Młotkowy

Rosyjska propaganda latami wmawiała odbiorcom, że federacja dysponuje „drugą armią świata”. Status ten miał być z jednej strony dziedzictwem potężnej armii radzieckiej, z drugiej, efektem wieloletniej modernizacji, rozpoczętej w pierwszej dekadzie XXI w. Na ów przekaz nabrali się nawet specjaliści – cywilni i mundurowi – w przededniu inwazji spekulując, że rosjanie przeprowadzą atak według zachodnich wzorców nowoczesnej wojny. Że „od ręki”, korzystając z dalekonośnej precyzyjnej amunicji, dokonają potężnego uderzenia w kluczowe elementy ukraińskiego systemu obronnego.

Lecz minęła pierwsza doba inwazji, a rosjanie użyli niewiele ponad stu rakiet. W kolejnych dniach jeszcze mniej, tysiąc po trzech miesiącach działań. Intensywność precyzyjnego ognia dramatycznie niska jak na „drugą armię świata”. By rzucić na kolana kraj wielkości Ukrainy, moskale musieliby strzelać 4-5 razy więcej. Musieć a móc robi różnicę…

Armia rosyjska weszła do wojny bez należytego zapasu precyzyjnej amunicji (nie tylko rakietowej). I bez zdolności bazy przemysłowej, by ów zapas zapewnić. Ale to nie zapóźnienie technologiczne oraz jego skutki zrujnowały wizerunek „drugiej armii świata” – zadecydowały o tym braki w dużo bardziej prozaicznych kompetencjach. Najpierw bowiem „umarła” rosyjska logistyka. Po prawdzie stało się to jeszcze przed inwazją, którą poprzedziło długotrwałe sterczenie w polu wyznaczonych do operacji oddziałów. Pal licho, gdy było ciepło, a reżim gotowości bojowej pozwalał na liczne przepustki. Problem zaczął się późną jesienią 2021 r., gdy spadkowi temperatury towarzyszyło podniesienie poziomu alertu. Wieczorem 24 lutego 2022 r. – po obejrzeniu kilku filmów z udziałem wziętych do niewoli rosjan – napisałem na Facebooku: „(…) to w dużej mierze wystraszeni poborowi. Chłopcy. Z oznakami wyziębienia i dłuższego nadużywania alkoholu. Mści się pozostawienie na długie tygodnie wojska w zimowym stepie”.

Kilka dni wcześniej w mediach wypłynęło zdjęcie zrobione w obwodzie kurskim przy granicy z Ukrainą. Przedstawiało kilkudziesięciu rosyjskich wojskowych w niewielkiej sali dworcowej. Żołnierze leżeli jeden przy drugim, ściśnięci, korzystając z dobrodziejstwa ogrzanego pomieszczenia. Zaraz potem mieli wracać do zimnych namiotów, ale w tamtej chwili większość z nich drzemała. Wyglądali niczym sterta zwłok, w najlepszym razie stos rannych. „Chyba putin rzeczywiście blefuje, chce jedynie Ukrainę przestraszyć”, przyszło mi do głowy, w której nie mieściło się, że z wojskiem w tak fatalnej kondycji można planować agresję. Wtedy nie miałem jeszcze pojęcia, że żołnierzom wydano przeterminowane racje żywnościowe, a wozom przewidzianym do wykonania szybkich i głębokich rajdów nie zapewniono dostatecznej ilości paliwa.

27 lutego 2022 r. sieć była już nabita materiałami kręconymi przez ukraińskich cywilów, obrazującymi skutki załamania się rosyjskiej logistyki. Głodnych żołnierzy szabrujących sklepy i wymuszających jedzenie od przypadkowych osób czy wojskowych kierowców kradnących ropę ze stacji paliw. Najbardziej szokowały obrazki porzuconych czołgów, dział samobieżnych i transporterów opancerzonych. Sprzęt nie był zniszczony, nie nosił śladów uszkodzeń – po prostu, nie było doń paliwa. Gwoli uczciwości warto nadmienić, że niekiedy rosyjscy pancerniacy – chcąc uniknąć udziału w walkach – sami opróżniali baki.

Drugi zawał rosyjskiej logistyki nastąpił latem 2022 r., w efekcie używania przez Ukraińców wyrzutni Himars. Ich zasięg (do 80 km) i precyzja pozwoliły na masowe niszczenie rosyjskich magazynów. Zmusiło to rosjan do porzucenia idei dużych składów, tworzonych tuż na zapleczu stanowisk bojowych. Rosyjska artyleria się zadławiła, żołnierze nie mieli co jeść. Operacja ofensywna ustała, szerzył się defetyzm, który przesądził o wrześniowej klęsce agresorów na charkowszczyźnie. Odsunięcie magazynów na odległość 100 km od frontu przyniosło ulgę, ale i nowe kłopoty. Rosyjska logistyka bazuje na kolei, co wraz z niedostateczną liczbą aut i opartym o siłę ludzkich rąk załadunkiem skutkuje „zjawiskiem zasięgu ciężarówki”. Maksymalnie 100 km od najbliższej linii kolejowej – tyle wynosi odległość pozwalająca na efektywne działania rosyjskich jednostek wojskowych. Im ten dystans się zwiększa, tym bardziej szwankują dostawy. Pod koniec drugiego roku pełnoskalowej wojny szwankują regularnie.

Rosyjskie słabości, dekomponujące mit „drugiej armii świata”, można być wymieniać godzinami. Byleby nie zapomnieć, że rosjanie również uczą się i wyciągają wnioski.

Jakie? Przeczytacie o tym w dalszej części tekstu. Opublikowałem go w portalu Interia.pl – oto link do całości.

Nz. Szef sztabu generalnego armii rosyjskiej gen. gierasimow…/fot. MOFR

Zakładnik

David Cameron, były brytyjski premier, od niedawna szef tamtejszego MSZ, podczas wizyty w Stanach Zjednoczonych usiłował przekonać członków Partii Republikańskiej do idei dalszego wspierania Ukrainy.

– Za dziesięć procent budżetu obronnego USA zniszczono połowę potencjału armii rosji – stwierdził, wskazując na efektywność przedsięwzięcia.

By ją podkreślić, doprecyzuję: mowa o jednej dziesiątej ROCZNEGO budżetu Pentagonu, który pozwolił „zmielić” gromadzone LATAMI zasoby rosyjskiej armii. A nawet dekadami, wszak rosja w zakresie sprzętu wojskowego „jedzie” na rencie z czasów Związku Radzieckiego i jego ogromnej armii.

Gwoli uczciwości warto dodać, że to wybiórcze spojrzenie, nieuwzględniające ukraińskich nakładów i, przede wszystkim, ofiar. Tym niemniej – patrząc z perspektywy samych USA, czy szerzej, Zachodu – mamy do czynienia z porażającą efektywnością.

Tylko co z tego? – można by rzec. Republikanie wciąż sprzeciwiają się przyjęciu ustawy, która zapewniłaby finansowanie wsparcia dla Ukrainy w 2024 roku. Mowa o 61 miliardach dolarów, co uwzględniwszy wszystkie zaplanowane wydatki Stanów Zjednoczonych na obronność w przyszłym roku (880 mld dol.), oznacza jedną czternastą budżetu wojskowego. JEDNĄ CZTERNASTĄ…

Ale wcale nie o hajs tu idzie. Ukraina stała się zakładnikiem wewnętrznej polityki USA – blokując pomoc dla Kijowa, republikanie chcą zmusić Joe Bidena do bardziej restrykcyjnej strategii migracyjnej (w tym do dalszej rozbudowy muru na granicy z Meksykiem). Zobaczymy, jak to się skończy, kto okaże się bardziej nieustępliwy – prezydent czy opozycja. Stany Zjednoczone to nie mój kraj, nie wypada mi też sugerować Amerykanom, co jest ważniejsze: migracja czy Ukraina. Patrząc z perspektywy interesu własnego państwa chciałbym, żeby to Biden dopiął swego. Prawdę mówiąc, jestem przekonany, że tak to się skończy.

Ale Ukraina już płaci cenę niepewności. Na froncie armia przeszła do strategicznej obrony, co brzmi nawet ładnie, a w praktyce oznacza na przykład racjonowanie amunicji. I wiele innych niefajnych rzeczy. Na zapleczu zaś, w gabinetach polityków, owa niepewność podkręca wewnętrzne konflikty. Wzajemne szczucie, szukanie winnych to część strategii ratunkowych; nikt nie chce brać na siebie odpowiedzialności za ewentualne załamanie się operacji obronnej i jego skutki.

Cena niepewności to również nasze zmartwienie. Waszak trudno pozbyć się natrętnej myśli, że i Polska mogłaby znaleźć się w sytuacji zakładnika. Może to i mało prawdopodobne (w końcu zobowiązania USA wobec Rzeczpospolitej są na zupełnie innym poziomie niż w odniesieniu do Ukrainy), ale dobre wojskowe planowanie musi zakładać najgorsze scenariusze. Więc załóżmy i się na nie przygotujmy. Nie ma dla Polski odwrotu od zbrojeń. Nie ma miejsca na naiwne pierdolenie „love and peace”. Nie, gdy ma się za sąsiada „tych na bagnach”, jak w Ukrainie mówi się o rosji.

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Armia przeszła do obrony, ale Ukraińcy nie tracą wiary w jej możliwości. Nz. blok w Charkowie/fot. własne

Gniew

„To ohydna masakra wojenna”, takim mianem określił ostrzał szpitala Al-Ahli w Strefie Gazy prezydent Autonomii Palestyńskiej Mahmud Abbas. W zdarzeniu z wczorajszego wieczoru miało zginąć około 500 Palestyńczyków, zarówno pacjentów, jak i osób, które schroniły się w lecznicy przed kolejnym izraelskim nalotem. „Izrael przekroczył wszystkie czerwone linie”, dodał Abbas, wskazując stronę odpowiedzialną za atak.

Izraelska armia odpiera zarzuty, twierdząc, że w Al-Ahli trafiła rakieta wystrzelona przez islamskich terrorystów.

Medialne doniesienia na temat rzekomego uderzenia żydowskiego lotnictwa rozpaliły nastroje w całym regionie. Przed ambasadami Izraela w Turcji i Jordanii odbyły się wielotysięczne manifestacje, protestujący pojawili się też w pobliżu ambasady USA w Libanie. Gorąco było w Ta’izz w Jemenie, w stolicy Maroka Rabacie, tłum wściekłych Irakijczyków wyszedł na ulice w Bagdadzie.

„Jestem oburzony i głęboko zasmucony eksplozją w szpitalu w Gazie”, zapewnił Joe Biden, będący akurat w drodze do Izraela. Przed dotarciem do Jerozolimy prezydent USA zamierzał odwiedzić Jordanię, gdzie planowano spotkanie z przedstawicielami Egiptu i Palestyny. Jednak po ataku na Al-Ahli ów naprędce zorganizowany szczyt został przez władze Jordanii odwołany.

I być może o to właśnie chodziło – o storpedowanie ewentualnych dyplomatycznych rozwiązań izraelsko-palestyńskiego kryzysu. Które byłyby bardzo nie na rękę Hamasowi – i szerzej, islamskim terrorystom – dążącym do brutalnej eskalacji konfliktu, a choćby kosztem cywilów i/lub przy użyciu kłamstwa.

Skąd ów wniosek? Przyjrzyjcie się załączonemu zdjęciu. Przedstawia przedszpitalny parking, na który miała spaść izraelska bomba. Co na nim widać? Kilkanaście spalonych aut – w tym tylko trzy z ewidentnymi zniszczeniami wywołanymi kinetycznymi skutkami eksplozji – i okoliczne budynki noszące ślady lekkich uszkodzeń. Mniej więcej w środku fotografii mamy płytki lej, miejsce gdzie upadł… no właśnie, co?

Izraelczycy nie certolą się i do bombardowania obiektów Hamasu w Gazie używają dwutysięczno-funtowych bomb lotniczych. Kierowanych, choć pojawiły się już doniesienia, że Żydzi zrzucają też ładunku bez „inteligentnych” nakładek. Tak czy inaczej, bomby o takim wagomiarze to „powalacze budynków”; całych wielkich struktur budowlanych (zerknijcie pod ten link – tu widać użycie takiej bomby). Gdyby taki ładunek eksplodował na parkingu, wokół byłby istny armagedon. Widoczne ślady wskazują co najwyżej na wybuch pocisku artyleryjskiego, ewentualnie rakiety typu Grad. Izrael nie używa (jeszcze?) artylerii lufowej do ostrzału Gazy; skupia się na uderzeniach lotniczych. Rakiety, którymi Hamas atakuje Izrael, to najczęściej samoróbki wzorowane właśnie na radzieckich gradach. Bardzo zawodne, co może potwierdzać inną hipotezę niż hamasowska prowokacja – przypadkowego ostrzału, będącego efektem awarii pocisku wystrzelonego na terytoria izraelskie.

Wątpliwości budzi też liczba ofiar, niemożliwa przy tego rodzaju zniszczeniach, jedynych w okolicy (!). Nawet gdyby pocisk – o mocy, której efektem jest tej wielkości lej – upadł na parking po brzegi nabity tłumem, nie zabiłby tylu ludzi. W takim scenariuszu – skrajnie nierealistycznym, wyłącznie opisowym – śmierć i rany poniosłoby kilkadziesiąt osób. Palestyńczycy puścili w świat kilka przejmujących kadrów ukazujących zabite dzieci – są „ciasne”, pokazują co najwyżej kilka ofiar, nie sposób ich też przypisać do lokalizacji, trudno wywnioskować, kiedy w ogóle powstały. Przesądzającym dowodem byłyby zdjęcia kompletnie zniszczonego szpitala, ale tych nie ma.

Za to święte oburzenie na „kolejną izraelską zbrodnię” jest. A gniew ostatni poddaje się racjonalnym argumentom.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Strollowany

– Wizyta Joe Bidena w Kijowie nie będzie miała konsekwencji politycznych i nie wpłynie na przebieg specjalnej operacji wojskowej – twierdzi siergiej cekow, członek izby wyższej parlamentu rosji. Jego zdaniem, Zachód „po prostu tchnie w ukraińskie kierownictwo trochę nadziei”, a cała wizyta to „autopromocja Bidena, która nie pomoże Ukrainie”. – Facet w koszuli w wieku 80 lat postanowił zademonstrować młodzieńcze przechwałki – konkluduje senator.

Zabawne, a jakby się głębiej zastanowić, to wręcz żenujące. Przez dwie dekady rosyjska propaganda budowała mit odradzającego się imperium, nadając tej narracji wybitnie personalny charakter. Nową wielką rosję uosabiał władimir putin, jego fizyczne cechy i psychiczne dyspozycje. Wszyscy pamiętamy zdjęcie putlera z gołą klatą, ujeżdżającego konia, cara nurkującego batyskafem, lecącego motolotnią (uczącego latać żurawie), grającego w hokeja, powalającego kolejnych zawodników judo. Witalność, krzepa, sprawność, odwaga – tym był prezydent, tym miała być rosja. Im więcej władzy zdobywał putin, tym bardziej ta opowieść nabierała formy kultu jednostki. W ostatnich latach dochodząc już do śmieszności, gdy starzejący się, napakowany botoksem mężczyzna, dalej usiłował grać rolę sprężystego twardziela, który – jak to się mówi w Polsce – peselowi się nie kłania.

A potem przyszła pandemia i obnażyła prawdziwą naturę putina-tchórza. Słynny stół, zwany przez złośliwych lotniskowcem, który w sposób absolutnie ponadnormatywny oddzielał rosyjską głowę państwa od zapraszanych gości, dobrze ilustrował problem. Nadmuchany samiec alfa drżał przed wirusem do tego stopnia, że zaszył się w swoich bunkrach, opuszczał je z rzadka, unikał publicznych spotkań, a gdy już się odbywały, to w reżimie, który budził uśmiech politowania. Tym niemniej propaganda nadal kreowała głównego lokatora Kremla na twardziela, bezwstydnie kolportując jego groźne grymasy i gesty. Szczyt tych zabiegów miał miejsce rok temu, gdy rosja najechała Ukrainę. Włodzimierz Wielki trzasną ręką w stół, przewracając wszystkie naczynia.

Tak miało być, a wyszło jak wyszło. Ukraina się nie przelękła, Zachód również, za to putin – wraz z każdym kolejnym blamażem swojej armii – coraz bardziej robił pod siebie. Gdy Zełenski jeździł na front pod Kijowem, a później na południe i do Donbasu, carowi organizowano spotkania z podstawionymi współpracownikami. Pamiętacie kobietę, która żadnej pracy się nie boi? Która raz była żołnierką, raz matką żołnierza, kiedy indziej przypadkową wierną w cerkwi, stewardessą, rybaczką i lekarką. Zawsze blisko towarzysza władimira podczas jego spotkań z przedstawicielami ludu. A przecież nie ona jedyna… – takich podstawionych „zwykłych obywateli” było na pęczki. Zełenski odwiedził żołnierzy w Bachmucie, putin pojawił się w Wołgogradzie, gdzie znajduje się centrum operacyjne najeźdźczej armii. Najbliżej – a i to nie jest pewne – był tuż po ataku na most krymski; ponoć przejechał się wówczas ocalałą nitką. 200 km od linii frontu.

Znamienne, że rosyjska propaganda nawet nie próbuje podtrzymywać mitu charakternego przywódcy. To znaczy robi to, ale półśrodkami – jakiś czas temu putin odwiedził żołnierzy na poligonie, postrzelał, poklepał mundurowych po plecach. W czasie pokoju pewnie by to wystarczyło, ale w realiach wojny… Zdaje się, że to wszystko, na co byłego kagiebistę stać; na więcej nie pozwalają zwieracze.

I w takim kontekście na scenie pojawia się on – „zniedołężniały starzec”, wyszydzany nie tylko przez ruskich, ale i naszych użytecznych idiotów. Joe Biden strollował putina bronią, do której rosjanin rościł sobie do niedawna prawo – osobistą odwagą. Amerykański prezydent pojawił się w stolicy zaatakowanego państwa, regularnie „odwiedzanego” przez rosyjskie rakiety. Spacerował z gospodarzem po kijowskiej ulicy, za tło mając wyjące syreny alarmu przeciwlotniczego. Żeby nie budować kolejnego mitu – Amerykanie posłali do Moskwy czytelny sygnał. „Spróbujcie zrobić cokolwiek, co zagrozi naszemu prezydentowi, to zrobimy wam jesień średniowiecza”, taki zapewne był jego sens, choć forma, jak mniemam, bardziej dyplomatyczna. Od wczoraj mieliśmy na Polską show of force, jakiego „najstarsi górale” nie pamiętają. Niebo przy wschodniej granicy Rzeczpospolitej zakotłowało się od wojskowych samolotów. Nadal kotłuje – gdy piszę te słowa. Lecz to nie umniejsza odwagi amerykańskiej głowy państwa, wszak relacje z rosją cechuje istotna zmienna – nieprzewidywalność. Ostatecznie nie dało się wykluczyć, że urażony putin zrobi coś głupiego.

Nie zrobił. Nie wiem, ile w tym racjonalnej kalkulacji, ile tchórzostwa; po prawdzie, jedno drugiego nie wyklucza. „Rosyjski prezydent chciałby być na miejscu amerykańskiego”, czytam w komentarzach. Marzenie ściętej głowy – nie te wpływy, nie ta militarna potęga. A i spacer po ulicach Kijowa poza zasięgiem…

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Fot. Biuro Prezydenta Ukrainy

Metody

Dziś w nocy rosjanie przeprowadzili kolejne uderzenie w ukraińską infrastrukturę krytyczną. Zaatakowano cele w Kijowie, Lwowie, Dnipro, w okolicach tych miast, oraz w obwodzie połtawskim. Putlerowcy wystrzelili łącznie 32 rakiety, w tym osiem kalibrów z okrętu na Morzu Czarnym.

Był to piętnasty zmasowany atak rakietowy, w jego wyniku – w mieście Pawłohrad w obwodzie dniepropietrowskim – zginęła 79-letnia kobieta. Ranne zostały też dwie inne osoby. Niestety, sporo rakiet dosięgło celów – Ukraińcy raportują zestrzelenie 16 pocisków, czyli ledwie połowy, co jest najniższym z dotychczasowych wskaźników skuteczności obrony przeciwlotniczej. Czy to „wypadek przy pracy”, czy dowód poważniejszych problemów (końca zapasów amunicji, utraty jakiejś części sieci radiolokacyjnej)? Być może obniżona jakość pracy ukraińskiej OPL ma związek z wczorajszym „atakiem balonowym” przeprowadzonym przez rosjan. Wysłali oni z Białorusi, gdzie panują warunki meteorologiczne sprzyjające przelotom na stronę ukraińską, co najmniej kilkanaście balonów z tak zwanymi odbijaczami kątowymi, pozorującymi emisje fal radiowych. Na marginesie, jeden z takich balonów – wypuszczonych wcześniej – przedwczoraj doleciał nad Mołdawię i Rumunię, co skończyło się poderwaniem rumuńskiego myśliwca. Po co rosjanie je wysyłają? Zapewne z nadzieją na dezorganizację ukraińskiej OPL – niezidentyfikowane obiekty pochłoną ileś uwagi, uszczkną zasoby pocisków gdyby zdecydowano się do nich strzelać, możliwe też, że wywabią z kryjówek ukraińskie samoloty, posłane do sprawdzenia/zestrzelenia pojawiających się na radarze celów.

Nie mam kompetencji, by definitywnie stwierdzić, że istnieje twardy związek między balonami a dzisiejszą skutecznością ukraińskiej OPL. Tym niemniej korelacja jest niepokojąca.

Warto też odnotować, że rosjanie wyprowadzili swój atak po niecałym tygodniu od poprzedniego. Wcześniej odstępy czasowe między poszczególnymi uderzeniami wynosiły zwykle dwa tygodnie. Ale i były to ataki z wykorzystaniem większej liczby pocisków (i dronów) – wystrzeliwano ich 2-3 razy więcej niż dziś w nocy. Czyżby agresorzy postanowili zmienić taktykę – atakować częściej, ale przy zaangażowaniu mniejszych środków? Byłby to kolejny dowód na to, że rosjan goni czas – że desperacko usiłują osiągnąć jak największe „sukcesy”, nim Ukraina otrzyma i zaabsorbuje kolejne pakiety pomocy wojskowej z Zachodu.

A ta – co części z nas umyka – już teraz przedstawia się imponująco. Jak wylicza „Kiev Independent”, do połowy lutego br. Ukraina otrzymała od donatorów 3560 wozów bojowych, transporterów opancerzonych i wzmocnionych pojazdów terenowych, 512 sztuk artylerii, 389 czołgów (260 z Polski) i 116 wyrzutni rakietowych (w tym 38 amerykańskich himarsów). A mowa wyłącznie o najcięższym sprzęcie i to takim, który trafił już do ukraińskiej armii. Na prezentowanym zdjęciu z niemieckiego portu Bremerhaven (wykonanym kilka dni temu), widzimy kolejną dostawę, która właśnie przypłynęła zza oceanu. Są tam m.in. bojowe wozy piechoty Bradley – na tej fotografii widzimy nieco ponad 30 sztuk, na innych drugie tyle. Są też MRAP-y, wozy inżynieryjne Hercules i popularne Humvee – łącznie, sumując dane z kilku upublicznionych zdjęć – niemal 300 jednostek ciężkiego sprzętu.

Solidny „wsad”, a Zachód nie powiedział przecież ostatniego słowa. Jak wynika z nieoficjalnych informacji, podczas przyszłotygodniowej wizyty w Polsce, prezydent Joe Biden ma ogłosić kolejny pakiet amerykańskiej pomocy – tym razem opiewający na rekordową sumę 10 mld dol. (5-6 razy większy od kilku ostatnich, 20 razy większy od średniej z ubiegłego roku). Kremliny dostaną białej gorączki, tym bardziej, że na dziś 97 proc. ich wojsk lądowych (z uwzględnieniem WDW) zaangażowanych jest w Ukrainie. Pchać więc kolejnych nie ma skąd, chyba że z zastosowaniem osobliwej metody rekrutacyjnej, z jaką mieliśmy do czynienia w przypadku 155. Brygady Piechoty Morskiej, rozbitej kilka dni temu pod Wuhłedarem. Jak się okazuje, brygadę – zniszczoną wcześniej w innych starciach na Donbasie (a jeszcze wcześniej pod Kijowem…) – odtworzono pod koniec roku w oparciu o załogi okrętów Floty Pacyfiku. Tak drodzy Państwo, spieszono marynarzy różnych specjalności i jako zwykłych piechocińców posłano do boju. Zaiste efektywna metoda… na pozbywanie się fachowców; tak trzymać towarzysze!

I na koniec garść nieco innych statystyk. Jak wynika z badań Grupy Socjologicznej Rating, większość Ukraińców zgodziłaby się amnestię dla różnych kategorii mieszkańców terenów okupowanych, którym udowodniono kolaborację z wrogiem. Co do szczegółów – 68 proc. obywateli jest przekonanych, że nauczyciele, lekarze i pracownicy socjalni nie powinni być karani. 58 proc. opowiedziało się przeciwko pociąganiu do odpowiedzialności szefów lokalnych instytucji komunalnych, a 51 proc. – szefów lokalnych przedsiębiorstw, banków i organizacji. Jednocześnie tylko 38 proc. respondentów dopuszcza amnestię dla dziennikarzy, a ponad 20 proc. dla członków lokalnych partii politycznych i członków nielegalnych grup zbrojnych. Mniej niż 20 proc. jest przekonanych, że przedstawiciele organów ścigania powinni uniknąć odpowiedzialności. Innymi słowy, Ukraińcy wykazują się pragmatycznym podejściem do sprawy – nie chcą karania osób odpowiedzialnych za codzienną organizację życia społecznego, „krwi” żądają od tych, którzy współtworzą aparat terroru i propagandy.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Fot. Departament Obrony USA