„Zwycięstwo”

Dziś króciutko, bom w drodze, ale chciałbym podzielić się z Wami pewną refleksją. Taką mianowicie, że zdumiewa mnie coraz bardziej rozziew między opiniami co poniektórych rodzimych analityków, dotyczących możliwości armii rosyjskiej, a tym, co realnie dzieje się na wschodnim froncie.

Tam naprawdę odbywają się „mięsne szturmy”, wcale bądź w niewielkim stopniu wsparte sprzętem ciężkim – którego po prostu brakuje. Nie ma w nich masowości typowej dla pierwszo- czy drugowojennych ataków, ale skutki są podobne. Żadne, bądź symboliczne korekty w przebiegu linii frontu i zalegające na przedpolu trupy, z których wydobywa się dokuczliwy smród.

Rażący prymitywizm rosyjskich działań nijak się ma do wizji snutej przez wspomnianych specjalistów. Obrazu stechnicyzowanej, coraz bardziej doświadczonej armi putina, która wkrótce rozprawi się z Ukrainą, a potem zagrozi też NATO.

„A jedzie mi tu czołg?”, pytało się na podwórku, palcem wskazując oko.

—-

Jest w najnowszej ekranizacji „Na zachodzie bez zmian” scena, w której zabłąkany artyleryjski pocisk eksploduje w pobliżu maszerujących na front niemieckich żołnierzy. Nieopierzeni rekruci reagują panicznie, prowadzący ich oficer złorzeczy, po czym dodaje:

– Kajzer oczekuje od was, że przeżyjecie w okopach sześć tygodni – cynizm tych słów nie przystaje do wyobrażeń o szybkiej zwycięskiej wojnie, którymi dotąd karmiono poborowych.

Te sześć tygodni nie jest literacko-filmową fikcją. To efekt kalkulacji niemieckich sztabowców – swoisty kompromis między realiami brutalnych pierwszowojennych zmagań, a możliwościami machiny administracyjno-szkoleniowej, przygotowującej kolejne „wsady” armatniego mięsa. Następne i następne…

42 dni to sporo więcej niż kilkanaście, a tyle – sądząc po szacunkach rosyjskich strat – wynosi średnia przeżywalność żołnierza putinowskiej armii. Jak wynika z danych Departamentu Obrony USA (zebranych przez amerykańskie służby), do tej pory wyeliminowano z walki nawet 725 tys. rosjan. Bazując na ostrożniejszych (!) ukraińskich statystykach, możemy przyjąć, że miesięczne rosyjskie straty oscylują w granicach 30-35 tys. ludzi. Średnio po 1000-1200 dziennie, zdarza się, że w okolicach dwóch tysięcy. Zatem w miesiąc armia rosyjska pozbywa się ekwiwalentu niemal trzech dywizji. Dla lepszego zobrazowania skali dramatu – to tak, jakby Polska straciła w tym czasie połowę swoich wojsk lądowych (operacyjnych). Czy jedną szóstą całości sił zbrojnych.

Większość poległych agresorów to „mobiki” (choć dziś to określenie straciło na popularności). Rzucane do walki bez należytego przeszkolenia. „Rekordzista” – spośród ujawnionych i znanych przypadków – w piątek otrzymał kartę powołania, w poniedziałek był już na froncie. Dwa dni później oddał się do niewoli – dlatego przeżył. Innemu szczęścia zabrakło – we wtorek żegnał się z żoną na dworcu kolejowym, a w sobotę był już martwy, co wiemy z żałobnych wpisów wdowy.

—–

Tak, i Ukraińcy ponoszą straty. Mniejsze, a w ostatnich tygodniach znów znacząco mniejsze, ale też jest ich mniej. Tak, rosjanie nie są szaleni; strategia „mięsnych szturmów” – uwzględniwszy coraz bardziej ograniczone możliwości techniczne moskali oraz ich mentalność – jest racjonalna. Dopuszcza gigantyczne straty, zakładając zarazem, że „po drodze” uda się wyniszczyć potencjał armii ukraińskiej i ukraińskiego państwa. To droga do pyrrusowego zwycięstwa, ale zwycięstwa – kalkulują na Kremlu.

Tylko czym będzie rosyjska armia po takim zwycięstwie, jeśli w ogóle (!) do niego dojdzie? Ano właśnie…

—–

Dziękuję za lekturę! A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się na dwa sposoby. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają moje materiały, także ostatnia książka.

A skoro o niej mowa – gdybyście chcieli nabyć „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” z autografem, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. wyzwolone obszary Ukrainy. Mimo upływu dwóch lat okolice Izjuma wciąż pełne są min. Ukraina, także w tym wymiarze, będzie się mierzyć z rosyjskim dziedzictwem przez długie lata…/fot. własne

Nieszczęśni(k)

Dlaczego Donald Trump – w potocznym odczuciu skłonny do „politycznego romansu” z rosją – jako prezydent USA może okazać się dla Kremla koszmarnym zmartwieniem? Odpowiedź zawiera się w stwierdzeniu, że putin – dokonując napaści na Ukrainę – wepchnął siebie i swój nieszczęsny kraj między chiński młot a amerykańskie kowadło.

Zacznijmy od wywiadu, jakiego agencji Bloomberg udzielił prezydent Finlandii Alexander Stubb. Polityk zdiagnozował sytuację rosji, stwierdzając, że jest ona „w znacznym stopniu uzależniona od Chin”. W związku z czym:

– Jeden telefon od Xi Jinpinga rozwiązałby ukraiński kryzys – nie ma wątpliwości głowa fińskiego państwa. – Gdyby Xi Jinping powiedział: „Czas negocjować pokój”, rosja byłaby zmuszona to zrobić. Nie miałaby innego wyboru…

Zgadzam się z tą diagnozą, świadom kondycji, w jakiej znajduje się rosyjska gospodarka, bez „chińskiej kroplówki” skazana na zapaść.

Idźmy dalej – „druga armia świata” prowadzi wojnę na wyniszczenie. Założonym skutkiem zmagań o wysokiej intensywności miało być zdemolowanie ukraińskiego potencjału w stopniu, który zmusi Kijów do poddania się. Zarazem przyjęto, że znacznie wyższe straty własne są akceptowalne, bo „rosja może więcej”; ma większe rezerwy ludzkie i materiałowe. Na nieszczęście dla Kremla, plan niespecjalnie się spina – owszem, Ukraińcy krwawią, ale trwają, za to rosjanie zbliżają się do ściany jeśli idzie o możliwości odtwarzania ubytków w sprzęcie. Kończą się sowieckie zapasy, gromadzone na wojnę z NATO, a nominalnie potężny rosyjski przemysł zbrojeniowy nie radzi sobie z produkcją na przyzwoitym poziomie – i nie ma widoków, by sytuacja uległa poprawie. W efekcie rosjanie będą w stanie bić się „na ostro” jeszcze kilkanaście miesięcy. Jeśli do tego czasu nie pokonają Ukrainy, na co się nie zanosi, staną przed koniecznością częściowego zamrożenia konfliktu. Opcja dalszej walki na wyniszczenie, prowadzona w reżimie wysokiej intensywności działań bojowych, nadal będzie dostępna – pod warunkiem, że materiałowego wsparcia udzieli Moskwie Pekin.

W drugim ze scenariuszy uzależnienie rosji od Chin tylko się pogłębi, rosnące straty w ludziach (których Chińczycy kompensować nie będą), dodatkowo Moskwę osłabią. A będą wysokie, zapewne jeszcze wyższe niż obecnie, bo… – i tu wjeżdża Trump „na białym koniu”.

Choć tak naprawdę nie wiemy, co republikański polityk ma na myśli mówiąc o zakończeniu wojny w Ukrainie, on sam nie jest dla nas „czystą kartą”. Po poprzedniej prezydenturze wiemy mniej więcej, czego się po nim spodziewać. Znamy też poglądy wspierających go wpływowych osób. Na tej podstawie możemy domniemywać, że Ameryka nowego-starego prezydenta skierowałaby większą uwagę na Daleki Wschód – mobilizując się do konfrontacji z Chinami, czyniąc to kosztem Europy.

Trump z uznaniem wypowiada się o putinie i innych „mocnych ludziach”, co nie zmienia faktu, że nie traktuje rosji jako symetrycznego zagrożenia dla USA. I słusznie, bo czym federacja mogłaby Stanom zaszkodzić? Wojskowo jedynie „atomem”, co w wersji ograniczonej konfrontacji niechybnie skończyłoby się starciem z powierzchni ziemi całej rosyjskiej armii, bez podobnych szkód dla Ameryki, a w opcji totalnej konfrontacji – zagładą planety. Oba scenariusze należy zatem uznać za nieprawdopodobne. Ekonomicznie zaś rosja to karzeł, w dodatku z chromą nogą i jednym okiem. Tymczasem Chiny – jakkolwiek militarnie ustępujące USA – są drugą gospodarką świata, o globalnych zasięgach i ambicjach. Trump tak widzi sprawy, skądinąd właściwie, i pod takie postrzeganie definiuje priorytety; czynił to już podczas swojej pierwszej prezydentury.

Trumpiści przez pół roku blokowali pomoc USA dla Ukrainy, co wielu obserwatorów skłania do wniosku, że republikański lider chciałby upadku Kijowa. I że generalnie „ma coś przeciwko Ukrainie”. Trudno zaprzeczyć, że na obstrukcji ludzi Trumpa zyskiwała rosja – a traciła, dosłownie, armia ukraińska – tym niemniej były to skutki wtórne. Zamysł trumpistów sprowadzał się do paraliżu działań administracji Joe Bidena, do wykazania osobistej niemocy i nieskuteczności prezydenta. A że działo się to ze szkodą dla Ukrainy? Tym gorzej dla Ukrainy. Do czego zmierzam? Ano do stwierdzenia, że Kijów stał się zakładnikiem polityki wewnętrznej USA, ale co do zasady Trump nie ma nic przeciwko Ukrainie. Z dużym prawdopodobieństwem można by rzec, że ma ją gdzieś.

A teraz zastanówmy się nad skutkami otwartego i znaczącego wsparcia Chin dla rosji. Z perspektywy Trumpa byłaby to jakościowo inna sytuacja. Do tego stopnia, że Ukraina stałaby się polem zastępczej wojny, starciem między Waszyngtonem a Pekinem realizowanym ukraińskimi i rosyjskimi rękoma, przy użyciu amerykańskiej i chińskiej broni. W takim ujęciu aspiracje Ukraińców i ambicje rosjan wpisałyby się w rozgrywkę między dwoma zewnętrznymi mocarstwami, co nie byłoby niczym nadzwyczajnym w najnowszej historii świata.

Tylko dlaczego do tej zastępczej wojny w ogóle miałoby dojść?

Po pierwsze, rosja sama Ukrainy nie pokona – musi poprosić o wsparcie Chin.

Po drugie, „separatystyczny pokój” między USA a rosją – będący skutkiem dogadania się Trumpa z putinem – wcale nie oznacza, że Ukraina potulnie zaakceptuje warunki. W tym kontekście Trump już jest koszmarem Kremla, zmusił bowiem europejskie rządy do zajęcia się na poważnie kwestiami własnego bezpieczeństwa militarnego. Pogróżki republikańskiego lidera oraz niedawne niezdecydowanie USA w kwestii pomocy dla Ukrainy dały sojusznikom do myślenia. Nikt nie chciałby – jak Kijów – stać się zakładnikiem wewnątrzamerykańskiego sporu między demokratami a republikanami. Szczególnie że Moskwa podsyca obawy, co rusz grożąc członkom natowskiej i unijnej wspólnoty. Długofalowym skutkiem opisanej sytuacji będzie remilitaryzacja Europy. W bliskiej i średniej perspektywie oznacza wspieranie Ukrainy, bo jej opór wyraźnie osłabia rosję, wybijając Kremlowi z głowy inne militarne akcje. Innymi słowy, nawet jeśli Trump, jako prezydent, zatrzyma amerykańskie wsparcie, Ukrainie pozostanie Europa. A pomoc z kontynentu będzie na tyle duża, że patrz „po pierwsze” (rosja sama Ukrainy nie pokona – musi poprosić o wsparcie Chin).

Po trzecie, deal putina z Trumpem mógłby się Chinom nie spodobać, zwłaszcza że Pekin ewidentnie gra na dalsze, długofalowe wyczerpanie rosji (by móc ją nie tyle od siebie uzależnić, co faktycznie zwasalizować). Z chińskiej perspektywy, im rosjanie dłużej będą walczyć, tym lepiej.

Po czwarte, wypięcie się rosjan na Trumpa („wsadź sobie swoją ofertę pokojową gdzieś”), zwłaszcza gdyby było efektem chińskiej presji, przyniosłoby radykalny wzrost amerykańskiej pomocy wojskowej dla Ukrainy. Do głosu doszłyby tu optyka Trumpa (jego postrzeganie Chin), no i niezbyt chwalebne cechy charakteru republikańskiego polityka (pozującego na samca-alfa, któremu się nie odmawia; amerykański establishment potrafił i zapewne będzie potrafił je wykorzystać).

Oczywiście jest jeszcze możliwość, że putin poprzestanie na prowadzeniu wojny o mocno ograniczonym natężeniu (częściowo zamrozi konflikt). Tak, by ogarnąć go własnymi siłami, z nadzieją, że jednak Ukraina w końcu pęknie. Ale to bardzo niebezpieczny wybór – o czym więcej przy innej okazji.

—–

Dziękuję za lekturę! A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się na dwa sposoby. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają moje materiały, także ostatnia książka.

A skoro o niej mowa – gdybyście chcieli nabyć „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” z autografem, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Dowódca armii ukraińskiej, gen. Syrski (po lewej). Pierwszy żołnierz Ukrainy nie wypowiada się na tematy polityczne, ale nieco bardziej rozmowni są jego podwładni. Za mną kilka wywiadów z ukraińskimi oficerami – wizja Trumpa-prezydenta USA ich nie przeraża i nie mam wrażenia, że chodzi tu o „urzędowy optymizm”…/fot. ZSU

Odtrutka

Rosyjska propaganda zachwyca się nad bizantyjskim rozmachem, z jakim Koreańczycy z północy przyjęli putina. Dostrzegam w tym typową praktykę kompensacyjną. Kremlowski zbrodniarz niespecjalnie dużo podróżuje, bo w cywilizowanym świecie grozi mu zatrzymanie. Z kolei pośród „wiernych sojuszników” – w Chinach i Iranie – nie jest już „samcem alfa”, a co najwyżej ważnym petentem. Nie ma zatem zbyt wielu okazji, by doświadczyć pompy, a tu proszę – są ogromne portrety, epickie pokazy, wielotysięczny rozentuzjazmowany tłum. W kulturze, w której przywódca uosabia państwo, takie uznanie stanowi powód do dumy.

Dla wielu rosjan jest też dowodem, że putin kroczy właściwą ścieżką – w końcu będąc „luzerem” (a rosja wraz z nim) nie byłby tak hołubiony. Co gorsza, podobnie widzi sprawy wiele osób w naszej części świata. W tej wizji – kreowanej przez rosyjską propagandę – federacja „dobrze się trzyma”, Kreml „montuje własną koalicję”, a kwestie związane z nowym porządkiem świata powoli, ale konsekwentnie idą zgodnie z putinowskim planem.

—–

Czyżby? Moim zdaniem, putin to największy „przegryw” w historii rosji, licząc od rodziny Romanowów, która położyła głowy przed brutalną siłą bolszewików (a wcześniej zrobiła wszystko, by rosję w tę czerwoną otchłań wepchnąć). Gdy obejmował urząd, federacja miała u południowych, europejskich granic, przychylnie nastawiony kraj i społeczeństwo połączone – jak się wówczas wydawało – nierozerwalną więzią kulturową z narodem rosyjskim. Dziś rosja toczy z Ukrainą krwawą wojnę, a Ukraińcy na pokolenia pozostaną wrogo nastawieni wobec sąsiada. Oczywiście, gdzieś tam po drodze był Krym i donbaskie republiki, są też kolejne zdobycze, ale to mikroskopijne zyski, żałosne, gdy zestawimy je z nadętą, imperialną narracją Kremla.

Jakieś inne niekwestionowane sukcesy? Wysryw użytecznych idiotów atakujących i podważających sensowność zachodnich instytucji i stylu życia – sporo tego w Polsce i naszej Europie (pośród zwykłych ludzi i elit), o czym macherzy od wojny informacyjnej mogą meldować Kremlowi z dumą. Ale i tak nie udało się rozsadzić od wewnątrz zachodniej jedności, więc to jednak sukces o ograniczonej skali.

Podobnie jak fakt, że rosja trwa jako organizm państwowy – bo trwa dzięki skuteczności putinowskiej ekipy, tyle że dzieje się to za cenę niemodernizowania gospodarki, utrzymywania złodziejsko-mafijnych form sprawowania rządów oraz postępującego zamordyzmu, w którym obywatel może trafić do więzienia na jedną czwartą swojego życia za skrytykowanie władzy i armii. Doprawdy jest to „sukces”…

Sukcesem miała się zakończyć „operacja specjalna w Ukrainie”. W wymiarze geopolitycznym chodziło o danie w pysk NATO i Zachodowi. „Nie wtrącajcie się w naszą strefę wpływów”, wprost ostrzegał Kreml. „Tak, jak zgnieciemy Ukrainę, tak możemy postąpić z krajami nadbałtyckimi czy Polską; i co nam zrobicie?”, brzmiało przesłanie do „starego” Zachodu. Ten odesłał Moskwę w diabły – putin chciał NATO spacyfikować, a dziś jego bojcy umierają od natowskiej broni, zręcznie wykorzystywanej przez ukraińskich żołnierzy. I umierać będzie ich więcej, bo dostawy sprzętu znów się rozkręcają. Jeśli uznać, że w 2014 roku putin tchnął życie w niemrawe NATO, to w 2022 zafundował mu potężny zastrzyk sił witalnych. „Staruszek” Sojusz miał się schować w mysiej dziurze, tymczasem nie tylko wspiera Ukrainę, ale rozrósł się i zbliżył do granic rosji. Wejście w struktury Szwecji i Finlandii – dotąd neutralnych – zmieniło na mocną niekorzyść sytuację strategiczną federacji u jej północnych granic i w basenie Morza Bałtyckiego. „Miałem chamie złoty róg…”, chciałoby się rzec.

A przecież to niejedyne skutki. Państwa NATO, które przez ostatnie dekady zmniejszały arsenały i cięły koszty na utrzymanie wojska, dziś nie mają już złudzeń, że była to zła polityka. Wtórnym skutkiem putinowskiej agresji będzie – już jest – remilitaryzacja Zachodu. Dynamika tego procesu może rozczarowywać, co nie zmienia faktu, że przeprowadzamy go w oparciu o środki – finansowe i technologiczne – o których Moskwa może pomarzyć. ZSRR wykończyły „gwiezdne wojny”, federację rosyjską ma szansę rozwalić wojna ukraińska.

Już rozwala. Nowe porządki, które chciała światu narzucić Moskwa – a których początkiem miała być aneksja Ukrainy – zakładały utrwalenie surowcowego uzależnienia Zachodu. „Handlujcie z nami. Zapewnimy wam tanie paliwa, jeśli dacie sobie spokój z eksportem demokracji do naszej strefy wpływów”, tak pokrótce brzmiała rosyjska oferta. Początkowo wydawało się, że zostanie przyjęta. Że realne finansowe zyski w połączeniu ze „świętym spokojem” („a niech tam robią sobie na wschodzie, co chcą, grunt, że u nas dobrobyt i spokój”), przytłumią wyrzuty sumienia przywódców Francji, Niemiec, ale i Polski, która przecież – mimo hałaśliwej antyrosyjskiej retoryki – ani myślała o zerwaniu gospodarczych relacji z rosją. Na szczęście pryncypialność wzięła górę nad interesami (nie wszędzie, nie zawsze, nie po całości – ale co do zasady wzięła). Zainicjowane przez USA sankcje przeniosły wojnę także w obszar ekonomii (tak, Moskwa ma rację, nazywając je krokami wojennymi). Szkodzą one rosji dziś, zaszkodzą w przyszłości, bowiem Zachód podjął decyzję o definitywnej rezygnacji z rosyjskich kopalin. A rosja bez zysków z eksportu węgla, gazu i ropy nie istnieje jako samofinansujący się podmiot państwowy. Kopalin jeść się nie da, Chiny nie kupią wszystkich nadwyżek, bo energochłonność ich gospodarki przestaje rosnąć. Na przyśpieszoną reorganizację własnej Moskwa nie ma ani pieniędzy, ani know how (pamiętajmy, że mówimy o kraju, który nie potrafi zbudować przyzwoitego auta czy choćby pralki).

A tych pieniędzy nadal ubywa – idą bowiem na prowadzenie wojny, która w założeniu miała być trzydniową operacją (kilkutygodniową, jeśli uwzględnić działania policyjne), a okazuje się materiałochłonnym konfliktem, z niewiadomym terminem zakończenia. „Genialny” putin przegrał już bitwę o zajęcie całej Ukrainy, nadal nie wygrał – i nie wygra – bitwy toczonej w oparciu o zredukowane założenia, gdzie celem jest zajęcie wschodu i południa zaatakowanego kraju.

Nie wygra także dlatego, że konflikt na Wschodzie dramatycznie unaocznia, jak wielka różnica dzieli zachodnie uzbrojenie, technologię, filozofię prowadzenia wojny i taktyczne rozwiązania, od ich rosyjskich odpowiedników. Oczywiście, słabość rosji jest relatywna – bo na froncie inicjatywa wciąż należy do agresorów – ale i wyraźna, skoro skutkiem tej inicjatywy są niewielkie zdobycze terytorialne przy koszmarnych stratach.

—–

Będzie lepiej z rosyjskim wojskiem? Hmm… Zerknijmy może wstecz. ZSRR a później rosja robiły wszystko, by mit „wielkiej wojny ojczyźnianej” (WWO) zakorzenił się nie tylko w głowach zwykłych ludzi w Europie, ale też, by stał się naukowym paradygmatem. Jedynie słuszną narracją historyczną, w której bohaterscy czerwonoarmiści stanęli naprzeciw faszystowskiej hordy. I choć najpierw, zaskoczeni siłą i gwałtownością ataku, ulegli, to później niezłomni w swym uporze, pognali hitlerowców aż do Berlina. W tej opowieści nie ma miejsca na odcienie szarości; „Iwan” od początku do końca jest bohaterski. Co więcej, stoi za nim murem całe społeczeństwo, gotowe do wielu wyrzeczeń w obronie radzieckiej ojczyzny. Ta wojna jeszcze w 1941 roku została przez sowiecką propagandę usakralizowana – deklaratywnie ateistyczne państwo nazwało ją „świętą”, odwołując się do pobożności ludu i wykorzystując rozległe (nigdy niewykorzenione przez bolszewię) wpływy cerkwi prawosławnej. Stało się tak, gdyż próba zmotywowania obywateli do walki w oparciu o ideologię państwową (komunizm) okazała się nieskuteczna. Wehrmacht pruł przez sowiety niczym kolejowy ekspres. Bardzo długo najpoważniejszym wyzwaniem dla niemieckich dowódców polowych nie był radziecki opór, a milionowe rzesze jeńców, poddających się bez walki, co w „uświęconej” wersji WWO jest niemal całkiem przemilczane.

Sowiecki żołnierz nie był „defaultowo” zdolny do skutecznej obrony ojczyzny. Na przeszkodzie stały niedostatki wyszkolenia, fatalne kompetencje kadry, podłej jakości uzbrojenie, ale przede wszystkim niskie morale i motywacja. Przeciętnemu czerwonoarmiście ojczyzna kojarzyła się z terrorem, wyzyskiem, biedą i powszechną nieufnością. Za coś takiego nie warto było ryzykować zdrowia i życia. Wybierał więc „Iwan” niewolę, wychodzili więc sowieccy cywile na drogę, by chlebem i solą powitać niemieckich wyzwolicieli. III Rzesza przegrała na wschodzie z dwóch zasadniczych powodów. Pierwszy wiązał się z gigantyczną pomocą sprzętową, jaką ZSRR otrzymał w ramach Lend-Lease. Wysokiej klasy amerykańskie uzbrojenie (i ciężarówki!) znacząco polepszyło wartość armii czerwonej. Drugim i ważniejszym czynnikiem było niemieckie ludobójstwo i jego skutki. Gdy hitlerowcy okazali się bardziej bezwzględni niż stalinowski reżim, obywatele sojuza nie mieli wyboru. Ich wola walki była w istocie skanalizowaną przez państwo masą indywidualnych zemst. Nawet wtedy, gdy armię czerwoną przetrzebiono z europejskiego rekruta, ten z Dalekiego Wschodu jechał na front przez poniemieckie zgliszcza. Tak nabywało się motywacji i determinacji. Ale czy kunsztu? Status zwycięzców zamykał temat, ale fachowcy dobrze wiedzieli, że sowieci walczyli wyjątkowo nieudolnie. Że ich sukcesy były efektem mobilności i, nade wszystko, masy.

Oczywiście z faktu, że rosja jest kulturowym i prawnym spadkobiercą ZSRR – a więc współczesny rosyjski żołnierz następcą „Iwana” – nie musi wynikać udolność czy nieudolność armii. 80 lat to szmat czasu, wiele mogło się zmienić. Ale czy się zmieniło? Po 2,5 roku od rozpoczęcia pełnoskalowej inwazji rosyjska armia nadal jest źle dowodzona – zarówno na szczeblu strategicznym, jak i taktycznym. Wiemy, że jakość jej sprzętu jest „taka se” (i że istotna część tego, co najlepsze, została przez Ukraińców przemieniona w złom). Wiemy wreszcie, że rosyjski żołnierz ma niską motywacje do walki – dziś nade wszystko finansową. Miażdżąca większość bojców putina rekrutuje się z koszmarnie zabiedzonej prowincji, głubinki. Dla tych ludzi wojna to sposobność na poprawę losu, jakkolwiek paradoksalnie i dramatycznie to brzmi.

—–

Pozostając przy kwestii motywacji, i szerzej, morale – pozwólcie najpierw na krótką dygresję. Wojna w Donbasie zostanie w mojej pamięci jako doświadczenie, w którym alkohol odgrywał niebagatelną rolę. Dobrą (integrującą), ale i złą, jak wtedy, gdy pijany ukraiński żołnierz wygarnął w moją stronę serią, bo wziął mnie za skradającego się rosjanina. Przytomności umysłu zawdzięczam, że nie zostałem skoszony, ale znam przynajmniej jeden przypadek (później przerobiony w epicką historię, z której zniknęły i wóda, i głupota), w którym na strachu się nie skończyło. Mniejsza o to – zmagania we wschodniej Ukrainie już po drugim wyjeździe uznałem za „pijaną wojnę”. A pili jedni i drudzy, żeby nie było wątpliwości.

Po 2016 roku nie miałem już okazji przebywać u separatystów, ale po ukraińskiej stronie alkoholowe realia zaczęły się zmieniać. Wódkę wciąż traktowano jako wentyl bezpieczeństwa – sposób na odreagowanie stresu – troszcząc się przy tym, by pijane wojsko nie pchało się na pierwszą linię. Znałem to dobrze z czasów polskiej misji wojskowej w Afganistanie, gdzie „tankowanie” było na porządku dziennym mimo formalnej prohibicji. Gdzie jednak dbano o to, by napruty czy skacowany żołnierz nie miał okazji wyruszyć w pole. Rzecz jasna zdarzały się kompromitujące armię wpadki, ale co do zasady tolerancji dla „pijanych patroli” nie było.

Ukraińcy poszli tym tropem i o ile wiem – a piszę to w oparciu o wiele źródeł – nadal udaje im się utrzymać „alkoholową dyscyplinę” (co nie zmienia faktu, że żołnierze przyswajają rozmaite używki). A rosjanom? Alkohol – wedle relacji ocaleńców (mieszkańców wyzwolonych rejonów Ukrainy oraz osób, którym udało się uciec z okupowanych terenów) – jest jednym z najważniejszych powodów rosyjskiego bestialstwa wobec cywilów. Wielu gwałcicieli i zabójców dokonywało przestępstw właśnie „pod wpływem”. Mając w pamięci szokujące relacje moich przodków na temat sowieckich żołnierzy, którzy szli przez Polskę do Niemiec między 1944 a 1945 rokiem, mógłbym napisać: „na wschodzie bez zmian”.

Kilka dni temu obraz uzupełniły doniesienia niezależnych rosyjskich mediów – „Nowej Gazety” (NG) i Wiorstki. Według obliczeń dziennikarzy NG, tylko między styczniem a październikiem 2023 roku do sądów trafiło co najmniej 135 spraw dotyczących zabójstw popełnionych przez rosyjskiej wojsko na terytoriach okupowanych. A mowa o zdarzeniach, w których żołnierz zabił żołnierza. Wojsko często próbuje zatuszować takie incydenty i uznać zamordowanych za ofiary walk. Nie wiadomo, jak często się to udaje.

W 83 proc. opublikowanych wyroków skazujących za morderstwo pojawiła się wzmianka dotycząca alkoholu – wylicza z kolei Wiorstka. Sami oskarżeni byli pijani w 76 proc. przypadków. Odsetek ten jest wyższy niż średnia rosyjska w 2023 roku 67 proc. morderstw w rosji zostało popełnionych przez osoby pod wpływem alkoholu. Zdaniem dziennikarzy Wiorstki, to efekt tego, że na froncie żołnierze i oficerowie masowo piją alkohol, za co prawie nigdy nie są karani.

Takie są realia „drugiej armii świata”. Taka hard power stoi za putinem. Więc nawet gdyby był genialnym geo-strategiem, miałby problem z realizacją swoich wizji. Wszak „z gówna bicza nie ukręcisz”. No ale nie jest genialny, a jego kraj nie trzyma się dobrze. I nic nie idzie mu zgodnie z planem. Wiem, że trochę się powtarzam, ale opowieść o wojnie w Ukrainie znów potrzebuje takiej odtrutki.

—–

Dziękuję za lekturę! A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się na dwa sposoby. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają moje materiały, także ostatnia książka.

A skoro o niej mowa – gdybyście chcieli nabyć „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” z autografem, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Screen jednego z propagandowych przekazów. W sposób niezamierzony ciekawie wyszło, bo obaj zbrodniarze jadą niemieckim mercedesem. Zachód „be!”, ale zachodnie samochody to chętnie „przytulimy”. Żałosne typki…

Atut

Szanowni, jestem dziś w drodze do Szczecina – dla mnie to wyprawa na drugi koniec Polski. Ale cel zacny – udział w seminarium pt. „Społeczeństwo obywatelskie i demokracja. Wyzwania i zagrożenia dla edukacji dziennikarskiej”. Imprezę organizuje Uniwersytet Szczeciński, a w panelach dyskusyjnych wezmą udział dziennikarze z Polski, Ukrainy i Niemiec. Ja postaram się zwrócić uwagę słuchaczy i pozostałych panelistów na zagrożenia płynące ze Wschodu i będące skutkiem działań aparatu dezinformacyjnego federacji rosyjskiej.

Wstęp na seminarium jest wolny, można też posłuchać obrad on-line; link do wydarzenia znajdziecie pod tym linkiem.

„Wytnie” mnie w sumie na trzy dni, tym niemniej pozostanę w trybie czuwania i jeśli na Wschodzie wydarzy się coś nadzwyczajnego, z miejsca o tym doniosę.

By zaś nie pozostawiać Was „na pusto”, podrzucam galerię autorstwa Bartka Bery, mojego dobrego kolegi i jednego z najlepszych fotografów lotniczych na kontynencie. Na zdjęciach widzicie amerykańskie F-35 z 495 Fighter Squadron, obecnie na dyżurze w Łasku, oraz rodzime F-16 z 31 Bazy Lotnictwa Taktycznego w Krzesinach. Doskonałe kadry (autor pracował z otwartej rampy samolotu transportowego CASA), znakomicie ilustrujące jeden z miażdżących atutów Paktu Północnoatlantyckiego. Co warto podkreślić w kontekście strachów na lachy o rzekomym realnym zagrożeniu rosyjską inwazją na kraje NATO. No więc Szanowni Czytelnicy na zdjęciach widzicie COŚ, co sprawiłoby, że ruskie nawet nie zdołałyby się zbliżyć na dystans skutecznego ognia z broni ręcznej. Z czego czerwoni generałowie znakomicie zdają sobie sprawę.

Dziękuję za lekturę! A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się na dwa sposoby. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Nz. F-16 w wersji na bojowo/fot. Bartek Bera

A gdybyście chcieli nabyć moją najnowszą książkę pt. „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” z autografem, wystarczy kliknąć w ten link.

Próg

„To był mój błąd”, przyznał generał Walery Załużny w słynnym już wywiadzie dla „The Economist”, udzielonym w listopadzie 2023 roku. „Rosja ma co najmniej 150 tys. zabitych (w całej wojnie – dop. MO). W każdym innym kraju taka liczba ofiar zatrzymałaby działania zbrojne”, mówił ówczesny naczelny dowódca ukraińskich sił zbrojnych. Tymi słowami tłumaczył się z porażki kontrofensywy na Zaporożu, sugerując, że jednym z jej celów było maksymalne wykrwawienie rosjan.

Tyle że na Kremlu nie przejęli się stosami trupów.

Nie pierwszy raz, o czym piszę w „Alfabecie…”, przywołując przykład „wojny zimowej” między ZSRR a Finlandią. W jej trakcie sowietom zadano kolosalne straty, ale to nie one przesądziły o zatrzymaniu działań wojennych. Stalin przestraszył się wizji wspólnej francusko-brytyjskiej interwencji oraz tego, że „nóż w plecy” wbiją mu hitlerowskie Niemcy. 200 tys. trucheł czerwonoarmistów i cztery razy tyle rannych (w niespełna trzy miesiące!) – a kogo to obchodzi? Na pewno nie obchodziło radzieckiego wodza.

Są więc i historyczne podstawy, by założyć, że bezwzględna determinacja Kremla to czynnik, który trzeba uwzględnić w rozważaniach o przyszłości Europy.

I taki wniosek postawiłem w „Alfabecie…”, ale w następującym później wywodzie zabrakło pewnej refleksji. Dziś dostrzegam jej istotność, stąd potrzeba, aby się tą myślą podzielić.

Do tej pory zakładaliśmy, że jako NATO mamy na rosję dwa sposoby. Opcję jądrową, której potencjał odstraszania pozostaje niezmienny. I opcję konwencjonalną, opartą na przekonaniu, że świadomość jakościowej przewagi wpłynie na kalkulacje rosyjskich władz i generałów. Doprowadzi ich do wniosku, że straty, jakie ewentualnie poniosłaby rosyjska armia, będą za duże, by agresja się opłacała.

I tak rażące dysproporcje w zakresie sił powietrznych czy dalekonośnej i precyzyjnej artylerii miały dać NATO odpowiedni bufor bezpieczeństwa. Gwarantowane rosjanom duże straty „na wejście” – u początku ewentualnej konfrontacji – zawierać w sobie wystarczający potencjał odstraszania.

Ale czy rzeczywiście zawierają?

To, co dzieje się na ukraińskim froncie, zasługuje na miano hekatomby – rosjanie giną tam „przemysłowo”. Brytyjski wywiad ujawnił właśnie dane, z których wynika, że w lutym br. każdego dnia Ukraińcy eliminowali z walki niemal tysiąc rosjan, a całkowita liczba zabitych i rannych żołnierzy putina przekroczyła już 350 tys.

Proszę sobie wyobrazić jakąkolwiek europejską armię, która ponosi takie straty – i jakie byłyby tego skutki.

A dodajmy, brytyjskie szacunki są z tych ostrożniejszych.

Tymczasem, choć padają jak muchy, rosjanie nie odpuszczają.

Pamiętam rozmowy z kilkoma generałami Wojska Polskiego, jakie przeprowadziłem, przygotowując się do napisania „Międzyrzecza”. Jedna z konkluzji brzmiała mniej więcej tak: jeśli nasza armia będzie w stanie zadać ruskim straty na poziomie 150-200 tys. zabitych i rannych, Moskwa nie zdecyduje się na agresję. A wojsko, które miałoby takie możliwości, jesteśmy w stanie zbudować.

Dziś wiemy, że rosyjski „próg bólu” znajduje się dużo wyżej. Nie mam pojęcia, ilu jeszcze rosjan musi zginąć, by w Moskwie uznano, że dalsze prowadzenie wojny nie ma sensu. Pół miliona? Milion? Więcej?

Oczywiście, sytuacja z Ukrainą jest/może być nieco inna niż w przypadku nowej wojny. Niewykluczone, że Kreml – wyposażony w wiedzę, którą dysponuje w tej chwili – w ogóle by „specjalnej operacji wojskowej” nie wszczynał. Teraz zaś brnie w nią, bo skoro już tak wiele „zainwestowano”, to  nie można się wycofać. W takim ujęciu „wejściowy próg bólu” wcale nie musi być tak wysoki, jak nam się dziś, „po Ukrainie”, wydaje.

Ale dla własnego bezpieczeństwa powinniśmy założyć, że ryzyko wysokich strat może nie być dla rosjan wystarczająco odstraszające. Co w tej sytuacji zrobić?

Postawić ich przed ryzykiem BARDZO wysokich strat.

Są na to dwa sposoby: dalsza rozbudowa potencjału konwencjonalnego, by zwiększyć jego śmiercionośne możliwości. Europejskie armie – które przed dwoma dekadami na dobre weszły w model lekkich sił ekspedycyjnych – mają w tym obszarze wiele do zrobienia. Drugi sposób wiąże się z arsenałem jądrowym i regułami jego użycia (także, a może zwłaszcza w sytuacji obstrukcji Amerykanów; kontynent, o czym często zapominamy, ma do dyspozycji zasoby Francji i Wielkiej Brytanii).

Doktryny obronne naszych atomowych mocarstw pozostają niedookreślone (NATO, jako struktura, nie ma „własnej” broni jądrowej). Poza ukrywaniem realnych możliwości chodzi też o strategiczną niejednoznaczność – celowe postawienie przeciwnika w sytuacji niepewności, dotyczącej skali i charakteru reakcji obronnej. „Użyją (atomówek), nie użyją? Zrobią to od razu czy zaczekają na rozstrzygnięcia konwencjonalne?” – efektem kalkulacji takich ryzyk może być zaniechanie agresji.

Może, ale nie musi, zwłaszcza w przypadku ewidentnie bandyckiego reżimu. Który zasługuje na coś więcej niż „subtelne” groźby. Zachód (Europa) winien postawić sprawę jasno – przy każdej sposobności wprost dawać do zrozumienia, że już samo fizyczne przekroczenie granicy sojuszniczej wspólnoty będzie uznane za „ekstremalne zagrożenie” i wystarczający pretekst do użycia broni jądrowej.

Użyjemy-nie użyjemy – to już inna kwestia. Ale sprawmy, by bandyci nie mogli oceniać tego ryzyka jako znikomego.

Szanowni, piszę dzięki Wam i Waszemu wsparciu. Jestem wdzięczny za dotychczasowe subskrypcje i „kawy”, proszę też o następne, by móc dalej kontynuować pisarsko-dziennikarską aktywność. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Nz. Wyimek z ujawnionych informacji wywiadowczych, o jakich piszę w tekście.

PS. Zapraszam Was do obejrzenia/odsłuchania rozmowy, jaką przeprowadził ze mną Mateusz Grzeszczuk z Podróży bez Paszportu. Rozwijam tam kilka wątków istotnych w ostatnim czasie.