Bieda-armia

Ministerstwo obrony rosji nie podaje danych na temat własnych strat w Ukrainie. Możliwa jest jednak analiza danych z otwartych źródeł, jak profile społecznościowe wojskowych i ich krewnych czy wzmianki w lokalnych i regionalnych mediach (na przykład o pogrzebach). W taki sposób (m.in.) do stycznia 2024 roku dziennikarzom portalu Mediazona i rosyjskiego serwisu BBC udało się ustalić tożsamość ponad 42 tys. poległych żołnierzy putinowskiej armii. Z Moskwy, której mieszkańcy to niemal 9 proc. populacji kraju, pochodził nieco ponad jeden procent ofiar (1,2). Podobnie miały się sprawy z Petersburgiem – petersburżanie to prawie 4 proc. wszystkich rosjan i zaledwie 1,2 proc. zabitych w spec-operacji. Z kolei odsetek poległych, którzy wywodzili się z azjatyckiego Czelabińska, to 2,8 proc., gdy w mieście mieszka 0,8 proc. obywateli federacji. Co ciekawe, prawie jedną piątą zidentyfikowanych zabitych (7,8 tys.), stanowili zwerbowani do wojska więźniowie.

Mamy więc kolejny dowód na to, że armia najeźdźców to głównie wykolejeńcy i przedstawiciele zabiedzonej rosyjskiej prowincji – jej europejskich enklaw i azjatyckiego interioru. Na przykład mieszkańcy Buriacji, gdzie w 2022 roku przyzwoita pensja pozostawała na poziomie 20 tys. rubli, co odpowiadało tysiącu pięciuset złotych. Przy podobnych do naszych cenach żywności i usług komunalnych.

Armia tymczasem od zawsze płaciła kilka razy tyle, a gdy zaczęła się „specjalna operacja wojskowa” – nawet dziesięć razy więcej. I oczywiście frontowy „przemiał” w wielu przypadkach zniweczył marzenia o stabilnym życiu na państwowym wikcie, ale patrząc szerzej, śmierć żołnierzy nie musi oznaczać materialnej katastrofy dla członków ich rodzin. Pamiętacie historię białej łady?

Latem 2022 roku telewizja rossija 1 nadała reportaż poświęcony rodzicom aleksieja małowa, zabitego w Ukrainie rosyjskiego żołnierza. 31-letni małow, przed wojną mieszkaniec wsi w obwodzie saratowskim, zginął na początku inwazji. Pośmiertnie przyznano mu medal za odwagę, a jego żyjącym rodzicom „pogrzebowe”. W materiale państwo ci z dumą opowiadali o synu i o otrzymanym zasiłku, za który kupili m.in. nowiutką ładę. Białą, bo o takiej marzył aleksiej – usłyszeliśmy z ust jego ojca. „W pierwszą podróż nowym autem rodzice wybrali się na cmentarz, do syna”, mówił narrator. Przesłanie reportażu było jednoznaczne – nie ma dziecka, ale jest samochód. No i reszta pokaźnego odszkodowania, w przeliczeniu niemal milion złotych.

Materiał, jakkolwiek kuriozalny, wpisywał się w cały szereg działań rosyjskiej propagandy skierowanej do „swoich”. Przekaz sprowadzający się do stwierdzenia: „niezależnie od okoliczności udział członka rodziny w spec-operacji wam się opłaci”, trudno uznać za subtelny, a czy był skuteczny? Wiosną i latem 2022 roku rosyjskie media regularnie informowały o przypadkach donosów na synów (mężów, ojców), którzy „uchylali się od służby wojskowej w ważne dla kraju dni”, a mówiąc wprost, nie chcieli dać sobie i bliskim szansy na zarobek i „odkucie się”. Jedne redakcje czyniły to triumfalnie, inne w tonie bardziej ponurym, dostrzegając niszczące dla relacji międzyludzkich skutki presji, wywieranej na siebie przez członków rosyjskich rodzin.

Skądinąd to znamienne zjawisko – owa kampania medialna, mająca na celu pozyskanie ochotników do służby w Ukrainie, oraz powody, dla których ją uruchomiono. Choć MON oferował ogromne jak na rosyjskie standardy pieniądze, chętnych wciąż było za mało. Armia musiała sięgać po niestandardowe rozwiązania, na przykład proponować więźniom skracanie wyroków, a niesolidnym kredytobiorcom czy alimenciarzom (i generalnie osobom w trudnej sytuacji życiowej) pomoc w uregulowaniu należności. Równolegle, w mediach i na ulicach, prowadzono zakrojoną na szeroką skalę akcję odwołującą się do wartości patriotycznych i propaństwowych, lecz i tak to zachęty finansowe pozostały istotą rekrutacji.

Mieliśmy zatem do czynienia z porażką putinowskiego reżimu, który w warstwie retorycznej tak często odwoływał się do idei nacjonalistycznych, a w praktyce zmierzył się ze społeczną obojętnością na górnolotne hasła i odezwy. Potencjalny rosyjski rekrut deklaratywnie wspierał politykę państwa, lecz ani myślał nadstawiać za nią głowy. To dlatego konieczny okazał się przymusowy pobór, czyli tzw. częściowa mobilizacja, która do końca 2023 roku objęła ponad milion osób. Też skądinąd głównie biednych, których nie stać (było) na ucieczkę z kraju czy wykupienie się z rąk urzędników wojenkomitetów – co według najświeższych danych kosztuje od 10 do 25 tys. dolarów.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Arkowi Drygasowi, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Monice Rani, Maciejowi Szulcowi, Jakubowi Wojtakajtisowi, Michałowi Strzelcowi, Joannie Marciniak, Andrzejowi Kardasiowi i Irinie Wolańskiej. A także: Bożenie Bolechale, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Maciejowi Ziajorowi, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Marcinowi Barszczewskiemu, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Kacprowi Myśliborskiemu, Mateuszowi Jasinie, Mateuszowi Borysewiczowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Sławkowi Polakowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Jarosławowi Grabowskiemu i Jakubowi Dziegińskiemu.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatnich dwóch tygodni: Monice Blauth, Łukaszowi Podsiadle, Tomaszowi Jakubowskiemu, Sławomirowi Trzeciakowi i Karolowi Woźniakowi.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

Nz. ilustracyjnym zniszczona samobieżna haubica Goździk (typ mocno przestarzałej dziś bieda-broni, używany przez obie strony konfliktu)/fot. własne

Notka

Szanowni, jeszcze książka, jeszcze mnie wessało. Akceptuję właśnie redakcyjne poprawki, uwzględniam sugestie – wszystko po to, by „Alfabet…” w ostatecznej wersji był dziełem skończonym. Wypieszczonym czy jak kto woli – wycyzelowanym. Ale to już naprawdę „kropka nad i”.

Od poniedziałku wracam do regularnego komentowania wojny w Ukrainie.

A dziś ostatnia „około-książkowa wrzutka” – notka redakcyjna, zilustrowana jednym z pomysłów na okładkę tylną „Alfabetu…” (ostatecznie druga strona oprawy będzie inna, choć również przedstawiająca mnie „na robocie”).

Oto treść rzeczonej notki:

Wojna w Ukrainie trwa już dziesięć lat, właśnie zaczął się trzeci rok jej pełnoskalowej odsłony. Konflikt pochłonął setki tysięcy ofiar, stając się jednym z najkrwawszych w najnowszych dziejach ludzkości. A toczy się tuż za progiem, u granic Rzeczpospolitej.

Ukraińcy walczą o siebie i dla siebie, ale krwawią też i dla nas. „To moja wojna”, pisze Ogdowski i do takiej wizji konfliktu stara się nas przekonać.

Raz jest to intymna relacja reportera. Innym razem twarda analiza, za którą stoi solidny warsztat i wiedza z zakresu historii, wojskowości i socjologii. W jeszcze innych fragmentach mamy do czynienia z publicystyką – opiniami autora cechującymi się nie tylko dobrym piórem, ale i racjonalną argumentacją.

Przede wszystkim jednak „Alfabet…” to solidne kompendium wiedzy na temat rosyjsko-ukraińskiej wojny.

To nie jest książka kogoś, kto obserwuje zmagania na Wschodzie z daleka i pisze, co mu się wydaje. To relacja człowieka, który brutalność wojny poznał na własnej skórze. Który zna Ukrainę i Ukraińców i któremu nieobce są też melodie grające w duszy agresora. Odtwarza je nam, samemu usiłując zrozumieć, po co Rosji i Rosjanom ta wojna.

Tę książkę koniecznie trzeba przeczytać.

Daje radę? Zachęca?

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Fot. Darek Prosiński

Klincz

Mamy dziś siedemsetny dzień „specjalnej operacji wojskowej”. I właśnie zaczął się ostatni miesiąc drugiego roku pełnoskalowej wojny na Wschodzie. Agresorzy właśnie zakończyli rozmieszczanie dodatkowych zestawów rakietowych S-300 – w obwodzie leningradzkim, na północy rosji. Mają one zapewnić obronę przeciwlotniczą skupionym wokół Petersburga obiektom przemysłowym i infrastrukturze krytycznej. W nocy z 21 na 22 stycznia br. ukraińskie drony zaatakowały terminal LNG w Ust-Łudze (110 km od stolicy obwodu). Było to pierwsze uderzenie w tym rejonie, dotąd – z uwagi na odległość od granic Ukrainy – uchodzącym za bezpieczny.

Ukraińskie drony przedarły się do obwodu nad Białorusią. Skróciły drogę, lecz i tak musiały pokonać ponad 900 km. Zyskanie przez Ukraińców możliwości precyzyjnego rażenia na tak dużym dystansie oznacza, że wojna weszła w kolejną fazę, jakże odległą od buńczucznych zapowiedzi kremlowskiej propagandy z 24 lutego 2022 roku. „Trzy dni i Kijów nasz!”, twierdzili wówczas rosjanie. Kijowa jak nie mieli, tak nie mają, za to muszą troszczyć się o arcyważny dla nich Petersburg. I przełykać przy tym kolejną gorzką pigułę, bo to oni sami wydrenowali białoruską OPL, kosztem armii łukaszenki wetując własne straty na froncie.

—–

A i front dostarcza moskalom niemałych trosk. Nie doszło do załamania się ukraińskiej obrony na skutek zużycia armii w operacji zaporoskiej i ustania amerykańskiej pomocy wojskowej. Inicjatywa nadal jest po rosyjskiej stronie, ale atakującym „brakuje pary”. Ewidentnie kuleje logistyka, do tego stopnia, że na wielu odcinkach styku wojsk rosjanie nie mają wystarczającej ilości amunicji, żywności i wody. W takich miejscach tylko relatywna słabość Ukraińców decyduje o statyczności działań.

Kampania powietrzna skupiona jest na celach wojskowych, ale Moskwa nie chwali się sukcesami (a gdyby takie były, z pewnością trąbiłaby o nich głośno). Głośno jest za to o tej części działań wymierzonych w cywilów. Rakiety i drony spadające na ukraińskie miasta od końca grudnia ub.r. zabiły kilkadziesiąt osób, kilkaset raniły. Jakkolwiek wywołuje to w Ukraińcach żałobę, o utracie woli oporu społeczeństwa nie ma mowy.

Na razie nie ma też mowy o wznowieniu amerykańskiej pomocy, lecz i tu moskale nie mogą świętować. Europa bowiem „spięła pośladki” – Ukraina zyskuje kolejne deklaracje pomocy, tylko w grudniu Kijów otrzymał od partnerów wsparcie w wysokości 15 mld euro.

W takich okolicznościach wojna weszła w tryb „na przeczekanie”. Wielu analityków jest zdania, że pozostanie w nim przez cały 2024 rok.

—–

Czy rzeczywiście innej opcji nie ma?

Wszystko, co wiemy o rosyjskiej armii po 24 lutego 2022 roku, skłania do wniosku, że nie jest ona w stanie przeprowadzić rozległej operacji zaczepnej, która miałaby rozstrzygający charakter. Doniesienia o rychło mającej nastąpić, wielkiej rosyjskiej ofensywie, można więc włożyć między bajki. Nie wyklucza to jednak scenariusza lokalnych ataków, kanalizujących uwagę i zasoby Ukraińców, poza tym realizowanych z zamysłem osiągnięcia korzyści propagandowych. Możemy być pewni, że ewentualny upadek broniącej się od dziewięciu lat (!) Awdijiwki, zostanie przez Kreml ograny niczym wiktoria berlińska z 1945 roku.

Zarazem rosjanom nie sprzyja kondycja ich własnej gospodarki. Wbrew twierdzeniom propagandy, sankcje działają – ograniczony dostęp do rozległego wachlarza niezbędnych półproduktów i urządzeń sprawia, że produkcja zbrojeniowa nie rośnie od lata 2023 roku. W efekcie armia rosyjska w coraz większym zakresie strzela podłej jakości amunicją z Korei Północnej. Nowego fabrycznie sprzętu jest w linii jak na lekarstwo, wojsko wciąż korzysta z renty po ZSRR. Pozwala to odtwarzać gotowość bojową w oparciu o wyciągany z magazynów demobil, ale o budowaniu nowej jakości nie ma mowy. Zwiększenie nakładów na obronność – które pozwoliłoby na zbudowanie przynajmniej dużej przewagi ilościowej – również nie wchodzi w grę. Wojsko i aparat bezpieczeństwa już teraz pochłaniają 40 proc. oficjalnego budżetu, wedle nieoficjalnych danych, 6 na 10 rządowych rubli idzie na podtrzymanie wojennego wysiłku.

Trudno nazwać taką sytuację komfortową, co nie zmienia faktu, że Ukraina ma gorzej. W czym Kreml widzi swoją szansę, zakładając, że rosja wytrzyma więcej i dłużej.

—–

W Kijowie nie są ślepi i dobrze wiedzą, kogo premiuje obecny klincz. Ale realnych sposobów na jego przerwanie nie ma. Nie ziści się skrajnie optymistyczny scenariusz – rysowany przez niektórych obserwatorów konfliktu – zgodnie z którym Ukraina ponowi latem, tym razem zwycięską kontrofensywę. Armia ukraińska nie jest i w najbliższych miesiącach nie będzie zdolna – podobnie jak rosyjska – do poważniejszych operacji zaczepnych. I wcale nie chodzi o problemy z mobilizacją i odtwarzaniem stanów osobowych (tu, zakładam, Ukraińcy sobie poradzą, bo to wyłącznie ich wewnętrzny problem). A o co?

Odpowiedź w dalszej części tekstu. Opublikowałem go w portalu Interia.pl – oto aktywny link.

—–

Szanowni, jako się rzekło, książka jest już u Wydawcy. W „Posłowiu” tymczasem zawarłem  następujący fragment: „(…) chciałbym podziękować wszystkim, którzy mają swój wkład w powstanie tej książki. Dziękuję Patronom i 'Kawoszom’, którzy wspierali i wspierają mnie finansowo, za pośrednictwem serwisów Patronite i Buycoffee.to. Dziękuję Społeczności, jaka zgromadziła się wokół mojego blogu i profilu na Facebooku – za uznanie, krytykę i przede wszystkim za rzeczowe dyskusje. (…) Ufam, że było warto”.

Nz. Ofiary wczorajszego ataku rakietowego na Charków. „Rakiety i drony spadające na ukraińskie miasta od końca grudnia ub.r. zabiły kilkadziesiąt osób, kilkaset raniły. Jakkolwiek wywołuje to w Ukraińcach żałobę, o utracie woli oporu społeczeństwa nie ma mowy”/fot. Prokuratura Regionalna w Charkowie

Hekatomba?

I Moskwa, i Kijów konsekwentnie nie informują o stratach, jakie poniosły ich armie podczas działań wojennych. Niewiedza w tym zakresie – jeśli dotyka własnych społeczeństw – może mieć negatywne skutki. Kilka dni temu zwrócił na to uwagę były prokurator generalny Ukrainy Jurij Łucenko. Sam do niedawna walczył na froncie, więc także z perspektywy weterana przygląda się debatom na temat konieczności powołania pod broń kolejnych 500 tys. osób. Jego zdaniem, tylu właśnie żołnierzy ukraińskich zostało do tej pory zabitych lub rannych. „Dane dotyczące ofiar powinny zostać podane do publicznej wiadomości, aby uzmysłowić ukraińskiemu społeczeństwu powagę sytuacji. Pomogłoby to zrozumieć, dlaczego armia potrzebuje dużej liczby nowych rekrutów”, twierdzi Łucenko.

Poznałem go w styczniu 2023 roku w Bachmucie. Wagnerowcy byli wtedy kilka kilometrów od miasta, ich artyleria biła na potęgę, a Łucenko przewidywał, że Bachmut stanie się wkrótce areną bardzo ciężkich walk.

– Zginie wielu naszych – mówił. – Jak w Siewierodoniecku, gdzie mieliśmy 10 tys. poległych.

Zaskoczyła mnie ta liczba. Oficjalnych danych nie było, ale w tych „pół-oficjalnych” – podawanych off-the-record i/lub z zachowaniem anonimowości źródeł – ukraińscy urzędnicy i wojskowi przyznawali się do strat o dwie trzecie niższych.

Nie miałem wtedy, nie mam i dziś wiedzy, która pozwoliłaby mi z całą stanowczością zakwestionować dane podawane przez Łucenkę. Chciałbym tylko zauważyć, że owe pół miliona, to najwyższy szacunek, jaki pojawił się dotąd po ukraińskiej stronie. I nie odbiega on dramatycznie od tego, co na temat ubytków osobowych armii ukraińskiej twierdzą rosjanie. Wedle oficjalnych raportów Moskwy, Ukraina straciła 600 tys. rannych i zabitych żołnierzy.

—–

Oficjalne raporty Kijowa mówią z kolei o 370 tysiącach „wyeliminowanych” rosjan (w dalszej części tekstu zajmę się znaczeniem tego słowa). Gdyby dać wiarę doniesieniom obu stron, mielibyśmy już milion wojskowych ofiar konfliktu. Dla porządku dodam, że gdy zaczynała się inwazja, rosjanie rzucili do walki 170-190 tys. żołnierzy, Ukraina miała wtedy pod bronią ćwierć miliona osób.

W publicystyce i analizach poświęconych tej wojnie, poza Ukrainą i rosją raczej nie wykorzystuje się danych obu stron. Zwykle sięga się po szacunki amerykańskich służb specjalnych, co jakiś czas ujawniane mediom. Amerykanie istotnie mają sporo źródeł i mechanizmów weryfikacji danych, włącznie z wysoko postawioną agenturą w rosyjskiej i ukraińskiej armii i administracji. Dysponują najpotężniejszym wywiadem elektronicznym na świecie, pozwalającym przeglądać i podsłuchiwać kanały komunikacyjne i bazy danych najmniejszych jednostek wojskowych oraz wszystkich instytucji (w tym organizacji i firm) zaangażowanych w wojenne wysiłki. Także w ewakuację rannych czy wywózkę zabitych i ich późniejsze pochówki. Te narzędzia przydają Amerykanom dużej wiarygodności, choć należy pamiętać, po czyjej stronie opowiada się Waszyngton.

W połowie listopada ub.r. USA oszacowały straty Ukrainy w wojnie z rosją na co najmniej 70 tys. zabitych i 120 tys. rannych żołnierzy. W tym samym czasie zakładano ubytki rosji na 120 tys. poległych i 180 tys. rannych. Grudzień 2023 roku był czasem bardzo intensywnych walk, należy zatem założyć, że i w tym zestawieniu każdej ze stron „przybyło” co najmniej kilkanaście tysięcy ofiar.

—–

Kwestia strat jest jednym z istotniejszych elementów wojny informacyjnej/propagandowej. Jej odpowiednia prezentacja służy podtrzymaniu wyobrażenia o skuteczności, bohaterstwie i determinacji armii, wpisując się w proces budowania morale. Zwykle ma to postać umniejszania własnych ubytków i „podkręcania” danych dotyczących przeciwnika.

Ale w historii wojen mieliśmy też do czynienia z sytuacją, w której to straty własne zostały zawyżone. Tak postąpili Sowieci po II wojnie światowej – po pierwsze, by jeszcze bardziej podkreślić skalę poświecenia „narodów radzieckich w wojnie z faszyzmem”, po drugie, by „statystyki się zgadzały”. Rzeczywiste straty ZSRR, poniesione na skutek konfliktu z Niemcami, nie pokrywały się z rozmiarami powojennego ubytku ludności. Wedle różnych relacji, sowieckim statystykom brakowało od kilku do kilkunastu milionów ludzi. Co się z nimi stało, skoro nie zabili ich Niemcy (nie zginęli/nie urodzili się w efekcie brutalnej hitlerowskiej okupacji)? Odpowiedzią była barbarzyńska polityka Józefa Stalina z lat 30. XX w. – wielki głód, masowe prześladowania, czystka w armii. Sytuacje, o których wszyscy wiedzieli, ale nikt nie mógł mówić. A już w żadnym razie oficjalnie raportować. I tak „przyklepano” nazistom co najmniej kilka milionów dodatkowych ofiar, z których jedną trzecią stanowili żołnierze.

O czy wspominam, bo choć fałszowanie wojennej sprawozdawczości to praktyka ponadnarodowa, na Wschodzie mają w tym zakresie wybitne osiągnięcia. W konfliktach z ostatnich dekad – w Afganistanie, Czeczenii, Gruzji, Donbasie, Syrii – i przy okazji zaangażowania wagnerowców w Libii, rosjanie nagminnie zaniżali swoje straty. Dla przykładu, Moskwa przyznała się do około 10 tys. poległych w Afganistanie żołnierzy, gdy realnie straciła ich trzy razy tyle. Po kompromitującej porażce w syryjskim Dajr az-Zaur – gdzie w lutym 2018 roku żołdacy z Grupy Wagnera zostali „zmieleni” przez amerykańskie lotnictwo – Kreml wspomniał o czterech poległych. W oparciu o dane z rozpoznania lotniczego, siły USA uznały, że zginęło co najmniej 200 najemników.

—–

W praktykę fałszowania wpisuje się też brak oficjalnej wykładni, kim dla Ukraińców są „wyeliminowani”.

O czym więcej w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu Interia.pl – link znajdziecie tu.

—–

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Arkowi Drygasowi, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Monice Rani, Maciejowi Szulcowi, Jakubowi Wojtakajtisowi, Michałowi Strzelcowi, Joannie Marciniak, Andrzejowi Kardasiowi i Irinie Wolańskiej. A także: Bożenie Bolechale, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Maciejowi Ziajorowi, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Marcinowi Barszczewskiemu, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Kacprowi Myśliborskiemu, Mateuszowi Jasinie, Mateuszowi Borysewiczowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Sławkowi Polakowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Jarosławowi Grabowskiemu i Jakubowi Dziegińskiemu.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatniego tygodnia: Mirosławowi Gajowemu, Łukaszowi Podsiadle, Tomaszowi Jakubowskiemu, Michałowi Baszyńskiemu, Tomaszowi Szewcowi i Joannie Marciniak.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

Nz. Jurij Łucenko w Bachmucie, styczeń 2023 roku/fot. własne

Wrzody

Pierwsza faza pełnoskalowej wojny w Ukrainie cechowała się wybitną manewrowością. rosjanie uderzyli z wielu kierunków, dążąc do jak najszybszej i najgłębszej penetracji terytorium przeciwnika. Celem kolumn pancernych i zmechanizowanych były duże miasta – ze stolicą włącznie – których zdobycie miało wywrzeć na Ukraińcach niszczący efekt psychologiczny. Na osiach natarć dochodziło do punktowych bojów, których intensywność często przypominała potyczki z czasów wojen światowych. Ale kilka kilometrów dalej – patrząc na boki – panował spokój. Mapy, które wtedy kreślono – by dla informacji i propagandy ilustrować postępy rosyjskich wojsk – obciążone były kardynalnym błędem. Sugerowały bowiem, że pod okupacją znalazły się wszystkie tereny, przez które przeszły rosyjskie kolumny.

Tymczasem na skutek szczupłości sił inwazyjnych, rosjanie często nie kontrolowali nawet dróg, po których wcześniej się poruszali. I którymi, co istotne, miało do wysuniętych oddziałów docierać zaopatrzenie. Nie było mowy o instalowaniu garnizonów okupacyjnych, rosyjski stan posiadania wyznaczały aktualne lokalizacje grup bojowych. Front, w odróżnieniu od pierwszo- czy drugowojennych zmagań, nie stanowił linii ciągłej – tworzyły go izolowane skupiska wojsk, będące niczym gorejące wrzody na ciele Ukrainy.

W miejscach, gdzie obie armie się stykały, walczyły ukraińskie czołgi, artyleria, klasyczne lotnictwo. Obrońcy zwykle ustępowali, więc w medialnym przekazie Kijowa na plan pierwszy wybiła się lekka piechota wyposażona w przenośne wyrzutnie przeciwpancerne, hulająca na rosyjskich „tyłach”. Zadawała ona agresorom – zwłaszcza ich logistyce – dotkliwe straty, stąd jej propagandowa atrakcyjność. Bohaterami mediów zostały także Bayraktary – i one dziesiątkowały wówczas zbite w kolumny rosyjskie oddziały.

Pod koniec maja 2022 roku usłyszałem od jednego z ukraińskich generałów, że w pierwszym miesiącu wojny używane przez obrońców przenośne wyrzutnie przeciwpancerne odpowiadały za 50 proc. strat sprzętowych, zadanych rosyjskim wojskom pancernym. A niemal jedna piąta zniszczonych i uszkodzonych wozów została porażona z powietrza, głównie przy użyciu dronów i amunicji krążącej. W kolejnych miesiącach te proporcje uległy zmianom; gdy rozmawialiśmy, miały być następujące: za 30 proc. strat odpowiadały wyrzutnie przeciwpancerne, 30 proc. było efektem pojedynków pancernych (czołg-czołg – tu bez zmian w odniesieniu do pierwszego miesiąca inwazji), następne 30 proc. przypisywano działaniu artylerii. Pozostałe 10 proc. szło na konto lotnictwa, także bezzałogowego. Co się po drodze zmieniło?

rosjanie nauczyli się zwalczać Bayraktary. Zachowane egzemplarze dowództwo ukraińskie nie wysyłało już do misji bojowych – wykorzystywano ich walory rozpoznawcze, głównie w miejscach, gdzie nie toczyły się intensywne walki. „Wyszły” też Ukraińcom zapasy amunicji krążącej, zeszczuplały ich klasyczne siły powietrzne. Nade wszystko jednak zmienił się charakter działań wojennych, który w znacznie większym stopniu umożliwiał wykorzystanie artylerii (co tyczyło się obu stron). Wyrzuceni z północy Ukrainy i zatrzymani na południu rosjanie, w połowie kwietnia 2022 roku skoncentrowali wysiłki na Donbasie. Wojna zatraciła cechy wybitnej manewrowości, front przestał być skupiskiem ognisk i przybrał klasyczną liniową postać. Presja wzdłuż tej linii była zróżnicowana, ponieważ jednak rosjanie starali się „wymacać” słabe punkty obrony w wielu miejscach na raz, uznać można, że szli ławą. A po prawdzie to ślimaczo się toczyli. Tym niemniej uporządkowali tyły, lokując garnizony Rosgwardii w miastach będących zapleczem frontu oraz siejąc terror wśród cywilów (w czym wiodącą rolę odegrała Federalna Służba Bezpieczeństwa).

Gdy w pełni ujawniło się niepowodzenie strategii szybkich, głębokich rajdów, moskale sięgnęli do radzieckich wzorców. Wychodząc z założenia, że stworzone wcześniej (w latach 2014-21) i tworzące się na bieżąco ukraińskie linie obronne zmiażdży walec artyleryjski. Nieefektywność tej metody oraz niedostatki techniczne i technologiczne obu stron miały wiele konsekwencji. Jedną z nich był triumfalny powrót dronów na pole bitwy. Początkowo głównie jako aparatów obserwacyjnych, wspierających działania artylerii, później w coraz większym stopniu jako substytut luf i miotanych przez nie pocisków. Co istotne, o ile najpierw były to bezpilotowce stworzone na użytek wojska, o tyle w kolejnych miesiącach dominować zaczęły zaadaptowane na militarne potrzeby urządzenia cywilne. Na początku 2024 roku stanowiły one miażdżącą większość wykorzystywanych w wojnie bezzałogowców.

Co mam na myśli pisząc o nieefektywności artyleryjskiego walca? O tym przeczytacie w książce, którą właśnie kończę. A która, jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, ukaże się pod koniec lutego. Do lektury „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” zapraszam już dziś.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Zdobyczny rosyjski dron Orłan, służący jako ozdoba w kwaterze ukraińskich droniarzy ze słynnej grupy „Madziara”/fot. własne