecznie paraliżują dostawy amunicji, ładując himarsami po rosyjskich tyłach. No i ów walec „zawsze” był przereklamowany – bił gęsto, lecz na oślep, po pozycjach, które na czas nawały były (i są) przez obrońców opuszczane. Jeśli więc giną tysiące – jak chce tego przywołany na wstępie aktywista – to rosjan, rzucanych do co rusz ponawianych ataków (i to przy założeniu, że patrzymy na bitwę od jej początku, nie zaś na kilkudniowy wycinek).

Giną w okolicznościach, które przypominają pierwszowojenne zmagania, kiedy zdobycze terytorialne usiłowano osiągać przy użyciu ludzkiej masy. Co zresztą jest jedynym uprawnionym porównaniem do czasów Wielkiej Wojny. Mówienie o Bachmucie jako o współczesnym Verdun to nadużycie. Wiem, że zdjęcia wypalonych kikutów drzew czy zalanych błotem okopów uwalniają wyobraźnię, ale nie – nie ta skala, nie ta śmiertelność, nie to natężenie walk (podczas 10 miesięcy zmagań pod Verdun, w które zaangażowanych było 1,8 mln żołnierzy – a niemal 700 tys. zginęło (!) – wystrzelono 36 mln pocisków artyleryjskich; mniej więcej 120 tys. dziennie). Ale wróćmy do częściowo zasadnej analogii – „raszyn-stajl” sprowadza się do pchania w „ukraińską paszczę” kolejnych fal źle wyposażonych i niedoszkolonych „mobików”. Ich jedynym zadaniem jest przyjęcie na siebie ukraińskiego ognia, by tym samym zużyć zapasy obrońców, samych obrońców, a jednocześnie zdemaskować ich pozycje ogniowe. Za „mięsem” poruszają się lepiej wyekwipowane i wyszkolone oddziały wagnerowców – i to one, choć przecież też nie bez strat, odpowiadają za rosyjskie „sukcesy”.

Taka taktyka – z jej fatalną relacją między kosztem a zyskiem – nie mieści się w głowach zachodnich wojskowych. Zwłaszcza że ewentualne korzyści operacyjne wynikłe z zajęcia ruin Bachmutu nie będą wielkie. W mediach mówi się o mieście jako o bramie do Kramatorska i Słowiańska, jakby teren między tymi miejscowościami był spacerówką, a nie obszarem od dawna przygotowanym do obrony, zaś ćwierć milionowa kramatorsko-słowiańska aglomeracja wioseczką, którą bierze się z marszu. Tymczasem nawet jeśli rosjanie zdobędą Bachmut, dalej nie pójdą, bo zabraknie im sił.

Po co więc tak uporczywie walczą o miasto? Odpowiedź wymyka się porządkowi wojskowemu, mieści się bowiem w porządku politycznym i propagandowym. Najeźdźcy – po całej serii upokarzających porażek – niczym powietrza potrzebują j a k i e g o k o l w i e k zwycięstwa. putin chciałby pochwalić się przed narodem zdobyciem bachumuckiej twierdzy jeszcze przed końcem roku. Koszty nie grają roli. Swoją drogą zobaczcie, z jakim upadkiem mamy do czynienia. Rzekomo druga armia świata za swój wielki sukces uzna przejęcie miasta wielkości Suwałk. Przy założeniu, że je zdobędzie.

Bo czy zdobędzie? Dla Ukraińców walki o Bachmut nie są sprawą życia i śmierci. Trudna sytuacja broniących się tam oddziałów nie jest trudną sytuacją całej ukraińskiej armii. Bachmut jest jak magnes, który ma przyciągać co „aktywniejsze” opiłki rus-armii. To niewdzięczna rola, ale dzięki niej sztabowcy gen. Załużnego mogą poświęcić uwagę innym odcinkom frontu – ługańskiemu i zaporoskiemu. Na którymś z nich dojdzie niebawem do kolejnej kontrofensywy.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Przy tej okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Magdalenie Kaczmarek, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Piotrowi Maćkowiakowi, Przemkowi Piotrowskiemu, Tomkowi Lewandowskiemu, Przemkowi Klimajowi i Tomaszowi Frontczakowi. A także: Szymonowi Jończykowi, Mateuszowi Jasinie, Remiemu Schleicherowi, Miko Kopczakowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Bernardowi Afeltowiczowi, Justynie Miodowskiej, Łukaszowi Kotale, Jarosławowi Grabowskiemu, Bożenie Bolechale, Aleksandrowi Stępieniowi i Monice Kołakowskiej. Ponadto: Marii Ryll, Dariuszowi Pietrzakowi, Juliuszowi Zającowi i Katarzynie Byłów.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatnich siedmiu dni: Pawłowi Gralakowi, Michałowi Baszyńskiemu, Robertowi Wasiakowi oraz Czytelniczce o imieniu Ania. Ponadto: Piotrowi Mrawikowi, Agnieszce Stepaniak, Beacie Baranowskiej, Czytelnikowi posługującemu się nickiem wbardzinski, Czytelnikowi o imieniu Stefan oraz Piotrowi Dopierale.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały. Raz jeszcze dziękuję!

Nz. Ukraińska artyleria w walkach o Bachmut/fot. Sztab Generalny Ukraińskich Sił Zbrojnych

„Mobilizator”

„Najgorętszy” w ostatnich dniach temat w Polsce dotyczy rzekomych przyszłorocznych planów przeszkolenia 200 tys. rezerwistów. „Czemu to ja miałbym iść do woja na cały miesiąc!? Mam rodzinę, pracę, zobowiązania…” – głosy tego typu zdają się dominować, cytowane w mediach i wygłaszane w serwisach społecznościowych. I choć dyskusja daje dowód niskiej jakości świadomości obywatelskiej Polaków, obnażając przy tym hipokryzję wielu potencjalnych rezerwistów, niespecjalnie się nią przejmuję. Wkurza mnie to podejście, że obowiązek obowiązkiem, ale niech go wykonają inni („przecież mamy zawodową armię! – grzmi jeden z drugim). Wkurza tym mocniej, że przykład Ukrainy powinien przekonanie o konieczności posiadania rezerw sprowadzić do poziomu wiedzy potocznej, wytłumić opinie mówiące o bezsensie szkoleń. No więc jest we mnie złość, ale nie załamuję rąk nad „społeczeństwem mięczaków, wygodnickich, defetystów”. W dalszej części tekstu napiszę dlaczego, a póki co chciałbym się odnieść do clou informacji – i naprostować pojawiające się przekłamania.

Zacznijmy od podstawowej kwestii – dwustu tysięcy powołań na ćwiczenia. To wcale nie znaczy, że tyle osób pójdzie w kamasze – 200 tys. to górny limit wyznaczony w projekcie dotyczącym funkcjonowania sił zbrojnych w 2023 roku, tożsamy z zapisem obowiązującym na ten rok. Czy w 2022 roku powołano na ćwiczenia 200 tys. rezerwistów? Nie, wojsko nie przedstawia dokładnych danych, ale wiadomo, że jest to dużo-dużo mniejsza pula. W 2023 roku zapewne również skończy się na kilku-kilkunastoprocentowym wykorzystaniu limitu, bo choć z jednej strony nie obowiązują już obostrzenia kowidowe, a wojna tuż za granicą motywuje do zwiększania zasobów mobilizacyjnych, z drugiej, w tym roku weszła w życie ustawa o obronie ojczyzny, która wprowadziła zasadniczą, dobrowolną służbę wojskową. W jej ramach MON chciałby przeszkolić w 2023 roku niemal 29 tys. osób, a budżet ministerstwa z gumy nie jest, bazy szkoleniowej (i personelu) też nie da się z miesiąca na miesiąc pomnożyć.

Tym niemniej jacyś rezerwiści do woja trafią, ale… Ale otrzymanie poczty z Wojskowego Centrum Rekrutacji wcale sprawy nie przesądza. De facto jest to wezwanie na kwalifikację do ćwiczeń, w dodatku wysyłane z wielotygodniowym wyprzedzeniem (obecne wezwania dotyczą ćwiczeń zaplanowanych za trzy miesiące). Jeśli komuś nie uśmiecha się czasowe założenie munduru, może zawnioskować o zwolnienie, przedstawiając odpowiednie dokumenty (dotyczące stanu zdrowia, sytuacji rodzinnej, pracy). Ich ocena – poza oczywistymi sytuacjami niezdolności do służby – ma charakter arbitralny, lecz decyzja o skierowaniu na ćwiczenia, jak każda procedura administracyjna, ma też mechanizm odwoławczy.

Bezzasadne w każdym razie są lęki dotyczące reakcji pracodawcy („wyrzuci mnie, jak zniknę na miesiąc”). Ma on ustawowy obowiązek zwolnienia pracownika, posyłanego na szkolenie. Dzieje się to w ramach bezpłatnego urlopu, ale wojsko straty wetuje. W najczęstszym przypadku – gdy mowa o szeregowcach – rekompensata wynosi 130 zł za każdy dzień w koszarach, co przy 30-dniowym szkoleniu daje kwotę 3,9 tys. zł.

80 proc. Polaków zarabia mniej lub tyle samo, o czym wspominam w kontekście często pojawiającego się argumentu o „finansowej stracie”, będącej efektem powołania. Ci, którzy zarabiają więcej, mogą złożyć wniosek o wyższą rekompensatę. Osoby prowadzące jednoosobową działalność gospodarczą – dla których miesiąc poza branżą mógłby oznaczać poważniejsze kłopoty – mają możliwość wnioskowania o zwolnienie z ćwiczeń (albo o ich odroczenie).

Co ważne, szkolenia dotyczą zarówno tych, którzy w wojsku już byli, jak i tych przeniesionych do rezerwy „z automatu”. Ustawa o obronie ojczyzny przewiduje, że obowiązkowe ćwiczenia dotyczą osób pełnoletnich przed 55. rokiem życia (w przypadku podoficerów i oficerów górny próg wyznacza ukończony 63. r.ż.), posiadających kategorię zdrowia A. Ćwiczenia mogą być: jednodniowe, krótkotrwałe – trwające nieprzerwanie do 30 dni; długotrwałe – trwające nieprzerwanie do 90 dni; rotacyjne – trwające łącznie do 30 dni i odbywane z przerwami w określonych dniach w ciągu danego roku kalendarzowego. Z reguły wojsko poprzestaje na ćwiczeniach krótkotrwałych, najczęściej dwutygodniowych.

—–

Czy dwa lub nawet cztery tygodnie to dużo? Moim zdaniem nie, ale sporo osób uważa inaczej. I daje temu wyraz, ku uciesze rosyjskiej propagandy, która już dostrzegła, że „Polacy nie chcą zakładać munduru” (jakby k… rosjanie chcieli…). Szczęśliwie z tej radochy moskali niewiele wynika. Po pierwsze, żeruje ona na medialnym szumie („pustych” deklaracjach i wirtualnym oburzeniu), po drugie, niechęć do wojska czasu pokoju wcale nie musi oznaczać, że w razie W nie będzie komu bronić ojczyzny. Spójrzmy na Ukrainę, która nie ma poważnych problemów z uzupełnianiem stanów osobowych armii. Mimo iż wojsko zaangażowane jest w koszmarnie ofiarochłonną wojnę. Czy Ukraińcy są jacyś inni niż my? Nie sądzę. Tuż przed rozpoczęciem inwazji – w lutym br. – tylko 37 proc. obywateli Ukrainy deklarowało bezwzględną chęć walki w razie rosyjskiej agresji. Dziś dziewięciu na dziesięciu Ukraińców chce toczyć wojnę aż do zwycięskiego końca, bez żadnych zgniłych kompromisów. Co się wydarzyło po drodze? Coś, co byłoby i naszym udziałem, zakładając, że jedyny realny scenariusz działań wojennych na terytorium RP wiązałby się z rosyjską napaścią (teraz niemożliwą, w ciągu najbliższych lat również nie, ale w nieco odleglejszej przyszłości nie da się jej wykluczyć; sojusze nie są dane raz na zawsze). A jeśli rosyjską to…

I tu pozwólcie na historyczną dygresję. Słyszeliście o sowieckiej zbrodni w Nemmersdorfie? Chodzi o pierwszą niemiecką wieś, wtedy jeszcze w Prusach Wschodnich, zajętą przez armię czerwoną pod koniec czterdziestego czwartego roku. Wedle wciąż popularnej wersji, ruskie zamordowały tam siedemdziesiąt kobiet i dzieci. Niemki gwałcono, niektóre ukrzyżowano. Sowieci nie oszczędzili nawet ślepej staruszki i niemowlaka. Tak twierdzili propagandyści od Geobbelsa. Tymczasem ofiar nie było aż tyle – rosjanie zabili dwadzieścia parę osób. Po prostu je rozstrzelali – obyło się bez gwałtów i ukrzyżowań. Niemieckie zdjęcia, które poszły w świat, to fałszywki, inscenizacje z wykorzystaniem prawdziwych ofiar. Wykonano je po odzyskaniu wioski, kiedy Niemcy zdali sobie sprawę, że mają w ręku nie byle jaki argument. Tak powstał film o zbrodni w Nemmersdorfie, z jednym przesłaniem: „nie można dopuścić, aby sowieci weszli do Rzeszy, bo wówczas każda miejscowość stanie się Nemmersdorfem”. Stąd (m.in. rzecz jasna) wziął się niemiecki fanatyzm, opór przed bolszewikami stawiany do samego końca, mimo świadomości przegranej sprawy. Niemcy widzieli w czerwonoarmistach zgraję gwałcicieli i zabójców, zagrażających zdrowiu i życiu każdej Niemki. Sposób, w jaki „radzieccy” postępowali z niemiecką ludnością cywilną, po tym, jak w styczniu ’45 roku ruszyła znad Wisły ofensywa na zachód, tylko utwierdzał niemieckich żołnierzy w tym przekonaniu. Dość wspomnieć, że czerwonoarmiści zgwałcili 2 mln Niemek, część z nich wielokrotnie.

Wracając do Nemmersdorfu – rosjanie rozstrzelali mieszkańców wioski, licząc, że w ten sposób złamią wolę oporu Niemców. Egzekucja miała być zapowiedzią tego, co się wydarzy w każdej innej miejscowości, której mieszkańcom przyjdzie do głowy walczyć. Dzięki umiejętnej pracy Geobbelsa stało się na odwrót – a brutalna rzeczywistość tylko wzmocniła propagandowy przekaz.

Przed 24 lutego niemal jedna trzecia Ukraińców wykazywała sympatie prorosyjskie, dziś jest to kilka procent. Brutalność i barbarzyństwo, jakie cechują działania rosyjskich wojsk w Ukrainie, okazały się istotnym czynnikiem mobilizującym Ukraińców do walki. Tym silniejszym, że w Buczy, Irpieniu czy Izjumie niczego nie trzeba było improwizować, „podkręcać” – wystarczyło „czyste”, już dokonane zło.

W Polsce nadal żyją osoby z osobistym doświadczeniem sowieckiego bestialstwa, które towarzyszyło pochodowi armii czerwonej na zachód. Ich wspomnienia są przekazywane kolejnym pokoleniom – na najgłębszej psychologicznej płaszczyźnie z tego właśnie brał się nasz lęk, najpierw przez ZSRR, potem rosją. Dziś te obawy karmią się obrazkami z wyzwalanych spod okupacji terenów Ukrainy. One zostaną nam w głowach na lata, w razie potrzeby dając asumpt do mobilizacji, bo przecież nie chcemy u siebie Buczy czy Nemmersdorfu. putin – wbrew własnym intencjom – nie tylko zmusił Europę do zbrojeń, ale też uzbroił jej obywateli w świadomość, czym nadal pozostaje rosja i jej armia. Jak bardzo niemożliwa jest „cywilizowana okupacja” w jej wykonaniu.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Kompromitacja

W rosyjskim Internecie w zasadzie nie pisze się już o poniedziałkowych atakach na bazy bombowców w głębi rosji. Wielkie wzmożenie opadło, zdaje się, że kremlowskie służby zapanowały nad nastrojami aktywnych w tematyce militarnej internautów. Co nie dziwi, zważywszy na fakt, że sprawa jest wybitnie kompromitująca dla rosyjskiej armii i władzy. Mieliśmy bowiem do czynienia z uderzeniem w najistotniejszy fragment systemu obronnego federacji, który winien być strzeżony jak przysłowiowe oko w głowie. Teoretycznie atak na bombowce będące częścią jądrowej triady (w jej skład, poza lotnictwem strategicznym, wchodzą jeszcze okręty podwodne oraz naziemne i podziemne wyrzutnie rakiet międzykontynentalnych), daje wystarczający pretekst do użycia broni atomowej. Czego moskwa nie zrobiła i nie zrobi, obawiając się reakcji przede wszystkim USA. Lepiej schować głowę w piasek, udając, że nic się nie stało (jak robiono po pierwszych ukraińskich atakach na Krym, które przecież też obciążone były rzekomym ryzykiem potężnej riposty). Niestety – patrząc z perspektywy Kremla – tutaj „kitów żenić się już nie da”. „Swoi” o atakach wiedzą – za sprawą rosyjskich militarnych blogerów, rozczarowanych słabością ojczyzny, wieści poszły w świat. Rosyjskiemu MON zostało jedynie przyznać się do ataków, zdezawuować ich wymiar oraz wyciszyć sprawę.

W tej drugiej kwestii przyjęto ciekawą taktykę. Jeszcze tego samego dnia przyznano, że drony dokonały jedynie niewielkich uszkodzeń dwóch samolotów – jednego Tu-95 w Engels i jednego Tu-22M w Diagilewie. Na kilku ujawnionych zdjęciach widać poharatanego Tu-22. Laik rzeczywiście może uznać, że bombowiec nieznacznie ucierpiał, ale fachowcy nie mają wątpliwości, że skala uszkodzeń statecznika, tylnych skrzydeł i dysz silnika, kwalifikuje „tutkę” co najmniej do bardzo poważnego remontu, a najpewniej skończy się na skasowaniu samolotu i jego kanibalizacji. Tu-95 miał zaliczyć „drobne uszkodzenia w poszyciu”, ale na dowód nie przedstawiono żadnych fotografii. Trzy ofiary śmiertelne i cztery osoby ranne to skutek spadających odłamków – stwierdziło rosyjskie MON. Wedle oficjalnej wersji, ukraiński atak nie powiódł się – drony nie uderzyły w samoloty, zestrzelono je nad lotniskiem. Co istotne, były to wywodzące się jeszcze z czasów radzieckich Tu-141 Striż, odrzutowe bezpilotowce pierwotnie zaprojektowane do misji rozpoznawczych na głębokim zapleczu przeciwnika. Ukraińcy mieli te 50-letnie konstrukcje przerobić w pociski manewrujące i posłać nad rosję. Nadal nie ma jasności czy wojsko ukraińskie rzeczywiście użyło striży (jeżyków). Przesądzające wypowiedzi rosjan na ten temat to element propagandowej zagrywki – z jednej strony próba ukazania desperacji wroga (który sięga po archaiczną broń), z drugiej, odwołanie się do sowieckich sentymentów wciąż żywych w rosji (chodzi tu o nieco pokrętną, ale typową dla kremlowskiej propagandy logikę, którą można wyrazić mniej więcej tak: „broń może i stara, ale na tyle dobra, że nadal jej używają. Dobra, bo radziecka, czyli rosyjska, i gdyby nie fakt, że mamy nowsze systemy przeciwlotnicze, mogłoby być krucho”).

Oczywiście, takie przedstawienie sprawy rodzi masę pytań, ale jak napisałem – tych w rosyjskiej infosferze już się nie zadaje. Ja zaś chętnie się nad wątpliwościami pochylę, ale najpierw warto podnieść kwestię rzekomej rosyjskości radzieckiej techniki. Tu-141 produkowano w Charkowie, po 1991 roku Ukraina przejęła nie tylko sporą liczbę tych dronów, ale przede wszystkim fabrykę, dokumentację i kadry. Co ma znaczenie symboliczne, dobrze bowiem ilustruje szerszy problem. Obecna słabość rosyjskiej armii jest konsekwencją nie tylko endemicznej korupcji czy niskiej kultury technicznej. To także skutek utraty ukraińskiego zaplecza technicznego i przede wszystkim intelektualnego, które w czasach ZSRR w istotnym stopniu decydowało o jakości sowieckiej nauki i przemysłu. W swych chorych rojeniach o „odzyskaniu” Ukrainy putinowi chodziło także o ten wymiar scalenia.

Wracając do ataków – zostańmy przez chwilę przy oficjalnej rosyjskiej wersji. Już ona implikuje pytanie o to, jakim cudem ukraińskie drony przedarły się kilkaset kilometrów w głąb rosji, rzekomo nasyconej solidną, wielowarstwową OPL? Dlaczego ich nie zestrzelono, gdy były 400, 300 km od celów? Co się wydarzyło, że nie zareagowały z odpowiednim wyprzedzeniem instalacje przeciwlotnicze samych baz, skoro strzelano już bezpośrednio nad bombowcami? Czy rosjanie w ogóle widzieli nadlatujące jeżyki? Przelotowa prędkość Tu-141 to 1000 km/h, co oznacza, że drony przebywały w rosyjskiej przestrzeni powietrznej przez kilkadziesiąt minut (do pokonania miały 600-700 km). Wydaje się, iż wniosek o potiomkinowskim charakterze rosyjskiej obrony przeciwlotniczej jest jak najbardziej poprawny. A jeśli wszystko w niej działa jak należy, to dlaczego nie zadziałało? Sabotaż?

Co więcej, rosyjska wersja „nie klei się” z dostępnym materiałem filmowym. Na jednym z filmów (prawdopodobnie zarejestrowanym przez kamerę przemysłową) oglądamy eksplozję w Engels. Nie poprzedzają jej obserwowalne efekty pracy systemów przeciwlotniczych. Do zwalczania obiektów na bliskiej odległości (co miało nastąpić w obu przypadkach) używa się artylerii lufowej – gdy jest ciemno, smugi prowadzonego ognia są aż nadto widoczne. Zaryzykuję twierdzenie, że rosjanie niczego nie zestrzelili – że ukraińskie drony zastały ich „ze spuszczonymi spodniami”. Kwestia skutków porażenia zostaje otwarta – niewykluczone, że straty poniesione przez rosjan są poważniejsze, a nawet jeśli uszkodzono tylko dwie maszyny, może to nie być efekt zestrzeleń dronów, a ich niecelności (tego, że nie trafiły bezpośrednio w samoloty).

Tak czy inaczej, ukraińskie uderzenie – poza demonstracją sił i możliwości – miało także inny cel. W poprzednim poście zasugerowałem, że atak rakietowy, jaki przypuszczono na ukraińskie miasta w poniedziałek, mógł być rosyjską zemstą za to, co wydarzyło się nad ranem na lotniskach. To błędny wniosek, bo rosjanie nie są w stanie tak błyskawicznie reagować przy użyciu strategicznego lotnictwa. Wojna z Ukrainą pokazała, że moskiewska armia potrzebuje mniej więcej dwóch tygodni na przygotowanie nalotu, w którym z pokładów samolotów „schodzi” 40-50 rakiet i pocisków manewrujących (i nieco mniej z pokładów okrętów). To skutek rozmaitych niewydolności rosyjskiego wojska: logistyki i odległości (między bazami lotniczymi a magazynami rakiet), ograniczonej dostępności tych ostatnich (wiele wystrzelono, bieżąca produkcja jest śladowa), ograniczonej dostępności samolotów, które podlegają technicznej degradacji, niewystarczającej liczby personelu lotniczego i kulawego rozpoznania. Pod uwagę należy też wziąć czynnik obiektywny – rosjanie rażą ostatnio system energetyczny Ukrainy, trzeba kilkunastu dni, by jego elementy „podniosły się” po poprzednim ataku; a to te „podniesione” stanowią cel kolejnych uderzeń. Przygotowania do ataków nie uchodzą uwadze natowskich i ukraińskich służb (głównie za sprawą zwiadu satelitarnego i nasłuchu rosyjskich sieci komunikacyjnych) – da się je przewidzieć z niezłą dokładnością. Poniedziałkowy ostrzał ukraińskiej infrastruktury nie był dla obrońców zaskoczeniem, a dronowa eskapada miała z wyprzedzeniem ograniczyć jego skutki. Na ujawnionym przez rosyjski MON zdjęciu uszkodzonego Tu-22M widzimy pod samolotem podwieszony pocisk manewrujący. Oznacza to, że tupolew był w ostatniej fazie przygotowań do startu (pociski mocuje się na kilka-kilkanaście godzin przed rozpoczęciem misji). Gdyby nie pożar maszyny, rakieta zostałaby wyniesiona w powietrze i wystrzelona.

Co dalej? Z nieoficjalnych informacji wynika, że rosjanie redukują ryzyko – część Tu-95 z bazy w Engels ma zostać przeniesiona daleko na północ, aż pod Murmańsk. Tam nie sięgną ich ukraińskie drony, ale nadal pozostaną w zasięgu natowskiego rozpoznania. Co oznacza, że Ukraińcy zyskają dodatkowy czas, by przygotować się na przyjęcie wystrzeliwanych z samolotów rakiet. Dobre i to, choć oczywiście idealnym rozwiązaniem byłoby fizyczne pozbycie się rosyjskich „nosicieli”.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Przy tej okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Magdalenie Kaczmarek, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Piotrowi Maćkowiakowi, Przemkowi Piotrowskiemu, Tomkowi Lewandowskiemu, Przemkowi Klimajowi i Tomaszowi Frontczakowi. A także: Szymonowi Jończykowi, Mateuszowi Jasinie, Remiemu Schleicherowi, Miko Kopczakowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Bernardowi Afeltowiczowi, Justynie Miodowskiej, Łukaszowi Kotale, Jarosławowi Grabowskiemu, Bożenie Bolechale i Aleksandrowi Stępieniowi. Ponadto: Marii Ryll, Dariuszowi Pietrzakowi, Juliuszowi Zającowi i Katarzynie Byłów.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatnich siedmiu dni: Sławkowi Romanowi, Czytelnikowi imieniem Piotr, Małgosi Król, Markowi Wasilewskiemu, Joannie Boj, Adamowi Orzołowi, Joannie Siarze, Danielowi Alankiewiczowi, Marii Cibickiej, Markowi Mozołowskiemu, Kamilowi Zemlakowi, Czytelnikowi posługującemu się inicjałem RS, Karolinie Kowalskiej-Staśkiewicz, Radosławowi Kotowi, Karolowi Woźniakowi i Stanisławowi Czarneckiemu.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały. Raz jeszcze dziękuję!

Nz. Tu-22M z widocznymi uszkodzeniami. W prawym dolnym rogu widać podwieszoną rakietę Ch-22/fot. MOFR

Podgryzanie

Od rana w rosyjskim Internecie panika, złość i chęć odwetu. A wszystko za sprawą dwóch niemal jednoczesnych eksplozji, do których doszło na lotniskach wojskowych Engels (koło Saratowa) i Diagilewo (pod Riazaniem). Pierwsza baza znajduje się około 700 km od granicy z Ukrainą, druga – niespełna 600 km. O czym wspominam, bo wiele wskazuje na to, że przynajmniej w Engels mieliśmy do czynienia z atakiem ukraińskich dronów-samobójców.

W obu przypadkach chodzi o niezwykle ważne obiekty, które przynajmniej w teorii powinny mieć doskonałą obronę przeciwlotniczą. Engels to stała baza bombowców dalekiego zasięgu Tu-95 (zwanych w kodzie NATO „niedźwiedziami”), z kolei w Diagilewie stacjonują bombowce średniego zasięgu Tu-22M. „Niedźwiedzie” stanowią element sił strategicznych rosji; zaprojektowano je do przenoszenia ładunków jądrowych na ogromne odległości i taką rolę próbowałyby odegrać, gdyby doszło do starcia z NATO.

W wojnie z Ukrainą tupolewy używają konwencjonalnej amunicji. Co istotne, nie wykonują klasycznych rajdów bombowych – nadlatując nad cel i zrzucając bomby – a atakują znad terytorium rosji, strzelając dalekonośnymi rakietami i pociskami manewrującymi. De facto są bezkarne, działają bowiem poza zasięgiem ukraińskiej obrony przeciwlotniczej (wyrzutnie S-300 – nadal stanowiące najważniejszą część parasola Ukrainy – ślą pociski na odległość do 200 km). Realnie nie grozi im również ukraińskie lotnictwo załogowe, zbyt szczupłe, by decydować się na misje nad rosją. Walka z Tu-22M i Tu-95 ma zatem charakter pośredni i sprowadza się do zestrzeliwania wysłanych przez bombowce rakiet.

A właściwie miała taki charakter – do dziś. Jak wynika z dostępnych informacji, w Engels poważnie uszkodzono dwa Tu-95, ranne zostały dwie osoby. W Diagilewie zginęły trzy osoby z obsługi lotniska, jest też sześciu rannych; na razie nie wiemy, czy zniszczeniu uległa któraś z „tutek”.

Zgodnie z zapewnieniami rosjan, pod Riazaniem nie doszło do ataku, a wypadku – pożaru ciężarówki z paliwem. Na temat wydarzeń z Engels oficjalne czynniki nabrały wody w usta – mimo wspomnianej nadaktywności militarnych blogerów, piszących o ukraińskich dronach. Należy tu wspomnieć, że Ukraińcy – przynajmniej oficjalnie – nie dysponują dronami kamikadze o zasięgu umożliwiającym tak odległe ataki. Testują system zdolny do rażenia obiektów na odległość do 1000 km, na razie jednak brakuje solidnych informacji o jego gotowości. Oczywiście, wojna przyśpiesza prace konstrukcyjne, ale pod uwagę należy brać także inne możliwości – użycia przez Ukraińców jakiejś zachodniej konstrukcji bądź dronów krótkiego zasięgu, wystrzelonych przez dywersantów operujących w rosji.

Uderzenie w elementy kluczowej infrastruktury militarnej, w głębi własnego terytorium, to dla rosjan siarczysty policzek. Niewykluczone, że dzisiejszy ostrzał rakietowy ukraińskich miast był typową dla najeźdźców reakcją na kolejną doznaną porażkę. Ale w obiegu jest też opinia, zgodnie z którą atak rosjan był wcześniej zaplanowany, a ukraińskie uderzenie na lotnisko/a miało charakter wyprzedzający. Flotylla Tu-95 nie jest liczna – to około 60 maszyn, zapewne tylko część w stanie lotnym. Już wyeliminowanie kilku oznacza osłabienie potencjału agresora. Byłoby to „podgryzanie” podobne do działań wymierzonych we flotę czarnomorską. Ukraińcy nie dysponują imponującymi siłami nawodnymi, tymczasem rosjanie gros ataków rakietowych wyprowadzają właśnie z morza. Sposobem na ich ograniczenie stały się punktowe ataki na rosyjskie okręty, z wykorzystaniem dostępnych środków – rakiet przeciwokrętowych i morskich dronów. W efekcie flota czarnomorska dała nogę z Krymu – większość okrętów przebazowano do odleglejszych portów w rosji. Rakiety wystrzeliwane z morza wciąż w kierunku Ukrainy lecą, ale o ograniczonej swobodzie operacyjnej rosjan najlepiej świadczy fakt, że istotna część ataków wykonywana jest z Morza Kaspijskiego.

Zniszczenie rosyjskich nośników (samolotów/okrętów), to w tej chwili kluczowa sprawa. Ukraińcy dysponują niezłą obroną przeciwlotniczą (dziś udało się zestrzelić 60 z 70 rakiet), a dzięki NATO ponoszą w rosyjskich ostrzałach rakietowych nieliczne straty ludzkie. Amerykański zwiad satelitarny na bieżąco monitoruje aktywność rosyjskiego lotnictwa strategicznego. Analitykom wywiadu nie umyka zwiększonych ruch w bazach lotniczych na terenie federacji, poprzedzający kolejne operacje. Starty bombowców są rejestrowane w czasie rzeczywistym, informacje na ich temat natychmiast trafiają do ukraińskiej armii. Stąd alarmy przeciwlotnicze, które odzywają się z wyprzedzeniem pozwalającym ludności cywilnej udać się do schronów (bombowce potrzebują kilkunastu minut na osiągnięcie pozycji i pułapu, z którego możliwe jest wystrzelenie rakiet). Podobnie funkcjonuje nadzór morskiego potencjału moskwy. Tyle że to działania reaktywne. Nasycenie ukraińskiej OPL kolejnymi systemami poprawi jej skuteczność, ale w obliczu skali rosyjskich ataków coś się zawsze przebije. Tymczasem system energetyczny Ukrainy – będący podstawowym celem rosjan – jest na krawędzi załamania. I co, jeśli „skończy się” szybciej niż rosyjskie rakiety? W odpowiedzi na to pytanie kryje się dramat milionów ludzi pozbawionych prądu, wody i ogrzewania. Zimą, która dopiero się rozkręca.

Skasowanie jak największej liczby rosyjskich bombowców to sposób na ograniczenie skali humanitarnej katastrofy.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Tu-95 „złapany” w pobliżu Wysp Brytyjskich/fot. RAF