Dziadek

Dobrze poinformowane ptaszki ćwierkają o postawieniu w najwyższy stopień gotowości bojowej moskiewskiej obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej. Nie wiem, czy ma to związek z jutrzejszą paradą i jej rutynowym zabezpieczeniem.

Wiem, że od czasu słynnego lotu Mathiasa Rusta, radziecka, a później rosyjska obrona przeciwlotnicza wielokrotnie stawiana była na nogi. W maju 1987 roku niemiecki nastolatek bezczelnie wylądował sowietom 100 metrów od placu Czerwonego, wcześniej pokonując kilkaset kilometrów przestrzeni powietrznej ZSRR. Wbrew potocznym przekonaniom, Ruskie widziały jego awionetkę, posłały nawet w jej stronę samoloty bojowe. Ale paraliż decyzyjny sprawił, że intruza nie zestrzelono. Policzek wymierzony wielkiej radzieckiej armii był siarczysty, a przekonanie lokatorów Kremla – że Moskwa ma najlepszą obronę przeciwlotniczą na świecie – zostało poważnie nadwątlone. I stąd obsesyjne wręcz alarmy i stany gotowości, którymi musztrowano wojsko od Gorbaczowa po Putina.

Czyżby kremlowscy znowu poczuli potrzebę upewnienia się, że nic im na łeb nie spadnie? Ukraińcy im niegroźni – możliwości ukraińskich sił zbrojnych w zakresie ataku na Moskwę są bliskie zeru. Co innego kozackie wypady na przygraniczny Biełgorod, co innego głęboka penetracja rosyjskiej przestrzeni. Może więc chodzi o NATO? Jeśli tak, mamy do czynienia z przejawem paranoicznych lęków moskiewskich elit władzy. A najpewniej samego Putina, którego Ukraińcy nazywają pogardliwe „dziadkiem z bunkra”. Słusznie, bo rosyjski prezydent okazał się tchórzem, który po 24 lutego zaszył się w rządowych kompleksach. W tej sytuacji zasadnym pozostaje pytanie, kogo zobaczymy jutro na placu Czerwonym – Putina czy jego sobowtóra?

A na zdjęciu sytuacja taktyczna wokół Wężowej Wyspy. Obrazek już trochę nieaktualny, bo wczoraj poszedł na dno kolejny rosyjski okręt (niewielka jednostka desantowa). Dla porządku odnotujmy, że ruski garnizon został wieczorem zbombardowany przez dwa ukraińskie samoloty, a orkowy śmigłowiec z uzupełnieniem poszedł z dymem, trafiony przez bayraktara (podczas wyładunku, więc przy tej okazji skrócono żywoty kolejnym wojakom z WDW)…

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Złodziejstwo

Rosyjskie wojsko nie tylko morduje, niszczy i gwałci. Rosyjskie wojsko także kradnie. „Z jak złodzieje”, aż prosi się, by tak to skomentować. I nie chodzi tylko o indywidualne przypadki kradzieży w wykonaniu zwykłych sołdatów. Złodziejstwo ma również wymiar systemowy. Dotąd – donoszą ukraińskie władze – agresorzy wywieźli do Rosji 400 tysięcy ton zboża, jedną trzecią zasobów zmagazynowanych na zajętych przez okupanta terenach. To zbrodnia wojenna, ale… kto by się tym w Moskwie przejmował? W długi weekend przez media przeszła informacja o wysokiej klasy sprzęcie rolniczym – zrabowanym w Ukrainie przez kadyrowców – który po wywiezieniu na teren Federacji przestał działać. Sterowane przy użyciu GPS maszyny zostały zdalnie unieruchomione przez Ukraińców. Cały wysiłek logistyczny, związany z kradzieżą i wywózką kombajnów, zdał się więc psu na budę. No ale dranie go nie zwrócą, więc wielomilionowa strata po stronie Ukraińców (liczona w twardej walucie) jest faktem…

Faktem jest także, że za sukcesem rosyjskiego rolnictwa z ostatnich lat (alleluja, wreszcie branża rolna była w stanie wykarmić własne społeczeństwo, a z czasem wygenerować także spore nadwyżki) nie stoi tamtejsza myśl techniczna. Bo choć miejscowy przemysł jest w stanie wyprodukować całą masę różnorakiego sprzętu ciężkiego dla wojska, przyzwoitych traktorów nie robi do dziś. Obrabiają więc wielkoobszarowe gospodarstwa rolne – dzięki którym Rosja wyrosła na potentata w eksporcie zbóż – zachodnie maszyny. W kraju, gdzie wydajność pracy jest od dekad dramatycznie niska, wysoce zmechanizowany i zdigitalizowany proces „obróbki ziemi”, to być albo nie być rolniczej branży. Gdy zabraknie części, wygasną usługi serwisowe, na pola wrócą traktory „Białoruś” i zastępy niezbyt chętnych do pracy post-kołchoźników. Plony jak nic zapikują, w kolejnym obszarze obnażając rosyjską technologiczną niemoc. A może by tak nie czekać i już powyłączać co się da?

Wiem, wiem, Zachód się wyżywi, Afryka niekoniecznie. Dramatyzm tej cholernej wojny ma i takie oblicze. Przez trzy ostatnie dekady wolny świat usiłował wprzęgnąć Rosję w globalny system wymiany handlowej, zakładając, że tym sposobem ją ucywilizuje (uwaga, nie mówię o Kulturkampfie, a o próbach eliminacji ryzyka agresji). Skutkiem jest sieć uzależnień, wszędzie tam, gdzie Federacja była w stanie dostarczyć (nieznacznie obrobione) surowce naturalne. Pieniądze z ich sprzedaży dały Moskwie poczucie siły, tym samym bijąc w podstawowe założenie gospodarczej integracji. Sankcje mają Rosję cofnąć do czasów Breżniewa – realiów sowieckiego imperium, od którego ekonomii niewiele w światowej gospodarce zależało. Czy to możliwe? Tak; argumenty o niezastępowalności Rosji, będącej skutkiem jej wielkości, są niezasadne. W kwestii kopalin swoje zrobi rewolucja technologiczna. Co zaś się tyczy produkcji żywności – wolna Ukraina, z jej areałem ziemi uprawnej, może stać się nie tylko spichlerzem Europy, ale i świata.

Częściowo już nim jest, co tylko rozszerza zakres rosyjskiej winy za globalne skutki tej wojny. Blokada ukraińskich portów sprawiła, że Kijów ma problemy z realizacją zobowiązań eksportowych. Ukraina nie zarabia, zboże nie dociera do odbiorców. Drożeje, skoro jest go za mało. Ucierpią najbiedniejsi – mieszkańcy krajów, których rządy nie będą w stanie zapełnić spichlerzy. Ukraina nie odpuszcza – mimo wojny część dostaw udaje się realizować. Zboże drogą lądową dociera do Rumunii i Polski, a stamtąd płynie dalej. Ale to „tymczas” i dodatkowe koszty. Konieczna jest deblokada ukraińskich portów (w tym momencie to właściwie już tylko Odessy…). Ukraina coraz sprawniej radzi sobie z paraliżowaniem działań rosyjskiej marynarki wojennej, ale poza własne akweny wypchnąć jej nie zdoła. Do tego potrzeba okrętów, których obrońcy nie mają (ich flota jest symboliczna). I tu znów otwiera się pole dla interwencji marynarek NATO. Eskorta dla ukraińskich zbożowców to żaden akt wojny; raczej działanie w stylu tworzenia korytarzy humanitarnych.

Czy Rosja zdecydowałaby się zaatakować natowskie okręty? Szczerze wątpię, gdyż oznaczałoby to w krótkim czasie zagładę floty czarnomorskiej. Rosjanie, choć retorycznie niezwykle agresywni, realnie są wobec NATO wybitnie asekuranccy. Tyle było gróźb dotyczących reakcji na dostawy sprzętu, a jedyne, co robi Rosja, to ataki na trasy przerzutowe i punkty przeładunkowe, znajdujące się już na terenie Ukrainy. Ataki tyleż liczne, co słabo skoordynowane, niemające masowego charakteru i, po prawdzie, niezbyt skuteczne. Jedyne rosyjskie sukcesy w tym zakresie dotyczą składów paliwowych; pojawia się coraz więcej doniesień, że utrata części zapasów wraz z niemalejącym bieżącym zużyciem (ogromnym!), zaczyna obrońcom dokuczać. Na zapleczu paliwo już od dawna jest deficytowym towarem, najgorsze, że staje się takim również na froncie. Ukraińskie władze zapewniają, że problem zostanie wkrótce rozwiązany. Zakładam, że obok uzbrojenia, także paliwo będzie przedmiotem materiałowej pomocy Zachodu.

Warto w tym miejscu odnotować, że Ukraińcy nie pozostają dłużni. Że regularnie płoną i rosyjskie składy paliwowe, także te zlokalizowane na terytorium Rosji. No i nie bez znaczenia jest fakt, że do ataków na ukraińską infrastrukturę agresorzy używają coraz starszych systemów; widać, że sięgają już do głębokich zapasów, po amunicję rakietową z czasów ZSRR (co częściowo tłumaczy problematyczną celność użytych rakiet). Zapewne to konieczność, ale i przejaw desperacji rosyjskiego dowództwa, dociskanego przez Kreml (dziś zaczęła się siedemdziesiąta doba ukraińskiej obrony, która miała potrwać co najwyżej siedemdziesiąt godzin…). O irytacji Kremla świadczą zapowiedzi dotyczące przebiegu tradycyjnej defilady z okazji dnia zwycięstwa. Mają w niej wziąć udział, pod przymusem rzecz jasna, ukraińscy jeńcy. Ponoć FSB „pracuje” nad pięciuset pojmanymi Ukraińcami, których publiczne upokorzenie miałoby być dowodem na zwycięski przebieg „operacji specjalnej”.

Wykorzystanie w ten sposób jeńców byłoby złamaniem konwencji genewskich, ale Moskwa ma w tym zakresie nie byle jakie doświadczenia. 17 lipca 1944 roku 57 tysięcy niemieckich żołnierzy-więźniów przemaszerowało ulicami radzieckiej wówczas stolicy. Wcześniej, przez wiele dni, Niemcy otrzymywali dodatkowe posiłki – by byli w stanie przejść kilkukilometrowy odcinek we właściwym tempie. Zakazano im za to mycia się, by wyglądali w odpowiednio opłakany sposób. Na koniec tego makabrycznego show przez ulice miasta przejechały polewaczki, zmywając „nazistowski brud” z moskiewskiego bruku. 70 lat później wedle tego samego schematu potraktowano jeńców z armii ukraińskiej, zapędzonych do „marszu wstydu” przez ulice Doniecka. Już wówczas obowiązywała narracja, wedle której proeuropejski Kijów jest „nazistowski”, zatem lokalne media donosiły o „przejściu faszystów”. Nawet jeśli Kreml wycofa się z pomysłu udziału jeńców w paradzie, 9 maja prawdziwi faszyści i tak przejdą ulicami Moskwy – niosąc literę Z na ramieniu.

—–

Dziś w Polsce obchodzimy Dzień Strażaka. Należy przy tej okazji wspomnieć, że ukraińscy pożarnicy od samego początku walczą na pierwszej linii ze skutkami rosyjskiej agresji. To także bohaterowie tej wojny…/fot. Центр стратегічних комунікацій та інформаційної безпеки

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Feminizacja

„A czy Polki walczą w Ukrainie?”, pyta mnie Czytelnik po lekturze artykułu o ukraińskich żołnierkach. Walczą. Wedle oficjalnych zapewnień władz w Kijowie, na wojnę z Rosją pojechało z Polski kilkadziesiąt osób. Tak naprawdę jest ich kilkaset, większość bowiem woli zachować anonimowość, o co najprościej w przypadku ochotników o mieszanym pochodzeniu i niezwiązanych z armią. Jako się rzekło, są wśród nich i kobiety. Jedna z moich koleżanek od połowy marca bije się w cudzoziemskim legionie. Żyje, obecnie przebywa poza linią frontu. Kontakt mamy sporadyczny, ale regularny. „Robię to, do czego szkoliłam się przez wiele lat”, napisała mi w jednej z wiadomości. Druga z przyjaciółek nie walczy – służy w batalionie medycznym. Jak wszystkie sanitariuszki w ukraińskiej armii, do akcji wyrusza z pełnym uzbrojeniem. W razie potrzeby wie, jak go użyć – w Polsce przez kilka lat służyła w elitarnej jednostce wojsk lądowych. Na zaciąg w Ukrainie polscy obywatele muszą zdobyć odpowiednie zgody naszych władz – dotychczas z tego trybu skorzystało niewielu ochotników. Cywile i wojskowi emeryci po prostu wyjeżdżają, mundurowi w służbie czynnej biorą dłuższe urlopy i zwolnienia. Kryć się specjalnie nie muszą – tego rodzaju „zniknięcia” są w naszych koszarach pobłażliwie traktowane.

Polska w ogonie NATO

„Nie mam męża, dzieci, schorowanych rodziców. Łatwo mi było podjąć decyzję o wyjeździe”, wspomina pierwsza z dziewcząt. Większość jej koleżanek w kraju nie dysponuje aż taką swobodą. „Tak mówią, ale może to tylko pretekst?”, zastanawia się moja rozmówczyni. Argument o „rodzinnych zobowiązaniach” to w realiach WP nic nowego. Gdy przed laty formowano kontyngenty do Iraku i Afganistanu, sięgali po niego żołnierze-mężczyźni, którzy wcześniej żyli złudzeniem, że armia aż po kres ich służby pozostanie koszarowym wojskiem. Lecz nawet takie siły zbrojne muszą regularnie się szkolić, co wymaga od żołnierzy wielodniowych pobytów poza domem. Wojsko, jak i całe społeczeństwo, zmieniło się na przestrzeni ostatnich 30 lat dramatycznie. Patriarchat coraz bardziej kruszy się pod naporem bardziej partnerskich modeli relacji, co przekłada się także na sytuację w armii. Lecz mimo silnych i licznych ruchów promujących równouprawnienie, mimo deklaratywnego wsparcia państwa polskiego w tym obszarze, wiele dziewcząt nadal słyszy, że ich „miejsce jest w domu”, albo w „bardziej babskich” profesjach. „Armia potrzebuje matek, ale nie tych karmiących”, orzekł kiedyś przełożony medyczki, o której piszę na wstępie. Efekty? W WP kobiety stanowią raptem osiem procent personelu, co lokuje nas w ogonie natowskich armii.

Na czele sojuszniczej stawki stoją Węgrzy – w ich siłach zbrojnych kobiety stanowią aż 20% personelu. Potem są Grecy (19%), Amerykanie (17%) oraz Francuzi, Kanadyjczycy, Bułgarzy, Łotysze (16%). Zestawienie zamykają, licząc od dołu, Turcy (ledwie 0,3%), Włosi i Czarnogórcy (6%) oraz Polacy. Wyżej od nas są m.in. Brytyjczycy (11%), Niemcy (12%) czy Czesi (13%). Oczywiście, w liczbach rzeczywistych sprawy mają się nieco inaczej. 9373 (dane na koniec 2021 r.) służące zawodowo Polki, to więcej niż wszystkie żołnierki z Łotwy, Litwy i Czarnogóry razem wzięte. Ale poziom feminizacji struktur sił zbrojnych należy mierzyć w odniesieniu do potencjału konkretnych armii, więc żadne statystyczne hocki-klocki nie zmienią faktu, że Polsce bliżej do Turcji niż do Węgier czy USA (o będącym poza NATO Izraelu, gdzie służba kobiet jest obowiązkowa, a każdego roku do koszar trafia 15 tys. pań-poborowych, nie wspominając). Turcji, gdzie mimo wielu dekad modernizacji zainicjowanej przez Mustafę Atatürka (wyhamowanej przez obecnego tureckiego prezydenta), religijny konserwatyzm redukujący role kobiet do funkcji reprodukcyjnych wciąż ma się dobrze.

Konserwatyzm środowiska

Oczywiście, mogłoby być gorzej. W Polsce nie doczekaliśmy się jeszcze kobiety-generała w służbie czynnej. Mamy za to 43 panie (stan na koniec 2021 r.) w stopniu pod-i-pułkownika. W Indiach tymczasem – z ich czwartą armii świata (1,3 mln żołnierzy) – jeszcze niedawno rząd próbował zakazać kobietom zdobywania szarż pułkowników i generałów. Większość żołnierzy-mężczyzn wywodzi się z małych, tradycyjnych społeczności i „nie są oni mentalnie przygotowani, aby zaakceptować kobietę-dowódcę”, argumentowały indyjskie władze. Sąd Najwyższy odrzucił to stanowisko, jednocześnie znosząc ograniczenie czasowe, nałożone na panie. Wcześniej mogły one służyć tylko 14 lat, dziś górnego limitu już nie ma. „Podważanie zdolności do służby ze względu na płeć jest obrazą nie tylko dla godności kobiet, ale i dla godności żołnierzy indyjskiej armii” – orzekł sąd. Żołnierki Wojska Polskiego przed takimi wyzwaniami nie stają – nikt ich nie sekuje rozwiązaniami prawnymi. W tym kontekście warto wspomnieć, że armia jest jedną z nielicznych instytucji gwarantujących równość płac bez względu na płeć. Należy również uczciwie przyznać, że wbrew potocznym ocenom, nie mamy do czynienia z celowym spowalnianiem feminizacji sił zbrojnych przez pisowskie rządy. W 2015 r. kobiety stanowiły 4,3% zawodowej kadry i ów odsetek rósł regularnie aż do dziś. Rósł za wolno przede wszystkim z powodu konserwatyzmu środowiska wojskowego.

Dał on o sobie znać z dużą mocą przy okazji polsko-białoruskiego kryzysu granicznego. Armia – z uwagi na swą relatywną szczupłość i brak rozwiniętych struktur logistycznych – z trudem go obsługiwała. Obecnie sprawa wydaje się opanowana (bo i poziom wyzwań znacznie mniejszy), lecz późną jesienią ub.r. jak Polska długa i szeroka trwały „łapanki” na zdolnych do wyjazdu żołnierzy. „Gdybym miał na twoim miejscu chłopa, już by był pod granicą…”, przyznał wprost dowódca jednego z batalionów zmechanizowanych z zachodniej ściany RP. Zwracał się w ten sposób do podwładnej, podoficer i matki dwójki dzieci. „U nas pustki, w jednostce zostały jedynie służby dyżurne, matki karmiące i niezbędni oficerowie”, pisała mi wówczas inna żołnierka. „Jednocześnie realizowane są szkolenia, zawody sportowe, ćwiczenia rezerwy; ktoś to ogarniać musi”. W takich chwilach mężczyznom-oficerom łatwiej przychodziły do głowy refleksje o rzekomej wyższości w pełni męskiego składu. Znam mnóstwo relacji z tamtego okresu, w których mowa jest o wyrażanych wprost frustracjach. Selektywne cechy pamięci pozwalały pewnie pominąć w rozważaniach dowódców fakt, że do niedawna, korzystając z przywileju w pełni płatnych zwolnień lekarskich, wojsko nagminnie i w dużych liczbach przebywało na L4. Wstydliwy problem znikł, gdy chorobowe obcięto do 80% – mężczyźni w mundurach masowo wtedy wyzdrowieli.

WOT ostoją feminizacji

Ale mniejsza o złośliwości – wróćmy do statystyk. Półtora tysiąca zawodowych żołnierek Wojska Polskiego to oficerowie i podoficerowie. Reszta, niemal osiem tysięcy osób, służy w korpusie szeregowych. Dawno bowiem minęły już czasy, kiedy kobiety trzymano z dala od najbardziej wymagających fizycznie stanowisk. Co więcej, kobiety odbywają służbę nawet w najbardziej elitarnych formacjach, jak choćby w GROM-ie. Latają bojowymi samolotami, jak pilotująca MiG-i-29 por. Urszula Brzezińska Hołownia, prywatnie żona znanego polityka. Mamy w Polsce również pilotki śmigłowców, czołgistki, artylerzystki. Normy fizyczne dla pań są rzecz jasna inne niż dla mężczyzn, ale wiele dziewcząt nie ustępuje swoim kolegom czy to na służbie, czy poza nią. Wystarczy odwiedzić dowolną imprezę biegów ekstremalnych, by przekonać się, jak wielu zwycięzców to kobiety z wojskowym ID w kieszeni.

Pośród wspomnianych czempionek sporo jest kobiet, które wybrały służbę w Wojskach Obrony Terytorialnej. W tym rodzaju sił zbrojnych – liczącym obecnie 32 tys. żołnierzy – odsetek pań dobija właśnie do 20%. Ponieważ jest to formacja w niemal 90% ochotnicza, większość żołnierek z WOT-u nie jest wliczana do cytowanych wcześniej statystyk ministerstwa obrony. Tymczasem dowództwo obrony terytorialnej zakłada, że w ciągu najbliższych dwóch lat poziom feminizacji osiągnie 25%. Szanse na to są spore, do czego wybitnie przyłożył się… Władimir Putin. Porównując wskaźniki zainteresowania służbą u „terytorialsów” sprzed agresji na Ukrainę i po rozpoczęciu inwazji, w perspektywie krótkoterminowej widzimy aż siedmiokrotny wzrost. A dotyczy on zarówno mężczyzn, jak i kobiet, dla których WOT – wymagające tylko okresowego zaangażowania – to dobry sposób na pogodzenie życia rodzinnego, cywilnej kariery oraz chęci sprawdzenia się i służby krajowi.

Kobiety na stanowiskach dowódczych i kierowniczych, stan na 31.12.2021 r. Źr. MON

STOPIEŃ ETATOWY LICZBA KOBIET
PUŁKOWNIK 9
PODPUŁKOWNIK 34
MAJOR 150
PORUCZNIK/KAPITAN 350
PODPORUCZNIK/PORUCZNIK 435
PODOFICER STARSZY 36
PODOFICER 66
PODOFICER MŁODSZY 454
RAZEM 1534

Dane ewidencyjne – stan kadry zawodowej na 31.12.2021 r. Źr. MON

Liczba żołnierzy Procentowy udział w SZ RP
Kobiety 9 373 8,3 %
Mężczyźni 104 213 91,7 %
SUMA 113 586 100 %

Zdjęcie wykonane podczas desantowania żołnierzy 6 BPD w ramach ćwiczeń Puma 2011/fot. Marcin Wójcik

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 19/2022

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Ogon

Nie bez powodu to właśnie dziś doszło do kontrolowanego wycieku informacji na temat skali polskiej pomocy wojskowej dla Ukrainy. Nikt oficjalnie nie potwierdził, ile dokładnie tego jest, ale dziennikarzom wyszło, że w kwestii czołgów chodzi o niemal 200 sztuk. Trochę to nazbyt optymistyczne, bo jeśli trzymać się słów Morawieckiego – że przedmiotem donacji były maszyny T-72 nieprzeznaczone do modyfikacji – to wychodzi jakieś 150-170 sztuk. Dalej bardzo dużo, no ale nie 200. Chyba że… Skądinąd wiem, że na poważnie rozważa się podarowanie Ukraińcom także części maszyn zmodyfikowanych oraz przeznaczonych do tego celu. Przedmiotem wsparcia mogłyby być również nasze Twarde (będące krajową, dość gruntownie zmodernizowaną wersją radzieckich T-72). Nie wszystkie i w dalszej kolejności, ale – ujmę rzecz w ten sposób i nie będę dalej rozwijał – ukraińscy czołgiści mają już okazję do zapoznania się ze specyfiką Twardych. A nie czynią tego dla zabawy.

Wracając zaś do myśli przewodniej – nie bez powodu pojawiają się szczegóły, bo oto Rosja na dobre już zaczęła kampanię (dez)informacyjną, wymierzoną w nasz kraj i jego relacje z Ukrainą. Tak naprawdę – twierdzi Kreml – udajemy tylko sojuszników, a po cichu, i przy wsparciu Amerykanów, szykujemy się do operacji wojskowej, której celem będzie zajęcie zachodniej Ukrainy. Cios w plecy ukraińskiej obrony, na wzór sowieckiego ataku z 17 września 1939 roku, do czego Moskwa rzecz jasna w żaden sposób nie nawiązuje. „Strzeżcie się Ukraińcy Polaków!”, radzi szef Służby Wywiadu Zagranicznego Rosji Siergiej Naryszkin. Rosji wierzyć to kłamcy zaufać, ale Moskwa dobrze wie, że jej przekazu „nie kupi” istotna większość ukraińskiej i zachodnich opinii publicznych. W swych działaniach Rosja stosuje strategię „długiego ogona” – usiłuje dotrzeć do wielu rozdrobnionych grup odbiorców, często między sobą skonfliktowanych (czy potencjalnie skonfliktowanych), za to licznych w swej masie. W tym przypadku chodzi o „zagospodarowanie” lęków, pragnień czy uprzedzeń części zachodnich Ukraińców, antyukraińsko nastawionych Polaków, w tym „nosicieli” idei powrotu na Kresy, uprzedzonych do Polaków mieszkańców Europy Zachodniej i wywodzących się stamtąd przeciwników amerykańskiego imperializmu. To rzecz jasna także gra „na swoich”, Rosjan, których ten element narracji ma utwierdzić w przekonaniu o słuszności „operacji specjalnej”. Która przecież nie jest żadną wojną z pragnącym zachować niezależność narodem ukraińskim, a misją pokojową ratującą Ukraińców z rąk lokalnych nazistów i obrzydliwego NATO. „Dlaczego w Ukrainie nie ma partyzantów?”, zastanawia się sowieciarska Prawda. Partyzantów-Ukraińców, którzy działaliby na tyłach kijowskiej-faszystowskiej armii, gnębiącej naród i niepozwalającej go wyzwolić rosyjskim sołdatom. Odlot, czyż nie? No ale takim tropem idzie kremlowska propaganda i choć racjonalnie myślący człowiek puknie się w czoło, nie zabraknie i takich, którzy pomyślą sobie, że „coś na rzeczy jest”. Sukcesy Moskwy w zakresie kampanii antyszczepionkowej pokazują, że ów „długi ogon” potrafi być liczny, hałaśliwy i skuteczny we wpływaniu na klasę polityczną. Przypomnijcie sobie, z jakim powodzeniem antyszczepy trzymały za wiadomą część ciała PiS – choć w efekcie rażących zaniedbań rządu codziennie umierały setki ludzi.

A Moskwa Polsce nie odpuści – będzie nas straszyć, także atomowym argumentem, będzie próbować rozhulać pośród Polaków antyukraińskie nastroje. Wykorzysta każdy nasz wewnętrzny kryzys i słabość (dlatego tak ważna jest penalizacja prokremlowskich działań w polityce; ja naprawdę nie rozumiem, jakim cudem Konfederacja i Solidarna Polska są legalnie działającymi partiami). W tej wojnie pozycja Rzeczpospolitej nabiera coraz większego znaczenia. Oto Stany Zjednoczone zapowiadają kolejny pakiet pomocy dla Ukrainy, tym razem w wysokości 33 mld dolarów. 20 ma być przeznaczone na wsparcie militarne. To równowartość dwóch rocznych budżetów naszego wojska, suma, za którą można dostarczyć ilości ciężkiego sprzętu idące w setki (tytułem unaocznienia, z jaką skalą pomocy mamy do czynienia – rocznie nasza armia, która wcale mało nie strzela, wydaje 250-300 mln dol. na odtwarzanie zapasów amunicji). Zawartość tego „zastrzyku” w większości przejdzie przez Polskę, jesteśmy bowiem zapleczem logistycznym tej wojny. Bez nas ani rusz – i Moskwa dobrze o tym wie.

Tym, którzy chcieliby moskiewskiej narracji ulec („walić” w Ukraińców, Unię, NATO czy tylko „ostrzegać” przed ryzykiem wybuchu III wojny światowej), warto przypomnieć, jakie były pierwotne cele rosyjskiej inwazji. Zajęcie i zwasalizowanie całej Ukrainy, co w sposób dramatyczny wpłynęłoby na sytuację strategiczną Polski. De facto mielibyśmy zagrożoną całą wschodnią i w istotnej części północną granicę kraju (tak, jak iluzoryczna jest podmiotowość Białorusi, tak iluzoryczna byłaby w przypadku pokonanej Ukrainy). Niewykluczone, że za jakiś czas ciężkie walki – na wzór tych, toczonych dziś w Donbasie – miałyby miejsce na wschodzie Polski. Fakt, iż jest to coraz mniej prawdopodobny scenariusz, to zasługa Ukraińców, którzy toczą swoją wojnę także w naszym interesie. Zatem musimy ich wspierać i musimy aktywnie i z wielką determinacją brać udział w budowaniu antyrosyjskiej koalicji. To zadanie dla polityków, w jakiejś części dla wojskowych, ale też dla zwykłych obywateli, od opinii których uzależniona jest każda władza. Ot, uroki demokracji.

I rozumiem strach przed eskalacją. Rosja nie wygrywa, Rosja co rusz się kompromituje, ale Rosja nadal niszczy i zabija. Straty pośród ukraińskich cywilów idą w dziesiątki tysięcy, wraz z przeniesieniem walk do Donbasu skokowo wzrosły też straty ukraińskiej armii. Na północnym odcinku frontu obrońcy musieli wycofać z walki cztery brygady, celem ich przeformowania/reorganizacji. A to oznacza, że poległo, zostało rannych bądź wziętych do niewoli od 30 do 50 proc. żołnierzy tych jednostek. Jedna brygada to 3-4 tys. wojskowych, mamy więc do czynienia z poważnymi ubytkami. I z każdym dniem przybywa kolejnych zabitych żołnierzy, cywilów, zburzonych domów, szkół, szpitali (Rosjanie już nawet się nie kryją, że nagminnie „walą” po obiektach niewojskowych). A to może przerażać. Zwłaszcza gdy Ławrow czy sam Putin dodadzą do swych gróźb element atomowego szantażu. Ale…

Rosjanie wysłali do Ukrainy połowę elity swojej armii – wojsk powietrznodesantowych (WDW). Dziś 90 proc. tego komponentu nie istnieje bądź nie nadaje się do walki. WDW, jako formacja, przez 2-3 lata nie odzyska możliwości ofensywnych. Rosja straciła bezpowrotnie od tysiąca do dwóch tysięcy oficerów liniowych (w tym 10! generałów). Poległ kwiat korpusu oficerskiego i jakkolwiek dalsza wojna wykreuje kolejnych doświadczonych dowódców szczebla taktycznego i operacyjnego (z których część przeżyje), znów trzeba kilku lat, by zasypać tę „dziurę”. O skutkach sankcji w kontekście precyzyjnej amunicji czy produkcji nowoczesnych systemów broni już pisałem, o wytraceniu istotnej części najmłodszych czołgów i wozów bojowych również. W moich wcześniejszych wpisach, ale i w doniesieniach innych mediów znajdziecie sporo informacji o tym, że ta wojna przywiodła rosyjskie siły zbrojne do poważnego kryzysu. Dziś grożenie nimi komukolwiek z NATO jest żałosne. „Z czym do ludzi”, skoro to, co najcenniejsze, wykrwawia się właśnie w Ukrainie? Z atomówkami? „Rosjanie chcą, żebyśmy uwierzyli, że są szalonymi samobójcami. Ale oni nimi nie są. I nie są jednolitym systemem, w którym każdy jest gotów popełnić samobójstwo, nawet jeżeli TA jedna osoba by o tym zadecydowała. Prawidłową odpowiedzią na taki szantaż jest niepoddawanie się mu”, pisze Mikolaj Susujew, Ukrainiec mieszkający w Polsce. Nic dodać, nic ująć.

A na opamiętanie się samych Rosjan na razie nie ma co liczyć – z badania przeprowadzonego w kwietniu przez niezależny ośrodek Centrum Lewady wynika, że aż 74 proc. z nich popiera wojnę w Ukrainie. Niemal tyle samo twierdzi, że „specjalna operacja wojskowa” zakończy się zwycięstwem Rosji.

No to się zdziwią – dodam od siebie.

—–

Nz. T-72 podczas ćwiczeń Anakonda 2010. Ciekawe czy ten egzemplarz pojechał do Ukrainy/fot. Marcin Ogdowski

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Zasoby

Rosyjskie rakiety spadają dziś na ukraińskie węzły kolejowe. Jeśli coś w tym zaskakuje, to fakt, że Rosjanie wzięli się za tego rodzaju akcje po dłuższej przerwie, a i tak czynią to w zakresie, który trudno nazwać masowym. Ku wściekłości telewizyjnych ekspertów, chadzających na pasku Kremla, którzy nie mogą zrozumieć – i dają temu wyraz na wizji – „dlaczego armia tak cacka się z Ukrainą!?”. „Przecież przez te węzły idzie zachodnia pomoc!”, grzmią, świadomi, że pozycja eksperta w państwowej telewizji pozwala na łajanie generalicji (byle nie po nazwisku!). Tak putinowcy budują pośród zwykłych Rosjan przekonanie, że niepowodzenia w Ukrainie wynikają z samoograniczającego się charakteru „operacji specjalnej”, co zostawia furtkę dla argumentacji typu „ale jak już NAPRAWDĘ zaczniemy…”. Jednocześnie w takich okolicznościach Kreml tworzy dodatkową presję na wojskowych („widzicie, co o was mówią w telewizji…?”), dopingując ich do bardziej zdecydowanych działań.

Rzecz w tym, że generałowie (zwykle) głupi nie są – i nie trzeba im porad czy drwin. Mają za to związane ręce. Bo po pierwsze, Ukraińcy wykazują się niesamowitą determinacją, jeśli idzie o odbudowę uszkodzonej infrastruktury transportowej. Zniszczone węzły kolejowe reaktywowane są w ekspresowym tempie (tak samo zresztą jak uszkodzona infrastruktura komunalna; służby miejskie robią wszystko, by jak najszybciej przywracać dostawy energii i podstawowych usług). Po drugie, w rosyjskim arsenale rakietowym na dobre rozhulał się wiatr. O brakach w rakietach i pociskach manewrujących, zdolnych do precyzyjnych rażeń dużych obiektów z dużej odległości, najlepiej świadczy fakt, że armia najeźdźcza zaczęła używać pocisków morskich do ataków na cele lądowe. Odpowiedników słynnych ukraińskich Neptunów, zaprojektowanych do odnalezienia i trafienia poruszających się po wodzie obiektów. Amunicja tego typu jest znacznie droższa od Iskanderów czy Kalibrów, które lecą „po sznurku”; fakt, iż cel się nie przemieszcza, eliminuje konieczność zainstalowania dodatkowych, kosztownych systemów celowniczych/manewrujących. Teoretycznie Rosjanie mają wszystko, żeby uzupełnić magazyny i nie strzelać z arcydrogich rakiet, w praktyce wygląda to dużo gorzej. Cała elektronika tych systemów uzbrojenia jest bowiem zachodnia i w tym momencie niedostępna z uwagi na sankcje. Rosjanie zatem nie są w stanie odtworzyć zapasów „inteligentnej amunicji”, a tym, co mają, gospodarzą oszczędnie. Co ostatecznie i tak zmusza ich do rozrzutności, gdy warta kilka milionów dolarów rakieta, z mniejszą niżby tego wymagały okoliczności głowicą (bo wspomniane dodatkowe oprzyrządowanie pakuje się do kadłuba kosztem wielkości ładunku bojowego), niszczy rampę i skupisko torów o wielokrotnie niższej wartości. I to niszczy na kilkanaście-kilkadziesiąt godzin, potrzebnych ekipom remontowym na odbudowę uszkodzonego węzła. Krew w piach.

Dużo większe efekty mogą przynieść ataki na obiekty cywilne, bo dają nadzieję na złamanie woli oporu obrońców – kalkulują rosyjscy dowódcy. Rażona rakietami Odessa to najnowszy przykład tego typu zbrodniczych założeń.

I tylko Ukraińcy ani myślą się poddać. Co więcej, właśnie realizują zapowiadaną natowskim partnerom już jakiś czas temu strategię „podpalania Rosji”. Nie wiem, czy wysiłki białoruskich „kolejowych partyzantów” – którym udało się mocno pokrzyżować rosyjskie plany wykorzystania białoruskich kolei do przerzutu wojska – były w jakiś sposób koordynowane z Kijowa. W mojej ocenie mieliśmy tu do czynienia z „braterskim wsparciem” dla Ukraińców ze strony lokalnych przeciwników Putina i Łukaszenki. Ale za tym, co od kilku dni dzieje się w Rosji, bez wątpienia stoją sami Ukraińcy. Pożary w instytucjach naukowych pracujących na rzecz armii, ataki na mosty i wreszcie płonące składy paliw i amunicji (jak dziś w Briańsku), to efekty twardych kinetycznych uderzeń (ataków lotniczych/rakietowych) oraz bardziej skrytych działań grup dywersyjnych. Ukraińcy mają w prowadzeniu takich operacji spore doświadczenie – SBU nauczyła się ich w Donbasie, na terytoriach okupowanych po 2014 roku. Przez niemal osiem lat tak, jak „znikali” donbascy zdrajcy i dowódcy lokalnych milicji, tak „znikały” ważne elementy infrastruktury, niezbędne do prowadzenia wojny (mosty, magazyny broni itp.). Rosja – z jej koszmarną korupcją, bylejakością wykonania strategicznych dla państwa instalacji oraz całym kontekstem kulturowym (język, powiązania rodzinne) – jest dla ukraińskich sabotażystów idealnym miejscem do działań. Szczególnie, że Rosjanie wykazują się wyjątkową nonszalancją. Kluczowych obiektów znajdujących się w promieniu do 120-150 km od granicy nie strzegą przeciwlotnicze systemy obronne, a w miejsce oddziałów wojsk wewnętrznych, wysłanych do Ukrainy, nie dotarły uzupełnienia z głębi kraju. Oczywiście, poza nonszalancją może to też być kolejny dowód na „krótką kołderkę” rosyjskich sił zbrojnych.

Których siły specjalne właściwie w ukraińskiej wojnie nie istnieją. Na początku inwazji mówiło się o spec-komandzie przerzuconym do Kijowa z zadaniem pojmania ukraińskiego prezydenta. Błędnie identyfikowano ów zespół jako oddział najemnych wagnerowców (po prawdzie – biorąc pod uwagę powiązania między wywiadem wojskowym GRU a Grupą Wagnera – nie było w tym wielkiego nadużycia). Ukraińcy z kolei ostrzegali NATO przed atakami rosyjskich „specjalsów” na centra logistyczne i kanały przerzutowe dla sprzętu płynącego do Ukrainy. Chodziło tu o działania dywersyjne, nie pod własną flagą, na terytorium Rumunii, Słowacji, ale przede wszystkim Polski. Jak na razie do żadnych „wypadków” nie doszło, co każe wierzyć w odpowiednie zabezpieczenie dostaw, skutkujące bezsilnością Rosjan.

I skoro o dostawach mowa – jest tego tyle, że Ukraińcy mają ogromne szanse na przetrzebienie Rosjan i odebranie im inicjatywy strategicznej. Ale nie wpadajmy w nadmierny entuzjazm. Setka naszych T-72, odpowiednio apgrejdowanych przez Ukraińców – wraz z całą masą innego ciężkiego uzbrojenia, które jest już albo na miejscu, albo w drodze – rozstrzygnie pierwszą bitwę o Donbas. I zapewne nie przetrwa do kolejnej. Wojna na wschodzie jest konfliktem niezwykle materiałochłonnym („front przetrawi wszystko”, mawia mój kolega). Rosjanie – jeśli teraz nie dojdzie do istotnego przełomu – za dwa-trzy tygodnie nie będą mieli już dość sił, żeby atakować. Ale Putin nie sprawia wrażenia gotowego do rozmów pokojowych, orki zatem najpewniej się okopią na zajętych pozycjach, a w kraju będą zbierały siły do kolejnego, dużo potężniejszego uderzenia. Do drugiej bitwy o Donbas, latem bądź na początku jesieni. Masowa mobilizacja i równie masowe czyszczenie magazynów ze sprzętu, który będzie się jeszcze nadawał do użycia – oto rosyjskie sposoby na zbudowanie przewagi. Ilościowej, bo o jakości nie będzie tu mowy. Ukraińcy tak zasobnych magazynów nie mają, a wytraconego sprzętu – za miesiąc czy dwa – nie da się już uzupełnić poradzieckim, stanowiącym dotąd podstawę w ukraińskiej armii. Nie da się, gdyż nie będzie już czym i skąd. Dlatego coś, co wciąż jest dla nas nowością i co w gruncie rzeczy nie ma jeszcze charakteru zjawiska masowego – dostawy ciężkiej broni zachodnich producentów – musi się wkrótce stać oczywistą oczywistością. Bez której Ukraina nie przetrwa.

—–

Nz. Płonący dziś w środku nocy rosyjski Briańsk/fot. klatka z filmu udostępnionego przez Ukraińską Prawdę.

Postaw mi kawę na buycoffee.to