„Uchylacze”

To historia sprzed kilkunastu laty. Byłem wtedy w Kwaterze Głównej NATO w Brukseli. Po serii spotkań poszedłem na lunch w tamtejszej kantynie i… dopadło mnie poczucie kompletnego surrealizmu. W ogromnej, wypełnionej gwarem sali zastałem mnóstwo ludzi – zarówno mundurowych, jak i cywilów. Ba, było tam sporo dzieci w różnym wieku, całe, niekiedy liczne rodziny. Miało się wrażenie, że to jakiś wielki McDonald, a nie „centrala” największego sojuszu militarnego na świecie.

Kilka tygodni wcześniej wróciłem z jednej z podróży do Afganistanu. Tamtejsze duże bazy logistyczne natowskich sił ekspedycyjnych wyglądały niczym małe wojskowe miasteczka z wszelkimi udogodnieniami. Ale wysunięte posterunki, położone zwłaszcza wysoko w górach, to był zupełnie inny świat. Spartański, surowy, niebezpieczny; poznałem kilka takich miejsc, towarzysząc amerykańskim i polskim żołnierzom. Tam – myślałem wówczas – toczyła się prawdziwa wojna. A tu, w Brukseli, sielanka. Biurowa praca, a w przerwie rodzinne nasiadówki. Jako się rzekło – kompletny surrealizm…

Lecz jakkolwiek wydawało mi się to nieuczciwe w stosunku do nadstawiających głowy chłopaków, dobrze wiedziałem, że wojsko i wojna potrzebują zaplecza. A na zapleczu – bo czemu by nie? – życie toczy się wedle utartych, pokojowych rytmów. O czym wspominam, bo ten sam schemat rozumowania można zastosować do innej sytuacji. Gdzie jedni walczą na froncie, a inni wspierają wojenny wysiłek pracując za granicą, gdzie łatwiej o większe pieniądze.

—–

Tak, mam na myśli Ukraińców. Ci w Polsce wysyłają na Wschód – do pozostałych na miejscu rodzin – potężne pieniądze. Nawet 5 mld dol. rocznie. Dla zarżniętej wojną ukraińskiej gospodarki to solidne wsparcie, nie do wypracowania w kraju.

Ale…

Ale i tak w głowie kłębią mi się wątpliwości dotyczące „uchylaczy”, jak nazywa się w Ukrainie mężczyzn w wieku poborowym przebywających poza krajem. Jak wiemy, rząd w Kijowie zawiesił wobec takich osób pomoc konsularną. Objęci restrykcją obywatele Ukrainy nie odnowią/nie dostaną ukraińskich dokumentów, co może postawić ich w niezręcznej sytuacji prawnej. Trudno bowiem przebywać za granicą bez ważnego paszportu czy pracować bez ważnego prawa jazdy. Kijów zapewnia, że chodzi o zmuszenie potencjalnych rekrutów do powrotu do ojczyzny, co ma zażegnać kryzys mobilizacyjny i uzupełnić braki kadrowe w zdziesiątkowanej armii. Wedle szacunków władz Ukrainy, mowa o 650 tysiącach mężczyzn w wieku 18-60 lat.

Sprawa rozpala diasporę, nie pozostaje bez echa także pośród Polaków. Pomijam prorosyjskie szumowiny, szukające pretekstów dla antyukraińskiego hejtu – wielu przyzwoitych obywateli Rzeczpospolitej mierzy się z poznawczym dysonansem. Bo z jednej strony słyszy i ogląda relacje, z których wynika, że sytuacja Ukrainy jest zła, z drugiej, niemal każdego dnia, każdy z nas natyka się na zdrowych i silnych ukraińskich chłopców, którzy są tu, gdy ich koledzy i rówieśnicy giną i zostają ranni tam, na froncie. „Co pan o tym myśli?”, pytają mnie Czytelnicy.

—–

Jestem wolnościowcem – nie w konfederackim znaczeniu tego słowa, za którym stoi społeczny darwinizm („przetrwają najsilniejsi”), a w starym, oświeceniowym stylu. Gdzie to ludzka jednostka – i jej niezbywalne prawa – są punktem wyjścia do jakichkolwiek rozważań o powinnościach. Nikt nie rodzi się Polakiem, rosjaninem czy Ukraińcem, chrześcijaninem, islamistą lub żydem (z małej, bo chodzi o wyznanie, nie narodowość). Stajemy się nimi w toku socjalizacji, której warunki definiuje społeczność, w jakiej przychodzi nam żyć jako dzieciom. To przymus, na który długo nie mamy żadnego wpływu, ale ostatecznie przynajmniej część z nas zyskuje możliwość wyboru. Historia człowieka to również nieustająca opowieść o naturalizacji, konwersji, migracji, adaptacji, kulturowej dyfuzji, zmianie wyobrażeń o tym, co „naturalne”. Sprowadzając rzecz do bieżących realiów – wolność daje Ukraińcom prawo do przebywania poza krajem, prawo do nie bycia Ukraińcem.

Ale jestem też państwowcem, a u źródeł tej postawy leży przekonanie, że to wspólnota czyni nasze życie lepszym, bezpieczniejszym, bardziej przewidywalnym, uporządkowanym – i mógłbym tych cech wymienić wiele, wszystkie sprowadzają się do tego, że tworzone przez wspólnotę państwo, jego instytucje, są wartością dodaną. Zakumulowanym przez wieki kapitałem, z którego korzystamy na różne sposoby – edukując się, ale i jadąc nocą samochodem, z pewnością, że nie czyha na nas wielka dziura w jezdni, bo są ludzie, którzy o to dbają. Wnosimy my, wnoszą inni; tak tworzą się wzajemne zobowiązania, które na poziomie państwa, w sytuacji jego zagrożenia, niosą też obowiązek obrony dobra wspólnego. Z tej perspektywy patrząc, „uchylacz” nie zasługuje na przedłużenie paszportu i nie wiem, czy zrzeczenie się obywatelstwa załatwia sprawę, bo to trochę tak, jak ze zwrotem użytego wcześniej towaru – dajmy na to butów po uprzednim noszeniu.

Tyle że „buty” można reklamować, co otwiera kolejne pole wątpliwości. My, Polacy, mamy „we krwi” złorzeczenie na nasze państwo, jakość jego usług. Umyka nam, że mimo wszystkich wad tej państwowości, żyjemy w kraju ulokowanym w cywilizacyjnej awangardzie. Ukraińcy, w dramatycznej większości, takiego komfortu nie mieli i nie mają. Często śmiejemy się z marności głubinki, rosyjskiej prowincji, zapominając bądź nie wiedząc, że duża część Ukrainy wygląda tak samo.

Trzysta lat rusyfikacji, siedem dekad sowietyzacji, przeorało ukraińską wspólnotę do spodu. Dużo by o tym pisać, dość stwierdzić, że zanegowana wartość jednostki, w czasach współczesnych przyniosła wybitnie złodziejski kapitalizm z koszmarną korupcją włącznie. Że fatalna kultura organizacyjna i dziesięciolecia księżycowej gospodarki, na wejście (w 1991 roku) uczyniły Ukrainę krajem biednym, zacofanym, ekologicznie zdewastowanym, materialnie byle jakim. Że ten anturaż w połączeniu z promowaną przez rosjan wizją stosunków społecznych – opartych na wiernopoddaństwie, braku inicjatywy i generalnie niskich oczekiwaniach – odcisnął się piętnem na kolejnych latach formalnie już wolnej Ukrainy. Ukraińcy odzyskali niepodległość, ale nie odzyskali państwa, a wielu z nich nawet nie miało ambicji, by o swoje zawalczyć (w socjologii, w takim kontekście, mówi się o „wyuczonej bezradności”). Przejęte przez oligarchów i kastę urzędniczą państwo zwykłemu człowiekowi kojarzyło się z niemocą („niedasizmem”), obojętnością na los obywateli i koniecznością wręczania łapówek. Za niemal wszystko, niemal wszędzie. W takim kraju nie dało się żyć – jeszcze nim wybuchła wojna, Ukrainę opuściło 10 mln osób, jedna piąta wyjściowej populacji.

Czego tu bronić (wracać i bronić)? Idei, wymarzonej ojczyzny? Jasna sprawa, ale co w sytuacji, gdy z kraju wciąż dochodzą wieści, że w gruncie rzeczy niewiele się zmieniło. Że – przykład z ostatnich dni – aresztowano ministra rolnictwa, bo nielegalnie skupował ziemię. Po czym zwolniono go za gigantyczną dla przeciętnego człowieka kaucją dwóch milionów dolarów, które jak nic musiały pochodzić z przestępstwa. Że mimo wprowadzenia restrykcyjnych przepisów, mobilizacja nadal jakimś cudem omija zakłady pracy należące do oligarchów, niekoniecznie związane z produkcją na rzecz wojska. No więc czego tu bronić (wracać i bronić)?

Rozumiem ten brak motywacji, ale też dobrze wiem, że „samo się nie zrobi”. Że nie da się naprawić kraju bez wyrzucenia zeń rosjan, a ci sami się nie wyrzucą.

Wiem, że do pójścia na front trzeba odwagi. Widziałem na własne oczy, że tchórze w okopach nie mają czego szukać. I pal licho ich samych, ale stwarzają zagrożenie także dla innych. A jeśli ktoś intencjonalnie zwiał z Ukrainy po 24 lutego 2022 roku, to z dużym prawdopodobieństwem uczynił to ze strachu. Z czysto pragmatycznego punktu widzenia, lepiej by taki ktoś robił coś pożytecznego gdzie indziej. Na przykład jako członek emigranckiej wspólnoty, zasilającej gospodarkę walczącego państwa.

Zarazem jest we mnie postrzeleniec, którego trudno przestraszyć, co czasem przekłada się na brak zrozumienia dla argumentu „ale ja się boję”. Wstydziłbym się przed rodziną i najbliższymi (nawet jeśli oni byliby z mojej obecności zadowoleni), gdybym uciekł, a moi pobratymcy nadstawiali za mnie kark. Jeśliby zredukować problem wyłącznie do najprostszych emocji, niewykluczone, że odsyłałbym „uchylaczy” na polsko-ukraińską granicę.

I gdy tak o tym myślę, przychodzi refleksja, że przecież źle zmotywowany żołnierz, wsadzony w kamasze nie z własnej woli, nie będzie bił się jak należy. To pogląd mocno ugruntowany w debacie publicznej – wprost przeniesiony z rzeczywistości rynku pracy („z niewolnika nie ma pracownika”) – ale czy w przypadku wojska na wojnie uzasadniony? Największe współczesne konflikty odbyły się z udziałem ogromnych żołnierskich mas, mobilizowanych, a jakże, pod przymusem. Wielkiej wojny – a ta na Wschodzie już na takie miano zasługuje – nie sposób „ogarnąć” ochotnikami. I jeśli przyjrzymy się najdzielniejszym z dzielnych – uhonorowanym bohaterom I- czy II wojny światowej – dostrzeżemy, że większość z nich to chłopcy z poboru. Boże broń, nie trywializuję osobistych motywacji, ale ostatecznie najważniejsza jest chęć przeżycia, co na linii frontu sprowadza się do kalkulacji „albo ja, albo on” i stojącymi za nią działaniami. Tym skuteczniejszymi, im lepiej wyszkolony, wyposażony i dowodzony jest żołnierz. O tym, że te atuty mają duże znaczenie, mówią sami „uchylacze”, niedostatkami i słabościami ZSU tłumacząc swoją postawę.

Można być głuchym na te argumenty? Ano można. Tyle że nam, Polakom, wypada jakby trochę mniej (niż samym Ukraińcom). Rację bowiem ma minister Radosław Sikorski, który tak zdefiniował stawkę wojny na Wschodzie: albo będziemy mieli przegraną rosyjską armię przy wschodniej granicy Ukrainy, albo zwycięską na wschodniej granicy Rzeczpospolitej. Niekorzystny obrót spraw nie musi oznaczać wojny, i moim zdaniem wcale by nie oznaczał, lecz na sytuację nad Wisłą bez wątpienia wpływ by to miało. Choćby gospodarczo, jeśliby rynki uznały Polskę za kraj zbyt dużego ryzyka. No więc osobiście zainteresowani wynikiem wojny, tracimy atut bezstronności i obiektywności. Co w dyskusji o posyłaniu ludzi na śmierć i rany, poza merytorycznym, ma również wymiar etyczny. Jako się rzekło, wolno nam mniej.

Więc choćby z tego względu – ale przede wszystkim z powodu kłębiących się wątpliwości, z których część zasygnalizowałem – uchylam się od odpowiedzi na pytanie, co zrobić z „uchylaczami”. Nie wiem.

—–

Wiem za to, jak ta cała historia się skończy. Nie ma prawnych możliwości ściągnięcia ukraińskich poborowych z zagranicy. Tylko poważne przestępstwa karne kwalifikują do wszczynania postępowań deportacyjnych – Ukraińcy, którzy się ich dopuścili, tu czy w ojczyźnie, mogą wrócić nad Dniepr. Innym deportacja nie grozi. Nielegalny wyjazd mógłby stać się podstawą do prób ściągnięcia obywatela do kraju, ale nie da się hurtowo uznać 650 tys. mężczyzn za przestępców. Wpierw, w postępowaniu sądowym, indywidualnie, ukraińskie organy ścigania musiałyby udowodnić przestępstwo. 650 tys. razy, z uwzględnieniem procedur odwoławczych. Widzicie to w sensownych ramach czasowych, z zachowaniem reguł praworządności, które następnie ocenialiby europejscy sędziowie, decydujący o deportacji? 650 tys. razy. Ja nie.

Co przywodzi mnie do wniosku, że ukraińskiemu rządowi wcale nie idzie o pozyskanie brakującego rekruta. „Uchylacze” z zagranicy mają pełnić rolę kozła ofiarnego, skanalizować społeczne oburzenie na mobilizacyjną niewydolność państwa ukraińskiego i generalnie trudną sytuację na froncie. Można się na to oburzać lub nie, trzeba jednak dostrzec, że Kijów strzela sobie „samobója”. Odmawiając usług konsularnych dla części własnych obywateli, uczynił ich los przedmiotem gorących debat w krajach schronienia. Czego skutkiem będzie m.in. rosnący sceptycyzm dla idei pomocy Ukrainie. Bo skoro sami Ukraińcy nie chcą walczyć…

A Kremlowi w to graj.

—–

Dziękuję za lekturę! A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się na dwa sposoby. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Arkowi Drygasowi, Monice Rani, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Jakubowi Wojtakajtisowi, Joannie Marciniak i Andrzejowi Kardasiowi. A także: Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Maciejowi Ziajorowi, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Marcinowi Barszczewskiemu, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Kacprowi Myśliborskiemu, Sławkowi Polakowi, Mateuszowi Jasinie, Mateuszowi Borysewiczowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Marcinowi Łyszkiewiczowi, Krzysztofowi Krysikowi, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi i Jarosławowi Grabowskiemu.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatniego tygodnia: Michałowi Baszyńskiemu i Jackowi Romańskiemu.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały, także ostatnia książka.

A skoro o niej mowa – gdybyście chcieli nabyć „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” z autografem, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Dla żołnierzy na froncie sprawa jest prosta – „uchylaczy”, czy to z Ukrainy czy przebywających za granicą, należy niezwłocznie wcielić. Biorąc pod uwagę poziom „zużycia” personelu sił zbrojnych, nic w takim podejściu dziwnego… Zdjęcie ilustracyjne/fot. ZSU

Kim?

Siły zbrojne Ukrainy stoją przed trzema poważnymi zadaniami. Pierwszym jest konieczność uszczelnienia nieba, zarówno na tyłach, jak i nad frontem. Drugim – paraliż rosyjskiej logistyki i możliwie największa dezorganizacja systemu dowodzenia armii rosyjskiej. I wreszcie trzeci priorytet to stabilizacja frontu – oparcie go o solidne linie obronne (wysycone dostateczną liczbą dobrze uzbrojonych żołnierzy) oraz likwidacja rosyjskich mikro-wyłomów.

Czy ZSU są w stanie sprostać tym wyzwaniom? Komentujący wojnę „narzekacze” oraz aktywni medialnie kolaboranci orzekli już, że nie. I że przebudzenie Europy oraz powrót do gry USA – które zadeklarowały gigantyczną pomoc dla Ukrainy – niczego tu nie zmieni.

Pozwolę sobie nie zgodzić się z tą oceną.

Dostawy amunicji i nowych zestawów OPL (wyrzutni i radarów), muszą jednak być niezwłoczne – inaczej nie będzie czego i kogo chronić. Podstawowy kłopot sprawia ograniczona podaż tego rodzaju uzbrojenia oraz stopień skomplikowania, a więc i długotrwałość produkcji. Da się go obejść, jeśli sojusznicy Ukrainy podejmą ryzyko czasowego osłabienia własnych zdolności obronnych. Potencjał samych Stanów Zjednoczonych – dysponujących ponad 50 bateriami Patriotów (obok szerokiego wachlarza innych systemów) oraz pokaźnym zapasem pocisków – daje tu największe możliwości.

Pociski już do Ukrainy jadą i to w naprawdę dużej liczbie.

Dotarły już na Wschód – sekretnie i w oparciu o wcześniejsze amerykańskie zobowiązania wobec Kijowa – ATACMS-y o zasięgu 160 i 300 km. I raptem sześć takich pocisków (wystrzeliwanych z wyrzutni Himars) zniszczyło kilka dni temu istotne elementy rosyjskiej obrony przeciwlotniczej na Krymie. Tymczasem Ukraina ma otrzymać kilkaset ATACMS-ów oraz duże ilości innej precyzyjnej i dalekonośnej amunicji. Swoje dorzucą również Brytyjczycy, w czym zawiera się „duża liczba” pocisków manewrujących Storm-Shadow. Żadne rosyjskie centra logistyczne, stanowiska dowodzenia i inne krytyczne instalacje militarne bądź o militarnym znaczeniu (jak radary czy mosty), znajdujące się w odległości 300 km (400 biorąc pod uwagę zasięg Stormów) nie będą teraz bezpieczne. „Na bank” należy spodziewać się kolejnych ostrzałów Krymu, włącznie z próbami zniszczenia przeprawy kerczeńskiej, oraz ataków na linie zaopatrzenia wzdłuż całego frontu, w tym na nitkę kolejową i drogową, budowaną obecnie przez rosjan na południu Ukrainy.

„Storm Shadowy trzeba mieć z czego zrzucać”, zwraca uwagę jeden z analityków. Jasna sprawa. Na szczęście jest czym – mimo wściekłych rosyjskich ataków zarówno na samoloty, jak i miejsca ich bazowania, Ukraińcy nadal mają w linii relatywnie dużo Su-24. Bo owszem, Suchoje spadały i były niszczone na ziemi, ale siły powietrzne zmagazynowały wcześniej kilkadziesiąt maszyn (od 30 do nawet 60 sztuk), które teraz służą do odtwarzania gotowości bojowej (niektóre samoloty są przywracane do stanu lotnego, inne wykorzystuje się jako rezerwuar części zamiennych). Na ile to wystarczy? Wedle moich źródeł, Ukraińcy jeszcze przez wiele miesięcy będą w stanie jednocześnie wysłać w powietrze cztery do ośmiu maszyn. Spektakularnej salwy to nie oznacza, ale przy skoordynowanym w czasie ataku z użyciem innych środków bojowych (ATACMS-ów, dronów lotniczych i morskich), dla takiego mostu krymskiego skutki mogą okazać się zabójcze.

Ukraińcy wciąż dysponują większością przekazanych im wyrzutni Himars. Do tej pory rosjanom udało się zniszczyć tylko dwie, kilka zostało uszkodzonych (i wróciły do USA na naprawy). We wczorajszym amerykańskim pakiecie nie znalazły się same wyrzutnie – tylko amunicja do nich – ale za pewnik można uznać wysyłkę kolejnych zestawów na Wschód. Innymi słowy, jest i będzie z czego strzelać także na ziemi.

Dostawy amerykańskiej amunicji artyleryjskiej już niebawem skumulują się z pakietami pocisków przekazanych Ukrainie w ramach tzw. czeskiej inicjatywy. W tym zakresie czynione są kolejne kroki, co przywodzi mnie do wniosku, że w najbliższych miesiącach ukraińskiej artylerii nie zabraknie „wsadu”. A czy będzie miała czym strzelać? W ostatnich miesiącach Ukraińcy utracili wiele najcenniejszych zachodnich armat – ciągnionych i samobieżnych – ale w ocenie moich rozmówców z ZSU, większym zmartwieniem był brak amunicji. Sądząc po wielkości amerykańskiej pomocy na ten rok oraz po deklaracjach Europejczyków, ubytki luf da się uzupełnić, co mocno urealnia trzeci ze wspomnianych na wstępie priorytetów.

Dla realizacji którego trzeba też innego sprzętu ciężkiego. „Nawet jeśli będzie go sporo, kto go obsłuży?”, zastanawiają się sceptycy. Że sprzętu będzie sporo to dla mnie oczywiste, co zaś się tyczy wyrażonej wątpliwości – niestety, nie jest ona bezpodstawna. „Kim walczyć?”, to dziś najważniejsze pytanie, przed jakim staje Ukraina. Nie bez powodu parlament odłożył procedowanie zapisu o prawie do demobilizacji po 36 miesiącach służby, a rząd zawiesił obsługę konsularną mężczyzn w wieku poborowym przebywających za granicą. O ile w pierwszym przypadku chodzi o zatrzymanie w armii już pełniących służbę, o tyle w drugim idzie o postawienie „uciekinierów” (jak nazywa się ich nad Dnieprem) w trudnej sytuacji prawnej, która może poskutkować powrotem do ojczyzny – a więc w zasięg oddziaływania komisji rekrutacyjnych.

„Czy jest aż tak źle z ludźmi?”, pytają mnie Czytelnicy. No jest. W styczniu 2023 roku armia ukraińska liczyła 700 tys. żołnierzy, dziś jest ich o 150 tys. mniej. Taka jest skala bezpowrotnych i długoterminowych ubytków ZSU na przestrzeni ostatnich 15 miesięcy. Dość powiedzieć, że wedle organizacji pozarządowych, w ciągu dwóch minionych lat w Ukrainie wykonano dziesięć razy więcej amputacji niż w analogicznym okresie czasu pokoju. Liczba okaleczonych w ten sposób dochodzi do 70 tys., choć niektóre źródła podają, że pełnoskalowa wojna uczyniła takimi inwalidami nawet 100 tys. osób. Miażdżąca większość z nich to żołnierze.

A realnie straty mogą być większe (niż wspomniane 150 tys. w 15 miesięcy). Mimo niezłych kontaktów w ZSU, nie potrafię ustalić, ilu żołnierzy (innych niż ranni) zostało objętych demobilizacją w 2023 i 2024 roku i ilu mężczyzn w tym czasie zrekrutowano. A oba procesy (rekrutacji i zwalniania), choć w ograniczonym zakresie, to jednak miały miejsce. Jeśli „nowych” było więcej niż „odchodzących”, ta różnica odpowiada liczbie kolejnych ubytków (których nie da się wyczytać z bieżących stanów ewidencyjnych).

Tak czy inaczej, ZSU są dziś istotnie mniejsze. No i „stare”, biorąc pod uwagę średnią wieku żołnierzy, oraz „zmęczone” z uwagi na długotrwałą służbę dużej części personelu – o czym wspominam dla dopełnienia obrazu, a czego rozwijał nie będę, bo wielokrotnie o tym pisałem. Jest też ukraińska armia mocno wytrzebiona ze specjalistów. Niestety, duża w tym zasługa fatalnego niekiedy dowodzenia na szczeblu taktycznym z jednej strony, z drugiej, zaniechań Ameryki i Europy, skutkujących brakami amunicji i uzbrojenia. Najogólniej rzecz ujmując, wielu „droniarzy” czy artylerzystów – gdy nie było czym latać i strzelać – trafiało na pierwszą linię jako zwykli piechurzy; tym sposobem łatano kadrowe braki. Szczęściem w nieszczęściu to marnowanie potencjału nie dotyczyło przeciwlotników i wojskowych obsługujących dalekonośne i precyzyjne systemy artyleryjskie, tym niemniej „na dziś” – gdyby USA „zalały” Ukrainę masą armat czy transporterów – rzeczywiście mógłby być problem z ich obsługą.

Ale. Ale należy pamiętać, że na ukraińskich tyłach stacjonuje kilkanaście brygad, które mają niemal czy wręcz pełne stany osobowe, za to dramatycznie brakuje im sprzętu. Te jednostki do tej pory nie brały udziału w walkach, bądź walczyły w ograniczonym zakresie (część służących w nich żołnierzy wysyłano na front, w szeregi wykrwawionych brygad liniowych, a niektórzy z tych eskapad wrócili). Generalnie ich personel, jeśli jest zmęczony, to na pewno nie trudami frontowej służby. Dać mu sprzęt i kilka miesięcy szkoleń, a może z tego wyjść solidna jakość.

No i nie zapominajmy o przyjętych kilka tygodni temu nowych przepisach mobilizacyjnych, które pozwalają armii sięgnąć po niemal 300-tysięczny zasób tego i przyszłorocznych 25. – i 26-latków. Jeśli ci chłopcy będą się mieli gdzie i na czym szkolić, i oni stworzą nową jakość. Oczywiście na efekt trzeba będzie czekać miesiącami – dziś tworzone czy odtwarzane jednostki solidnie wyszkolone będą za pół roku.

Co oznacza, że ciężar utrzymania frontu nadal – jeszcze przez pewien czas – będzie spoczywał na barkach zmęczonych weteranów. Czy wytrzymają? Zima minęła w Ukrainie pod znakiem swoistej depresji. Spadek społecznego optymizmu i obniżenie morale w armii wynikały z kilku czynników, pośród których jednym z ważniejszych było poczucie osamotnienia. Porzucenia. „Zachód nas zostawił, zostaliśmy z tą rosją sami”, wielokrotnie słyszałem takie opinie. Jakkolwiek nie zawsze i nie w pełni uzasadnione, to jednak powszechne. Dziś – wraz z nowym zachodnim sprzętem – nad Dniepr wraca nadzieja, co dotyczy też wojskowych. Oni – w swej masie – amerykańskiej i europejskiej pomocy nie zmarnują.

—–

Dziękuję za lekturę! A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się na dwa sposoby. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

A gdybyście chcieli nabyć moją najnowszą książkę pt. „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” z autografem, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Szkolenie ukraińskich strzelców, zdjęcie ilustracyjne/fot. ZSU

„Góra”

Wokół najnowszego amerykańskiego pakietu dla Ukrainy narosło sporo niedomówień i przekłamań. Za narracją, wedle której pieniądze pojawiły się za późno i jest ich za mało, stoi rosyjski aparat dezinformacyjny; argument, że „wojna jest już przesądzona”, ma zniechęcać zachodnie społeczeństwa do idei wspierania Kijowa. Ale złą robotę robią też niektóre media i „specjaliści” żyjący z taniej sensacyjności. Zaś w warstwie polityczno-dyplomatycznej istotne są względy ambicjonalne, jakimi kierują się sojusznicy Ukrainy. Znamienne, że to Niemcy wiodą prym w dezawuowaniu amerykańskiego wsparcia, przedstawiając je jako „jednorazowe”.

Nie sposób zaprzeczyć, że amerykański pakiet pomocowy o wartości prawie 61 mld dol. pojawia się późno. Obstrukcja trumpistów przyniosła co najmniej czteromiesięczną zwłokę. Wbrew czarnowidztwom napadnięty kraj nie upadł, co jest zasługą samych Ukraińców oraz Europy, która wzięła na siebie obowiązek wspierania Kijowa w większym niż dotąd zakresie. Nie zmienia to faktu, że ukraińskim siłom zbrojnym zabrakło niektórych rodzajów broni i amunicji, co w połączeniu z kryzysem mobilizacyjnym przekłada się dziś na trudną sytuację na froncie i zapleczu.

—–

Linie obronne w niektórych miejscach trzeszczą, a miasta z powodu zużycia amunicji przeciwlotniczej są bardziej narażone na rosyjskie ataki. W praktyce oznacza to zniszczone obiekty infrastruktury krytycznej, ofiary cywilne, nade wszystko jednak duże straty wojska. W oparciu o źródła w armii ukraińskiej szacuję, że od grudnia 2023 roku do połowy kwietnia br., zginęło i zostało rannych 80 tys. żołnierzy ZSU. Części tych strat udałoby się uniknąć, gdyby rosyjskie lotnictwo nie mogło zrzucać potężnych bomb szybujących. Gdyby powtarzające się szturmy rosjan można było odpierać gęstym ogniem artylerii, z dystansu, bez angażowania się w bezpośrednie starcia piechoty. Gdyby wreszcie odebrano agresorom możliwość zasypywania ukraińskich pozycji rojami dronów.

Te nawet kilkadziesiąt tysięcy ofiar, to cena amerykańskiego zaniechania. Cena zawiera się również w zaufaniu – mocno nadwyrężonej wierze w amerykańskie przywództwo w wolnym świecie. Mimo iż ostatecznie Waszyngton wrócił do gry, wielu Ukraińców, a wraz z nimi wielu innych środkowo-wschodnich Europejczyków, ma teraz prawo do obaw, czy USA rzeczywiście zamierzają wywiązywać się z sojuszniczych zobowiązań. Ten koszt będzie się za Ameryką ciągnął przez długie lata.

—–

Tym niemniej na pomoc zza oceanu wcale nie jest za późno. Ukraina musi „tylko” przetrwać najbliższe tygodnie wściekłej rosyjskiej presji. W Moskwie dobrze wiedzą, że armia ukraińska tak osłabiona jak w tej chwili, niebawem już nie będzie. W wariancie pesymistycznym Kreml musi założyć, że okienko strategicznej okazji już się nie powtórzy – stąd owa presja, by ugrać (zabić, zniszczyć, zająć…) jak najwięcej, nim na teatrze działań wojennych pojawi się amerykańska broń i amunicja.

A pojawi się w dużych ilościach, co zakładam w oparciu o finansową skalę przedsięwzięcia. Do końca 2023 roku Stany Zjednoczone przeznaczyły na wsparcie militarne Ukrainy 44 mld dol. Upraszczając (wszak część dostaw realizowana jest do tej pory), daje to 22 mld rocznie, przeznaczone na broń (w tym jej naprawy), amunicję oraz szkolenie. Najnowszy pakiet zobowiązań na bieżący rok zakłada zaś 23-miliardowy koszt uzupełnienia ubytków w arsenale, które powstaną w wyniku darowania sprzętu Ukrainie. Idzie tu o asortyment o wspomnianej wartości odtworzeniowej, dostępny „od ręki”, który wprost z magazynów US Army trafi na Wschód.

Dalszych niemal 14 mld zostanie przeznaczonych na zakup nowego sprzętu dla Ukrainy.

Ustawa o pomocy zwiększa też prerogatywy prezydenta – do tej pory mógł on przekazać bez konieczności uzyskania zgody kongresu uzbrojenie o wartości 4 mld dol., teraz tę pulę powiększono o dodatkowe 8 mld dol.

Ciekawy jest zapis o 11,3 mld dol. przeznaczonych na „utrzymanie sił USA w regionie”. Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że „zszywanie” takich kosztów z Ukrainą to kuglarsko-księgowa sztuczka. Weźmy jednak pod uwagę, że konflikt na Wschodzie rzeczywiście generuje dodatkowe zagrożenia w krajach flanki wschodniej NATO. Obsługa transferu broni do Ukrainy oznacza zaś kolejne obciążenia dla logistyki sił zbrojnych USA w Europie. Wsparcie rozpoznawcze i wywiadowcze na rzecz ZSU też swoje kosztuje. Niewykluczone – o czym wspominam gwoli uczciwości, nie mając żadnych potwierdzonych danych – że w tej kategorii wydatków mogą się mieścić również koszty operacji sił specjalnych USA na terenie Ukrainy.

—–

Podsumujmy – Ukraińcy „na bank” dostaną broń, amunicję i usługi o wartości 37 mld dol. Tegoroczna pomoc wojskowa Europy zamknie się w kwocie około 40 mld dol. W razie potrzeby do wzięcia są też „prezydenckie” pieniądze, co przy 100-procentowym wykorzystaniu na rzecz Ukrainy oznacza ponad 90-miliardowy „sojuszniczy wsad” do ukraińskiego budżetu obronnego. Mówimy więc o „górze pieniędzy”, do wydania w stosunkowo krótkim czasie. Do której musimy doliczyć kilkunastomiliardowy wkład samej Ukrainy.

Oficjalny rosyjski budżet wojskowy na bieżący rok to 72 mld dol., ale realnie jest on istotnie większy. Szacuje się, że rosja wydaje na „specjalną operację wojskową” około 100 mld dol. w skali roku, mając też inne wydatki związane z utrzymaniem sił zbrojnych. Tak czy inaczej, obie strony w 2024 roku będą miały na wojowanie zbliżone sumy. Oczywiście, zachodni sprzęt jest droższy (tak w zakupie, jak i w obsłudze), szkolenia w Europie i USA też kosztują więcej niż w Ukrainie i rosji, co może przywieść nas do wniosku, że Ukraińcy „będą mogli mniej”. Ale nie zapominajmy o lekcji płynącej z wojny na Wschodzie, z której jasno wynika, że uzbrojenie z Zachodu w niemal wszystkich kategoriach okazało się znacząco lepsze od rosyjskich odpowiedników. Jakością bije ilość. Co wkrótce znów (w skali znacząco większej niż przez ostatnie miesiące) zobaczymy na froncie.

A co będzie później – w kolejnym roku? Sygnały płynące z rosji przeczą propagandowej tezie, w myśl której Moskwa jest gotowa do długotrwałej wojny. To temat na oddzielny tekst, nad którym pochylę się niebawem. Europa pogodziła się z koniecznością wspierania Ukrainy przez kolejne lata. A USA? Tego nie wiedzą prawdopodobnie sami Amerykanie – wiele przecież zależy od wyniku wyborów prezydenckich, który nadal pozostają wielką niewiadomą. I choćby z tego względu wstrzymałbym się z formułowaniem tezy o jednorazowym charakterze amerykańskiej pomocy.

—–

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Arkowi Drygasowi, Monice Rani, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Jakubowi Wojtakajtisowi, Joannie Marciniak i Andrzejowi Kardasiowi. A także: Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Maciejowi Ziajorowi, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Marcinowi Barszczewskiemu, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Kacprowi Myśliborskiemu, Sławkowi Polakowi, Mateuszowi Jasinie, Mateuszowi Borysewiczowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Marcinowi Łyszkiewiczowi, Krzysztofowi Krysikowi, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi i Jarosławowi Grabowskiemu.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatnich dwóch tygodni: Łukaszowi Podsiadle, Marcie Przestrzelskiej Haas oraz Tomaszowi Rosińskiemu (za „wiadro kawy”).

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały, także ostatnia książka.

A skoro o niej mowa – gdybyście chcieli nabyć „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” z autografem, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Ukraiński żołnierz na pozycji strzeleckiej, zdjęcie ilustracyjne/fot. ZSU

Istotna część tego tekstu pochodzi z artykułu, który pierwotnie opublikowałem w portalu Interia.pl

„Zastrzyk”

Wiosną 2022 roku amerykański sprzęt i amunicja zaczęły płynąć na Wschód znacznie szerszym strumieniem. Na front w Ukrainie trafiły m.in. himarsy, które w ciągu kilkunastu następnych tygodni przetrąciły kręgosłup rosyjskiej logistyce.

Oczywiście, broń dostarczały też inne państwa, w tym Polska, dzięki której znacząco powiększył się park maszynowy ukraińskich wojsk pancernych. Decydujące znaczenie miały jednak precyzyjna artyleria (rakietowa i lufowa) oraz ogromne dostawy broni przeciwpancernej i podręcznych systemów przeciwlotniczych. Te ostatnie pozwalały trzymać rosyjskie lotnictwo z dala od frontu, javeliny i pochodne masakrowały czołgi, a armaty „mięsne szturmy” oraz bliskie zaplecze frontu, w tym pozycje rosyjskiej artylerii. W połączeniu z tym, co zrobiły dalekonośne Himarsy, patrząc z rosyjskiej perspektywy mieliśmy do czynienia z potężnym kryzysem. Wojsko federacji wytraciło najwartościowszy wówczas element ludzki i masę najnowocześniejszego i najlepszego sprzętu. „Walec” – jakim najeźdźcy chcieli zmiażdżyć obrońców – zatrzymał się, a potem ugiął pod ukraińskim kontruderzeniem. Jesienią 2022 roku armia inwazyjna była rozbita, zdemoralizowana, najsłabsza w całej dotychczasowej historii konfliktu.

Patrząc wstecz, był to najlepszy moment dla kolejnego ukraińskiego uderzenia – na Zaporożu. Linia surowikina nie istniała, rosyjska logistyka nadal nie otrząsnęła się po wiosenno-letnim „himarsowaniu”. W szeregach armii ukraińskiej panowało za to doskonałe morale, ludzie palili się do walki. Zabrakło jednak woli przywódców i dowództwa, być może warunkowanej krytyczną oceną możliwości ZSU, a może nieuzasadnioną niewiarą – tego dowiemy się zapewne długo po wojnie. Na dziś owo zaniechanie umieściłbym w kategorii „stracone szanse”.

Była też jesień 2022 roku dobrym momentem dla negocjacji, które Ukraińcy mogliby poprowadzić z pozycji siły. Co piszę bez wiedzy, czy jakiekolwiek działania w tym zakresie zostały wtedy podjęte – po prostu, szacuję „wagę” potencjalnych ukraińskich argumentów wobec rosyjskiej (bez)siły. Dostrzegając zarazem – po obu stronach – poważne przeszkody dla układania się. Dla rosji koniec wojny w tamtym momencie byłby porażką, trudną do „sprzedania” swoim, a więc niebezpieczną dla reżimu. W Ukrainie mało kto wówczas myślał o zawieszeniu broni – w armii i społeczeństwie panował wielki entuzjazm i optymizm co do dalszej przyszłości. Decyzja władz o układaniu się z wrogiem nie zyskałaby zrozumienia i akceptacji (co również zagrażałoby rządzącym).

Dlaczego więc o tym wspominam? Ano mam wrażenie, że historia się powtarza. Znów – jak wiosną 2022 roku – Ukraina jest w przededniu „amerykańskiego zastrzyku”. Znów jego zapowiedź przeraża Moskwę i skłania ją do wzmożonej presji na froncie. Znów zaczyna się wyścig między amerykańską logistyką a rosyjskim „walcem” (tym razem bardziej ludzkim niż artyleryjskim, wszak w odróżnieniu od sytuacji z 2022 roku rosjanom bardziej brakuje armat niż ludzi). Znów Ukraińcy muszą rosyjską furię przetrwać – gen. Kyryło Budanow ocenia, że krytyczne będzie najbliższe półtora miesiąca. I wreszcie znów ilość i jakość nowej broni – nie tylko amerykańskiej, ale też europejskiej – daje nadzieję na…

No właśnie, na co?

Odpowiedź w dużej mierze zależy od tego, czy amerykańska pomoc jest jednorazowa (jednoroczna) czy nie. Czy mówimy o procesie trwałej odbudowy zdolności armii ukraińskiej, co w kolejnym roku mogłoby poskutkować poważniejszymi operacjami zaczepnymi? Czy raczej o zapewnieniu Ukraińcom lepszej pozycji negocjacyjnej za kilka miesięcy, po uprzednim ponownym sprowadzeniu rosyjskiej armii do poziomu XX wieku (zniszczeniu jej najwartościowszych systemów)?

Ukraina ma otrzymać naprawdę groźne „zabawki”, w tym setki pocisków ATACMS. Dotąd dostała około 30 sztuk, z których kilka użyto w październiku zeszłego roku do ataku na lotniska w Ługańsku i Berdiańsku. W obu uderzeniach zniszczono i uszkodzono kilkanaście niezwykle cennych dla rosjan śmigłowców Ka-52. Z kolei w zeszłym tygodniu raptem sześć ATACMS-ów zadało potężne straty rosyjskiej OPL na Krymie – mówimy zatem o broni cechującej się niezwykłą efektywnością.

Ale właśnie – będzie jej (i innych systemów) na tyle, by trwale obezwładnić armię inwazyjną i odzyskać przynajmniej część utraconych terenów czy „tylko” tyle, by znów czasowo pogruchotać rosyjskie wojsko, a moskiewskim decydentom odebrać pewność siebie i skłonić do rozmów o pokoju?

Nie znam odpowiedzi na to pytanie.

—–

Dziękuję za lekturę! A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się na dwa sposoby. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

A gdybyście chcieli nabyć moją najnowszą książkę pt. „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” z autografem, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Ukraińska artyleria, zdjęcie ilustracyjne/fot. ZSU

Kontra?

Ukraińcy zrobili dziś rano rosyjskiej OPL na Krymie „jesień średniowiecza”. Sami rosjanie przyznają, że stracili kilka wyrzutni S-300 i S-400 oraz radar. Ucierpiała również infrastruktura lotniska w Dżankoj. Mocny cios, który czyni poniższe rozważania bardzo a propos – tym bardziej więc zachęcam do lektury. I jako się rzekło w poprzednim wpisie – uciekam na kilkudniowy urlop.

„Ukraińcy nie mają już czym strzelać!” – dramatyczny ton takich doniesień coraz częściej definiuje całościowe postrzeganie sytuacji Ukrainy. Tak opisują ją nie tylko zewnętrzne źródła – podobne głosy co rusz płyną z Kijowa, także z ust najważniejszych osób w państwie. A zarazem – nieczęsto, ale jednak – czołowi politycy i generałowie zapowiadają… ukraińską kontrofensywę. Taki stan rzeczy wywołuje poznawczy dysonans. No bo niby czym słabnące państwo i armia miałyby przeprowadzić operację zaczepną?

Historycznie patrząc, mieliśmy już do czynienia z (kontr)ofensywami podejmowanymi przez znacząco osłabionych przeciwników. Dość wspomnieć niemieckie próby przełamania na froncie zachodnim z 1918 roku czy, przede wszystkim, uderzenie w Ardenach wyprowadzone w grudniu 1944 roku. Nie porównuję sytuacji Ukrainy ze stanem, w jakim znajdowały się cesarskie i hitlerowskie Niemcy w końcowych etapach swojego istnienia. Nie chcę też sugerować, że w Kijowie rozważają jakieś desperackie, z góry skazane na niepowodzenie działania. Pragnę jedynie podkreślić naukę płynącą z historii współczesnych konfliktów, z której jednoznacznie wynika, że zdeterminowany i zmotywowany przeciwnik nawet w najtrudniejszej sytuacji będzie szukał możliwości zadania mocnego ciosu.

Co do Ukrainy – musimy mieć świadomość istoty jej „głodu amunicyjnego”. Nawet w najczarniejszych godzinach kryzysu – kiedy artyleria ZSU miała do dyspozycji po kilka pocisków na lufę/na dobę – nie oznaczało to wyczyszczonych magazynów. Ba, w składach zaległy setki tysięcy pocisków. Rezerwa strategiczna, do ruszenia w naprawdę krytycznej sytuacji. A takiej – wbrew medialnym doniesieniom – na przełomie ostatniej jesieni i mijającej zimy nie mieliśmy. Było poważnie, zwłaszcza na finale walk o Awdijiwkę, ale nigdy krytycznie. Było źle z dostępem do amunicji, ale gdyby frontowi groziło załamanie, naruszono by strategiczne rezerwy. Tak się prowadzi wojnę – która w ostatecznym rozrachunku jest domeną księgowych i logistyków. Zwłaszcza wojnę materiałową o wysokiej intensywności, już długą i w perspektywie co najmniej wielomiesięczną.

Mimo wysokich strat i kryzysu rekrutacyjnego, naczelny dowódca armii ukraińskiej wciąż ma do dyspozycji swój żelazny odwód – dziesięć dobrze wyposażonych, wyszkolonych i doświadczonych brygad. To znacząca siła.

Fiksując się na udokumentowanych stratach pojedynczych zachodnich czołgów, bewupów, armat czy wyrzutni, nie dostrzegamy, że większość tych systemów (spośród przekazanych) – znacząco lepszych od posowieckich odpowiedników – nadal stanowi część arsenału ukraińskiej armii. Która teraz ma już znacznie większe doświadczenie w ich używaniu, zbudowane także w oparciu o świadomość popełnionych błędów (takich jak niewłaściwe użycie czołgów Leopard na Zaporożu).

Do czego zmierzam? Ano do tego, by uzmysłowić Czytelnikom, że ZSU ma jeszcze całkiem spory potencjał, w mojej ocenie wystarczający do przeprowadzenia ograniczonej operacji zaczepnej.

Lecz nie sądzę, by do niej doszło, bo wobec rozmaitych rosyjskich przewag, priorytetem armii ukraińskiej na najbliższe miesiące pozostanie operacja obronna. A „pięść” przyda się do działań w charakterze straży pożarnej.

Jeśli USA wrócą do gry, a Europa zintensyfikuje pomoc, możliwe będzie odbudowywanie potencjału ZSU do poziomu sprzed roku. Wówczas z większym prawdopodobieństwem będzie można założyć, że Ukraińcy podejmą kolejną próbę poważnego kontrataku. Lecz to perspektywa na wiele miesięcy wprzód, nie tylko z uwagi na niezbędne dostawy sprzętu, ale też konieczność wyszkolenia ludzi. Rekruci, którzy trafią do armii w oparciu o właśnie uchwalone przepisy mobilizacyjne, w większości są wojskowo „zieloni”. By ich odpowiednio przysposobić trzeba półrocznego szkolenia.

Realnie zatem moglibyśmy mówić o kontrofensywie w 2025 roku, ale wspomniane zapowiedzi są skonstruowane w taki sposób, że sugerują działania jeszcze w tym roku. Zełenski i Budanow kłamią dla podtrzymania woli oporu w społeczeństwie?

Odpowiedź znajdziecie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu Polska Zbrojna – oto link.

Nz. Zniszczone rosyjskie systemy OPL/fot. anonimowe rosyjskie źródło