Bieda-broń

Niemal dokładnie rok temu, w Bachmucie, przyglądałem się pracy ukraińskich „droniarzy” ze słynnej grupy „Madziara”. W stanowisku dowodzenia znajdowały się m.in. dwa duże ekrany, na które przekazywano obrazy z dronów rozpoznawczych. Bezpilotowce przeczesywały teren w poszukiwaniu celów dla artylerii – większych skupisk piechoty, wozów bojowych, czołgów. W tym samym czasie mniejsze, czterowirnikowce – zmodyfikowane tak, by przenosić na przykład 750-gramowe ładunki termobaryczne – polowały na rozproszone grupki żołnierzy wroga i ich stanowiska. Oba typy maszyn powstały na użytek cywilny, ale wojsko zaadaptowało je na własne potrzeby. Druga strona zrobiła to samo, obie w skali, która uczyniła małe bezpilotowce jedną z podstawowych broni tej wojny. Do jakich wniosków przywodzi nas dronowa odsłona rosyjsko-ukraińskiego konfliktu? O tym rozmawiam z ekspert ds. bezpieczeństwa, dr Michałem Piekarskim z Wydziału Nauk Społecznych Uniwersytetu Wrocławskiego.

Marcin Ogdowski: Większość filmów ujawnianych przez obie strony konfliktu w Ukrainie dotyczy dronów. Można odnieść wrażenie, że to najważniejszy system uzbrojenia.

Michał Piekarski: Pamiętajmy, że to przede wszystkim materiał propagandowy, a więc odpowiednio wyselekcjonowany – nie pokazuje się, co oczywiste, porażek. Ale rzeczywiście, powszechność małych bezzałogowych statków powietrznych w Ukrainie oraz nierzadko spektakularne przykłady z ich użycia, sprzyjają myśleniu o rewolucyjnej zmianie na polu walki, która sprawi, że tradycyjne rodzaje uzbrojenia staną się przestarzałe. Zapewne każdy, kto bardziej interesuje się kwestiami militarnymi, zetknął się ze stwierdzeniem typu: „tani dron niszczy drogi czołg”…

– … „a więc czołgi nie są już potrzebne”; o tak, wielokrotnie to czytałem. Odpowiadam zwykle, że pocisk przeciwpancerny również kosztuje dużo mniej niż jego cel. W relacji nakład-zysk nie mamy tu rewolucji. Ale czy tak liczne zastosowanie dronów nie jest przełomem?

– To żadna rewolucyjna zmiana. Małe drony (kategorii I, trzymając się klasyfikacji NATO), były obecne na polach bitew przed 2022 rokiem, zarówno jako urządzenia wojskowe produkowane seryjnie, jak i aparaty cywilne, zaadaptowane nieraz w sposób prosty czy wręcz prymitywny. Tych ostatnich używano w ciągu ostatniej dekady choćby w konflikcie w Syrii i Iraku. Stamtąd pochodzą pierwsze efektowne nagrania, gdy pod taniego DJI Phantoma podwieszano ładunki wybuchowe.

– Właśnie, taniego – dla bojówek szukających „bieda-broni” to wielka zaleta. A co z zawodowymi armiami?

– One również dostrzegały potencjał małych bezzałogowców. Przypomnę, że pomysł, aby do drużyny piechoty morskiej USA włączyć operatora drona, pojawił się na przełomie 2018 i 2019 roku. To oznaczało że dron stałby się częścią zwykłego wyposażenia żołnierzy, jak karabin, granatnik czy lornetka.

– Wtedy jednak skupiano się na używaniu bezpilotowców do celów rozpoznawczych.

– Owszem. A w konflikcie w Ukrainie drony na najniższym szczeblu używane są także jako środek ogniowy, substytut przeciwpancernych pocisków kierowanych i granatów moździerzowych. Prawdopodobnie gdyby ukraińska armia była tak wyposażona i zaopatrywana jak amerykańska, drony odgrywałyby inną rolę. Bo wówczas klasyczne nowoczesne uzbrojenie i wsparcie artylerii byłyby łatwo dostępne.

– Tu nie tylko o niedostatek przyzwoitych i drogich armat chodzi. Sama amunicja artyleryjska potrafi kosztować. Zwykły pocisk to wydatek rzędu 2-3 tys. dolarów, precyzyjny może być 50 razy droższy. Tyle pieniędzy wystarczy na cały rój dronów…

– Ten konflikt toczy się w specyficznym kontekście. Niedostatków nowoczesnego uzbrojenia oraz ograniczonej wydajności zaplecza przemysłowego. Rosyjska gospodarka objęta została sankcjami, a drony FPV to przecież wręcz zabawki, łatwo więc je importować w całości i w podzespołach. Ukraina z kolei utraciła część swojego przemysłu, dostawy z Zachodu nie zawsze są wystarczające. W takich okolicznościach powstała nisza ekonomiczna dla względnie prostych konstrukcji bojowych, budowanych przy użyciu komercyjnych podzespołów. Należy przy tym zauważyć, że obserwowane rozwiązania często są wybitnie doraźne i podlegają szybkiej ewolucji.

– Analogicznie jak z „dużym” lotnictwem podczas I wojny światowej.

– Otóż to. Mieliśmy wówczas wiele prób i eksperymentów, zarówno z samymi aparatami latającymi, jak i ich zastosowaniem. W 1914 roku samoloty miały status nowinki, nie było jasne, do czego poza rozpoznaniem można ich użyć. Powstawało lotnictwo myśliwskie, bombowe, morskie. I cały czas eksperymentowano – na przykład trójpłatowe myśliwce czy sterowce w roli bombowców strategicznych okazały się rozwiązaniami przejściowymi. Nie sprawdziły się. A przy tym wszystkim mieliśmy do czynienia z przejściem od manufaktur do masowej, przemysłowej produkcji; niektóre typu samolotów wytwarzano w tysiącach egzemplarzy. Co ważne, po wojnie lotnictwo dalej ewoluowało, na skutek postępu technicznego, rozwoju myśli wojskowej i pojawienia się coraz to nowych środków przeciwdziałania.

– Wymyślono miecz, powstały tarcze…

– Truizm, a zarazem istotna wskazówka odnośnie przyszłego losu małych dronów, także w naszych siłach zbrojnych. Nie ma sensu rozważać bezpośredniej adaptacji tego, co widzimy w Ukrainie. Bo za kilka miesięcy możemy mieć do czynienia z archaicznym rozwiązaniem.

– Największym wrogiem małych dronów są systemy walki radioelektronicznej (WRE). Rosjanie mają w tym zakresie przewagę nad Ukraińcami, „na dziś” mieliby ją również nad nami.

– Ale za sprawą uwikłania się Rosji w wojnę w Ukrainie mamy czas na przygotowanie się do ewentualnego konfliktu.

Jak? O tym w dalszej części wywiadu, który opublikowałem w portalu Interia.pl – znajdziecie go pod tym linkiem.

—–

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Andrzejowi Kardasiowi, Irinie Wolańskiej, Arkowi Drygasowi, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Michałowi Strzelcowi, Joannie Marciniak, Jakubowi Wojtakajtisowi i Monice Rani. A także: Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Jarosławowi Grabowskiemu, Jakubowi Dziegińskiemu, Bożenie Bolechale, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Marcinowi Barszczewskiemu, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Remiemu Schleicherowi, Piotrowi Świrskiemu, Kacprowi Myśliborskiemu, Mateuszowi Jasinie, Mateuszowi Borysewiczowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi i Sławkowi Polakowi.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatniego tygodnia: Tomaszowi Biniszkiewiczowi, Adamowi Andrzejowi Jaworskiemu i Tadeuszowi Popardowskiemu.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

Nz. Komercyjny „dronik” ze śmiercionośną „przesyłką”/fot. własne

„Dzikusy”

4 stycznia br. putin podpisał kolejny już dekret w sprawie cudzoziemców. Zgodnie z dokumentem ochotnicy, którzy walczą w Ukrainie po stronie rosji, mogą otrzymać rosyjskie obywatelstwo. Podobne prawo przysługuje także członkom ich rodzin – dzieciom, żonom i rodzicom. Dekret niespecjalnie różni się od podobnych rozwiązań prawnych, stosowanych w innych państwach – na przykład w USA czy Francji. Warto jednak zwrócić uwagę na kontekst, z którego coraz jaśniej wyłania się strategia Kremla.

„Prezydent putin może wzbraniać się przed przeprowadzeniem powszechnej mobilizacji także z powodu niechęci do powołania dużej liczby etnicznych rosjan” i najwyraźniej chce, aby to mniejszości „poniosły ciężar wojny na tym etapie”, pisali wiosną ub.r. analitycy Instytutu Studiów nad Wojną. Te przypuszczenia okazały się w pełni uzasadnione. Spójrzmy na dostępne wówczas, wycinkowe dane. Do końca kwietnia 2022 roku nie zarejestrowano oficjalnie żadnej śmierci wojskowego z 13-milionowej Moskwy, w 3-milionowym Dagestanie odnotowano 93 zgony, a w milionowej Buriacji 52. W obwodzie astrachańskim cztery piąte potwierdzonych strat dotyczyło przedstawicieli mniejszości, choć stanowią one jedną trzecią ludności regionu. Przypadek?

Kolejne miesiące konfliktu utrwaliły ów wzorzec – w ocenie niezależnych rosyjskich mediów, pod koniec drugiego roku pełnoskalowej wojny 70 proc. zabitych i rannych żołnierzy nie miało słowiańskiego pochodzenia, co było niemal dokładnym odwróceniem rzeczywistych proporcji etnicznych rosyjskiego społeczeństwa. Dodajmy do tego inny element polityki rekrutacyjnej Kremla – posyłanie na front więźniów, głównie jako najemników z Grupy Wagnera, ale także w szeregach regularnej armii. Wedle różnych szacunków, na wojnę trafiło od 60 do 100 tys. skazańców, większość z nich (w tym 80 proc. wagnerowców z wyrokami) straciła życie.

Najnowsza oferta putina skierowana jest do obywateli z byłych azjatyckich republik Związku Sowieckiego – to około 4-milionowa społeczność gastarbeiterów; taniej i pogardzanej z uwagi na pochodzenie siły roboczej. Egipcjanie czy Syryjczycy (oraz przedstawiciele innych „egzotycznych” narodowości), zakładający rosyjskie mundury, to w istocie kwiatki u kożucha. Nieistotny statystycznie zasób ludzki, wszak przydatny propagandowo, bo pozwalający budować narrację o „dużej części świata, wspierającej wysiłki rosji”.

No dobrze, ale dlaczego tak się dzieje? Z perspektywy Kremla, utrata „mniej wartościowego” materiału ludzkiego – tradycyjnie pozbawionego posłuchu u władzy i społecznego szacunku – obniża koszty wojny. Czyni je akceptowalnymi dla wielkomiejskiej, „białej” i prawosławnej większości, dławiąc jej potencjał buntu. Sprzeciwu, który dla putina i spółki mógłby okazać się niebezpiecznym wyzwaniem. Historycznie patrząc, dla każdej rosyjskiej władzy zrewoltowane Moskwa i Petersburg niosły ryzyko nie tylko utraty przywilejów, ale i życia. A tak tłumów na ulicach nie będzie, a z rozdrobnioną, gorzej zorganizowaną, przytłoczoną rosyjskim żywiołem prowincją aparat przemocy sobie poradzi.

Ale idzie też o coś jeszcze, na co zwracają uwagę na przykład buriaccy społecznicy, przeciwni drenowaniu zasobów ich wspólnoty. Obarczanie odpowiedzialnością za wojenną przemoc „dzikich Azjatów” służy rosyjskiej propagandzie. W przyszłości będzie pomocne we wmawianiu światu i Ukraińcom, że zbrodni dopuścili się „mongoloidzi”, a nie „słowiańscy bracia”. „Prawdziwi” rosjanie zachowają twarz i status cywilizowanych ludzi.

Oby naprawdę cywilizowany świat im w tym nie pomógł…

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Kadry rosyjskiej propagandy ze spotkania putina z odznaczonymi za udział w „spec-operacji” wojskowymi/fot. Kremlin.ru

Zbrodnia?

Ochotnicza służba w napastniczej armii to najpoważniejszy przejaw poparcia dla agresywnej polityki własnego państwa. W rosji nie jest to postawa na tyle popularna, by zapewnić wojsku stały dopływ „świeżej krwi”. To dlatego jesienią 2022 roku putin zdecydował się na przymusowy pobór, czyli tzw.: częściową mobilizację. Media całego świata skupiły się na pierwotnej odsłonie tego przedsięwzięcia – 300 tysiącach zmobilizowanych mężczyzn – zwykle nie dostrzegając, że uruchomione wówczas procedury zapewniły armii rosyjskiej możliwość odtwarzania, ba, rozbudowy stanów osobowych. Do końca 2023 roku częściowa mobilizacja objęła ponad milion osób.

Przymus przymusem, ale rosjanie – jako społeczeństwo – wcale nie są interwencji w Ukrainie przeciwni. W październiku 2023 roku, w dwudziestym miesiącu pełnoskalowej wojny, aż 73 proc. obywateli federacji popierało działania armii rosyjskiej. I nie chodziło o sondaż zmanipulowany przez kremlowską propagandę, a procedurę przeprowadzoną przez Centrum Lewady, jedyny w rosji ośrodek badawczy, który zachował niezależność od władz. Co więcej, ów ponad 70-procentowy wskaźnik poparcia nie był wyjątkowym odczytem, a kolejnym dowodem trwałej tendencji, obserwowanej od początku inwazji.

Dyskusje o tym, czy rosjanie rzeczywiście tak gremialnie opowiadają się za wojną (i kłamią ankieterom), uważam za bezprzedmiotowe. Unieważnia je rażący brak powszechnych antywojennych wystąpień i protestów przeciwko militaryzacji kraju. W ostatecznym rozrachunku nawet jeśli w głębi ducha obywatele federacji są wojnie przeciwni, ich obojętność ma realne skutki, pozwala bowiem Kremlowi na kontynuowanie agresji.

Dlaczego o tym wspominam? Ano jest to istotny kontekst dla sytuacji, którą od kilku dni usiłuje rozegrać na swoją korzyść rosyjska propaganda (a wraz z nią prokremlowskie szumowiny z polskiej infosfery). Chodzi o ukraińskie ostrzały Biełgorodu, w których – wedle rosyjskich źródeł – zginęło kilkanaście osób, a ponad setka została ranna. „To akt terroru!”, rzecze Moskwa, domagając się międzynarodowej reakcji. Zważywszy na rosyjskie „dokonania” w Ukrainie, możemy tu mówić o skrajnej bezczelności. Świetnie ilustruje ją powiedzenie: „diabeł założył ornat i ogonem na mszę dzwoni”.

Nie zmienia to faktu, że co najmniej kilku rosyjskich cywilów zginęło, sporo też zostało rannych; istnieje na ten temat przekonujący materiał filmowy. I nie trzeba pielęgnować prorosyjskich sympatii, by uznać, że źle się stało, wszak na gruncie współczesnej, zachodniej refleksji etycznej, osoby cywilne na wojnie ginąć nie powinny.

Ale owa refleksja etyczna – w potocznym, nieujętym w przepisy prawa wydaniu – zawiera również koncept sprawiedliwej zemsty. Możemy go podzielać lub nie – to kwestia osobistej wrażliwości. Jeśli podzielamy, wówczas to, co wydarzyło się w Biełgorodzie, nie ma znamion nagannego czynu. Jest zasłużoną „karą” na rosyjskim społeczeństwie (jego części), które realną bezczynnością i deklaratywnym poparciem wspiera zbrodniczą politykę reżimu. „Nie interesujecie się wojną? To wojna zainteresowała się wami”, ów pozbawiony żalu i współczucia zwrot dobrze oddaje istotę takiego postrzegania sprawy. Wśród Polaków dominującego, sądząc po reakcjach na ostrzały Biełgorodu.

Nie ulegajmy jednak za bardzo retoryce zemsty. W obliczu bezczynności rosjan (i bestialstwa ich armii!), to kusząca opcja, tyle że niemająca związku z rzeczywistością. Ukraińska armia ani nie zamierzała trafiać w obiekty cywilne, ani nie strzelała na rympał. Celem obu ostrzałów były instalacje wojskowe, położone w mieście i na jego obrzeżach.

Co oznacza również, że nie ma mowy o zbrodni wojennej w rozumieniu międzynarodowego prawa humanitarnego konfliktów zbrojnych (MPHKZ). Cywilne ofiary to tzw.: „collateral damage” (straty uboczne). Ów termin ma szersze znaczenie, odnosi się nie tylko do niezamierzonych strat wśród ludności cywilnej (śmierci i ran), ale i szkód w dobrach o charakterze cywilnym, w obu przypadkach będących wynikiem ataku na dozwolony cel wojskowy. W Biełgorodzie atakowano m.in. magazyny położone w centrum miasta. Skutki eksplozji odczuli okoliczni mieszkańcy, ale to nie oni, ich domy czy auta, mieli zostać zniszczeni.

Skutki prawne ukraińskiego ataku są zatem inne od tych, jakie rodzą rosyjskie ostrzały bezpośrednio i z premedytacją wymierzone w obiekty cywilne. Zwłaszcza że największe spustoszenia w Biełgorodzie – pośród cywili i cywilnej infrastruktury – wywołały rosyjskie systemy przeciwlotnicze. Mieszkańcy miasta co rusz wrzucają do sieci kolejne zdjęcia „sprawców” pożarów i eksplozji – szczątków amunicji przeciwlotniczej (najczęściej pocisków wystrzeliwanych przez zestawy artyleryjsko-rakietowe Pancyr). Załączam do wpisu jedną z takich ilustracji.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

„Szachista”

Koniec 2023 roku sprzyjał minorowym nastrojom w odniesieniu do Ukrainy i przyszłości toczonej przez nią wojny obronnej. Po nieudanej kontrofensywie Ukraińców, inicjatywę na froncie przejęła armia rosyjska. Nie przełożyło się to na znaczące zdobycze, ba, nawet na symboliczne, tym niemniej to rosjanie decydowali o tym, gdzie były toczone walki, zmuszając Ukraińców do angażowania w tych miejscach własnych sił i środków oraz, co najważniejsze, rezerw. Mało tego, 29 grudnia rosja udowodniła, że wciąż posiada zdolności będące poza zasięgiem Ukrainy – do rozległych uderzeń z wykorzystaniem bombowego lotnictwa strategicznego i dalekonośnych pocisków manewrujących.

2 stycznia znów nastąpił zmasowany atak, potwierdzający owe zdolności.

Zarazem na „froncie” polityczno-dyplomatycznym mieliśmy do czynienia z niepewnością co do dalszego finansowania ukraińskiego wysiłku wojennego przez Zachód. W efekcie główny lokator Kremla poczuł ożywczy wiatr. W serii buńczucznych wystąpień z ostatnich dni minionego roku podkreślał, że cele rosji w Ukrainie się nie zmieniają i że „specjalna operacja wojskowa” zakończy się sukcesem.

Propagandowe media i profile – także prorosyjskie trolle działające w Polsce – podjęły tę narrację z zachwytem. Nie zabrakło przy tym opinii o strategicznym i geopolitycznym geniuszu władimira putina, który nie tylko „dopnie swego”, ale też „wszystko przewidział”.

Rosyjska propaganda słynie z absurdalnych wyjaśnień i interpretacji, które nijak mają się do rzeczywistości. Ale faktem jest, że czasem sprawy układają się w taki sposób, że post factum można dokonać ich korzystnej racjonalizacji/reinterpretacji. Za przykład niech posłuży sytuacja Ukrainy z lat 2014-21. Opisując ją, kremlowscy propagandziści skupiali się na istnieniu dwóch separatystycznych republik oraz zamrożonym konflikcie, który osłabiał gospodarkę Ukrainy i perspektywy jej integracji z Zachodem. Słowem, sukces. Ba, mający potwierdzenie w faktach, wszak wojna w Donbasie ukraińskiej ekonomii nie służyła, podobnie jak otwarta kwestia granic.

Tyle że nie taki był cel Moskwy w 2014 roku. Kreml zamierzał wówczas przejąć całe Zadnieprze i południe kraju. „Noworosyjski” miał być nie tylko Donieck i Ługańsk, ale również Charków, Dnipro i Odesa. Patrząc zatem z perspektywy pierwotnych założeń, prowadzona w warunkach wojny hybrydowej agresja się nie powiodła. W najlepszym razie odniosła mocno ograniczony sukces. No ale korzystne dla putina interpretacje i tak były w obiegu, budując mit zdeterminowanego i skutecznego dyktatora.

Dokładnie tak samo jest i tym razem – trudna sytuacja Ukrainy ma być dowodem, że kremlowski zbrodniarz to „szachista 5G”. Nie pomylił się i działa zgodnie z planem, którego szczegółów i rozmachu maluczcy po prostu nie ogarniają. Ta wtórna racjonalizacja dotychczasowych niepowodzeń rosji ma dwie zasadnicze słabości. Po pierwsze, jest na „tu i teraz”; lada moment może się okazać, że Ukraina wcale nie jest taka słaba, a Zachód tak niezdecydowany w dalszym udzielaniu pomocy. Po drugie, wymaga odrzucenia wiedzy o pierwotnych rosyjskich zamiarach oraz gwałtu na logice w podejściu do oceny kosztów interwencji. Oczywiście, obie postawy są możliwe, wielu odbiorców rosyjskiej propagandy im ulegnie, także i w Polsce. Ale choćby i zakrzyczane, fakty pozostaną faktami.

Przyjrzyjmy się im bliżej. Podstawowym celem rosyjskiej agresji – publicznie artykułowanym także przez kremlowskich notabli – było zajęcie wschodniej i południowej Ukrainy oraz zwasalizowanie reszty. Zamiar ów miano zrealizować poprzez kilkudniową, intensywną kampanię wojskową, po której nastąpiłaby kilkutygodniowa operacja policyjna (pacyfikacja). Wszystko to miało dziać się przy militarnej bezczynności Zachodu oraz nieznacznych ekonomicznych reperkusjach. Sukces putinowskiej armii miał jednocześnie wywrzeć mrożące wrażenie na zachodniej wspólnocie i zmusić ją do uznania wschodniej Europy za rosyjską strefę wpływów. Obejmowałaby ona również Polskę i kraje nadbałtyckie.

Sprawy, jak wiemy, potoczyły się inaczej. NATO wsparło Ukrainę bronią, amunicją i danymi wywiadowczymi. Mogłoby to uczynić w dużo większym zakresie, ale i tak skalę pomocy należy uznać za ogromną.

Sojusz się skonsolidował i rozrósł. Wejście w struktury Finlandii (a lada moment i Szwecji) znacząco pogarsza sytuację strategiczną rosji u jej północnych granic i w basenie Morza Bałtyckiego. Państwa Sojuszu, które przez dekady zmniejszały arsenały i cięły koszty na obronność, dziś nie mają już złudzeń, że była to zła polityka. Na zachód od Bugu zaczęła się intensywna remilitaryzacja i choć dynamika tego procesu wielu rozczarowuje, wektor zmian został wytyczony, a one same konsekwentnie następują.

Wojna przyniosła rosji sankcje, utratę zachodnich odbiorców kopalin (nie wszystkich, ale spadek wymiany jest olbrzymi), zmuszając Moskwę do ściślejszej kooperacji z Chinami. Na warunkach utraconej podmiotowości i rosnącego uzależnienia od Pekinu. Przestawienie gospodarki na wojenne tryby odbywa się kosztem drenowania oszczędności i mimo nominalnych przyrostów, nie oznacza realnego zwiększenia PKB i dobrobytu (w rosji, niczym w III Rzeszy, produkuje się dziś „armaty zamiast masła”). Wojsko pochłania 30 proc. oficjalnego budżetu…

…i co jeszcze? O tym w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu Interia.pl – wystarczy kliknąć w ten link.

—–

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Andrzejowi Kardasiowi, Irinie Wolańskiej, Arkowi Drygasowi, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Michałowi Strzelcowi, Joannie Marciniak i Jakubowi Wojtakajtisowi. A także: Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Michałowi Wielickiemu, Monice Rani, Jakubowi Kojderowi, Jarosławowi Grabowskiemu, Jakubowi Dziegińskiemu, Bożenie Bolechale, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Marcinowi Barszczewskiemu, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Remiemu Schleicherowi, Piotrowi Świrskiemu, Kacprowi Myśliborskiemu, Mateuszowi Jasinie, Mateuszowi Borysewiczowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi i Sławkowi Polakowi.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatnich 5 dni: Arkadiuszowi Wiśniewskiemu, Łukaszowi Lisowi, Łukaszowi Podsiadle i Stefanowi Zatorskiemu.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

Nz. putin podczas noworocznego orędzia/fot. Kremlin.ru

Paliwo

Na szybciutko, bo praca nad książką wzywa (ale i tak wrzucę dziś wieczorem, najdalej jutro rano większy materiał).

Zakończył się kolejny duży rosyjski atak rakietowy na ukraińskie miasta. Warto w tym kontekście zwrócić uwagę na dwie sprawy. Po pierwsze, Ukraińcy raportują zestrzelenie wszystkich 10 użytych przez rosjan hipersonicznych pocisków rakietowych Kindżał. Można mieć zastrzeżenia co do jakości ukraińskiej sprawozdawczości, ale w przypadku kindżałów Ukraińcy dokładają wszelkich starań, by udokumentować swoje sukcesy. Poza kwestiami typowo propagandowymi, może to mieć związek z tym, że z hipersonikami walczą amerykańskie patrioty, a rzetelna ocena skuteczności własnych systemów leży w interesie USA. Dodajmy przy tym, że kindżałowe anałogi-w-miru-niet mierzą się ze starszymi generacjami patriotów; tyle w kwestii rzekomej niezawodności raszystowskiej superbroni.

Druga sprawa ma związek z działaniami podjętymi w Polsce. Najpierw zacytuję komunikat Dowództwa Operacyjnego: „Informujemy, że obserwowana jest intensywna aktywność lotnictwa dalekiego zasięgu Federacji Rosyjskiej, która związana jest z wykonywaniem uderzeń na terytorium Ukrainy. W celu zapewnienia bezpieczeństwa polskiej przestrzeni powietrznej aktywowano dwie pary myśliwców F-16 oraz sojuszniczy tankowiec powietrzny. Około godziny 5.45 wystartowała amerykańska para stacjonującą w bazie w Łasku, a około godz. 6.15 polska para z bazy w Krzesinach”.

Po co podnoszono F-16? Poza show of force, chodzi o bardzo pragmatyczny cel – rozpoznanie. Wykorzystanie radarów efów szesnastych do śledzenia ewentualnych zbłąkanych rakiet. Także ich zestrzelenia, gdyby zaszła taka konieczność (i doszło do wzrokowej identyfikacji celu).

A po co tankowiec? Po to, by samoloty maksymalnie długo przebywały w powietrzu. Nawet podczas pobierania paliwa, radary efów pozostają aktywne.

Tankowce są zatem niezbędnym elementem takich akcji – w gruncie rzeczy rutynowych, gdy za miedzą toczy się pełnoskalowy konflikt. Dziś nad Polskę przyleciał tankowiec z Wielkiej Brytanii. Udało się to spiąć w czasie (działania par myśliwskich i tankera), co nie zmienia faktu, że byłoby dużo prościej, gdyby maszyna tego typu stacjonowała w Polsce. Najlepiej była polska, czy należała m.in. do Polski. Niestety, Antoni Macierewicz – będąc ministrem obrony narodowej – wypisał nas z programu MRTT Fleet (ang. Multinational Multi-Role Tanker Transport), wielonarodowej flotylli tankowców/transportowców. Własnych samolotów też nie kupiliśmy, bo pieniądze na ten cel zostały przeznaczone na maszyny dla vipów.

A vipowska salonka paliwa nie poda.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Tanker podczas podawania paliwa/fot. Airbus