Mieszanka

Pisowskie plany rozbudowy armii można traktować na trzy sposoby. Po pierwsze, jako przedwyborczą narrację, u podstaw której leży założenie, że wyborcy „kupią” okazywaną przez rząd troskę o bezpieczeństwo RP („zostawmy ich przy władzy, bo oni naprawdę coś robią”). Przy czym w tym ujęciu idzie de facto o oszukanie suwerena. Wówczas do wyborów obejrzymy prawdziwy festiwal zapowiedzi kolejnych zakupów, realnie zaś więcej będzie działań pozorowanych i szumu, które po jesieni 2023 roku ulegną wygaszeniu. Gdy ktoś zapyta: „no ale jak to, tyle obiecaliście i co?”, usłyszy najpewniej: „no chcieliśmy, ale…” – i tu nastąpi cała litania narzekań na „onych”, którzy przeszkodzili.

Po drugie, możemy mieć do czynienia z prawdziwą troską, będącą swego rodzaju przebudzeniem. Wojna w Ukrainie jasno pokazuje, że pacyfistyczne fantazje w tej części świata są nie tyle niemądre, co niebezpieczne. Polska musi mieć silną armię – jej posiadanie to jak powietrze dla płuc. Ale czy silna znaczy duża? Uważam, że dla odstraszania Rosji wystarczą nam siły zbrojne w obecnym kształcie – byle należycie je doposażyć i zmodernizować. Dbając przy tym o rozbudowę rezerw (poprzez system zapewniający armii 20-30 tys. wstępnie przeszkolonych rezerwistów rocznie) oraz rozwój przemysłu zbrojeniowego.

Nie przyklasnę zatem pomysłowi zwiększenia wojska o 100 proc., nawet jeśli stoi za tym autentyczna troska. Sposób, w jaki mamy to robić – kupując „z półki”, na szybko, przesadnie dywersyfikując źródła dostaw – sprawi, że będziemy mieli armię jak z lat 1918-21. Wtedy połataną z wojsk zaborczych niemiecko-austriackich i rosyjskich oraz z wyposażonej na Zachodzie armii Hallera. Dziś równie „kolorową”, jakby intencją Mariusza Błaszczaka było tworzenie „dedykowanych” dywizji – „amerykańskiej”, „niemieckiej”, „koreańskiej”, „polskiej”, a przez jakiś czas jeszcze „posowieckiej”.

Ta nowa armia ma być nie tylko koszmarem dla logistyki. Rozmach, z jakim się ją planuje, sugeruje, że rząd RP postawił już kreskę na wolnej Ukrainie – niezależnie od bieżących działań i deklaracji. 6 dywizji, 300 tys. ludzi pod bronią – stan do osiągnięcia w nieco ponad dekadę – oznacza, że szykujemy się do walki z armią rosyjską, która szybko otrząśnie się po wojnie z Ukrainą, z armią, która tej Ukrainy, jako zagrożenia, nie musi brać pod uwagę. Co więcej, zamierzamy przygotować się (owe 500 himarsów) do obrony samodzielnej, przynajmniej przez dłuższy czas – jakbyśmy nie mieli (pewnych) sojuszników.

Oczywiście, może tu chodzić o przezorność w myśl zasady „przygotujmy się na najgorszy scenariusz”. Tylko jest w tym dramatyczna niekonsekwencja. Bo skoro sojusznicy nie będą nas bronić, to dlaczego mieliby nam dostarczać amunicję i części do zakupionej broni? Spójrzmy na Ukrainę – jej przyszłość zależy teraz od dostaw z zewnątrz, co w obliczu słabnącej determinacji rządów Zachodu może okazać się dla tego kraju zgubne. Zatem „przemysł głupcze!” – innego sposobu nie ma. Przeniesienie możliwie największej liczby kompetencji do produkcji i obsługi kupowanego sprzętu winno być absolutnym priorytetem. A poza ewentualnym K2 (czołgiem) niespecjalnie to widać.

No i są jeszcze pieniądze i demografia. Ta pierwsza kwestia jest oczywista, drugą zasygnalizuję pytaniem: jak rząd zamierza ściągnąć z rynku pracy kilkaset tysięcy osób (150 tys., plus po kilkanaście tysięcy rocznie tytułem prostego odtwarzania stanów)? Oba te sufity najpewniej okażą się nie do przebicia, stąd moje przekonanie, że w wojskowo-zakupowym wzmożeniu idzie tak naprawdę o „mieszankę” wspomnianych intencji – z jednej strony o kampanijny kit, z drugiej, o sumę naprędce realizowanych działań, „bo przecież coś zrobić musimy, skoro ten rusek taki groźny”. Co z tego wyjdzie? Coś tam kupimy, czegoś nie, coś zaczniemy tworzyć, czegoś nie skończymy. I wojsko jak było, jak jest, tak i będzie permanentnie „rozgrzebane”.

—–

Zdjęcie ilustracyjne, ilustrujące mój sceptycyzm/fot. własne

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Peryferia

Przez większość historii lotnictwa to, co działo się nad Polską, miało peryferyjny wymiar. Nawet podczas drugowojennego wzmożenia – po bezprecedensowej aktywności niemieckich bombowców we wrześniu 1939 r. – nastało kilka lat względnego bezruchu. Potężna kampania lotnicza zachodnich aliantów skoncentrowana była na Rzeszy – brytyjskie i amerykańskie samoloty tylko czasami zapuszczały się nad terytorium okupowanej RP. Radzieckie lotnictwo miało zaś przede wszystkim frontowy charakter – wspierało walczące na ziemi oddziały. Przeszło więc przez Polskę stosunkowo szybko, jak szybko przesunął się front na przełomie 1944 i 45 r. Po wojnie mieliśmy w kraju do czynienia z intensywnym rozwojem lotnictwa sportowego, ale cywilny ruch pasażerski do końca PRL-u pozostał znikomy. „Rozhulało się” za to lotnictwo wojskowe – wielu dzisiejszym pasjonatom sił powietrznych trudno uwierzyć, że w latach 70. armia dysponowała 8-krotnie większą liczbą maszyn niż obecnie. Lata 90. to okres wielkiej lotniczej smuty – Polaków wciąż nie było stać na odległe eskapady, zaś wojsko cierpiało na niedosyt lotniczego paliwa. Godzina lotu MiG-a 29 kosztowała tyle, co miesięczny wikt dla kompani poborowych, migi zatem z rzadka wzbijały się w powietrze. Pilot z tamtych czasów wspomina, że nalatywał rocznie 30-40 h, gdy minimum dla podtrzymania nawyków wynosiło 80-100 h.

Amerykański wschód

Wejście Polski do Unii Europejskiej, która sfinansowała rozbudowę lotnisk, rosnąca zamożność Polaków oraz pojawienie się tanich linii sprawiły, że niebo między Bugiem a Odrą wypełniło się odrzutowymi maszynami pasażerskimi w nieznanej dotąd skali. Wraz z nastaniem „ery F-16” siły powietrzne wyszły z paliwowego dołka, na początku drugiej dekady XXI w. zapewniając pilotom naloty na przyzwoitym poziomie. I choć rosło jednocześnie grono prywatnych użytkowników samolotów i śmigłowców, globalna perspektywa nadal kazała widzieć w Polsce lotnicze peryferia. Aby to zrozumieć, wystarczy obejrzeć natężenie ruchu nad zachodnią Europą i Stanami Zjednoczonymi. Co istotne dla dalszej części tekstu, dziś możemy to zrobić sprzed komputera bądź zerkając w komórkę. Wystarczy odpalić popularny serwis Flightradar24, pozwalający na lokalizowanie statków powietrznych w czasie rzeczywistym. F24 pokazuje trasę, miejsce startu i lądowania, numer lotu, typ maszyny, aktualną pozycję, wysokość, kierunek i prędkość – wszystko to naniesione na dokładne mapy Google. Oczywiście, nie ma tam wszystkiego. Usługa opiera się na śledzeniu sygnałów nadawanych przez transpondery, tymczasem wojskowe samoloty (i maszyny specjalne, np.: boeing cesarza Japonii) mają możliwość zmiany trybów nadawanych sygnałów, tak, by stały się niewidoczne dla cywilnych odbiorników.

Prowincjonalny charakter polskiego nieba zaczął przechodzić do historii wraz z rozkręcającym się kryzysem, wywołanym przez Władimira Putina. Jego groźby wobec Ukrainy i NATO, a nade wszystko koncentracja wojsk rosyjskich przy ukraińskiej granicy pchnęły zachodnie rządy do bezprecedensowych działań. Zaczęło się przebazowanie wojsk, w tym komponentów lotniczych, także na terytorium Rzeczpospolitej. Dodatkowe tysiące amerykańskich żołnierzy przyleciały do nas czarterami, samolotami takich linii jak Atlas Air czy United Airlines. Wojskowi lądowali w Warszawie, Szczecinie, Katowicach, no i w Rzeszowie, gdzie siadało większość maszyn wiozących cargo. Pośród sprzętu, który trafił na wschodnią flankę, znalazło się mnóstwo śmigłowców, głównie wielozadaniowych UH-60 i szturmowych AH-64. Obecność żołnierzy USA to elementem show of force (ang. prezentacja siły), co odbywało się także – i nadal odbywa – poprzez intensywne ćwiczenia. Ledwie zatem wyładowano śmigłowce, a ich załogi przystąpiły do lotów. Dziś na wschodzie kraju łatwiej wypatrzyć wiropłat z oznaczeniami amerykańskiej armii niż z biało-czerwoną szachownicą. Podobnie jest z aktywnością typowo bojowego lotnictwa. Nie rejestruje jej F24, ale to, co widać gołym okiem i czego dowiadujemy się z oficjalnych komunikatów, daje wyobrażenie o skali przedsięwzięć.

Lotnicza menażeria

Dużo by mówić o typach maszyn stacjonujących w Polsce bądź tylko zapuszczających się tu w ramach sojuszniczych patroli. Dość wspomnieć o wizytach B-52, najpotężniejszych bombowców świata. Trzydzieści kilka lat temu ich przelot nad naszym krajem oznaczałby inaugurację drugiego rozdziału atomowego Armagedonu (pierwszym byłyby ataki rakietowe), współcześnie boeingom towarzyszyły w eskorcie polskie myśliwce. Wedle dostępnych danych B-52, które latały w ostatnich tygodniach nad Polską, nie nosiły ładunków jądrowych, co nie zmienia faktu, że ich pojawienie się przyjęto w Moskwie z niepokojem. Bo i taki był cel, podobnie jak w przypadku przeniesienia do Polski amerykańskich myśliwców F-15, z których część delegowano do natowskiej misji Air Policing, czyli ochrony przestrzeni powietrznej Litwy, Łotwy i Estonii. „Piętnastki” cieszą się renomą najskuteczniejszych samolotów bojowych pozostających w służbie – udokumentowano na nich ponad setkę zestrzeleń (głównie na Bliskim Wschodzie) przy zerowych stratach tego typu maszyn. „Nowicjusz”, jakim przy F-15 jest F-35, także zagościł na polskim niebie w związku z ukraińskim kryzysem. I nie były to wyłącznie maszyny USAF, ale również brytyjskie i holenderskie – te ostatnie gościnnie, w drodze do Bułgarii. Poza tym przylatują do nas francuskie Rafale i Mirage 2000, belgijskie F-16, niemieckie Eurofightery i amerykańskie F/A-18.

Cała ta lotnicza menażeria wymaga odpowiedniego wsparcia – stąd widoczne na polskim niebie latające cysterny. Widoczne gołym okiem (choć na dużej wysokości), ale i na Flightradarze – takie misje bowiem nie mają zwykle gryfu tajności. Podanie paliwa w powietrzu realizują u nas najczęściej amerykańskie boeingi KC-135, lecz pojawiają się również np.: A330 od Airbusa, należące do MRTT Fleet (ang. Multinational Multi-Role Tanker Transport), wielonarodowej flotylli tankowców/transportowców, z której swego czasu „wypisał” nas Antoni Macierewicz (pieniądze na polski udział w projekcie wydając na zakup samolotów dla vipów). Tankowce nad Polskę wysyłają także Brytyjczycy, Francuzi i Włosi.

Nie jest tajemnicą, że Ukraińcy otrzymują wsparcie wywiadowcze od NATO. Rozpoznanie lotnicze to jeden z najefektywniejszych sposobów na zbieranie danych. Nim zaczęła się rosyjska inwazja, samoloty Sojuszu regularnie odbywały loty w przestrzeni powietrznej Ukrainy (zasięg ich sensorów pozwalał na zbieranie danych z głębi rosyjskiego i białoruskiego terytorium). Misje te wykonywały przede wszystkim należące do USA boeingi RC-135, obserwowano również bezzałogowe RQ-4 Global Hawk. Nie bez powodu użyłem określenia „obserwowano”, operacje te bowiem prowadzono niezwykle transparentnie. Nie dla uciechy fanów F24, a dla wiedzy Rosjan, których tym sposobem informowano o czujności Sojuszu. Wraz z wybuchem działań zbrojnych natowskie samoloty rozpoznawcze znikły z przestrzeni powietrznej Ukrainy – dziś realizują zadania głównie wzdłuż naszej wschodniej i północnej granicy.

Status humanitarny

Lecz to nie misje SIGINT (ang. signals intelligence, rozpoznanie elektromagnetyczne) stanowią o nasyceniu polskiego nieba. Odpowiadają za nie w miażdżącej większości loty transportowe. Nasz kraj stał się hubem logistycznym dla Ukrainy, obsługującym dostawy pomocy wojskowej i humanitarnej. Długo by wymieniać typy samolotów, siły powietrzne i komercyjnych przewoźników lądujących na naszych lotniskach (chodzi rzecz jasna głównie o kraje i samoloty NATO). Przywołam najciekawsze przykłady, jak choćby pakistańskie, jordańskie i tunezyjskie Herculesy, kuwejckie C-17 i brazylijskiego Embraera C-390.

Na koniec warto dodać, że to z Polski zaczynają podróże do Kijowa zagraniczne delegacje (z uwagi na ryzyko strącenia docierające do ukraińskiej stolicy koleją). I że choć Rzeczpospolita – jak cała Unia – zamknęła niebo dla rosyjskich samolotów, istnieją wyjątki. Wszystko zależy od statusów – jeśli mamy do czynienia z lotem humanitarnym czy emergency (ang. nagły wypadek; taki status przysługuje np.: samolotom wiozącym ekipy ratunkowe), wówczas piloci mają zielone światło. Przy czym kategoria humanitarna jest dość rozległa – kilka tygodni temu przepuściliśmy Iła-76 z paliwem jądrowym dla Słowacji.

Dziś trudno ocenić, czy rosyjscy przewoźnicy wrócą nad nasz kraj. Nie sposób przewidzieć, kiedy istotnemu ograniczeniu ulegnie natowskie show of force. Faktem jest, że zwiększona obecność wojskowa USA w Polsce to element rzeczywistości, z którym trzeba się pogodzić. Godzić się wypada też z przekonaniem, że komercyjny ruch lotniczy największy peak ma już za sobą. Pandemia COVID-19 przeflancowała podniebne biznesy, a rosnące ceny paliw nie ułatwiają stawania na nogi. Zwłaszcza że rośnie świadomość ekologiczna klientów, którzy coraz częściej zwracają uwagę na ślad węglowy. To wszystko sprawia, że obecny tłok na polskim niebie może się okazać chwilową odskocznią od peryferyjnej codzienności. Z drugiej strony, nadchodzi era dronów, dla których planuje się rozległe zastosowania. Ale to już zupełnie inna historia…

—–

Nz. Francuskie Mirage/fot. Bartek Bera

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 25/2022

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Nędza

„Brytyjski” Independent opublikował artykuł o tym, jak zła jest sytuacja ukraińskiej armii. Bez wchodzenia w szczegóły – „to już jest koniec, nie ma już nic”, i Rosja zaraz połknie Ukrainę. Tak donosi ponoć MI5.

Materiał obszernie omówiła część polskich mediów, słowami-kluczami typu „szokujący” (raport), podkręcając wymowę źródłowego tekstu. Właściwie to nie, nie omówiły – po prostu na żywca go powieliły.

Sensacyjność über alles. A gdzie rzetelność, weryfikacja danych? Gdzie informacja o statusie źródłowego medium? W dupie. Sądzę, że „powielacze” gówno wiedzą i mają gdzieś swą niewiedzę.

CRTL C+CRTL V i jechane! Robota zrobiona. A że Independent należy do ruskiego oligarchy, dawnego agenta sowieckiego wywiadu, oraz do jego syna – who cares!? Przecież ważne, że się klika.

Polskie media – zwłaszcza internetowe – są chore. Chore na niski poziom kompetencji. Na brak czegoś, co w socjologii nazywa się „wiedzą kontekstową”, potocznie „erudycją”, „horyzontem”, „wiedzą o świecie”.

Pamiętam już wcale nie tak młode redaktorki z dużego portalu, którym tłumaczyłem, że nie można bezrefleksyjnie kopiować materiałów z Russia Today. Na początku patrzyły na mnie jak na wariata.

Pamiętam rozmowę z ich szefem, właśnie na temat Independenta, zakończoną konkluzją: „no Marcin masz rację, ale treść to treść, a one nie mają czasu się doktoryzować”. Tak było i tak jest. Niemal wszędzie.

A Putin może otwierać szampana. Bo jego przekaz mąci nam w głowach. Daliśmy Rosji narzędzia, których sama nie była w stanie wymyślić i stworzyć. Daliśmy internet i możliwość kupna całych redakcji. Oto skutki.

Część osób po lekturze Independenta i popłuczyn w polskich mediach pomyśli sobie: „hej! Trzeba tym Ukraińcom jak najszybciej pomóc”. Ale większość uzna, że już nie ma sensu, że sprawa przesądzona.

Dobrze wiemy, jak może się to skończyć…

—–

A na zdjęciu moja skarpetka – równie cała, jak rzetelne są rzekomo profesjonalne polskie internety.

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Kunktatorstwo?

Pytacie, jakie moim zdaniem będą dalsze kroki Rosjan w Ukrainie, jak przełoży się to na sytuację międzynarodową. No to po kolei.

Jeśli idzie o front, Rosjanie mocno skoncentrowali się na próbach przełamania ukraińskiej obrony w Donbasie. Co ciekawe, czynią to w kilku miejscach jednocześnie, choć na stosunkowo małym obszarze. Celem wydaje się być uchwycenie bliźniaczych miast – Słowiańska i Kramatorska – mających istotne znaczenie symboliczne. To dwa największe ośrodki miejskie wyzwolone przez armię ukraińską w 2014 roku, co wówczas stanowiło gorzką pigułę dla Moskwy. „Słyszymy kanonadę, ale wciąż liczymy, że nasi chłopcy zatrzymają orków”, pisze mi koleżanka ze Słowiańska. Po czym ze smutkiem dodaje, że nie wszyscy żywią taką nadzieję. „Znów pojawiły się babuszki tęsknie spoglądające w przeszłość. Wiek gwarantuje im bezkarność, nawet nie kryją się z opiniami, jak to dobrze będzie, gdy nastanie Rosja”.

Poznałem takie babuszki zimą 2015 roku, właśnie w Słowiańsku. Ukrainki rosyjskiego pochodzenia, które na mój widok zaczęły lamentować.

– Lenin im nie pasuje – mojej rozmówczyni chodziło o pomnik w centrum miasta. – Że bandyta, mówią – miała na myśli lokalne władze. – A Włodzimierz Ilicz to dobry człowiek był. Gdy dowiedział się, że rozstrzelano carską rodzinę, to nie krył oburzenia.

– Ehh – westchnęła druga babuszka. – W Sojuzie ludzie pracę mieli, mieszkania za darmo dostawali, na wakacje jeździli. A ta cała Ukraina to co nam dała? Emeryturę mam taką, że jak leki kupię, to na jedzenie nie starcza. I teraz jeszcze ta wojna… – kobieta zakryła dłonią twarz.

Zdaniem stojących obok milicjantów, te łzy były elementem przedstawienia. Roboty zleconej przez separatystów i Rosjan. Nie przesądzam i tak jak wówczas, tak i dziś staram się nie oceniać. Ludzie realizują różne strategie w obliczu zagrożenia i niekoniecznie musi to być wyrachowana zdrada. Tak czy inaczej, miejmy świadomość, że na wschodzie Ukrainy nadal część ludności zachowuje prorosyjskie postawy. Wedle statystyk, na jakie powołuje się rząd w Kijowie, jest to raptem kilka procent społeczeństwa, lecz moi ukraińscy znajomi zawodowo zajmujący się socjologicznymi diagnozami, szacują, że w przypadku wschodnich obwodów może to być nawet 25 procent ludności. Oczywiście ów odsetek spada w miejscach doświadczonych rosyjskim barbarzyństwem, lecz wspomniany Słowiańsk i Kramatorsk jeszcze nie zmierzyły się z realiami frontowych miast.

Wracając do rozważań stricte militarnych – Rosjanom chyba na dobre udało się wyhamować ukraińską kontrofensywę na południu, ale wiele wskazuje na to, że obawiają się kolejnych operacji, w związku z czym wzmacniają kierunek chersoński kosztem sił zgromadzonych na podejściu do Zaporoża. Czy to oznacza rezygnację z prób zajęcia tego miasta? Tak, przy czym decyzję w tej sprawie agresorzy podjęli już jakiś czas temu, uznając, że są zbyt słabi na szturmowanie tak dużego ośrodka (wielotygodniowe boje o ponad 6-krotnie mniejszy Siewierodonieck dały Rosjanom do myślenia). Wydaje się, iż z perspektywy rosyjskiego dowództwa ważniejsze jest utrzymanie dotychczasowych zdobyczy na południe od linii dolnego Dniepru (z takimi miastami jak Chersoń, Melitpol i Berdiańsk).

I generalnie, nie spodziewam się, by nawet po ewentualnym przełamaniu w Donbasie, najeźdźcy byli w stanie kontynuować natarcie. W rosyjskiej sztuce operacyjnej istnieje tradycja pójścia za ciosem, bez oglądania się na straty, tyły i rozciągnięte linie zaopatrzeniowe. „Zrobiliśmy wyrwę!? To się w nią wlewamy, urrrrraaaaa!”. Ale mówiąc wprost, armia rosyjska w Ukrainie jest na to za słaba. Nie działa w warunkach ilościowego rozmachu rodem z czasów ZSRR, a to, co angażuje do walki, jest już zwyczajnie zmęczone – co tyczy się zarówno ludzi, jak i sprzętu (każda lufa ma określoną wytrzymałość, nie da się z niej strzelać „bez przerwy”).

Zatem z rosyjskim przełamaniem czy bez – co w tym momencie jest równie prawdopodobnym scenariuszem; Ukraińcy mogą Rosjan w Donbasie zatrzymać, mogą też w sposób kontrolowany oddawać im skrawki terytorium – o żadnym blitzkriegu w najbliższym czasie nie ma mowy. Marsz na zachód w stronę linii Dniepru wciąż pozostaje mokrym snem sowieciarskich domorosłych strategów (jakiś czas temu napisałbym jeszcze, że także rosyjskich generałów, ale ci – wszystko na to wskazuje – coraz twardziej stąpają po ziemi). W najbliższych tygodniach armię rosyjską w Ukrainie czeka proces odbudowy zdolności bojowych. Już teraz są one mocno ograniczone, gdyż jednorazowo, w ciągu doby, dowództwo sił inwazyjnych może posłać do walki 20-30 tysięcy żołnierzy (a bywały dni, że zaledwie 10 tysięcy ludzi). Nawet przy założeniu, że Rosjanie są w stanie postawić mur artyleryjskiego ognia (a są…), to dramatycznie za mało, by przeprowadzić coś więcej niż lokalne operacje zaczepne.

Szczęśliwie dla Moskwy jest jeszcze czym uzupełniać stracony sprzęt – choć jakość wyciąganego z magazynów uzbrojenia wydaje się konsekwentnie obniżać. Nadal też istnieją „luzy mobilizacyjne”, pozwalające na zastępowanie utraconego personelu bez konieczności rozpoczęcia powszechnego, wojennego poboru. Tyle że to nic więcej jak klajstrowanie, cerowanie krótkiej kołderki. Jeśli Moskwa nadal liczy na spektakularny przełom, musi posłać na front dwa, jak nie trzy razy tyle wojska.

Chyba że…

I tu przechodzimy do części politycznej. Chyba że Kreml poprzestanie na silnej – nie od razu zabójczej, ale i tak niebezpiecznej – presji na wschodzie, przy jednoczesnym konsekwentnym rujnowaniu ukraińskiej gospodarki. Inwazja już dziś przyniosła Ukrainie likwidację niemal 20 procent miejsc pracy, za kilka tygodni może to być 40 procent. W warunkach powszechnej mobilizacji nie przekłada się to na oficjalne wskaźniki bezrobocia – siły zbrojne absorbują liczną rzeszę potencjalnych bezrobotnych – ale żołnierz zysku nie generuje (za to koszty owszem), niczego nie wytwarza, owoców jego pracy nie da się wyeksportować z korzyścią dla budżetu. Pozbawiona możliwości sprzedaży produktów rolnych Ukraina stanie wkrótce na skraju bankructwa. Zachodnia pomoc finansowa będzie niczym kroplówka – nie pozwoli temu państwu umrzeć. Tylko czy tak da się w nieskończoność?

Rosja konsekwentnie buduje warunki do wywołania kryzysu żywnościowego na świecie, do którego dojdzie, jeśli ukraińskie zapasy nie trafią na rynek. Co więcej, tworzy narrację, w myśl której to Ukraina jest winna ekonomicznym perturbacjom. A pamiętajmy, że niemal połowa globu „kupuje” rosyjską wizję konfliktu na wschodzie. To drugi i trzeci świat, z ograniczoną wpływowością na istotne procesy gospodarcze czy polityczne, niemniej w swej masie będące w jakiejś mierze przeciwwagę dla Zachodu. Wyobraźmy sobie zmowę prorosyjskich państw w obliczu głodu w północnej Afryce czy na Bliskim Wschodzie. „Ofertę” typu: „przestańcie pomagać Ukrainie, bo jeśli tego nie zrobicie, zasypiemy was milionami głodnych uchodźców”. Kunktatorskie z naszej (polskiej) czy ukraińskiej perspektywy postawy polityków z Włoch, Francji czy Niemiec biorą się właśnie z lęków przed takimi scenariuszami.

A Moskwie w to graj. A Moskwa – w obliczu niemożności blitzkriegu – przeciągnie wojnę do zimy, licząc, że embarga na kopaliny odbiją się rykoszetem po zachodnich Europejczykach. „Zmarzną im dupy, to przestaną pomagać Kijowowi”, kalkuluje Putin.

I jest tylko jeden sposób, by mu pokrzyżować szyki, uratować Ukrainę przed zagładą, świat przed głodem, a środkowo-wschodnią Europę przed egzystencjalnym zagrożeniem. Należy dozbroić ukraińską armię. Dać jej wszystko, co pozwoli wyrzucić agresora i na dekady odebrać mu możliwości do przeprowadzania kolejnych bandyckich inwazji.

Wszystko i szybko.

—–

Nz. Ukraińscy artylerzyści prowadzący ogień z amerykańskiej haubicy. Tych haubic powinno być na froncie 3-4 razy więcej…/fot. Центр стратегічних комунікацій та інформаційної безпеки

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Komfort

Trudno o przykład większej obłudy niż postawa rosyjskich elit, publicznie krytykujących Zachód za „wszystko”, prezentujących wobec niego pogardę i wieszczących jego rychły upadek. A prywatnie, zwykle w zaciszu, lokujących tam swe aktywa i… dzieci. Mnie nie dziwi, że Miedwiediew, Ławrow, Pieskow czy sam Putin de facto uważają zachodnie uczelnie, systemy opieki zdrowotnej czy środowiska biznesowe za atrakcyjniejsze od rosyjskich. Niemal każdy aspekt życia społecznego jest na Zachodzie lepszy niż w Rosji; przyznanie tego to dowód na umiejętność racjonalnej oceny sytuacji. Ale w tych kalkulacjach – i pal już licho ich hipokryzję – nie idzie tylko o udaną przyszłość pociech (wnucząt, kochanek, krewnych) oraz lokowanego w zachodnich bankach kapitału, a o przyszłość W OGÓLE.

Rosja nie jest normalnym państwem, w którym o posiadaniu władzy decydują mechanizmy demokratycznych wyborów. Nie jest krajem, w którym nadzwyczajny sukces ekonomiczny osiąga się na skutek uczciwej (czy w miarę uczciwej) biznesowej aktywności. Rosja to miejsce, gdzie władzę zdobywa się siłą, podstępem – i w taki sam sposób ją utrzymuje. Gdzie duży majątek jest efektem specyficznej koncesji – skradzionym mieniem, rozdanym wedle zasług i użyteczności dla mafijnej struktury zawiadującej państwem. To zbiornik pełen rekinów – mniejszych, większych – wzajemnie dla siebie niebezpiecznych. Dzieciaki za granicą i część aktywów pochowanych w normalnych bankach to w takich warunkach „konieczna konieczność”. Wyraz troski o najbliższych, a zarazem polisa ubezpieczeniowa na wypadek szantażu i materialnej degradacji.

Ilija Miedwiediew (rocznik 1995) mógłby sobie żyć w Moskwie lub gdziekolwiek indziej w rodinie – w złotej klatce, w której ani na moment nie zetknąłby się z marnością rosyjskiej codzienności. Ale mieszka w Stanach. Kilka tygodni temu słuchałem wypowiedzi córki Ławrowa – ona nawet nie brzmi jak Rosjanka (a Amerykanka, która nauczyła się rosyjskiego). Sami sprawdźcie, gdzie mieszkają dzieci Putina, Pieskowa, innych najwyższych rangą federacyjnych urzędników. No i dzieci oligarchów, z których część pewnie nigdy nie była w Rosji. Co zaś się tyczy pieniędzy – oligarchiczne majątki i formalnie państwowe aktywa Federacji, będące w tej chwili poza Rosją, szacuje się na blisko bilion dolarów. Tyle „rodowych sreber” powierzono „upadającej cywilizacji”…

Czas najwyższy jedne zwrócić, drugie zaś przejąć. Zamrażanie rosyjskich aktywów to jedynie półśrodek – one winny być skonfiskowane na poczet reparacji wojennych. Domyślam się, iż oznaczałoby to koszmarny wysiłek natury prawno-organizacyjnej, ale już sama zapowiedź takich egzekucji mogłaby zmusić Rosję do zawieszenia działań zbrojnych i realnej współpracy w celu usunięcia wyrządzanych szkód. W myśl zasady „ratujmy co się da/nie możemy stracić wszystkiego”. Co zaś się tyczy zwrotów – czytam, że Ilija Miedwiediew ma zostać wydalony ze Stanów. Oby nie on jeden. Oby każdy bliski rosyjskich kacyków został zmuszony do powrotu do Rosji. Koniec z budowaniem przystani z dala od groźnej ojczyzny. Cała ta kremlowska menażeria musi się zacząć bać – wiedzieć, że nie ma ani dla nich, ani dla ich bliskich, bezpiecznej przyszłości.

Bać muszą się też rosyjscy generałowie. Nie o stołki, a o życie. Tego, że podzielą los Romana Kutuzowa, o śmierci którego poinformowały wczoraj media. Rosjanie każą widzieć w niej bohaterski czyn – generał zginął idąc rzekomo na czele ataku. Niezależne źródła wskazują nieco inny przebieg wydarzeń – otóż Kutuzow poległ od ognia artylerii, po uprzednim namierzeniu stanowiska dowodzenia, jakie zajmował. Rosyjscy generałowie już nie tak chętnie wizytują pierwszą linię. Wiedzą, że Ukraińcy na nich polują, o czym przekonało się co najmniej siedmiu ich kolegów. Ale dowodzić z baaardzo odległych tyłów się nie da, trzeba więc ryzykować. Dalekonośna i precyzyjna ukraińska artyleria to dobry sposób na wywlekanie rosyjskich dowódców z ich stref komfortu. Im częściej z lękiem będą spoglądać w górę, tym więcej złych decyzji podejmą.

PS. A propos strachu – taki dowcip wymyśliłem dziś po lekturze doniesień na temat odwołanej wizyty Ławrowa w Serbii. Bułgaria, Macedonia i Czarnogóra zamknęły dla rosyjskiego samolotu przestrzeń powietrzną, delegacja nie mogła zatem dostać się na miejsce.

Putin: odbuduję radzieckie imperium, znów wszyscy będą się nas bać!

Bułgaria, Macedonia i Czarnogóra: Potrzymajcie nam piwo…

—–

Nz. Generał Roman Kutuzow/fot. ministerstwo obrony FR

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu:

Postaw mi kawę na buycoffee.to