Zwyrole

Wczoraj do sieci wyciekł szokujący film, którego bohaterem jest rosyjski żołdak. To materiał dla ludzi o naprawdę mocnych nerwach, przedstawia bowiem… kastrację ukraińskiego jeńca. Nie ma pewności czy Ukrainiec tortury przeżył, mamy za to pełną jasność co do tożsamości oprawcy. Identyfikacja nie nastręczała żadnych problemów, gdyż zwyrodnialec nie unikał kontaktu z kamerą. I generalnie z pasją dokumentował swoje wcześniejsze wojenne wyczyny. Ukraińcy ujawnili jego pełne dane, włącznie z adresem zamieszkania w Kałmucji i numerami telefonów (co ciekawe, Facebook zawiesił funkcjonowanie jednego z największych polskich fanpejdży militarnych – Konflikty po II wojnie światowej – gdzie pojawił się post na temat Kałmuka; oficjalny zarzut wobec administratora – stalking). Zwyrol zapewne wpadnie niebawem w ukraińskie ręce. Dla dobra „standardów społeczności” nie napiszę, czego mu życzę…

Na tym jednak sprawa się nie zakończyła. Przed południem rosyjskie ministerstwo obrony podało, że w wyniku ukraińskiego ostrzału Ołeniówki – miejscowości w pobliżu Doniecka – zginęło 40, a rannych zostało 75 ukraińskich jeńców [1]. W ataku użyto wyrzutni Himars – twierdzą Rosjanie. Trafiona hala znajdowała się w bliskiej odległości od linii frontu, jeńcy zostali do niej przeniesieni… wczoraj późnym wieczorem, gdy niesławny filmik „latał” już po sieci. Nie ma żadnych materialnych i wizualnych dowodów wskazujących na użycie Himarsów (a mówimy o systemie, który rejestruje każde użycie). Jest za to przedziwny zbieg okoliczności – oto pojawia się dowód na koszmarne traktowanie jeńców, po czym następuje sytuacja, w której Ukraińcy – co najmniej na skutek zaniedbań – zabijają własnych żołnierzy pojmanych przez przeciwnika. W medialnym slangu mówi się o takich działaniach jako o „próbach przykrycia”, odwrócenia uwagi (ostatecznie, czym jest jeden okaleczony wobec kilkudziesięciu ofiar?). Innymi słowy, w mojej ocenie to Rosjanie sami ostrzelali miejsce przetrzymywania jeńców, by później zwalić winę na Ukraińców (i przy okazji, nacechować negatywnymi skojarzeniami przeklęty z ich perspektywy system Himars). I oni, i separatyści, w „samo-ostrzałach” mają wielkie doświadczenie, uskuteczniane od 2014 roku. Sądzę, że towarzyszyła im także inna motywacja – chęć zabicia jeńców, świadków i ofiar brutalnego traktowania. Kastracja wcale nie musiała być „wypadkiem przy pracy”. Wracający z niewoli ukraińscy jeńcy opowiadają o regularnych prześladowaniach – może nie tak skrajnych, ale dokuczliwych. A wracają tylko ci, którzy do wymiany „się nadają” – tacy, co to nie widzieli i nie doświadczyli „za wiele”.

O tym, że Rosjanie wobec jeńców potrafią wybić się na wyżyny barbarzyństwa, wiemy nie od dziś. W Syrii również mieliśmy do czynienia z potworną przemocą. Zasłynęli z niej przede wszystkim najemnicy z Grupy Wagnera – hołubionej przez Putina przybudówki do wywiadu wojskowego GRU. Wydobywanie zeznań przy pomocy młota kowalskiego czy spalenie spętanej osoby, to jedne z wielu wizualnych dowodów tych zbrodni.

Wiele lat temu – na długo zanim islamscy fanatycy zaczęli ucinać ludziom głowy – zanurzyłem się w świat darknetu. Zawodowo, mając w planach materiał na temat snuffów i mondo movies – filmów dokumentujących prawdziwe sceny śmierci i tortur, bądź ich realistyczne inscenizacje. Są ludzie, których takie rzeczy kręcą – i niestety, nie jest ich mało. W każdym razie wówczas, w początkach lat 2000., gors prawdziwych materiałów stanowiły filmy wideo, kręcone w Czeczenii. Zarówno podczas pierwszej, jak i drugiej wojny. Mój boże, czego tam nie było; ucinanie dłoni, na żywca, czeczeńskiemu jeńcowi to jeden z „delikatniejszych” zapisów. Co istotne, zwyrodnialcy w mundurach rosyjskiej armii mogli liczyć na niemal całkowitą bezkarność – na palcach jednej ręki można policzyć procesy wytoczone wojskowym za ekscesy z jeńcami i wobec ludności cywilnej (wobec której masowo stosowano gwałty).

Tym większe jest moje zdziwienie, gdy zdaję sobie sprawę, że synowie ofiar rosyjskiej pacyfikacji Czeczenii służą dziś Putinowi.

A przecież nie oni jedyni. Wspomniany zwyrol to Kałmuk, nieproporcjonalnie duży odsetek sił inwazyjnych stanowią też Buriaci i przedstawiciele innych mniejszości, które Moskwa – ta etnicznie rosyjska – od dawna trzyma twardo pod butem. W tej najnowszej odsłonie rasistowskiego dramatu, jakim jest inwazja Ukrainy, traktując „skośnych” jako mięso armatnie. Ginie ich tylu, jakby Rosja nie była krajem, gdzie ponad dwie trzecie ludności stanowią „biali”.

I zginie więcej, oto bowiem, via Krym, zmierza na zachodni brzeg Dniepru, w okolice Chersonia, tysięczny odwód ściągnięty z dalekiego wschodu. W całości buriacki. Zabawne, że wielu z tych żołnierzy, rzuconych do walki pod hasłem „obrony prawa do posługiwania się językiem rosyjskim”, nawet nie potrafi się nim porozumiewać. Ale mniejsza o to – w sytuacji, w której ukraińska ofensywa na południu rozkręca się na dobre, los rzuconych na prawobrzeżny przyczółek oddziałów zdaje się być przesądzony. Żołnierze będą mieli szczęście, jeśli trafią do niewoli – tylko czy Ukraińcy zechcą brać jeńców po tym, co zobaczyli wczoraj i dziś? Bardziej prawdopodobny jest powrót do domu, w drewnianych skrzyniach, jak te ze zdjęcia.

Tak proszę Państwa, tak Matka Rosja oddaje rodzinom „poległych bohaterów”. W skrzyniach ze zbitych byle jak klepek.

PS. O tym, że Rosja to państwo z klepek, świadczy historia Żory Chaczunca, skazanego właśnie na cztery i pół roku kolonii karnej o ścisłym reżimie. Mężczyzna miał ukraść sprzęt stanowiący wyposażenie samolotu „dnia zagłady” – specjalnej maszyny ministerstwa obrony, służącej najważniejszym politykom – w tym Putinowi – do zarządzania w przypadku ataku nuklearnego. „Do tego zdarzenia miało dojść pod koniec 2020 roku w Taganrogu. Mężczyzna, który już wcześniej miał konflikt z prawem, został zatrzymany pod zarzutem udziału w kradzieży. Chociaż nie przyznał się do winy, to według rosyjskich śledczych wraz ze wspólnikami wszedł on na pokład samolotu używając drzwi awaryjnych. Następnie złodzieje zdemontowali i ukradli sprzęt, który stanowił wyposażenie samolotu, po czym pozbyli się łupu w nieustalony bliżej sposób” – podaje Gazeta.pl. Na stronie rosyjskiego Interfaxu czytamy, że „kradzież została odkryta przez jednego z pracowników kompleksu lotniczego i naukowo-technicznego w Taganrogu. W oświadczeniu skierowanym do policji napisał on, że z samolotu, który stacjonował na lotnisku Jużnyj od 2019 roku, skradziono dokładnie 39 elementów wyposażenia technicznego i pięć radiostacji”. Nie wiemy, jakie konsekwencje spotkały pracowników ochrony, strzegących jednego z najważniejszych obiektów należących do rosyjskiego państwa i armii. Wyobrażacie sobie podobną historię z udziałem Air Force One? Bo ja nie…

[1] Najnowsze (popołudniowe) doniesienia mówią o 53 zabitych.

—–

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Miesiące

Rosyjsko-ukraińska wojna w swej najnowszej pełnoskalowej odsłonie weszła w szósty miesiąc. Spowszedniała nam, wielu straciło nią zainteresowanie. To skutek mechanizmu adaptacyjnego, który każe oswajać się z zagrożeniem, inaczej bowiem byśmy zwariowali. Ale też wymierny efekt odsunięcia się konfliktu od naszych granic. Gdy orki szły na Kijów, gdy żyliśmy w przeświadczeniu, że lada moment uderzą na zachodnią Ukrainę z Białorusi, niemal czuło się ich oddech. Dziś są daleko – na ukraińskim południu i w Donbasie, tysiąc kilometrów stąd. Właściwie niewiele się to różni od sytuacji z lat 2014-21. Intensywność walk wyższa, zaciekłość większa, straty liczniejsze, ale… ale patrz wyżej – przywykliśmy. Także dlatego, że fala uchodźców – choć ogromna i potencjalnie kłopotliwa – rozlała się łagodnie po całej Polsce. Nie wygenerowała istotnych społecznych problemów, których uciążliwość wymuszałaby na nas inną percepcję konfliktu. Mamy też własne problemy związane z inflacją; troska o przyszłość swoją i najbliższych przyćmiewa obawy związane z losem innych/obcych. No i jest lato, czas, kiedy „chce się żyć”, a choćby i świat wokół płonął. Facebook przypomniał mi po północy wpis sprzed dwunastu miesięcy. „60 tysięcy ponadmiarowych zgonów – taki jest efekt pandemii w pierwszej połowie bieżącego roku. Miażdżąca większość to ofiary kowidu i braku dostępu do opieki medycznej, gwarantowanej w pozapandemicznych warunkach. Tym samym wiosenna fala okazała się równie niszcząca, jak ta z ubiegłej jesieni. Odsetek wspomnianych zgonów jest najwyższy w Unii Europejskiej” – pisałem. Żyliśmy wówczas w realiach postapokalipsy, ale na totalnym wyparciu. Pandemii w naszych głowach nie było – i nie mam tu na myśli zidiociałych szurów, ale większość z nas. Ludzie umierali gdzieś tam, w szpitalach. Tak jak dziś umierają gdzieś tam, na wschodzie.

Przez pierwsze kilkanaście dni po 24 lutego wielu z nas zaczynało dzień od sprawdzenia, czy Wołodymyr Zełenski jeszcze żyje. Dziś częściej nurtuje nas pytanie o to, kiedy umrze Putin, którego śmierć wydaje się znacznie bardziej prawdopodobna. Na przełomie lutego i marca poranny przegląd mediów pozwalał ustalić, czy „kacapy wzięły już Kijów czy nie”. Teraz zaspakajamy ciekawość rozbudzaną przez Ukraińców i ich nocne punktowanie rosyjskich stanowisk dowodzenia i magazynów; „gdzie tym razem uderzyły Himarsy?” – zastanawiamy się. „Załamię się, gdy oni w końcu pękną” – wyznałem żonie gdzieś na początku marca, kiedy jeszcze wydawało się, że ukraiński opór to wspaniały, romantyczny zryw, który niebawem po prostu będzie musiał wygasnąć w obliczu sowieckiej nawały. Teraz nie mam wątpliwości co do trwałości struktur ukraińskiego państwa. Czasami rozmyślam o tym, jak należałoby postępować z Ukrainą, gdyby się poddała, przyjęła warunki Kremla. „To byliby ci sami ludzie, to samo społeczeństwo – a jednak sytuacja zupełnie inna. Czy miałbym Ukraińców za wrogów?” – rozważam, by za chwilę uznać te refleksje za obrazoburcze, niestosowne. Przecież oni walczą jak lwy, doprowadzając do sytuacji, w której Kreml musi przełykać upokorzenie za upokorzeniem. A jego wielka, „niezwyciężona” armia, zamiast mknąć na zachód, drepcze w miejscu, ponosząc coraz większe straty. Czy 24 lutego przyszłoby Wam do głowy, że pod koniec lipca miarą rosyjskich postępów będzie zdobycie, albo utrata, jakiejś wioseczki we wschodniej Ukrainie? Że dowództwo sił inwazyjnych stanie przed dylematem, czy wzmacniać front w Donbasie czy na południu – z obawy przed ukraińskim kontruderzeniem? Sama idea kontrofensywy – dziś mocno już zakorzeniona – trąciła wówczas abstrakcją. Przecież „kilka dni, może tygodni, i będzie po wszystkim”.

„Będzie jak na ćwiczeniach” – wmawiano rosyjskim żołnierzom. Prawie 40 tys. już nigdy w żadnych manewrach udziały nie weźmie. Oglądałem wczoraj filmik, którego bohaterem był jeden z takich pechowców. Obandażowana głowa i dwa kikuty ramion; chłopak nie mógł samodzielnie wypić toastu, jaki w jego imieniu wznosili koledzy. Szklankę do ust przystawił mu inny uczestnik imprezy, na której oblewano medal za odwagę przyznany nieszczęśnikowi. „Nawet se tyłka nie podetrze” – przyznałem w duchu, patrząc na pozostałości rąk. Na oko 20-latek oddał zdrowie i zmarnował życie. Syn Rosji, która przecież nie słynie z przesadnej opieki nad ofiarami losu. Skończy zapewne w jakimś przytułku, przy którym nasze schroniska dla zwierząt to oazy szczęścia i luksusu. Przez ostatnie pięć miesięcy wyzbyłem się wielu ludzkich odruchów wobec rosyjskich żołnierzy. Z satysfakcją oglądałem, jak ich zabijano – im bardziej zuchwale (na przykład, gdy z maleńkiego drona zrzucano granat przez uchylony właz do czołgu), tym szerzej otwierały mi się usta. Nie znosiłem siebie za to, ale i nie potrafiłem obronić się przed poczuciem satysfakcji. Chłopak bez rąk przywrócił we mnie należytą równowagę. Dostrzegłem w nim człowieka i poczułem potworny smutek i żal. Życzyłbym sobie, by to zabijanie i okaleczanie wreszcie się skończyło. Oczywiście nie na warunkach Moskwy, bo ukraińska ofiara – te co najmniej 47 tys. zabitych cywilów i żołnierzy – nie może pójść na marne. I gdy zdaję sobie z tego sprawę, ogarnia mnie bezsilność. Bo przecież dobrze wiem, że Putin nie odpuści. Że choć w tej chwili wojnę przegrywa, zrobi wszystko, by przeciągnąć ją do zimy. „Zachodowi zmarznie dupa, to przestane pomagać Ukraińcom” – kalkuluje wódz orków, przekonany, że odcięcie Ukrainy od wsparcia sprzętowego z zewnątrz pozwoli załatwić sprawę. Tylko czy starczy mu sił?

Dziś trudno o zdumienie, które towarzyszyło nam w pierwszych tygodniach inwazji. „Mój boże, jak ci Rosjanie nie umią w…” – i tu następował kolejny przykład braku rosyjskich kompetencji militarnych. Ileż takich wiadomości wysłałem znajomym z branży… Armia Federacji okazała się kolosem na glinianych nogach, a dziś – po pięciu miesiącach – duża część tego, co w niej najlepsze, już nie istnieje. Żałosne szczątki rosyjskiej potęgi – wraki zebrane pod Kijowem – wędrują po Europie w ramach wystawy „Za wolność naszą i waszą”. Zaś na froncie służą 50-letnie czołgi, wyciągnięte z głębokich magazynów. U wielu z nas lęk przed „ruskim tankiem” zmienił się w drwinę, w założenie, że „mogą nam skoczyć”. Wielu innych rosyjskie porażki skłoniły do refleksji, że w obliczu konwencjonalnych słabości, Kreml z większą swobodą sięgnie po arsenał nuklearny. Jeden lęk zastąpiony został kolejnym, większym, co ma też wpływ na percepcję ukraińskiego konfliktu. Który wydaje się nie do wygrania przez Ukrainę z uwagi na atomówki Rosji. Nie wiem w sumie, co gorsze – czy lekceważenie wroga czy jego przeszacowywanie. Ale wiem też, że choć armia rosyjska to groźny przeciwnik, wojska ukraińskie są w stanie go pokonać. Tak mu napsuć krwi, by wycofał się do domu. USA w latach 60. miały ogromną przewagę nad Wietnamem Północnym – włącznie z bronią atomową – a i tak w połowie następnej dekady wojska amerykańskie zwiały z Azji z podkulonym ogonem. Kijów – niczym kiedyś Hanoi – ma swojego wielkiego brata (w odróżnieniu od sióstr z Europy, uniezależnionego od rosyjskich szantaży energetycznych). Elity polityczne i społeczeństwo są zdeterminowane, by prowadzić walkę, zaś armia – mimo strat – krzepnie. Zginęło wielu doświadczonych ludzi, ale front każdego dnia „produkuje” całe zastępy kolejnych. Miną lata nim ten rezerwuar się wyczerpie.

Problemem jest technika. Wietnamska dżungla w istotnym stopniu niwelowała technologiczną przewagę armii Stanów Zjednoczonych. Geografia Ukrainy takich korzyści nie daje. Wojska rosyjskie weszły do walki korzystając z atutu ilościowej, sprzętowej przewagi. Armia ukraińska – choć niemała – nie była, nie jest i nie będzie w stanie zrównoważyć tego potencjału inaczej niż jakością. W pierwszym etapie wojny udało się to zrobić z wykorzystaniem wyrzutni przeciwpancernych, przeciwlotniczych i dronów – broni relatywnie niskokosztowej. Bitwa o Donbas pokazała, jak ważne są lufy dział i czołgów. Tych ostatnich – przede wszystkim dzięki nam, Polakom – Ukraińcom na razie nie zabraknie, zwłaszcza że straty kompensują dodatkowo znaczną liczbą zdobycznych maszyn. Gorzej z artylerią – tu ukraińskie zdolności wymagają skokowego wzrostu. Dlatego tak ważne są kolejne dostawy amerykańskich Himarsów, holowanych haubic M777, naszych samobieżnych Krabów, niemieckich PZH2000 czy francuskich Ceasarów. Ile to warte, przekonaliśmy się w ostatnich tygodniach – gdy punktowe ataki na stanowiska dowodzenia i magazyny istotnie sparaliżowały działania Rosjan (intensywność ostrzałów rosyjskiej artylerii spadła o 70 proc., o tyle samo zmniejszyły się ukraińskie straty w ludziach). W ostatnich dniach Ukraińcy wzięli na cel także krytyczną infrastrukturę drogową na południowym odcinku frontu. Wspominam o tym, bo choć siedzący w mojej głowie realista każe mi zakładać, że wojna weszła w statyczną fazę – co niesie ryzyko długotrwałych zmagań – to ulokowany tuż obok optymista łączy kropki i dostrzega, że coś się kroi. Ujmę więc rzecz tak: nie będę specjalnie zaskoczony, jeśli na południu dojdzie niebawem do czegoś na wzór chorwackiej operacji „Burza” z 1995 roku. Kontrofensywy, której celem będzie wyzwolenie obwodu chersońskiego.

—–

Nz. Polski PT-91 Twardy. Kto pięć miesięcy temu zakładał, że te czołgi trafią do Ukrainy?/fot. Центр стратегічних комунікацій та інформаційної безпеки

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Ślepy

7 kwietnia 2017 roku amerykańskie siły zbrojne uderzyły w syryjską bazę al-Shajrat – był to odwet za przeprowadzony właśnie z tego lotniska atak na cywilów z użyciem broni chemicznej, do jakiego doszło kilka dni wcześniej. Amerykański cios przyszedł z oddali i przyjął postać pocisków samosterujących Tomahawk. Flota USA odpaliła wówczas 59 rakiet; mowa o egzemplarzach z wcześniejszych serii produkcyjnych, niemniej każdy z nich wart był około miliona dolarów. Co ciekawe, amerykańskie rakiety dosięgły celu, mimo iż wspierający Assada Rosjanie mieli w Syrii zestawy przeciwlotnicze S-400, reklamowane jako doskonale nadające się do strącania zachodnich pocisków manewrujących. Wedle niepotwierdzonych informacji, Moskwa wiedziała o zamiarach Waszyngtonu, Biały Dom bowiem poinformował Kreml o ataku tuż zanim wystartowały pierwsze rakiety. Tym tłumaczono później pośpieszną ewakuację dwóch kompanii rosyjskiego wojska, które stacjonowały w al-Shajrat. Rosyjska niemoc czy zaniechanie – nie zamierzam tego rozstrzygać, bo i nie o to w tym wpisie chodzi. Rzecz w skali amerykańskiego ataku – jednorazowym użyciu, na jeden cel, niemal 60 rakiet.

Rosjanie w Ukrainie nigdy czegoś takiego nie zrobili. Najbardziej spektakularna akcja w ich wykonaniu miała miejsce 12 marca, kiedy około 30 rakiet spadło na instalacje poligonowe w Jaworowie koło Lwowa. Gromadzić się tam mieli zagraniczni ochotnicy, wspierający Ukrainę, choć bardziej prawdopodobnym zamiarem nalotu była chęć zniszczenie miejscowego centrum dystrybucyjnego zachodniej pomocy wojskowej. Co jakiś czas obserwujemy uderzenia z jednoczesnym użyciem kilkunastu rakiet, częściej kilku (jak niesławny nalot na Winnicę z minionego tygodnia), jednak gros rosyjskich ataków to pojedyncze odpalenia w pojedyncze cele. Intensywność i skupienie – podobne do zachodnich standardów w tym zakresie – obserwowaliśmy właściwie tylko w pierwszym dniu wojny; wtedy wydawało się, że agresorzy, mając całą Ukrainę w zasięgu, będą ją konsekwentnie „rozmiękczać”, systematycznymi i potężnymi uderzeniami.

Do tej pory rosyjska armia wystrzeliła około 3000 pocisków samosterujących i rakiet balistycznych. Laikom może się wydawać, że jest to ogromna liczba. Biorąc pod uwagę, że kończy nam się piąty miesiąc wojny, terytorialną rozległość Ukrainy oraz liczbę potencjalnych celów (krytyczne elementy infrastruktury, centra dowodzenia, magazyny, miejsca koncentracji wojsk) – nie, nie jest tego dużo. Wręcz dramatycznie mało, co jednoznacznie wskazuje na słabość rosyjskiej armii. Zwłaszcza w obliczu coraz częstszych przypadków sięgania po coraz starsze zapasy – radzieckie rakiety jeszcze z lat 60. – oraz wykorzystywania do uderzeń na cele naziemne pocisków przeciwlotniczych z wyrzutni S-300.

Przed wybuchem wojny Rosjanie produkowali kilka bardziej zaawansowanych systemów – najważniejsze z nich to rakiety balistyczne Iskander-M (odpalane z mobilnych wyrzutni), pociski manewrujące Kalibr (przenoszone przez okręty, w tym jednostki podwodne) oraz naddźwiękowe przeciwokrętowe pociski manewrujące P-800 Oniks, możliwe do użycia przeciwko celom naziemnym. W arsenale armii rosyjskiej znalazły się także m.in. Ch-101, Ch-59 i Ch-32 – pociski manewrujące odpalane z powietrza.

Wedle dostępnych informacji, przez całą miniona dekadę rosyjski przemysł dostarczał wojsku po 50 Oniksów i Iskanderów rocznie. Z pozostałymi był kłopot związany z dostępnością silników, wcześniej – w czasach sowieckich – produkowanych w Ukrainie. Rozpad Sowiecji i późniejsze zerwanie kooperacji z ukraińskim przemysłem zbrojeniowym zmusiły Rosjan do prac nas własnymi jednostkami napędowymi. Szło jak po grudzie, bo dla przykładu wcześniejsze wersje Kalibrów (sprzed 2014 roku) wyposażono w silniki pochodzące z… wycofanych z uzbrojenia starych radzieckich rakiet. Rosyjska zbrojeniówka potrzebowała ponad 20 lat, by opracować trzy silniki turboodrzutowe do swoich pocisków manewrujących. Mimo to możliwości produkcyjne pozostają na poziomie chałupniczym – przemysł może zaoferować armii nie więcej niż setkę silników do Kalibrów, Ch-101 i Ch-59 rocznie (łącznie). Wspomniane Ch-32 wytwarza się dopiero od 2019 roku w liczbie 20 rocznie – taka bowiem jest skala produkcji silników. Sumarycznie mam zatem nieco ponad 200 rakiet balistycznych i pocisków manewrujących na rok. Czyli proste odtworzenie arsenału do stanów sprzed inwazji to kwestia… kilkunastu lat.

A przecież nic tu nie jest oczywiste. Bo z jednej strony mamy do czynienia z mobilizacją przemysłu, z drugiej, z odcięciem od zachodnich technologii używanych na przykład w systemach celowniczych najnowszych rakiet. Problem z dostępnością komponentów pojawił się już po pierwszej serii sankcji z przełomu lat 2014-15 (wprowadzonych po aneksji Krymu i ataku na Donbas). Rosyjska zbrojeniówka przeszła wówczas na dwa tryby: „montujemy, co uda się ukraść” oraz „wtórnie wykorzystamy to, co już kiedyś wyprodukowaliśmy”. Oczywista zdawałoby się ścieżka – opracowanie zamienników – jak dotąd okazuje się ślepa. Gdy Ukraińcy wzięli na warsztat szczątki użytych przeciw nim rakiet Ch-101, wyszło na jaw, że wyposażono je w elektronikę z lat 70. Specjaliści zidentyfikowali części wyprodukowane m.in. przez fabrykę elementów radiowych w Woroneżu oraz miński zakład „Integral”. Za najnowsze uchodził system nawigacji PGI-2M, opracowany w 1977 roku. Nie dziwi zatem, że większość pocisków Ch-101 wystrzelonych do celów w Ukrainie chybiła.

Niestety, mówimy o broni wyposażonej w kilkudziesięcio-kilkusetkilogramowe głowice, więc chybienie i tak niesie ze sobą dramatyczne skutki, giną bowiem przypadkowe ofiary. Ślepy niedźwiedź wciąż pozostaje niebezpieczny.

—–

Nz. Start Kalibra/fot. MOFR

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Kłopoty

Miała być przemodelowana pod dyktando Kremla „architektura bezpieczeństwa w Europie”, miała być rewizja granic i potwierdzenie stref wpływów, miał być wreszcie „ruski mir” jako pełnoprawna alternatywna dla Zachodu z jednej i chińskiego modelu relacji społeczno-gospodarczych z drugiej strony. Jest… Putin żebrzący u irańskiego ajatollaha o drony. Potraktowany z butą, obcesowo, niczym przedstawiciel kraju trzeciego świata (którym Rosja w istocie jest, ale za sprawą arsenału jądrowego i kontroli wydobycia minerałów ma możliwość wypierania się tego statusu). Jeśli rosyjski prezydent rzeczywiście żyje w świecie iluzji – okłamywany przez doradców, odcięty od źródeł obiektywnej wiedzy – to właśnie w Teheranie miał okazję przekonać się, jak dramatycznie obniżyła się jego ranga i status kraju, którym rządzi. Dyplomacja to realne działania, ale i nie mniej ważne gesty. Posadzenie Putina na bocznym krześle, bez flagi w tle, późniejszy afront ze strony innego uczestnika teherańskiego „szczytu” – prezydenta Turcji Erdogana, który kazał Putinowi na siebie czekać (na „oczach” kamer!) – to właśnie takie ważne gesty. Witold Jurasz, były dyplomata, obecnie komentator polityczny, dostrzega w tych zdarzeniach dodatkową symbolikę. Oto bowiem w Teheranie – podczas spotkania Wielkiej Trójki w listopadzie 1943 roku – Moskwa stała się częścią politycznej superligi. I w Teheranie właśnie – w lipcu 2022 roku – została z tego klubu wyrzucona. Dodam od siebie, że działo się to 20 lipca, w kolejną rocznicę nieudanego zamachu na Hitlera. Straconej dla Niemiec i świata szansy, co przyniosło dodatkowe 12 milionów ofiar, zamordowanych i poległych między lipcem 1944 roku a majem 1945 roku. Putin to przegryw – nie ma już co do tego złudzeń – i każdy dodatkowy dzień jego władzy, to kolejne niepotrzebne straty dla Rosji, Ukrainy i całego świata.

Stosowny komentarz memowy za: Doniesienia z putinowskiej Polski
Stosowny komentarz memowy za: Doniesienia z putinowskiej Polski

I nie żartuję z tymi dronami – ruskim „bezpilotniki” niemal całkiem już wyszły. Jeszcze w maju armia ratowała się, zabierając maszyny innym służbom mundurowym, ale i to źródełko w końcu wyschło. Płatowce od biedy produkować jeszcze można, lecz nie sam „samolocik” jest istotą idei dronów. To zdalnie sterowane urządzenia, wypakowane zaawansowaną opto-elektoniką, w wersji bojowej wyposażone w „inteligentne” rakiety. Ten technologiczny wsad to pięta Achillesowa rosyjskiej zbrojeniówki. Dotąd Rosjanie radzili sobie, implementując zachodnią technologię, ale w obliczu sankcji takiej możliwości już nie ma. Iran nie słynie jakoś szczególnie (to celowy eufemizm…) z produkcji nowoczesnej broni, sam przez dekady zmagał się z sankcjami, ale ponoć mógłby Rosji zaoferować kilkaset gotowych aparatów. Nie mam pojęcia, czego oczekując w zamian; jedyny sensowny rosyjski atut to technologie jądrowe (choć i tu trudno wyobrazić sobie projekt od A do Z bez udziału zachodnich komponentów). Pożyjemy – zobaczymy.

O sprzętowych kłopotach Rosjan świadczą też inne fakty. Okazuje się, że na front trafią (już trafiły?) czołgi przewidziane do sprzedaży za granicę. Kontrahenci zakupionego dobra nie otrzymają, no ale potrzeby własnej armii są ważniejsze. Z tego akurat nie kpię, Ukraińcy zrobili dokładnie to samo, wstrzymując na przykład sprzedaż zestawów przeciwpancernych (to dlatego na ekranach sterowniczych widać czasami arabskie symbole). No ale Ukraina jest w innej sytuacji niż Rosja – walczy o życie, a „na wejście” jej potencjał militarny był dużo-dużo mniejszy. Pisałem już o tym wczoraj (prezentując filmik z nieudanego odpalenia rakiety Iskander), powtórzę dziś – wojna w Ukrainie to najlepsza antyreklama dla rosyjskiej zbrojeniówki. Teraz do kwestii problematycznej jakości dojdzie także nieterminowość (w najlepszym razie).

—–

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Zemsta

Ukraińcy dziś w nocy znów uderzyli Himarsami w rosyjskie zaplecze – tym razem na okupowanej ługańszczyźnie. Także w odwecie za Winnicę, choć nade wszystko był to ciąg dalszy prowadzonej od kilkunastu dni akcji, której celem jest paraliż systemu dowodzenia wroga oraz odcięcie go od zaopatrzenia. W najbliższych dniach należy spodziewać się kolejnych ataków, ale i zbrojnych rosyjskich reakcji. „Rosjanie są wściekli”, pisze mi koleżanka z Kijowa. Mieszkająca w ukraińskiej stolicy Polka dodaje: „Ambasador USA chyba czegoś się spodziewa, bo wezwała Amerykanów do opuszczenia kraju. Gdy ostatni raz był taki komunikat, to potem wybuchła wojna. Teraz pewnie chodzi o spodziewaną falę zemsty za Himarsy”.

Zemsty, jak wczorajszy atak na Winnicę, gdzie ucierpieli cywile.

Rosjanie mówią, że atakowali cel wojskowy – miejscowe dowództwo sił powietrznych. To nie umniejsza skali ich zbrodni, bo doskonale znali ryzyko porażenia obiektów cywilnych. Świadomi pory dnia (a więc i zagęszczenia na ulicach), problematycznej celności swoich rakiet, posłali na miasto całą salwę Kalibrów (większość została przez Ukraińców strącona). Normalne państwo nie prowadzi wojny w ten sposób. Normalne państwo dąży do redukcji „strat ubocznych” – co w tym przypadku mogłoby przybrać postać ataku w nocy – a w razie niemożności osiągnięcia takiego efektu często po prostu rezygnuje z konkretnych operacji militarnych. Przez lata obserwowałem ostatnią wojnę w Afganistanie, gdzie natowskie dowództwo regularnie odpuszczało sobie twarde, kinetyczne rozwiązania, które niosły zbyt wielkie ryzyko dla cywilów. Sam znalazłem się kiedyś w sytuacji, w której „mój” pluton nie dostał wsparcia artylerii, bo potencjalny cel – atakujący żołnierzy talibowie – zajęli stanowiska pośród zabudowań. Żołnierze musieli „odkleić się” od wroga bez pomocy artylerzystów. Jednocześnie wciąż żyli w Afganistanie ludzie dobrze pamiętający realia sowieckiej inwazji – i bezwzględność „szurawich” (jak nazywano Rosjan), zdolnych równać z ziemią całe afgańskie wioski, gdy tylko natykali się w nich na opór. Ta sowiecka bezwzględność zabiła w latach 1979-1988 1,5 mln cywilów…

Dziś giną Ukraińcy.

Ale ginie też masa rosyjskich wojskowych. Wczoraj żona płk Aleksieja Gorobieca, dowódcy 20. Dywizji Zmechanizowanej, potwierdziła jego śmierć. Przypomnijmy, doszło do niej 11 lipca po ataku Himarsów na rosyjskie centrum dowodzenia w pobliżu Nowej Kachowki. W wyniku tego nalotu zginął niemal cały sztab gwardyjskiej, a zatem elitarnej dywizji. No i w powietrze wyleciał pokaźny skład amunicji. W sumie, w ciągu ostatnich 10 dni, Ukraińcy użyli Himarsów 50 razy – i nigdy nie spudłowali. Mówimy bowiem o broni, która tym różni się od rosyjskich wieloprowadnicowych wyrzutni używanych w Ukrainie, że ma rakiety kierowane (wyposażone w moduł sterujący, sprawdzający pozycję przy użyciu GPS). Nie trzeba więc walić na oślep, dziesiątkami rakiet, z założeniem, że któraś trafi – wystarczy jedno precyzyjne uderzenie. Ponadto amerykańskie pociski mają 2-ktotnie większy zasięg, nie bez znaczenia jest też fakt, że załadunek wyrzutni odbywa się poprzez wymianę całych kontenerów (a nie pojedynczych prowadnic), co skraca o 5-6 razy proces odzyskiwania zdolności bojowej zestawu. Rosjanie dysponują podobną bronią – wyrzutniami Tornado – lecz z uwagi na stosowaną w rakietach zachodnią technologię niezbędną do naprowadzania, używają jej bardzo oszczędnie. W zastępstwie młócą całe kwartały przy użyciu „głupich” wyrzutni typu Grad, wyposażonych w niekierowane pociski.

Himarsy zatem nie są przełomową technologią, nieznaną przeciwnikowi. Fakt, iż ten sobie z nią nie radzi, dowodzi co najmniej kilku innych problemów.

Po pierwsze, potwierdza się słabość rosyjskiego lotnictwa, niezdolnego do operowania nawet na płytkich tyłach wojsk ukraińskich. Jeżdżące wzdłuż linii frontu Himarsy nie są niewidzialne. Przy odpowiednim nasyceniu nieba, udałoby się je namierzyć. I zniszczyć.

Po drugie, ataki na zestawy mogłyby przeprowadzić grupy dywersyjne, operujące na tyłach Ukraińców. Morze drukarskiego tuszu wylano, by przekonać nas, że rosyjski wywiad wojskowy GRU – i jego Specnaz – to światowa ekstraliga. Tymczasem wszystko na to wskazuje, że Rosjanie nie są w stanie słać za linię frontu uzbrojonych komand. Gdyby mieli taką zdolność, Himarsy stałyby się celem numer jeden.

Po trzecie, namierzanie wyrzutni to zadanie także dla wywiadu, zarówno satelitarnego, jak i agenturalnego. Minęło kilkanaście dni intensywnej działalności Himarsów, a efektów po stronie rosyjskiej brak.

I niech tak zostanie.

—–

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to