„Pokojowi”

Pytają mnie Czytelnicy, czy Polska powinna wysłać siły pokojowe do Ukrainy? Tak, ale…

By wyjaśnić moje zastrzeżenia, konieczna jest odrobina historii. Wróćmy do 2003 roku i Iraku tuż po amerykańskiej inwazji. To wówczas powołano do życia Międzynarodową Dywizję Centrum-Południe, która miała zająć się okupacją części Iraku. Dowództwo MDCP powierzono Polakom, to nasz kraj wystawił największy, liczący 2,5 tys. kontyngent. Pozostałe dwa wiodące kraje – Hiszpania i Ukraina – wysłały nad Eufrat i Tygrys po tysiąc żołnierzy mniej.

Jednostka docelowo miała liczyć 10 tys. wojskowych, co na chwilę udało się osiągnąć, ale za cenę totalnego rozdrobnienia. Pod dowództwem Polaków znaleźli się żołnierze z Fidżi, Mongolii, Filipin, Armenii czy Danii; słowem, od sasa do lasa. Niektóre kraje delegowały po kilkuset mundurowych, inne po kilkunastu. Polityczna poprawność kazała zachowywać dobrą minę do złej gry – pierwszy dowódca gen. Andrzej Tyszkiewicz zapewniał, że z tej multikulturowej wspólnoty udało się stworzyć sprawny organizm – ale praktyka udowadniała co innego.

Rozłaziło się to na wielu płaszczyznach – językowej (językiem komunikacji był angielski, dla większości personelu obcy), logistycznej (dywizja miała sprzęt zachodni, sowiecki i mieszankę narodowych kombinacji), proceduralno-taktycznej (armie zachodnie, aspirujące, postsowieckie, z różnymi filozofiami działania). No i organizacyjnej, bo tylko Polacy, Ukraińcy i Hiszpanie mieli na tyle duże kontyngenty, że mogli realizować większość zadań samodzielnie. Reszta w dużej części robiła za tło, politycznie użyteczne, gdyż tworzące pozór wielonarodowości, ale na poziomie wojskowym średnio i mało przydatne.

Efektywność MDCP od samego początku była taka sobie. A potem było już tylko gorzej. Dyskretne wsparcie Amerykanów szybko zmieniło się w niemal całkowite przejęcie przez nich zadań i odpowiedzialności w strefie.

O wnioskach, które płyną z tego dla Ukrainy, później.

Na razie przenieśmy się do Afganistanu. Natowska misja ISAF też była przedsięwzięciem wielonarodowym. Ale działało to znacznie lepiej, gdyż brały w nim udział armie Sojuszu (także oddziały z innych krajów, ale istotę stanowiło NATO). Kontyngenty z krajów dawnego Układu Warszawskiego posyłały pod Hindukusz swoje najlepsze oddziały, co w praktyce oznaczało, że były one istotnie (także sprzętowo) zwesternizowane.

Choć logistyka i komunikacja nie stanowiły problemu, i tak mieliśmy do czynienia z ograniczoną efektywnością. A wszystko za sprawą RoE – rules of engagement/zasad zaangażowania, różnych dla różnych narodowych kontyngentów. RoE, w uproszeczniu, reguluje zasady użycia broni. Jedne armie miały je bardzo restrykcyjne (na przykład siły ekspedycje Niemiec), inne – jak Amerykanie czy Brytyjczycy – mocno poluzowane. Gdzieś pomiędzy tymi skrajnościami lokowała się Polska; bez wchodzenia w zbędne szczegóły, nasze RoE (zmieniające się podczas afgańskiej misji) dawało sposobność do używania Polaków w operacjach bojowych, ale nie bez ograniczeń. Efekt był taki, że bili się z talibami przede wszystkim Amerykanie i Brytyjczycy (z Kanadyjczykami u boku), reszta pełniła role wspierające, co w ostatecznym rozrachunku przyczyniło się do porażki Zachodu w Afganistanie.

Wróćmy teraz do Europy i przypomnijmy sobie masakrę w Srebrenicy. W lipcu 1995 roku, przy bezczynności żołnierzy z holenderskiego batalionu ONZ, doszło do masakry około 8 tys. bośniackich muzułmanów, zamordowanych przez Serbów. „Błękitne hełmy” nie miały odpowiedniego sprzętu, by wejść w twardą konfrontację z Serbami, na przeszkodzie stały też RoE. Oczywiście zabrakło i hardości; ostatecznie Holendrzy całkiem bezbronni nie byli. Tym niemniej, patrząc z perspektywy holenderskich dowódców, cywilów nie broniono z braku narzędzi.

Dość historii, czas na wnioski.

Siły pokojowe (SP) w Ukrainie muszą się opierać na kilku wiodących, licznych kontyngentach, zdolnych realizować zadania samodzielnie, co narzuca ich wielkości na poziomie mniej więcej 10 tys. ludzi. 3-4 takie kontyngenty stanowiłyby rdzeń sił pokojowych.

SP musiałyby działać w oparciu o jednorodne RoE. Bez wyłączeń i ekstraordynaryjnych rozwiązań dla wybranych. „Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”. RoE musi zakładać twardą reakcję na jakiekolwiek rosyjskie naruszenia. Bo oczywiście nie mówimy o stacjonowaniu z dala od linii rozgraniczenia, bez kontaktu z rosjanami. By cały projekt miał sens, „pokojowi” musieliby stanowić bufor między moskalami a Ukraińcami (na kilku kluczowych kierunkach; całej granicy żołnierzami z Europy obsadzić nie sposób).

SP nie mogą być „błękitnymi hełmami”; muszą je stanowić pełnokrwiste jednostki bojowe, z całym niezbędnym sprzętem i odpowiednim wsparciem (nade wszystko lotniczym).

To warunki brzegowe, ich część – o reszcie w kolejnym wpisie (jestem na konferencji poświęconej Ukrainie, stąd ograniczony czas na inną aktywność; jutro będę już do Waszej dyspozycji w większym zakresie).

—–

Szanowni, jak wielokrotnie podkreślam, moje publicystyczne i reporterskie zaangażowanie w konflikt na Wschodzie w istotnej mierze możliwe jest dzięki Wam i Waszemu wsparciu. Pomożecie w dalszym tworzeniu kolejnych treści?

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa…w sklepie na Patronite pojawiły się kolejne książki – powieści, które napisałem i wydałem „w czasach afgańskich”, reportaż z tamtego okresu oraz książka political/war fiction, dziejąca się w realiach pandemii i rosyjskiej agresji militarnej na Polskę. Polecam lektury – by je nabyć, przejdźcie na stronę pod tym linkiem.

Upodmiotowieni!

Na wstępie odrobina optymizmu – sytuacja w rejonie Pokrowska, będąca papierkiem lakmusowym ogólnej kondycji obu armii na froncie, uległa drastycznemu pogorszeniu, patrząc z perspektywy rosjan. Ukraińcy zaszachowali moskali dronami, skutecznie zabezpieczając prace bezzałogowców środkami WRE (walki radiowo-elektronicznej). Masowe uderzenia sparaliżowały nie tylko nacierające oddziały, ale i logistykę; strumień dostaw amunicji, jedzenia i wody jest symboliczny. „Wykończą naszych!”, alarmują rosyjscy mil-blogerzy.

I błagają o szybkie, masowe użycie KAB-ów, ale z tym może być problem. Mamy bowiem coraz więcej informacji o tym, że w strefie przyfrontowej zaczęły operować ukraińskie F-16 (dotąd skupiające się na ochronie miast przed pociskami manewrującymi i dronami). To poważne wyzwanie dla rosyjskich pilotów, mnożące ryzyko zestrzelenia – radar i rakiety „efa” to nie przelewki. Zdaje się, że strach wziął u moskali górę, bo jak na razie postulowanego „kabowania” nie ma. Lecą za to szybujące bomby w drugą stronę – amerykańskie, zrzucane przez F-16. Jest w tym jakiś element dziejowej sprawiedliwości, czyż nie?

—–

Równie obiecująca jest ofensywa powietrzna, wymierzona w infrastrukturę krytyczną rosji, przede wszystkim w rafinerie. W styczniu br. ukraińskie drony uderzyły w rosyjskie zakłady siedem razy. Na celownik wzięto rafinerie w Tatarstanie (11 stycznia), w obwodzie saratowskim (14 stycznia), riazańskim (24 i 26 stycznia), niżnonowogrodzkim (29 stycznia zaatakowano tam dwie przetwórnie) oraz w wołgogradzkim (31 stycznia). W tym miesiącu odnotowano już sześć nalotów, ostatni dziś w nocy (celem była rafineria w Ilskij). 11 lutego porażono obiekt w Saratowie, mieście położonym w południowo-wschodniej części rosji, w regionie graniczącym z Kazachstanem (a więc setki kilometrów od Ukrainy). „Saratowska rafineria ropy to jeden z kluczowych obiektów (…). Jej zdolność przerobowa sięga 7 mln ton ropy rocznie. Zakład odgrywa istotną rolę w zaopatrywaniu armii rosji w paliwo”, napisał na Telegramie szef ukraińskiego Centrum Przeciwdziałania Dezinformacji Andrij Kowałenko.

Cytuję ten wpis, bo dobrze ilustruje ukraińskie intencje. Różne od tego, co robią rosjanie, którzy także atakują infrastrukturę krytyczną. Ale ich celem są ukraińskie obiekty energetyczne – elektrownie i sieci przesyłowe – a bezpośrednią ofiarą ludność cywilna, pozbawiona regularnych dostaw wody, prądu i ogrzewania. Siły Zbrojne Ukrainy (ZSU) dążą tymczasem do „wysuszenia” rosyjskiej armii oraz do zmniejszenia przychodów z eksportu kopalin i pochodnych, które Moskwa wykorzystuje do finansowania wojny. Oczywiście, rosyjskie wojsko będzie ostatnim podmiotem, które dotknie ewentualny kryzys i potrzeba racjonowania paliw i smarów – najpierw zmierzą się z tym zwykli rosjanie. To uciążliwość, ale dalece mniejsza niż humanitarny kryzys, na skraju którego, zimą, postawili Ukraińców agresorzy.

Rafinerie to wąskie gardło rosyjskiej gospodarki – przez ostatnie dwie dekady poczyniono w nich wiele inwestycji w oparciu o zachodnie technologie. Przy poważnych awariach i uszkodzeniach, w realiach reżimu sankcyjnego, przywrócenie ich pełnej sprawności to nie lada wyzwanie. Z czego Ukraińcy doskonale zdają sobie sprawę, stąd ich konsekwencja (o czym więcej piszę w zalinkowanym tekście dla „Polski Zbrojnej”).

—–

Zostawmy działania militarne i skupmy się na polityce.

Świat jakby przyśpieszył, obierając kurs ku niezbyt przyjemnej destynacji – takie wrażenie można odnieść, analizując medialny dyskurs z ostatnich kilku dni. Wynika z niego, że USA dogadują się z rosją – za plecami Ukrainy, ignorując też europejskich sojuszników. „Jałta i Monachium 2.0”, „Ukraina jest stracona”, wieszczy mnóstwo komentatorów. W mojej ocenie mocno na wyrost, ale powszechność obaw – że Donald Trump „zabierze zabawki” – pozostaje faktem.

Dlaczego na wyrost? Bo na razie nie wydarzyło się nic, co kazałoby uznać, że Stany odpuszczają sobie Ukrainę. Wypowiedź sekretarza obrony Pete’a Hegsetha – o tym, że Ukraińcy nie odzyskają utraconych ziem i nie mogą liczyć na członkostwo w NATO – choć brutalna, była oparta o realną ocenę sytuacji. Znanej powszechnie od kilkunastu miesięcy. Po klęsce ofensywy na Zaporożu jasnym jest, że wyrzucenie rosjan z okupowanych terenów – w większej skali – to zadanie ponad możliwości ukraińskich sił zbrojnych (ZSU). Wiemy też, że w Sojuszu nie ma powszechnej zgody na członkostwo Ukrainy – a NATO oparte jest o mechanizm kolektywnego podejmowania decyzji. Z Turcją, Słowacją i Węgrami na pokładzie i bez obstrukcji Trumpa natowska Ukraina to mrzonka. A są jeszcze kwestie formalno-prawne – wymóg uregulowanego statusu granic.

Oczywiście, mamy też wypowiedzi amerykańskich decydentów o tym, że USA nie dadzą Ukrainie gwarancji bezpieczeństwa. Mamy mizdrzenie się do putina samego Trumpa, mamy połajanki wobec Europy, autorstwa wiceprezydenta J.D. Vance’a. Ale mamy też jego wywiad dla „The Wall Street Journal”, z którego wynika wprost,  że Stany nałożą na rosję dodatkowe sankcje ekonomiczne i podejmą działania militarne (włącznie z wysłaniem wojsk nad Dniepr), jeśli putin nie zgodzi się na porozumienie pokojowe. „Nam zależy na tym, by Ukraina była suwerenna”, czytamy w WSJ.

Nie wiem, czy amerykański wielogłos to dowód na świadomą strategię – gry w dobrego i złego policjanta (jeden rosję obłaskawia, drugi wali ją w pysk) – czy raczej przejaw totalnego chaosu, panującego w amerykańskiej administracji, gdzie „każdy sobie rzepkę skrobie”, a i tak ostateczną decyzję podejmie nieprzewidywalny Trump. Rzecz jasna chcę wierzyć, że mowa o kiju i marchewce, lecz uczciwość intelektualna nakazuje przyjąć ten gorszy scenariusz i jego konsekwencje.

Załóżmy więc, że wylewający się od kilku dni lament jest uzasadniony – że Waszyngton i Moskwa coś tam sobie za plecami innych ustalą. No i co?, pytam tonem mocno prowokującym. Irytuje mnie bowiem ten element publicznej debaty, który kompletnie pomija podmiotowość Ukrainy i jej europejskich sojuszników (tych pozaeuropejskich, innych niż Ameryka, też). Wiara w to, że Kijów posłusznie zaakceptuje skrajnie niekorzystne dla siebie warunki, jest tyleż naiwna, co obraźliwa w stosunku do Ukraińców – którzy od trzech lat, dzień po dniu, udowadniają, że w kaszę sobie pluć nie pozwolą. A Europa? Można by wiele napisać o jej słabościach, niezdecydowaniu, zmarnowanych szansach, lecz nawet bazowo niskie oczekiwania nie zmienią faktu, że nikt na poważnie o porzuceniu Ukrainy nie myśli – o czym więcej w kolejnym wpisie.

PS. Wbrew retoryce Trumpa, to Europa – jako Unia i pojedyncze kraje – ponosi większość kosztów wspierania Kijowa (trzy piąte wszystkich dotychczasowych nakładów). Trzeba na to 80 mld euro rocznie (to całościowy koszt, Ukraińcy samodzielnie wkładają do „koszyka” około 20 mld). Dużo, a zarazem niewiele, wziąwszy pod uwagę zsumowany kilkunastobilionowy budżet członków UE i Wielkiej Brytanii.

—–

Szanowni, jak wielokrotnie podkreślam, moje publicystyczne i reporterskie zaangażowanie w konflikt na Wschodzie w istotnej mierze możliwe jest dzięki Wam i Waszemu wsparciu. Pomożecie w dalszym tworzeniu kolejnych treści?

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Maciejowi Szulcowi, Joannie Marciniak, Jakubowi Wojtakajtisowi, Andrzejowi Kardasiowi, Marcinowi Łyszkiewiczowi, Arkowi Drygasowi, Tomaszowi Krajewskiemu, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu i Monice Rani. A także: Arturowi Żakowi, Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej, Adamowi Cybowiczowi, Wojciechowi Bardzińskiemu, Krzysztofowi Krysikowi, Bognie Gałek, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Marcinowi Gonetowi, Pawłowi Krawczykowi, Joannie Siarze, Aleksandrowi Stępieniowi, Marcinowi Barszczewskiemu, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Piotrowi Rucińskiemu, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Sławkowi Polakowi, Mateuszowi Jasinie i Grzegorzowi Dąbrowskiemu.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „kawoszom” z ostatniego tygodnia: Maciejowi Sijce i Kasi Byłów.

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa…w sklepie na Patronite pojawiły się kolejne książki – powieści, które napisałem i wydałem „w czasach afgańskich”, reportaż z tamtego okresu oraz książka political/war fiction, dziejąca się w realiach pandemii i rosyjskiej agresji militarnej na Polskę. Polecam lektury – by je nabyć, przejdźcie na stronę pod tym linkiem.

Nz. Ukraiński F-16 z podwieszonymi (m.in.) bombami szybującymi GBU-39 SDB I/fot. ZSU

Felon

Dziś w nocy wysłany przez rosjan dron Szahid uderzył w Arkę – sarkofag osłaniający zniszczony blok nr 4 Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej. Eksplozja i pożar uszkodziły dach konstrukcji (na wysokości 87 metrów), na szczęście służby ratunkowe szybko dotarły na miejsce i opanowały sytuację.

Poziom promieniowania pozostaje stabilny, w wyniku ataku i akcji gaśniczej nikt nie odniósł obrażeń.

Ale mrożące krew w żyłach informacje poszły w świat – i chyba o to właśnie rosjanom chodziło.

—–

Przenieśmy się na moment do Indii. A konkretnie do bazy tamtejszych sił powietrznych w Bangalore, gdzie właśnie odbywają się targi zbrojeniowe Aero India 2025. Wśród wystawców prezentują się m.in. Stany Zjednoczone i rosja. Co jest o tyle ciekawe, że oba kraje proponują Indiom swoje najnowsze samoloty. To w takich okolicznościach po raz pierwszy stanęły naprzeciw siebie – dosłownie – amerykański F-35 i rosyjski Su-57. Przez media przedstawiani jako konkurenci w kategorii samolotów 5. generacji, wykonanych w technologii stealth.

Diabeł jednak tkwi w szczegółach – do czego wrócę niebawem.

—–

Najpierw bowiem poświęćmy chwilę dimie miedwiediewowi, byłem rosyjskiemu prezydentowi, obecnie wiceprzewodniczącemu rady bezpieczeństwa federacji rosyjskiej. Otóż stwierdził on wczoraj, że USA się urealniły i w końcu zaakceptowały, że we współczesnym świecie nie ma „głównego państwa”. Że dyplomacja jest ważniejsza niż wrogość, bo „rosji nie da się pokonać”. Te wynurzenia były reakcją na rozmowę Trump-putin i dobrze wpisywały się w generalnie triumfalny ton rosyjskiej propagandy, który pokrótce można by opisać tak: „przetrwaliśmy i znowu się nas boją i się z nami liczą”.

—–

Wracamy do Indii. Nie doszło tam do pojedynku – symulowanej walki w powietrzu czy serii konkurencji, w których zmierzyłyby się F-35 i Su-57 – ale rosyjska propaganda i tak uznała, że ich maszyna jest lepsza. Na dowód informując, że koncern Suchoja właśnie pozyskał pierwszego zagranicznego klienta – Algierię, gdzie pierwsze maszyny dotrą jeszcze w 2025 roku.

Tak na marginesie warto wspomnieć, że 20 lat temu ta sama Algieria odesłała rosji całą partię MiG-ów-29, uznając, że poziom ich wykonania jest skandalicznie niski i niebezpieczny dla pilotów; niechciane samoloty trafiły ostatecznie do rosyjskich sił powietrznych.

No ale jako się rzekło, Felon (kodowa nazwa Suchoja w nomenklaturze NATO) jest lepszy od ef-trzydziestki-piątki. Amen.

A teraz te szczegóły, poprzedzone odrobiną historii. Su-57 rzeczywiście miał być rosyjską odpowiedzią na amerykańskie samoloty stealth – „niewidzialne”, jak zwykło się pisać o nich w niefachowej prasie. Nie tyle F-35, co starszych F-22 Raptor (których w Indiach nie wystawiono, bo Amerykanie już ich nie produkują, pozostając jedynym użytkownikiem). Obniżona wykrywalność w wydaniu rosyjskim to przekrój radarowy czynny 5 tys. razy większy od tego, jakim może się pochwalić F-22. Raptora można rzeczywiście nie dostrzec na radarze, a Su-57 świeci jak maszyny starszej generacji, nieprojektowane z zamysłem „niewidzialności”.

Su-57 zostały już kilka razy użyte do atakowania celów w Ukrainie, ale strzelały rakietami znad terytorium rosji, poza zasięgiem ukraińskiej OPL. Poza zasięgiem rakiet – wyraźnie to doprecyzujmy – nie radarów, które bez trudu rejestrowały loty „niewidzialnych” maszyn.

Konstruktorzy Su-57 bili głową w ścianę także w kwestii silnika – ponoć udało im się ten problem rozwiązać. Tak czy inaczej, po 23 latach od uruchomienia programu i piętnastu, jakie minęły od oblatania pierwszego prototypu, rosyjskie siły powietrzne mają najwyżej dwa tuziny tych „super-maszyn”.

Ale do Indii nie poleciała żadna z nich.

Co w takim razie posłano na Aero India 2025? Maszynę o numerze bocznym 054, czyli prototyp testowy T-50-4, który wszedł do służby w 2012 roku! Jeszcze raz to podkreślę – w Indiach nie stanął w szranki seryjnie produkowany myśliwiec, a jego prototyp.

—–

Szahid, który przywalił dziś w Arkę, prototypem nie był. Irańskich dronów rosjanie używają prawie trzy lata, ich produkcję, także licencyjną w rosji, można uznać za masową. A samą broń, przy świadomości, że to prymitywne urządzenie, za dopracowaną.

Szahidy wykorzystywane są przede wszystkim do uderzeń w obiekty niemilitarne – to narzędzie, które ma terroryzować ludność cywilną. Atak na Czarnobyl wpisuje się w tę logikę zastraszania, ale winduję ją na znacznie wyższy poziom. Atomowy.

Kreml regularnie sięga po szantaż jądrowy, ale zwykle ma to postać groźby użycia głowic jądrowych. Dziwne ruchy wokół elektrowni też się zdarzają – rosyjska okupacja zaporoskiej siłowni pełna jest niebezpiecznych incydentów. Te zaś nasilają się  w specyficznych okolicznościach – Kreml sięga po atom zawsze, gdy pali mu się koło dupy, gdy idzie nie po myśli.

—–

Zupełnie nie po myśli idzie wdrażanie Su-57 – seryjnie produkowane maszyny (kilka sztuk rocznie…) są tak kiepskiej jakości, że więcej czasu spędzają w naprawach i w serwisie niż w służbie. To dlatego do Indii poleciał testowy – co w rosyjskich warunkach oznacza, że wykonany solidniej – 12-latek.

No ale propaganda i tak ma używane. I tak tworzy alternatywną rzeczywistość „lepszego Su-57”.

Pijaczek miedwiedwiew też taką tworzy (ba, on może nawet w nią wierzyć) – rzeczywistość, w której rosja to równorzędny partner USA.

A w prawdziwy świecie rosja sięga po prymitywny atomowy szantaż, by poprawić swoją pozycję negocjacyjną. By wykazać determinację. Błyskotliwych i spektakularnych operacji wojskowych – jakich moglibyśmy się spodziewać po imperium – zrealizować nie może; ten rodzaj presji jest poza zasięgiem armii moskali. Zostaje bieda-broń i działania godne terrorystów.

Panie Trump, miej pan świadomość, że putin to nie pańska liga. Pan latasz F-35, tamten gołodupiec Felonem.

—–

Szanowni, jak wielokrotnie podkreślam, moje publicystyczne i reporterskie zaangażowanie w konflikt na Wschodzie w istotnej mierze możliwe jest dzięki Wam i Waszemu wsparciu. Pomożecie w dalszym tworzeniu kolejnych treści?

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa… – w sklepie na Patronite pojawiły się kolejne książki – powieści, które napisałem i wydałem „w czasach afgańskich”, reportaż z tamtego okresu oraz książka political/war fiction, dziejąca się w realiach pandemii i rosyjskiej agresji militarnej na Polskę. Polecam lektury – by je nabyć, przejdźcie na stronę pod tym linkiem.

Nz. uszkodzony sarkofag w Czarnobylu/fot. DSNS

Marchewka

Czy bez Amerykanów Ukraina przetrwa? – to pytanie zadaje sobie teraz wiele osób. W mojej ocenie na wyrost, ale powszechność obaw – że Donald Trump „zabierze zabawki” – pozostaje faktem, chciałbym się zatem z nim zmierzyć.

Pomoc zza Oceanu w wielu obszarach jest ważna, wręcz krytyczna – pisałem o tym sporo, więc poprzestanę na konkluzji. Trzeba jednak podkreślić, że często nawet nie chodzi o to, co ze Stanów przylatuje/przypływa, ale co Amerykanie pozwalają innym krajom zaoferować. Samoloty F-16 trafiły do Ukrainy z Europy – z Danii i Holandii – Stany nie przekazały i na razie nie planują przekazywać żadnej maszyny, ale wtórna dystrybucja uzbrojenia „made in USA” też leży w gestii Waszyngtonu, takie jest prawo. A dotyczy ono wielu kategorii sprzętu.

Tym niemniej brak Ameryki na pokładzie nie oznacza gwałtownego załamania Ukrainy. Wbrew retoryce Trumpa, to Europa (jako UE i pojedyncze kraje) ponosi większość kosztów wspierania Kijowa. Kontynentalna wspólnota jest w stanie długo finansować przeważającą część ukraińskiego wysiłku wojennego, tak od zaraz. Trzeba na to około 80 mld euro rocznie (to całościowy koszt, Ukraińcy samodzielnie wkładają do koszyka około 20 mld). Dużo, a zarazem niewiele, wziąwszy pod uwagę zsumowany kilkunasto-bilionowy budżet członków UE i Wielkiej Brytanii.

Oczywiście, pieniędzmi się nie strzela, więc ta pomoc musiałaby mieć także materialny wymiar. Co wymagałoby od europejskich przemysłów większej niż dotąd mobilizacji. Na przykład w zakresie produkcji amunicji, na co wcale nie trzeba długich miesięcy przygotowań (w wielu europejskich krajach jest know how, jest technologia, są wolne moce produkcyjne – nie ma „tylko” woli politycznej). W połączeniu z tym, co mają i mogą mieć Ukraińcy dzięki własnym zabiegom – a tu zwłaszcza w ostatnim roku wiele się zmieniło in plus – nadal można by prowadzić skuteczną operację obronną. Naprawdę długo…

A przecież cała ta narracja o „przebudzonej rosji”, jej wielkich możliwościach i niewyczerpanych zasobach, to pic na wodę. Ten rak ledwo żyje, mogłoby się zatem okazać, że ukraińska determinacja, wsparta europejskim wysiłkiem, ostatecznie by go wykończyła.

Tylko chyba nie ma już na to „pary” w samej Ukrainie (rozumianej jak powszechna wola walki, niezależnie od tego, że jesteśmy w kiepskiej sytuacji). Zdaje się, że nad Dnieprem gra toczy się o to, by zachowując jak najwięcej dotrwać do momentu zawieszenia broni, który przyniesie powszechną ulgę.

A wracając do USA. W morzu lamentu, który się od wczoraj wylewa, toną fakty. A te są takie, że od kilku tygodni dostawy amerykańskiego sprzętu do Ukrainy idą pełną parą, z niespotykaną od dawna intensywnością. A wachlarz uzbrojenia jest naprawdę szeroki.

Mam swoje zdanie na temat Trumpa, nigdy nie ukrywałem jak bardzo krytyczne, ale radziłbym Czytelnikom, by nie ulegali emocjom. Wszak wiele wskazuje na to, że wcale nie oglądamy show pt.: „Rejterada Ameryki”, a raczej przedstawienie z użyciem kija i marchewki. Trump mami putina „słodko-pierdzeniem”, a na głębokim zapleczu ukraińskie drony masakrują rosyjską infrastrukturę krytyczną, przede wszystkim rafinerie.

Piszę o tym w tekście dla „Polski Zbrojnej” – jak tylko się ukaże, podrzucę linka. Na potrzeby tego materiału dość stwierdzić, że w styczniu br. ukraińskie drony uderzyły w rosyjskie zakłady siedem razy. W tym miesiącu odnotowano już pięć nalotów, ostatni 11 lutego.

Wiosną ubiegłego roku ZSU zaatakowały 11 z ponad 30 rosyjskich rafinerii. Porażone przez Ukraińców zakłady pracowały dalej, choć w ograniczonym zakresie. Problem okazał się na tyle poważny, że rosja na pół roku zawiesiła sprzedaż paliwa za granicę. I wtedy na pomoc Moskwie przyszedł Waszyngton. Administracja Joe Bidena, obawiając się wzrostu cen benzyny na światowych rynkach (co drenowałoby portfele Amerykanów, a akurat mieliśmy rok wyborczy…), „poprosiła” Kijów o wstrzymanie ataków. Co istotnie nastąpiło – między kwietniem a grudniem 2024 roku ukraińskie drony uderzyły tylko kilka razy, w niezbyt licznych nalotach. Skokowy wzrost ataków zbiegł się ze zmianą władzy w USA – i nie sądzę, by był to przypadek.

Trump (a raczej któryś z jego doradców) dostrzegł korzyści płynące z ukraińskiego „dronowania” rafinerii. Rosyjskie problemy nie spowodowały światowych wzrostów cen przetworzonej ropy. Zmusiły za to Moskwę do zmiany wolumenu eksportowanych towarów – do zastąpienia benzyny surową ropą. Ubytki w zyskach z eksportu „na szybko” udało się zrekompensować, ale co dalej? Zapowiedź Trumpa – że dogada się z arabskimi potentatami naftowymi, co poskutkuje obniżeniem cen ropy – wywołała na Kremlu zrozumiałą wściekłość. Podobnie jak to, że Kijów dostał „zielone światło” z Waszyngtonu na atakowanie celów w głębi federacji przy użyciu broni „made in USA”. Takiego ataku jeszcze nie wyprowadzono, ale moim zdaniem to kwestia czasu. Amerykańskie lotnicze pociski manewrujące – dla których platformę stanowią samoloty F-16 – zwiększą szybkość i precyzję uderzeń w rafinerie. A już dziś połowa zakładów (dwie trzecie fabryk położonych w europejskiej części federacji) pracuje w ograniczonym zakresie.

Tak również „zaprasza się” Moskwę do negocjacyjnego stołu.

—–

Szanowni, jak wielokrotnie podkreślam, moje publicystyczne i reporterskie zaangażowanie w konflikt na Wschodzie w istotnej mierze możliwe jest dzięki Wam i Waszemu wsparciu. Pomożecie w dalszym tworzeniu kolejnych treści?

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa… – w sklepie na Patronite pojawiły się kolejne książki – powieści, które napisałem i wydałem „w czasach afgańskich”, reportaż z tamtego okresu oraz książka political/war fiction, dziejąca się w realiach pandemii i rosyjskiej agresji militarnej na Polskę. Polecam lektury – by je nabyć, przejdźcie na stronę pod tym linkiem.

Nz. Zniszczony rosyjski sprzęt, Charkowszczyzna, jesień 2024 roku/fot. własne

Doświadczenie

„Mamy prawie 50 tys. żołnierzy z doświadczeniem bojowym”, podkreślał pewien pułkownik, wykładowca ówczesnej Akademii Obrony Narodowej. „To połowa armii”, mówił, wyraźnie zadowolony. „Znakomity kapitał na przyszłość”, dodał. Zakwestionowałem jego optymizm, chyba nazbyt grubiańsko; w każdym razie rozstaliśmy się w niezgodzie. Lecz mowa o człowieku, który miał dość intelektualnej uczciwości, by po czasie przyznać: „Masz rację”. „Doświadczenie z Iraku i Afganistanu na niewiele się zda w Europie”, usłyszałem, tym razem już przez telefon.

Był rok 2012, armię rzeczywiście mieliśmy ostrzelaną. I doświadczoną w realizacji zadań w ramach wielonarodowego kontyngentu; tyle wygrać. Ale istota tego treningu sprawdzała się do udziału w konflikcie asymetrycznym, antypartyzanckim – a więc o względnie niskiej intensywności – w dodatku prowadzonym w bardzo specyficznych warunkach geograficznych. Nie do powtórzenia w Europie, w konfrontacji z przeciwnikiem takim jak rosja.

Wojna, która wybuchła na wschodzie Ukrainy dwa lata później, w pełni to potwierdziła.

Po co o tym piszę? Ano mamy wysyp opinii, wedle których „już za chwileczkę, już za momencik”, armia rosyjska uderzy na Europę. No więc pytam, czym? Prymitywnie przerobionymi moskwiczami i ładami, wózkami golfowymi? Stadem pędzonych „wpieriod!” kalek? Oczywiście, celowo uwypuklam rosyjskie słabości – są w wojsku putina przyzwoicie wyekwipowane komponenty – ale co do zasady, siły zbrojne federacji pozostają cieniem samych siebie sprzed trzech lat. Liczniejszą, ale dramatycznie niedoposażoną strukturą, która na odzyskanie potencjału sprzed 24 lutego 2022 roku potrzebuje co najmniej 10 lat. Cudów nie ma, sowieckie zapasy „wyszły”, a przemysł – wbrew propagandowym twierdzeniom – nie jest w stanie produkować wielkich mas uzbrojenia.

Odrębną kwestią pozostaje jego jakość – dotychczasowa okazała się niewystarczająca nawet do pokonania Ukrainy. Zatem w ciągu tej dekady należałoby – patrząc z perspektywy Moskwy – wymyślić i wdrożyć coś „ekstra”. Powodzenia, zwłaszcza w realiach sankcji i zdychającej gospodarki.

„No ale doświadczenie!”, mógłby rzec ktoś. Jakie? Z ponad miliona posłanych na wojnę z Ukrainą żołnierzy prawie połowa nie żyje bądź została trwale okaleczona. Czym jest kunszt pozostałych? To pytanie, o sposób, w jaki rosjanie wyszarpali Ukrainie kilkanaście procent jej terytorium. Rajdami z początków pełnoskalowej wojny, nieco późniejszym „walcem artyleryjskim” i „mięsnymi szturmami”, które dramatycznie nasiliły się w drugim i trzecim roku inwazji. To jest istota doświadczenia bojowego rosyjskich żołnierzy i ich dowódców.

Czy da się je wykorzystać w wojnie z armiami natowskimi? A niby jak przy miażdżącej przewadze w powietrzu (sama Europa „zjada” tu rosję, nie tyle liczbą, co jakością)?

„W powietrzu latają też drony!”, stwierdziłby ów ktoś. No latają, ale w całej tej opowieści o bezpilotowcach zapominamy, że to bieda-broń, narzędzie kompensacyjne, używane z braku innych środków. Przede wszystkim klasycznego lotnictwa oraz dalekonośnej, precyzyjnej artylerii; obie strony konfliktu na Wschodzie mają w tych zakresach istotne braki (fizyczne bądź kompetencyjne). Wojna z innym przeciwnikiem – dysponującym silnym lotnictwem i artylerią o lepszej donośności i celności – nie wyglądałaby tak, jak zmagania na Donbasie czy Zaporożu. Najogólniej rzecz ujmując, rosjanie nie byliby w stanie podejść tak blisko, strefa kontaktu byłaby znacznie rozleglejsza, najpewniej w ogóle nie byłoby linii frontu. Większość dronów okazałby się nieprzydatna, większość rosjan zginęłaby na skutek „wybombardowania”.

Oczywiście, determinacja i ostrzelanie (rozumiane nie jako kompetencja w posługiwaniu się bronią, ale nawyk funkcjonowania w realiach zagrożenia), to byłyby rosyjskie atuty. Tyle że bez technologii dalece niewystarczające. Pamiętajmy o tym proszę, nim zanurzymy się w ponury nastrój.

PS. Nie, Ukraina nie jest stracona. Ostatnie wypowiedzi amerykańskich polityków niczego nie przesądzają. Jutro i pojutrze, po spotkaniu w Monachium, będziemy wiedzieć więcej. Dziś mam „dzień świra”, ale będę trzymał rękę na pulsie. Dodam tylko, bo warto, że putinowska machina wojenna na lądzie ewidentnie dostała zadyszki; rosjanie stanęli, Ukraińcy lokalnie kontratakują, często z powodzeniem. Takie są fakty, a nie zmarkotniałe spekulacje.

—–

Szanowni, jak wielokrotnie podkreślam, moje publicystyczne i reporterskie zaangażowanie w konflikt na Wschodzie w istotnej mierze możliwe jest dzięki Wam i Waszemu wsparciu. Pomożecie w dalszym tworzeniu kolejnych treści?

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa… – w sklepie na Patronite pojawiły się kolejne książki – powieści, które napisałem i wydałem „w czasach afgańskich”, reportaż z tamtego okresu oraz książka political/war fiction, dziejąca się w realiach pandemii i rosyjskiej agresji militarnej na Polskę. Polecam lektury – by je nabyć, przejdźcie na stronę pod tym linkiem.