Zapłata

14 lipca 2022 roku około godz. 10.40 w centrum Winnicy spadły pociski rakietowe Kalibr. Tego dnia rosjanie wystrzelili cztery rakiety, ale dwie zostały strącone przez ukraińską obronę przeciwlotniczą. Niestety, pozostałe uderzyły w budynki cywilne, w których znajdowały się centrum medyczne, biura, sklepy i mieszkania. Zginęło 27 osób, w tym trójka dzieci, liczba rannych przekroczyła setkę. W oficjalnym komunikacie rosjanie stwierdzili, że atakowali cel wojskowy – miejscowe dowództwo sił powietrznych. Nawet jeśli tak było, przestrzelili. Świadomi pory dnia (a więc i zagęszczenia na ulicach) oraz problematycznej celności swoich rakiet i tak zdecydowali się przeprowadzić atak. Ukraińcy zakwalifikowali ów czyn jako zbrodnię wojenną i wszczęli formalne dochodzenie. Prezydent Zełenski nazwał uderzenie „jawnym aktem terroryzmu”, zapowiedział również adekwatne reakcje. Rozkręcone wówczas na dobre „himarsowanie” rosyjskiego zaplecza jeszcze przybrało na sile, ale oczywistym było, że nie tylko o taką wendetę Ukraińcom chodziło. Szef wywiadu wojskowego Ukrainy Kiryło Budanow dał wprost do zrozumienia, że jego ludzie będą ścigać sprawców. Ponoć – tego akurat nie jestem w stanie zweryfikować – obiecał bliskim ofiar z Winnicy, że przed pierwszą rocznicą dramatu dopełni się akt sprawiedliwości.

14 lipca ub.r. napisałem:

„Skoro na Winnicę spadły kalibry, wiadomo, że strzelano z morza. Z daleka, co wcale nie gwarantuje bezkarności. Cechy współczesnej biurokracji oraz technologia zaprzęgnięta do działań wojennych pozwolą zidentyfikować sprawców. Ruch rosyjskich okrętów na Morzu Czarnym jest non stop monitorowany przez natowskie satelity i samoloty rozpoznawcze. Wejścia i wyjścia do portów odnotowuje ukraińska agentura na Krymie. Startu rakiety nie da się ukryć przed amerykańskim systemem detekcji, pociski od pewnej fazy lotu namierzane są przez ukraińską obronę przeciwlotniczą. Nazwiska dowódców okrętów są jawne, spisy załóg – w tym funkcje poszczególnych marynarzy – nie stanowią wielkiej tajemnicy dla służb specjalnych. Łatwo będzie ustalić, jaki okręt strzelał, kto wydał rozkaz, kto odpalił rakiety. Ze szczątek zaś odczytać dane pocisku i połączyć je z informacjami od producenta; odtworzyć cykl życia rakiety – od momentu wyjazdu z fabryki po załadowanie jej do wyrzutni. To wszystko nawet w warunkach rosyjskiego bardaku zostało zapisane. A Ukraińcy udowodnili już, że mają długie ręce. (…)”.

Wywieszczyłem? Chyba tak.

Jak informuje rządowa rosyjska agencja TASS, Komitet Śledczy rozpoczął dochodzenie w sprawie zabójstwa urzędnika departamentu mobilizacji w Krasnodarze na południu rosji. „Kapitan drugiej rangi Stanisław Rżycki został zastrzelony w poniedziałek rano podczas joggingu w pobliżu kompleksu sportowego Olympus. 42-latek miał cztery rany postrzałowe, zmarł na miejscu. Według śledczych, do oficera strzelono dwukrotnie w głowę i dwa razy w klatkę piersiową”. Z oficjalnych informacji wynika, że śledczy nie wiedzą jeszcze, ilu było sprawców.

Jaki ma to związek z Winnicą? Otóż latem zeszłego roku Rżycki był dowódcą okrętu podwodnego, który wystrzelił rakiety w Winnicę. Zmarł na cztery dni przed rocznicą popełnionej przez siebie zbrodni.

Amen.

Ciekawe są prawdopodobne okoliczności tej śmierci. Kapitan Rżycki lubił biegać (i jeździć na rowerze), lubił też się tym chwalić. Miał profil na aplikacji biegowej Strava, gdzie na bieżąco zamieszczał swoje rekordy. Inni użytkownicy aplikacji mieli więc sposobność zapoznania się nie tylko z wynikami oficera, ale i z dokładnymi trasami, jakie wybierał. I z godzinami, w których zwykle oddawał się aktywności sportowej. Dla wywiadu takie dane to nieocenione źródło informacji, dla samego Rżyckiego śmiertelna w skutkach nieroztropność (albo i dowód, jak bardzo pewny był, że nic mu nie grozi).

Biegał może i szybko, ale kul i tak nie prześcignął…

Pozostając przy tropieniu bandytów – portal śledczy Bellingcat właśnie udostępnił dane rosyjskiego zespołu odpowiedzialnego za organizowanie prawie codziennych ataków rakietowych na Ukrainę. Dochodzenie Bellingcat trwało przez wiele tygodni, w jego ramach nie tylko zhakowano korespondencję osobistą trzydziestu podwładnych gen. majora Roberta Baranowa, ale prześledzono ich całościową aktywność w sieci, w tym zwyczaje zakupowe. To nie pierwsza tego typu akcja Bellingcata – czekamy na więcej.

Graf. Bellingcat

A na koniec kilka ważnych oraz mniej istotnych, ale i tak sprawiających radość informacji – zebranych do kupy, gdyż warto, by Wam nie umknęły.

W Wilnie zaczyna się szczyt NATO. Nie jest to pierwsze spotkanie sojuszników, zorganizowane w kraju będącym niegdyś częścią ZSRR, ale dziś, w dobie konfrontacji z Zachodem, ten prztyczek w noesowiecki nos musi boleć wyjątkowo mocno. Stąd biorą się powtarzane od wielu dni – nie tylko przez wiecznie pijanego lub skacowanego miedwiediewa – nuklearne groźby Moskwy.

W trakcie przedszczytowych negocjacji dogadano się w sprawie członkostwa Szwecji – Turcja nie staje już okoniem.

Ta sama Turcja zapowiedziała też, że zamierza zagwarantować bezpieczną żeglugę ukraińskich statków ze zbożem siłami własnej marynarki wojennej. A to tylko jeden z policzków wymierzonych przez Erdogana putinowi – kolejnym jest zwolnienie w ostatni weekend internowanych w Turcji dowódców Azowa. Przypomnijmy, rosjanie wzięli ich do niewoli w maju zeszłego roku, we wrześniu przekazali Turkom, pod warunkiem, że oficerowie pozostaną w Ankarze do końca wojny. No więc w niedzielę Wołodymyr Zełenski – po spotkaniu z tureckim prezydentem – osobiście odebrał przetrzymywanych wojskowych. W rusnecie płaczą nad tym do teraz.

Lepiej poinformowani rosjanie płaczą nad sytuacją „obrońców Bachmutu” (po ichniemu Artiomowska) – oto bowiem ukraińska armia zyskała nad miastem kontrolę ogniową. Oskrzydlanie miejscowości przez ZSU trwa, scenariusz utraty wyszarpanej przez moskali z tak wielkim trudem twierdzy staje się coraz bardziej realny. Dowódcom rosyjskim brakuje wagnerowców, rzuceni w ich miejsce czeczeńcy – zaprawieni w terroryzowaniu ludności cywilnej, strzelaniu do wycofujących się rosjan i rozstrzeliwaniu krzaków pod filmy z Tik-Toka – wczoraj dostali wciry. Oczywiście kadyrowcy chwalą się zniszczeniem kilkunastu ukraińskich czołgów, w tym abramsów (których w Ukrainie jeszcze nie ma…), no ale nikt rozsądny nie bierze tego na poważnie. Tak czy inaczej, rosjanie mają problem i czeczeńcami go nie rozwiążą.

Mają też – prawdopodobnie – kolejnego generała mniej. Ukraińskie źródła podają, że w Berdiańsku zlikwidowano grupę rosyjskich oficerów, w tym zastępcę dowódcy Południowego Okręgu Wojskowego gen. Olega Cokowa. Do potwierdzonego przez rosjan ataku na zapasowe stanowisko dowodzenia 58. Armii użyto rakiet Storm Shadow. Na razie informacja ma status „do weryfikacji”, zwłaszcza że sam Cokow już raz został „zabity” w tej wojnie. Bo i rzeczywiście raniono go we wrześniu 2022 roku w okolicy Swatowa, ale przeżył i po rekonwalescencji w rosji wrócił na front.

Tymczasem na zapleczu frontu Ukraińcy zniszczyli rosyjski system S-400 Triumf. Nie pierwszy to zestaw przeciwlotniczy i nie ostatni puszczony z dymem – rzecz w tym, że triumfy to takie „anałoga-w-miru-niet” i przykład rosyjskiej „supertechniki”. Szukając adekwatnej sytuacji po drugiej stronie – to tak, jakby moskalom udało się zniszczyć patriota. Zdjęcia rozbebeszonego S-400 latają po branżowym internecie. Jak trzeźwo zauważył jeden z analityków, warto się im przyjrzeć, bo za jakiś czas użyją ich rosjanie, jako dowód, że zniszczyli kolejny ukraiński zestaw OPL, na przykład (starszy, ale wizualnie podobny) pozyskany ze Słowacji S-300. Propagandziści Kremla mają bowiem hopla na punkcie sprzętu przekazywanego Ukrainie przez kraje NATO. Zniszczony – realnie czy nie – ma w ich oczach rangę super-fetyszu. Kilka dni temu skarpetkosceptycy, w tym ich lokalne odmiany, piali z zachwytu nad filmikiem przedstawiającym płonący eks-polski czołg Twardy. Zniszczona 30-letnia maszyna to istotnie niezłe osiągnięcie jak na drugą armię w Ukrainie.

A propos polskich podarków – w weekend „Wall Street Journal” ujawnił, że Polska przekazała niedawno Ukrainie „tuzin” śmigłowców bojowych Mi-24. Po prawdzie chodziło o 10 maszyn, które dołączyły do wcześniej podarowanych „hokejów” – 10 macedońskich i czterech czeskich. To duże wsparcie dla ZSU, które pozwoliło skompensować dotychczasowe straty w tym zakresie. Co więcej, Czesi zapowiadają kolejne dostawy Mi-24/35 (a mają ich jeszcze kilkanaście). I tak „najpiękniejsze śmigłowce świata” z przytupem odchodzą na emeryturę.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Kapitan Stanisław Rżycki/fot. MOFR

Przyszłość

Pradziadek pracował w Dyrekcji Okręgowej Kolei w Toruniu – i 4 września 1939 roku, wraz z żoną i dwójką nastoletnich dzieci, wsiadł do pociągu, który ruszył w kierunku Kowla na Wołyniu. Ewakuacja przygranicznych urzędników państwowych i ich rodzin była obligatoryjna. Jak się później okazało, wiązała się nie tylko z koszmarem podróży pod ogniem niemieckich samolotów, ale także z innym ryzykiem. Niemieckie władze okupacyjne postanowiły bowiem ukarać uciekinierów – zarówno ze zorganizowanych, jak i spontanicznych ewakuacji – konfiskatą opuszczonych nieruchomości. Moja rodzina uniknęła tego losu i gdy pod koniec 1939 roku wróciła do Torunia, mieszkanie wciąż na nią czekało. Pradziad miał bohaterską kartę z czasów służby w armii cesarskiej na froncie zachodnim I wojny światowej – i to uratowało bliskich przed wywłaszczeniem.

Bombardowanie dworca w Kowlu to jedno ze wspomnień, które przekazała mi Babcia. Bardzo plastycznie opisywała podniebne „akrobacje” pilotów sztukasów. „Od tamtej chwili musieliśmy sobie radzić sami”, mówiła. 8 września zaplecze ewakuacji przestało działać, dziesiątki tysięcy ludzi rozproszyły się, szukając schronienia i pomocy na własną rękę. Nie tylko nie odbierano ewakuowanych, którzy dotarli do punktów zbornych. Liczne składy kończyły drogę w środku trasy, nierzadko gdzieś w polu. Tego samego dnia w Chełmie, podczas spotkania z pracownikami resortu komunikacji, jego szef płk Juliusz Ulrych, oznajmił: „mam w dupie całą tę ewakuację”. Sam, z rodziną, był bezpieczny, a 17 września – jak większość sanacyjnej władzy – zwiał do Rumunii.

„Moi” trafili na jakąś wołyńską wieś, której nazwy, niestety, nie poznałem. Nie dane im było zaznać spokoju. Po kilku dniach, nocą, musieli uciekać przed skrzykniętymi ad hoc bandami. We wiosce nie było już policji (uciekła), wojska nikt na oczy nie widział; upadek państwa polskiego sprowokował miejscowych Ukraińców do rozliczeń z Lachami. Dziś wiemy już, że była to zapowiedź krwawych porachunków, do jakich doszło na Wołyniu latem 1943 roku.

O czym wspominam nie tylko przy okazji okrągłej rocznicy. Po raz kolejny bowiem spotkałem się z następującą argumentacją: że nie miałbym proukraińskich sympatii, gdyby w mojej rodzinie było doświadczenie rzezi wołyńskiej. No więc jakieś było, wracające w postaci pełnych przerażenia relacji („nigdy się tak nie bałam, jak wtedy, leżąc w mokrym rowie” – Babcia). Przekładające się na niespecjalnie pielęgnowany, ale jednak istniejący ukraiński resentyment. Czy szerzej, obawę przed Wschodem jako takim, wzmocnioną wydarzeniami z 1945 roku – pełnym przemocy wobec cywilów przemarszem armii czerwonej przez Pomorze. Wyrosłem na tych uprzedzeniach i trzeba było własnych doświadczeń, bym przekonał się, czy są zasadne. Dziś jestem za Ukrainą i przeciw rosji niezależnie od tego, co spotkało moich bliskich. Niezależnie od tego, co wydarzyło się w relacjach polsko-ukraińskich przed laty. Historią niech zaopiekują się historycy, my zajmijmy się teraźniejszością i przyszłością. Gdzie zagrożeniem nie jest dla nas Ukraina i Ukraińcy, ale rosja i rosjanie.

Niektórym umyka, że Zachód, rozumiany przede wszystkim jako NATO, także był celem „specjalnej operacji wojskowej” – oczywiście pośrednim. W wymiarze geopolitycznym zajęcie i zwasalizowanie Ukrainy nie tylko fizycznie poszerzyłoby strefę wpływów rosji, ale stanowiłoby też ostrzeżenie. Pokazało krajom wschodniej Europy (i Azji Centralnej), czym kończy się próba „zerwania” z Moskwą. Również „stary” Zachód mógłby się przeląc. Jedną z reakcji obronnych na ekspozycję brutalnej siły jest wycofanie – w tym przypadku byłoby to zaprzestanie rozbudowy możliwości obronnych Sojuszu na wschodnich rubieżach. Bo czy dla Polski lub Litwy warto narażać się na wojnę z „nieprzewidywalną” rosją? Taka demobilizacja z czasem przyniosłaby demoralizację – świadomość występowania różnych kategorii członkostwa i nieoczywistego charakteru gwarancji bezpieczeństwa podważyłaby sens istnienia NATO. Mnóstwo wschodnich Europejczyków zaczęłoby zastanawiać się, po co być częścią „papierowego sojuszu”, gdy już sama przynależność naraża ich na gniewne reakcje potężnego sąsiada. Erozja dotknęłaby też zachodnioeuropejskiego „korzenia” NATO. Skoro jesteśmy tacy słabi, tamci zaś tak bardzo skłonni do ryzyka, może lepiej się z tym pogodzić? – kalkulowano by, mając rosjan za łobuzów, z którymi jednak nadal można robić niezłe interesy. Narrację w tym akapicie poprowadziłem w trybie przypuszczającym, ale mamy dość dowodów, by uznać, że tego właśnie pragnął putin, że ramy jego „wielkiego zwycięstwa” wykraczały daleko poza granice Ukrainy.

Wyszło jak wyszło. Dzięki determinacji Ukraińców, ale i samego Zachodu, pomysł zajęcia Ukrainy zasługuje dziś na miano mrzonki, a odradzające się NATO jest silniejsze niż dwa lata temu. Zaś putin najprawdopodobniej walczy o życie w swoim przegniłym królestwie, targanym wewnętrznymi napięciami wywołanymi fatalnie prowadzoną wojną. Ale rosji nadal nie rzucono na kolana, ba, Ukraina nie ma takiej siły, a Zachód intencji. Zatem niezależnie od tego, jak bardzo wynik tej wojny będzie niekorzystny dla Kremla, rosja przetrwa. Z takim czy innym reżimem. Dziś nikt rozsądny nie postrzega armii rosyjskiej jako zagrożenia dla NATO i stan ten potrwa jeszcze wiele lat po zakończeniu gorącej fazy wojny z Ukrainą. Rzecz w tym, by konieczność lizania ran zajęła moskalom jak najwięcej czasu. W idealnym układzie, także w obliczu innych problemów – demograficznych, ekonomicznych (które da się generować podtrzymując presję sankcyjną) – by już nigdy nie poczuli się dość silni do kolejnej rozgrywki va banque. Kluczem jest Ukraina – to ona może i za jej pośrednictwem można wybić rosjanom z głów rojenia o „należnej strefie wpływów”.

Strefie, w której znajduje się i Polska. Gdzie nie brakuje i zapewne nie zabraknie współczesnych Ulrychów – polityków, którzy w momencie zagrożenia będę mieli w dupie bezpieczeństwo współrodaków. Tak, Ukraińcy bronią nas i na okoliczność tej naszej słabości, także w tym sensie nasza przyszłość leży w ich rękach.

A propos przyszłości. Jutro zaczyna się szczyt NATO w Wilnie. Decyzje, o których zostaniemy poinformowani, zapewne już zapadły – oby oznaczały jak najefektywniejszą pomoc dla Ukrainy.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Przemkowi Piotrowskiemu, Michałowi Strzelcowi, Andrzejowi Kardasiowi i Jakubowi Wojtakajtisowi. A także: Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Mateuszowi Jasinie Remiemu Schleicherowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Bernardowi Afeltowiczowi, Justynie Miodowskiej, Mateuszowi Borysewiczowi, Marcinowi Pędziorowi, Sławkowi Polakowi, Patrycji Złotockiej, Michałowi Wielickiemu, Monice Rani, Jarosławowi Grabowskiemu, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Jakubowi Dziegińskiemu i Radosławowi Dębcowi.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatniego tygodnia: Mariuszowi Radomskiemu, Piotrowi Kamińskiemu, Janowi Tymowskiemu (za „wiadro kawy”) oraz Czytelnikowi Konradowi.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

Nz. Ukraińcy skutecznie rozprawiają się z rosyjskimi rojeniami o „należnych strefach wpływów”/fot. Sztab Generalny ZSU

Ogień

Jutro pięćsetny dzień trzydniowej operacji specjalnej władmira putina. Dziś powszechnie nabijamy się z „geniusza geopolityki”, ale nie zmienia to faktu, że 500 dni temu poważni ludzie naprawdę sądzili, że rosjanom się uda. Dość wspomnieć gen. Marka Milley’a, najwyższego rangą amerykańskiego dowódcę. Na początku lutego 2022 roku, podczas niejawnego briefingu dla kongresmenów, ocenił on, że rosyjski pełnoskalowy atak na Ukrainę może doprowadzić do upadku Kijowa właśnie w ciągu trzech dni. Zginąć miało przy tym do czterech tysięcy rosyjskich i 15 tys. ukraińskich żołnierzy.

Jak zauważa prof. Taras Kuzio z Akademii Kijowsko-Mohylańskiej – w artykule opublikowanym w „Geopolitical Monitor” w listopadzie 2022 roku – przed inwazją większość zachodnich analityków militarnych twierdziła, że rosja pokona Ukrainę w ciągu dwóch-trzech dni. W związku z tym w środowisku podzielano opinię, że dozbrajanie zagrożonego kraju byłoby bezsensowne.

Tymczasem trzy dni minęły, a Ukraina nadal się broniła. „Pytanie nie brzmi: czy Kijów padnie, ale kiedy?”, zastanawiano się w CNN. Paski podobnej treści towarzyszyły wówczas programom wielu innych renomowanych stacji. Szacowni goście w studiach – mundurowi, cywilni specjaliści z naukowymi tytułami oraz wszelkiej maści znawcy rosji i wschodu – mieli poważne miny i kiwali smutno głowami. W tym czasie ukraińska armia kiwała rosyjską, a rosjanie przecierali oczy ze zdumienia.

Koncepcja „trzech dni” przeszła długą drogę między 2022 a 2023 rokiem, z obaw lub buńczucznych deklaracji zmieniając się w powód do wstydu. Zachód wstydzi się dziś swojej niewiary, rosja własnej słabości. Rosyjska propaganda wręcz wyparła się, że kiedykolwiek sugerowała szybkie zwycięstwo.

Obyśmy nie musieli czekać kolejnych 500 dni na definitywną rosyjską porażkę w Ukrainie.

—–

365 dni temu zamieściłem na profilu mapę pożarów w Ukrainie – załączam ją poniżej. To część globalnej, aktualizowanej na bieżąco mapy, czym zajmuje się amerykańska NASA w oparciu o obserwacje z kosmosu. Jak nietrudno się domyśleć, w przypadku Ukrainy przedstawia ona skutki samoistnych wypaleń substancji leśnej bądź celowych podpaleń niezwiązanych z wojną, ale w miażdżącej większości ilustruje ogień wywołany działaniami zbrojnymi. Dlatego rok temu na jej podstawie dało się wyznaczyć linię frontu. Czy dziś też można? Oczywiście – na najnowszym odczycie, także dołączonym do postu, widzimy wszystkie najbardziej zapalne punkty styku obu wojsk. Tam, gdzie Ukraińcy i rosjanie walczą, tam płonie przyroda i infrastruktura.

Mapa pożarów sprzed roku

Co ciekawe, duże skupisko pożarów występuje na wyzwolonych jesienią zeszłego roku obszarach obwodu chersońskiego. Nie ma tam ruskich, nie ma walk – skąd więc ów ogień? Część ognisk dotyczy terenów dotkniętych niedawną powodzią – także pod drugiej, „rosyjskiej” stronie Dniepru. To „ziemia opuszczona”, nie ma tam komu gasić, zatem zarzewia przekształcają się w poważne pożary. W marcu tego roku zjeździłem południe i centrum wyzwolonej części chersońszczyzny. To trudny teren z fatalnymi drogami, w dodatku solidnie przez wycofujących się rosjan zniszczony. Państwo funkcjonuje tam w formie szczątkowej, działania służb nakierowane są przede wszystkim na rozminowanie. Miny i niewybuchy mogą inicjować pożary, a zarazem utrudniać akcje ratownicze. Jako młody chłopak przyglądałem się gaszeniu pożaru na toruńskim poligonie artyleryjskim – odgłosy były przy tym iście frontowe i gdyby nie samoloty gaśnicze, ognia pewnie nie udałoby się opanować.

Mapa pożarów z dziś

Tyle dywagacji, wróćmy do tego, co widać. A w porównaniu z odczytem z minionego roku, gdzie czerwone kropki wręcz zlewają się w wielkie plamy, mapa pożarów z 7 lipca br. przywodzi skojarzenie z wysypką. Czy to znaczy, że na froncie toczone są mniej intensywne walki? Przeczą temu dostępne statystyki – rosjanie stracili przez sześć miesięcy tego roku 130 tys. zabitych i rannych, przez 10 miesięcy pierwszego roku wojny „tylko” 100 tys. Ukraińskich strat, jakkolwiek niższych (wedle danych amerykańskich: 150-170 tys. zabitych i rannych), również dotyczy tendencja wzrostowa. Co się zatem zmieniło? Ano nie ma rosyjskiego „walca artyleryjskiego”, wypluwającego dziennie po 50-60 tys. pocisków, z których każdy mógł zainicjować poważny pożar. Armaty wciąż grzmią, ale – zwłaszcza po stronie ukraińskiej, która wykazuje tak wysoką skuteczność w uśmiercaniu rosjan – jest to ogień rzadszy, za to precyzyjniejszy. Inna sprawa, że pola bitew coraz bardziej przypominają krajobrazy spod Sommy czy Verdun – co miało spłonąć, to już spłonęło…

—–

Pozostając w temacie palenia. W ostatnich dniach sporo mówi się o amunicji kasetowej, m.in. za sprawą raportu Human Rights Watch na temat jej użycia w Ukrainie. Zdaniem przedstawicieli HRW, rosja i Ukraina powinny zrezygnować z amunicji kasetowej, a USA „nie powinny dostarczać jej żadnemu państwu”. Tymczasem – jak donoszą media – w najnowszym amerykańskim pakiecie pomocy wojskowej mają się znaleźć pociski artyleryjskie tego typu.

Amunicja kasetowa może być wystrzeliwana nie tylko z dział, ale też z wyrzutni rakietowych bądź zrzucana z samolotów. Pojedynczy pocisk lub bomba zawiera kilkadziesiąt (niekiedy kilkaset) małych ładunków, gdy detonuje, rozsiewa je na dużym obszarze. „Deszcz ognia” jest niezwykle śmiercionośny, zwłaszcza w miejscach koncentracji „siły żywej”. Niestety, amunicja kasetowa zostawia po sobie wiele niewybuchów i dlatego jest niebezpieczna dla ludności cywilnej. W 2008 roku ponad 120 państw podpisało konwencję zakazującą jej użycia.

Obie strony konfliktu na wschodzie nie przystąpiły do tego porozumienia, więc ostrzeliwały się w sposób zgodny z prawem. Problem w tym, że Ukraińcy swoje zasoby już zużyli, stąd powtarzane od kilku tygodni prośby o dostawy z arsenałów NATO. Z nieformalnych informacji wynika, że spore zapasy amunicji kasetowej przekazał już Ukrainie Polska.

—–

Skoro zaś o Polsce w tym kontekście mowa. W 2019 roku opublikowałem powieść „Międzyrzecze”, która toczy się w realiach polsko-rosyjskiej wojny. Wtedy była to czysta fantazja – pełnoskalowy konflikt z ruskimi w 2020 roku – ale mnie dość trafnie udało się określić możliwości współczesnej rosyjskiej armii. Mniejsza o to, zainteresowanych odsyłam do lektury; rzecz w tym, że jest tam następujący fragment o użyciu amunicji kasetowej:

„(…) W powietrzu przeleciały dwa F-16. Samoloty pięły się w górę, wcześniej uwolniwszy spod siebie charakterystyczne zasobniki. Las w oddali, z którego kilkanaście minut wcześniej wyruszyli do ataku Rosjanie, zapłonął od gęstej serii stosunkowo niewielkich wybuchów. Ktokolwiek i cokolwiek znalazło w nim schronienie, właśnie spotkało się ze swoim przeznaczeniem.

‘Ha! A chcieli, żebyśmy się jej pozbyli…’ – Piotr miał na myśli amunicję kasetową, uznaną przez ONZ za broń niehumanitarną, w związku z czym wycofaną z arsenałów większości armii świata. Polska – podobnie jak USA, Chiny i Rosja – odmówiła podpisania konwencji w tej sprawie. „I bardzo dobrze!” – Kucharski zdał sobie sprawę, że rzadko miał okazję chwalić przezorność polityków i dowódców. ‘Płońcie, skurwysyny!’ – patrzył na ogarnięty coraz większą pożogą las. (…)”.

I tak to mniej więcej wygląda. Koncept „piekielny ogień w zamian za agresję” mnie nie oburza. A niewybuchy się uprzątnie.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Ukraińska artyleria na froncie/fot. Sztab Generalny ZSU

Durak

Wczoraj durny ruski pilot na Su-35 usiłował zaczepić Francuzów lecących dwoma myśliwcami Rafale. Zbliżył się, wykonał kilka niebezpiecznych manewrów, Francuzi zareagowali.

Do zdarzenia doszło podczas lotu patrolowego wzdłuż granicy iracko-syryjskiej.

Pilotowi moskowii może i nie zabrakło brawury, ale umiejętności owszem. Co w żaden sposób nie dziwi, wziąwszy pod uwagę to, co prezentuje sobą rosyjskie lotnictwo nad Ukrainą.

Tak czy inaczej, z incydentu Francuzom pozostanie pamiątka w postaci załączonego kadru z systemu optoelektronicznego jednego z Rafali.

A gdyby tak Francuzowi osunął się palec. Ehhh…

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Myśliwiec Rafale/fot. Siły Powietrzne Republiki Francuskiej

Ryzyko

Zacznę od krótkiego wspomnienia z Afganistanu, potem garść faktów z Ukrainy, a na końcu postaram się spiąć narrację sensowną klamrą. Do rzeczy.

Jesienią 2013 roku po raz kolejny wylądowałem w bazie Ghazni. Dostałem własny „pokoik” w baraku, godnie wyposażony w coś, co przypominało biurko, i w wielką skrzynię, która – jak się okazało – miała pełnić rolę łóżka. Wystarczyło skombinować materac, co zresztą przyszło mi bardzo łatwo. Problem w tym, że pianka miała ze 30 centymetrów grubości, co lokowało poziom mojego wyra na wysokości mniej więcej półtora metra. A nie było to jedyne zmartwienie – mata bowiem pod moim ciężarem zapadała się, co utrudniało wstawanie, zwłaszcza że stopy do podłogi miały daleko. Poszedłem więc na sposób – w ścianę u nóg łóżka wbiłem gwóźdź, do którego przywiązałem sznurek. Jego końcówka leżała przy mojej głowie – wystarczyło ją złapać i podciągnąć się do pozycji siedzącej. Potem było już z górki, niemniej cała procedura trochę czasu zajmowała.

A mówimy o okresie, kiedy talibowie regularnie strzelali w bazę rakietami. Nie był to jakiś intensywny ogień, ale co dwa-trzy dni rozlegało się wycie syren alarmowych, po których człowiek miał kilka sekund, by dobiec do najbliższego schronu (urządzenia obserwacyjne wykrywały start rakiet, stąd ta czasowa premia). W mojej sytuacji było to dość karkołomne przedsięwzięcie, ale za pierwszym i drugim razem naprawdę się starałem. Za trzecim linka pękła, a ja opadłem na materac.

– Pierdolę! – syknąłem i zostałem w łóżku. Byłem zbyt zmęczony, by walczyć z materacem. Uznałem, że się podniosę, jeśli łupnie gdzieś bliżej. Czego prawdopodobieństwo oceniłem na znikome. Znikome wtedy, znikome później – do tego stopnia, że już nie chciało mi się naprawiać „podnośnika”. Więc gdy odzywał się charakterystyczny dźwięk „inkomingu” – a ja akurat byłem na koju – po prostu przykrywałem głowę poduszką. Oczywiście, mogłem się zdziwić – gdyby coś walnęło nie tyle blisko, co wprost w mój kurnik. No ale się nie zdziwiłem.

—–

Dziś w nocy rosjanie posłali w stronę Lwowa 10 pocisków manewrujących Kalibr. Wystrzeliły je okręty na Morzu Czarnym, rakiety przez jakiś czas leciały „na zmyłkę” – na północ, wzdłuż linii Dniepru. Wydawało się, że celem jest Kijów, tymczasem między Krzemieńczukiem a Czerkasami pociski skręciły na zachód. Ukraińska obrona powietrzna raportuje zestrzelenie siedmiu kalibrów, trzy dotarły do miejsc przeznaczenia. W mieście wybuchły pożary, trafiony został jeden z budynków mieszkalnych. Nie mam jasności, czy było to bezpośrednie uderzenie czy pożar i zniszczenia wywołały spadające odłamki zestrzelonej rakiety (bądź posłanej w jej stronę antyrakiety). Tak czy inaczej, zginęły cztery osoby, a 34 zostały ranne lub kontuzjowane. W całym Lwowie uszkodzeniu uległo 30 domów i ponad 50 aut. W bloku, z którego pochodziła większość ofiar, zniszczone zostały dwa ostatnie piętra (i ponad 60 mieszkań). Zdaniem lokalnych władz, był to największy atak rakietowy wymierzony w metropolię od rozpoczęcia rosyjskiej inwazji.

—–

Syreny we Lwowie zawyły na długo przed nalotem. Mer miasta o godz. 2.00 zaapelował do mieszkańców, by udali się do schronów. O 3.00 pojawiły się pierwsze informacje o trafionym budynku. Było zatem sporo czasu, żeby się schować. Ukraina korzysta z „premii”, będącej konsekwencją jej wielkość, z faktu, że Morze Czarne nie należy wyłącznie do rosjan (że mogą oni strzelać tylko z wybranych, wschodnich akwenów), no i z rozpoznania (własnych radarów i satelitów NATO), rejestrującego ruchy rosyjskich okrętów, a potem samych rakiet. Najkrócej rzecz ujmując, moskale nie działają z totalnego zaskoczenia (tak samo dzieje się w przypadku ataków przy użyciu bombowców strategicznych). A mimo to rakiety (odłamki) zabiły nocą śpiących w mieszkaniach ludzi – nie pierwszy raz, bo podobnych tragedii było w historii tego konfliktu sporo.

—–

Jedna z moich znajomych z Kijowa zmieniła mieszkanie, bo dotychczas wynajmowane znajdowało się na ostatnim piętrze wysokiego wieżowca. Inna przyznała kiedyś, że cieszy ją sąsiedztwo amerykańskiej ambasady, bo ruscy nie są tacy głupi, by ryzykować atak rakietowy w pobliżu przedstawicielstwa USA. Gdy zaczęła się pełnoskalową inwazja, Ukraińcy skrupulatnie przestrzegali zasad obrony cywilnej. Schodzili do schronów (na przykład do stacji metra), stosowali się do reguły dwóch ścian (w razie alarmu przechodząc do pomieszczeń, gdzie chroniła ich podwójna bariera), unikali górnych pięter; robili masę innych potrzebnych i pożytecznych rzeczy, które pozwalały przeżyć, a jednocześnie pozostawały adekwatną reakcją na „pierwszy szok”. Tyle że ów szok z czasem minął, a ludzie nawykli do zagrożenia. Nie trzeba geniusza matematyki, by wyliczyć, że ryzyko śmierci od rosyjskiej rakiety jest w Kijowie, a już zwłaszcza we Lwowie czy gdziekolwiek indziej w zachodniej Ukrainie, mniej niż znikome. Wystarczy codzienne doświadczenie („dotąd nigdzie w pobliżu nie upadło”), świadomość ogromu miasta lub nieistotności miasteczka czy wsi („po co mieliby tu walić?”), wreszcie wiara we własne szczęście. Dodajmy niedogodności, które z czasem stają się coraz trudniej akceptowalne. Do schronu trzeba się ubrać, pokonać jakąś drogę, pewnie będą tam obcy ludzie – i po co to wszystko, gdy większość alarmów okazuje się „fałszywa”? Lepiej zostać we własnym łóżku. W świecie, który wojna postawiła na głowie, takie okruchy normalności mają nadzwyczajną wartość.

Zatem nie dziwmy się, że rakiety dopadły ludzi w domach. Ofiary i poszkodowani dokonali wyboru, niefortunnego, ale z pewnością nie prosili się o śmierć.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -