Spopielenie

Lęk przed atomową zagładą towarzyszy ludzkości od niemal ośmiu dekad. Apogeum powszechnego strachu miało miejsce w latach 80., ale i dziś da się zauważyć wzmożone napięcia wywoływane przede wszystkim szantażami Moskwy. Kreml regularnie grozi światu „niekontrolowaną eskalacją” jako skutkiem zachodniej pomocy dla Ukrainy. Ile w tym blefu, który ma przykryć słabość i niekompetencje rosyjskiej armii, a ile realnego ryzyka? Spróbujmy to ocenić w oparciu o dostępne informacje.

Gdy kończyła się zimna wojna, w arsenałach jądrowych USA i ZSRR znajdowało się 55 tys. głowic (plus kilkaset ładunków u sojuszników obu stron). Co najmniej jedna trzecia z nich była w pełni gotowa do użycia; taka masa amunicji, w połączeniu z niedoskonałością ówczesnych systemów przeciwlotniczych, w razie wybuchu konfliktu oznaczała kilkanaście tysięcy skutecznie porażonych celów. Po kilka tysięcy eksplozji jądrowych na szeroko rozumianym terytorium przeciwnika. Co istotne, następujących w krótki interwale czasowym.

Nie było to zagrożenie nowe: drastyczny wzrost liczby głowic nastąpił w latach 60. Już wtedy wielkość nuklearnych potencjałów dawała gwarancję wzajemnego zniszczenia (ang. mutual assured destruction, MAD), czego pozytywnym efektem była redukcja ryzyka wymiany atomowych ciosów. Ryzyka, ale nie związanych z nim obawy – podkreślę dla porządku.

Po 1991 roku, mimo poważnego zmniejszenia arsenałów, doktryna MAD („szalona” w języku oryginału, co nadaje jej dodatkowego znaczenia), wciąż miała się dobrze. Nadal zakładano, że najlepszym sposobem na zachowanie pokoju jest wzajemne odstraszanie.

A czy dziś takie rozumowanie ma jeszcze sens?

—–

Oficjalnie rosja dysponuje niemal 6 tys. głowic jądrowych, spośród których jedna czwarta jest gotowa do użycia (a większość pozostałych przeznaczona do utylizacji). USA mają nieco mniejszy arsenał, z podobną liczbą „aktywnych” ładunków. Te trzy tysiące głowic to dość, by obawiać się wzajemnego zniszczenia (a są jeszcze ładunki sojuszników).

Wiedzmy jednak, że na Ziemi wykonano dotąd… ponad dwa tysiące prób jądrowych. Większość przeprowadziły Stany Zjednoczone i Związek Radziecki; od 1992 roku Waszyngton i Moskwa utrzymują moratorium na dalsze testy. W latach 2006-2016 doszło do pięciu podziemnych prób w Korei Północnej – i były to ostatnie zarejestrowane eksplozje.

Tak czy inaczej, potoczne, apokaliptyczne wyobrażenia o skutkach tysięcy eksplozji nie są do końca realistyczne. Jak widać, planeta ma się nieźle mimo tylu wybuchów (trapiący ją klimatyczny kryzys nie ma z nimi związku). Oczywiście, jednoczesna detonacja setek ładunków to „inna historia”, ale wcale nie musi do niej dojść.

—–

Kilka dni temu Moskwa planowała zafundować światu pokazówkę i kolejny akt atomowego szantażu. Z poligonu w Plesiecku miała wystartować rakieta balistyczna Sarmat, cud rosyjskiej inżynierii, przeznaczony do przenoszenia ładunków jądrowych na dystanse międzykontynentalne. Skończyło się na blamażu, pocisk bowiem eksplodował w silosie, podczas wypełniania zbiorników paliwem. Nie był uzbrojony, doszło więc „tylko” do poważnych zniszczeń poligonowej infrastruktury, dobrze uchwyconych przez obiektywy satelitów.

RS-28 Sarmat to ulubieniec propagandy i osobiście władimira putina, wielokrotnie opiewany jako „ostateczny argument na Amerykanów”. Wedle samych rosjan, unikalne właściwości pozwalają mu „wykiwać” satelitarne czujniki podczerwieni (podstawowe narzędzie do wykrywania pocisków balistycznych), dają sposobność przelotu na orbicie szczątkowej (czyli szybkiego osiągnięcia celów w USA), ma też Sarmat mieć niezwykle skuteczny system aktywnej obrony. Innymi słowy, to „anałoga w miru niet” (niemający odpowiednika w świecie), z zastrzeżeniem że… niespecjalnie „chce mu się” latać. Dość napisać, że z pięciu ostatnich próbnych wystrzeleń, aż cztery zakończyły się niepowodzeniem.

A mowa o systemie oficjalnie przyjętym do uzbrojenia!

—–

Kłopoty Sarmata ilustrują niemoce w dziedzinie zaawansowanych technologii, a jego pośpieszne wdrożenie prymat propagandy nad realnymi działaniami. Bolączki rosyjskiej armii i przemysłu, które – w połączeniu z innymi słabościami i niekompetencjami – bezlitośnie i po całości obnażyła wojna w Ukrainie. Jej kompromitujący rosjan przebieg rodzi wątpliwości co do kondycji sił strategicznych federacji; one wszak, jak wojska konwencjonalne, również mogą być niczym potiomkinowska wioska.

Jest całkiem możliwe, że spośród półtora tysiąca głowic, część do niczego się nie nadaje. Tak było z wieloma rosyjskimi czołgami, samolotami czy systemami przeciwlotniczymi, które „na papierze” uchodziły za nowe lub zmodernizowane, a już z pewnością za sprawne. A potem okazywało się, że to złom niebezpieczny głównie dla użytkowników.

Te same wątpliwości można odnieść do rakiet-nośników (rosjanie mają ich kilkaset) i samolotów bombowych. Jeśli idzie o te ostatnie – połowa flotylli (maszyny Tu-95) była przez ostatnie 2,5 roku nadmiernie eksploatowana. W efekcie ledwie jedna trzecia bombowców tego typu (kilkanaście sztuk) nadaje się obecnie do długotrwałych lotów bojowych. Niewiadomą pozostaje kondycja okrętów podwodnych przeznaczonych do nuklearnych uderzeń, tak zwanych „boomerów”. Ogłaszane z pompą kolejne modernizacje i budowy nowych oceanicznych jednostek mogą niepokoić, ale przypomnijmy sobie, że wedle tych samych rosyjskich źródeł, zatopiony w 2022 roku flagowy krążownik „Moskwa” także przeszedł gruntowny remont i unowocześnienie.

—–

Do czego zmierzam? Ano do tego, że realne rosyjskie możliwości mogą być mniejsze, niż się zakłada. Że w ewentualnym ataku Moskwa mogłaby użyć nie półtora tysiąca, a „tylko” kilkuset głowic. To wciąż dużo, ale sowieckie symulacje z czasów zimnej wojny przewidywały konieczność porażenia od 300 do 1300 celów, przy czym jako cel rozumiano obiekty wojskowe i miasta (a po prawdzie to przede wszystkim miasta i dotyczyło to zamiarów obydwu stron). Dopiero wówczas – sądzono – udałoby się zrealizować scenariusz unicestwienia przeciwnika.

Dodajmy do tego wiedzę wyniesioną z konfliktu w Ukrainie oraz jego skutki. Najbardziej zaawansowane rosyjskie systemy przeciwlotnicze i przeciwrakietowe znacząco ustępują zachodnim odpowiednikom. A część zestawów – trafiona przez Ukraińców – fizycznie przestała istnieć. Tarcza rosji jest więc wybrakowana, a rosyjscy wojskowi dobrze wiedzą, że wiele z wysłanych na wroga rakiet nie osiągnęłoby celu. I tak z „dużych” kilkuset mogłoby się zrobić „małe” kilkaset skutecznych porażeń, co dla zaatakowanych byłoby wielką katastrofą, ale nie końcem ich świata.

A odpowiedź byłaby miażdżąca. I łatwa do przeprowadzenia, bo rosja to Moskwa, Petersburg i kilkanaście innych dużych miast, a reszta kraju w wymiarze kulturowym się nie liczy.

Tymczasem utrata centrów cywilizacyjnych, bez wcześniejszego zadania wrogowi nokautującego ciosu, podważa sensowność nuklearnej eskalacji. I czyni ją bardzo mało prawdopodobną.

—–

Dziękuję za lekturę! A gdybyście chcieli nabyć egzemplarze „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji”, „Międzyrzecze. Cena przetrwania” i „(Dez)informacji” z autografem i pozdrowieniami, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Jedna z ponad tysiąca amerykańskich prób jądrowych – eksplozja bomby „Baker” w lipcu 1946 roku na atolu Bikini/fot. Departament Obrony USA/domena publiczna

Tekst pierwotnie ukazał się w portalu Interia.pl

Warunek

W tym poście będzie sporo liczb. Nie raz już pisałem, że wojna to domena księgowych, dziś uzupełniłbym to zestawienie o demografów; tak czy inaczej, wymiar ludzki to jedno, ale bez „cyferek” ani rusz jeśli idzie o (z)rozumienie konfliktu zbrojnego. Możemy poświęcić mnóstwo czasu na analizy psychologiczno-socjologiczne dotyczące morale i jego trwałości, lecz w prognozowaniu przebiegu wojny i tak ostatecznie do głosu dojdzie „twarda matematyka”. Do rzeczy.

Jak wynika z prognoz Ukraińskiego Instytutu Demografii (UID), w 2025 roku na terenie kontrolowanym przez rząd w Kijowie przebywać będzie 25 mln ludzi. Obecnie na tym obszarze żyje około 28 mln osób, czyli zakładany jest dalszy odpływ ludności. W realiach restrykcyjnych przepisów obejmujących mężczyzn między 18. a 60. rokiem życia oznacza to przede wszystkim migrację kobiet i dzieci. Już dziś w Ukrainie obserwowana jest wyraźna nadreprezentacja mężczyzn w młodym i średnim wieku, zatem w kolejnym roku ta tendencja tylko się utrwali. Nie dziwi więc szacunek UID, wedle którego poziom dzietności w Ukrainie spadnie do 0,9.

Dla zachowania zastępowalności pokoleń współczynnik urodzeń musi utrzymywać się na poziomie 2,1. Objawy demograficznego załamania, będącego długofalowym skutkiem rosyjskiej inwazji, da się załagodzić – w tym większym zakresie, im więcej uchodźców wróci do domu. Niestety, im dłużej trwa wojna, tym bardziej spada odsetek uciekinierów deklarujących gotowość powrotu do kraju. Latem tego roku tylko połowa ukraińskich uchodźców przebywających w Polsce planowała taki krok, większość „po zakończeniu działań wojennych”.

Spadająca liczba ludności przywodzi do wniosku, że maleją rezerwy mobilizacyjne Ukrainy. Tak, w perspektywie długoterminowej władzom w Kijowie zabraknie zasobów do odtwarzania potencjału armii, zwłaszcza jeśli miałaby ona liczyć „duże” kilkaset tysięcy żołnierzy. Nie zapominajmy jednak, że mimo poważnych strat, Ukraina ma jeszcze kim walczyć. Jak wynika z przeprowadzonej niedawno obowiązkowej rejestracji rekrutów, w kraju żyje ponad 3 mln mężczyzn w wieku poborowym, dotąd nieobjętych mobilizacją. Przy obecnej intensywności działań zbrojnych taki zasób wystarczy na trzy do pięciu lat, bez sięgania po drastyczny środek w postaci powoływania większej liczby kobiet oraz dzieci i starców.

—–

A propos strat – „Wall Street Journal”, powołując się na źródła w amerykańskich służbach, napisał w ubiegłym tygodniu, że w wojnie zginęło 80 tys. ukraińskich żołnierzy. Dalsze 400 tys. wojskowych miało zostać rannych. Wołodymyr Zełenski nazwał te doniesienia „kłamstwem” i zapewnił, że bezpowrotne straty ZSU są znacznie niższe. Ukraiński prezydent nie podał konkretnej liczby; wcześniej (na początku tego roku) mówił o 31 tys. zabitych wojskowych. W tekście WSJ podano też szacunek dotyczący rosyjskich strat, będących na poziomie 200 tys. zabitych i 400 tys. rannych. W związku z tym artykuł wieńczyła konkluzja o „ponad milionie ofiar” rosyjsko-ukraińskiego konfliktu.

Co się tyczy strat rosyjskich – dane zachodnich służb (przywołane w WSJ) pokrywają się z szacunkami ukraińskiego sztabu generalnego (640 tys. w y e l i m i n o w a n y c h z walki; sugestia, że w zestawieniu SG ZSU chodzi wyłącznie o zabitych to zagrywka psychologiczna). Oficjalne rosyjskie źródła milczą w temacie własnych ubytków. W lipcu br. – opierając się na ogólnodostępnych danych z obszaru rosji (nekrologi, pożegnania w mediach, zdjęcia grobów i wykazy postępowań spadkowych) niezależnym rosyjskim dziennikarzom udało się potwierdzić śmierć 57 tys. żołnierzy federacji. Analiza strat sprzętowych – takich, które zarejestrowano przy pomocy zdjęć i filmów – każe założyć, że bezpowrotne straty wojsk inwazyjnych są co najmniej dwa razy wyższe. „Szarą strefę” tworzą przede wszystkim zabici na sprzęcie, którego utraty nie udało się zarejestrować, polegli z „republik” donieckiej i ługańskiej oraz wszelkiej maści najemnicy. W mojej ocenie, wspomniane 200 tys. zabitych to realny szacunek. Uwzględniwszy rzeczywistość pola walki, w tym jakość zabezpieczenia medycznego, 400 tys. rannych również nie wydaje się zawyżoną liczbą.

Inaczej mają się sprawy w przypadku Ukraińców. Twierdzenie, że zabitych jest „dużo mniej” niż 80 tys. to kłamstwo. Rozumiem, dlaczego ukraiński prezydent po nie sięga, ale sądzę też, że dramatyczne rozmijanie się z prawdą w tak ważnej kwestii Ukrainie nie służy. Wojna na Wschodzie nie jest „strzelaniem do rosyjskich kaczek”, a takie wrażenie można odnieść po wszelkich sugestiach, że giną przede wszystkim ruscy. Owszem, ginie ich więcej, bo to oni przez większość wojny są stroną atakującą. Bo specyficzne cechy kulturowe i techniczne (o których wielokrotnie pisałem) sprawiają, że duża część tych ataków to „mięsne szturmy”. Tym niemniej Ukraińcy też nacierają, też miewa to postać rodem z sowieckiej sztuki operacyjnej, nade wszystko jednak to na pozycje obrońców spada gęstszy ogień artyleryjski, a od kilkunastu miesięcy po kilkadziesiąt KAB-ów dziennie. Nie wszystkie bomby trafiają, ale jedna może zabić i zranić nawet cały pluton – co nie raz już miało miejsce i o czym donoszą sami żołnierze i weterani.

Jesienią zeszłego roku rozmawiałem z kilkoma ukraińskimi wojskowymi – ci oficerowie już wtedy przyznawali się do strat rzędu 300 tys. zabitych i rannych. Po roku – którego istotna część upłynęła pod znakiem poważnych niedoborów amunicji, ciężkiej kampanii w Donbasie i wspomnianego „KAB-owania” – wzrost o kolejne 180 tys. nie wydaje mi się nieprawdopodobny. Dość spojrzeć na ukraińskie nekropolie. Wiem, że to dowód anegdotyczny, ale moje odczucia potwierdzi każdy, kto bywa w Ukrainie, odwiedza cmentarze i widzi, jak szybko przybywa tam kolejnych grobów. Jeśli mam być szczery, dane podane przez WSJ – owe 80 tys. poległych i 400 tys. rannych – wydają mi się nazbyt optymistyczne. Sądzę, że pośród tego niemal pół miliona ofiar, zabici stanowią co najmniej jedną czwartą.

—–

Ale wróćmy na grunt „twardej matematyki”. Kilkanaście dni temu putin podpisał dekret, zgodnie z którym armia rosyjska – jeśli idzie o personel ściśle wojskowy – ma w grudniu tego roku liczyć 1,5 mln ludzi. Żołnierzy ma przybyć aż 180 tys., co zdaniem niektórych obserwatorów może przesądzić o rychłej klęsce Ukrainy.

Zgadzam się z opinią, że większość tych mundurowych trafi na front. Biorąc pod uwagę poprawne relacje Moskwy z Pekinem oraz realnie nieistniejące ryzyko ataku NATO na rosję, innych zadań dla tego wojska nie będzie. Ale czy 180 tys. dodatkowych żołnierzy może przesądzić o wyniku wojny, zwłaszcza w obliczu sygnalizowanych wyżej problemów? Nie sądzę.

Aby solidnie wyposażyć taki komponent rosjanie potrzebowaliby – wedle własnych norm – d o d a t k o w y c h dwóch tysięcy czołgów oraz sześciu tysięcy wozów bojowych i transporterów. Skąd je wziąć, skoro już dziś większość jednostek liniowych w Ukrainie ma na wyposażeniu ledwie 40-50 proc. wymaganego sprzętu ciężkiego? Przemysł jak nie domagał tak nie domaga, a sowieckie zapasy nieuchronnie się kończą. Najpewniej więc nie idzie o stworzenie pełnowartościowych oddziałów, a o powołanie kolejnych „batalionów marszowych”. Słabo wyposażonych jednostek nieprzeznaczonych do walki, ale służących do uzupełnień. Bądź, biorąc pod uwagę rosyjskie realia, od razu kierowanych do „mięsnych szturmów”.

Co skłania mnie do dwóch wniosków. Po pierwsze, że putin chce kontynuować wojnę na wyniszczenie, w oparciu o parytet masy. Ludzkiej masy. Po drugie, że w tej sytuacji wsparcie dla ukraińskiej armii winno koncentrować się na mnożeniu siły jej ognia. Jego śmiercionośności i szkodliwości. A to oznacza m.in. zwiększone dostawy amunicji kasetowej. Wybitnie niehumanitarnej, ale wobec nieludzkiej determinacji Kremla innej drogi nie ma. Bez „nadzabijania” agresorów – w relacji bardziej korzystnej dla siebie niż ma to miejsce do tej pory – Ukraina tego starcia nie przetrwa.

—–

Szanowni Czytelnicy, piszę dzięki Wam, Waszym subskrypcjom i „kawom”. Zbieram na dalsze funkcjonowanie blogu i liczę na Waszą hojność. Za którą pięknie dziękuję! Stosowne przyciski do moich kont na Patronite i Buycoffeeto znajdziecie poniżej:

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Andrzejowi Kardasiowi, Marcinowi Łyszkiewiczowi, Arkowi Drygasowi, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Monice Rani, Maciejowi Szulcowi, Jakubowi Wojtakajtisowi i Joannie Marciniak. A także: Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Krzysztofowi Krysikowi, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Jarosławowi Grabowskiemu, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Pawłowi Krawczykowi, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Marcinowi Barszczewskiemu, Szymonowi Jończykowi, Piotrowi Rucińskiemu, Annie Sierańskiej, Mateuszowi Borysewiczowi, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Kacprowi Myśliborskiemu, Sławkowi Polakowi, Mateuszowi Jasinie, Grzegorzowi Dąbrowskiemu i Arturowi Żakowi.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „kawoszom” z ostatniego tygodnia: Łukaszowi Podsiadle, Czytelnikowi Adamowi, Przemkowi Szafrańskiemu, Bernardowi Afeltowiczowi i Arkadiuszowi Wiśniewskiemu.

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa – gdybyście chcieli nabyć egzemplarze „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji”, „Międzyrzecze. Cena przetrwania” i „(Dez)informacji” z autografem i pozdrowieniami, wystarczy kliknąć w ten link.

Zdjęcie ilustracyjne, fot. SzG ZSU

(Nie)domknięcie

W 2022 roku wydawało się, że Joe Biden – polityk uformowany w czasach zimnej wojny – chce „domknąć historię” i definitywnie rozstrzygnąć amerykańsko-sowiecką rywalizację. Bo choć w 1991 roku ZSRR upadł, a USA zapewniły sobie dwie dekady supremacji, putinowska rosja wróciła na ścieżkę imperialnych ambicji. Szło więc o to, by ponownie sprowadzić ją do roli podrzędnego mocarstwa; to byłoby „dziedzictwo Bidena”, jego osobisty wkład w historię przez wielkie H.

Dziś wiele przemawia za tym, że amerykański prezydent nie jest aż tak ambitny. Skąd ów wniosek? Ano ze skali amerykańskiego wsparcia dla Ukrainy, która – chcąc-nie chcąc – stała się polem rywalizacji między Stanami a neosowiecką rosją.

Konflikt na Wschodzie – jakkolwiek sprowokowany wyłącznie przez rosjan – dał Waszyngtonowi pretekst, by w relatywnie krótkim czasie zadać Moskwie nokautujący cios. Wystarczyło doprowadzić do sytuacji, w której armia ukraińska zniszczy rosyjskie siły inwazyjne i odzyska kontrolę nad okupowanymi obszarami. Przy odpowiednio dużej pomocy wojskowej zadanie do wykonania w ciągu kilkunastu miesięcy, w realiach „kroplówki” będące poza możliwościami Ukraińców.

Pozostając na gruncie bokserskiej analogii: Biden woli, by „jego zawodnik” trzymał gardę i tylko co jakiś czas wyprowadzał ciosy proste; bolesne, upokarzające, ale nie takie, które waliłyby z nóg. Czego w ostatecznym rozrachunku nie da się wykluczyć jako konsekwencji długotrwałego „obijania rosyjskiej gęby”, ale co z pewnością nie nastąpi za kadencji obecnego prezydenta USA, a być może nawet nie za jego życia.

Jakie są źródła tego samoograniczenia?

—–

Coś, co miało być atutem Joe Bidena – ów zimnowojenny rys biograficzny – okazuje się obciążeniem. Z jakichś powodów (być może związanych z wiekiem, który nie sprzyja poznawczym i intelektualnym woltom), amerykański prezydent nie potrafi przestać myśleć o rosji i jej przywódcy w takich samych kategoriach, jak czynili to jego poprzednicy w Białym Domu. A ci widzieli ZSRR jako równorzędnego przeciwnika – takiego, który na wielu polach ustępował USA, lecz braki kompensował atomowym arsenałem i potęgą konwencjonalnej armii.

Ów respekt widać zwłaszcza w ostatnich dniach, kiedy podnoszona jest kwestia używania amerykańskiej broni dalekiego zasięgu na rosyjskim terytorium. Biden mówi twardo „nie”, obawiając się reakcji rosjan. Znów daje o sobie znać „zarządzanie eskalacją”. Mam na myśli szereg praktyk amerykańskiej administracji, zorientowanych na ograniczanie ryzyka, że USA – zobligowane przez alianse – zmuszone będą wejść w wojnę, w której sięgnięto już po broń jądrową. Czyli znajdą się w sytuacji bliższej czarnemu scenariuszowi niekontrolowanej eskalacji.

—–

Wojna na Wschodzie osłabiła rosję – putin nadal rozbudowuje wojsko, ale w oparciu o parytet ilości, głównie ludzkiej masy. To, co w jego armii najwartościowsze, zginęło i poszło z dymem w Ukrainie. Koszmarne straty i niekompetencja przyniosły upadek geopolitycznego paradygmatu o sprawności rosyjskich sił zbrojnych. Przekonanie, że za rosją stoi „druga armia świata” dekadami pozwalało Moskwie negocjować z pozycji dominującej. Teraz wiemy już, że Kreml dysponuje wojskiem w najlepszym razie z ostatnich pozycji pierwszej dziesiątki – jeśli brać pod uwagę jego konwencjonalne walory.

Dlatego Moskwa regularnie sięga po atomowy straszak. Kremlowskie groźby wielokrotnie już sfalsyfikowano, przekraczając kolejne „czerwone linie” putina. Lecz nadal pozostaje cień niepewności co do determinacji rosjan, technicznie zdolnych do wyprowadzenia atomowego ciosu nie tylko w Ukrainę, ale i we wspierających ją członków NATO.

Stąd powściągliwość Bidena, którą odnajdujemy też w postawach innych zachodnich przywódców. Różnie takie podejście można oceniać – dla jednych to Realpolitik, dla innych kunktatorstwo czy wręcz kapitulanctwo. Bezspornym faktem jest, że owa powściągliwość podtrzymuje rosyjską determinację, daje rosjanom nadzieję, że mogą zwyciężyć. A więc z jednej strony ogranicza ryzyko wielkiej wojny, z drugiej, przedłuża tę „mniejszą”, mnożąc kolejne jej ofiary.

—–

Ukraińcy, co oczywiste, narzekają na taki stan rzeczy – i na Bidena. Gwoli uczciwości warto przypomnieć, że sami postępowali podobnie.

W połowie 2015 roku sytuacja w Donbasie już się wyklarowała. Na przestrzeni minionego roku Ukraińcy ograniczyli zdobycze terytorialne sprowokowanej i wspieranej przez rosjan rebelii, ale całkowicie jej zdławić – i odzyskać pełni kontroli nad obwodami donieckim i ługańskim – nie zdołali.

Na przeszkodzie stanęła armia rosyjska i postawa nowych ukraińskich władz. W Kijowie obawiano się, że zbyt zdecydowane działania dadzą Moskwie pretekst do pełnoskalowej wojny – a tej chciano wówczas uniknąć. W efekcie Ukraina nie wykorzystała początkowego powodzenia operacji antyterrorystycznej. Nie zrozumcie mnie źle – Ukraińcy strzelali do rosjan bez pardonu. Pierwsze boje regularnych formacji obu krajów miały miejsce już w 2014 roku. Rzecz w tym, że Kijów mógłby wysłać na Wschód więcej wojska – czego nie zrobił – samej armii zaś dać polityczną zgodę na walkę bez ograniczeń. Za bezpieczniejszą uznano jednak regułę samoograniczania, w wyniku czego rosyjska artyleria bezkarnie i skutecznie biła po ukraińskich pozycjach. Armaty i wyrzutnie stały bowiem na „nietykalnej ziemi” – w rosji, tuż przy granicy z Ukrainą.

Dziś mamy do czynienia z zupełnie inną sytuacją – Ukraińcy okupują przygraniczne rosyjskie terytoria i atakują cele w głębi federacji. Niszczą rafinerie, składy paliw, ba, nie obawiają się uderzać w priorytetowe dla rosjan obiekty, jak choćby bazy bombowców strategicznych. Obawy? Pewnie jakieś mają, nade wszystko jednak jest u Ukraińców determinacja, by maksymalnie osłabić efektywność rosyjskiej machiny wojennej.

Tylko że oni już na wojnie są, a Biden się na nią nie wybiera.

—–

Dziękuję za lekturę! A gdybyście chcieli nabyć egzemplarze „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji”, „Międzyrzecze. Cena przetrwania” i „(Dez)informacji” z autografem i pozdrowieniami, wystarczy kliknąć w ten link.

Zdjęcie ilustracyjne, fot. SzG ZSU

Tekst pierwotnie, w nieco innej formie, ukazał się w portalu Interia.pl

Niedobór

Dziś w nocy Ukraińcy zaatakowali rosyjski skład amunicji położony na obrzeżach miasta Toropiec (w obwodzie twerskim). To 500 km od granicy z Ukrainą, dodam dla porządku.

Nie wiem, ilu dronów użyto w ataku, rosjanie mówią o ponad stu aparatach – i o tym, że wszystkie zestrzelili. Nie sądzę, by była to setka maszyn, a już absolutnie nie wierzę w zapewniania o skuteczności obrony przeciwlotniczej. Szczątki spadających wraków nie poczyniłyby bowiem takich szkód. Jakich?

Ogień objął cały skład (co dobrze ilustruje poniższy screen z FIRMS-a) i wiele godzin po ataku wciąż dochodzi do eksplozji wtórnych. Te największe wywołały małe trzęsienia ziemi o magnitudzie 2,8, a ich skutkiem były okna wybite w budynkach położonych pięć kilometrów od epicentrum. Najpoważniejsze wybuchy miały moc 1,3-1,8 kiloton; dla porównania, równoważnik trotylowy bomby atomowej użytej w Hiroszimie wynosił 15 kiloton.

Wedle dostępnych danych, w 107. arsenale siedem lat temu składowano 22 tys. ton amunicji artyleryjskiej. Rok później skład został zmodernizowany i rozbudowany, co zwieńczyła impreza organizowana z wielką pompą, w trakcie której „sto siódmy” określono mianem „najnowocześniejszego arsenału w rosji”. Do wczoraj na jego terenie trzymano nawet 30 tys. ton amunicji.

Gaszenie pożarów w takim miejscu nie ma sensu i zwykle sprowadza się do zabezpieczenia i ewakuacji okolicy. Możemy zatem uznać, że te 30 tys. ton nigdy nie trafi do zamków i luf rosyjskich armat. Czy to poważna strata dla putinowskiej armii?

Z pewnością to najdotkliwszy jednostkowy cios, zadany rosyjskiej logistyce w trakcie tej wojnie. Nie znam dokładnego asortymentu przechowywanych materiałów – gdyby były to wyłącznie pociski armatnie, moglibyśmy mówić o nawet 700 tys. sztuk (500 tys. jeśli w tonażu uwzględnić ładunki miotające). W trakcie zmagań w Donbasie z wiosny 2022 roku rosjanom zdarzało się strzelać i 60 tys. pocisków dziennie, ale od wielu miesięcy intensywność ich ognia jest kilkukrotnie niższa. Niewykluczone zatem, że na skutek pojedynczego ataku ukraińskich dronów stracili dwumiesięczny zapas amunicji do kluczowych systemów.

Ta strata może być mniejsza w obszarze pocisków armatnich, ale i tak kosztem znacznie cenniejszych zasobów. Z dostępnych źródeł wynika bowiem, że w toropieckich składach trzymano również znaczne zapasy rakiet balistycznych Iskander, ich koreańskich odpowiedników KN23, pocisków do wieloprowadnicowych wyrzutni rakietowych Grad i systemów obrony powietrznej S-300.

Już najbliższe kilkadziesiąt godzin obnaży skutki ukraińskiego ataku. Moim zdaniem, będziemy świadkami znaczącego osłabienia możliwości rosyjskiego zgrupowania „Północ”. Nie mam na myśli trwałej utraty istotnych zdolności, ale niedobór, którego kompensacja zajmie kulejącej rosyjskiej logistyce wiele dni. Towarzysz putin może już zapomnieć, że wojskowi przyniosą mu upragniony prezent w postaci wyzwolonego do 1 października obwodu kurskiego.

—–

Dziękuję za lekturę! Pamiętajcie proszę, że piszę dzięki Wam, Waszym subskrypcjom i „kawom”. Zbieram na dalsze funkcjonowanie blogu i liczę na Waszą hojność. Za którą pięknie dziękuję! Stosowne przyciski do moich kont na Patronite i Buycoffeeto znajdziecie poniżej:

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają moje materiały, także książki.

A skoro o nich mowa – gdybyście chcieli nabyć egzemplarze „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” oraz „Międzyrzecze. Cena przetrwania” z autografem i pozdrowieniami, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Nocne eksplozje w zaatakowanym składzie. Rzeczywiście wyglądało to jak wybuchy jądrowe…/screen z filmiku anonimowego źródła rosyjskiego

Swoje

Niemal cały maj 2017 roku bazowałem w Lądku Zdroju, w tamtejszym szpitalu weteranów. Przypadłość leczono mi do południa, popołudnia i wieczory, no i całe weekendy, miałem tylko dla siebie. Złaziłem więc całe miasteczko, przewędrowałem okolice (Kotlina jest przepiękna…), szybko odkrywając pewną zależność. Że centrum zdrojowe wyszykowno, że wiele prywatnych posesji wyglądało przyzwoicie, ale wystarczyło zejść w boczne uliczki, by zobaczyć zniszczone, często porzucone, jeszcze częściej ulepszane na modłę „gospodarską” zabudowania. Przywiodło mnie to do wniosku, że polskość źle przysłużyła się Bad Landeckowi – jak przed wojną nazywano miasteczko – że oplotła je brzydką materialną tkanką.

Dziś to dla nas oczywiste, że Dolny Śląsk, Pomorze Zachodnie, Lubuskie i Mazury są integralną częścią Polski. Ale to stosunkowe świeże zjawisko – dobrze pamiętam, jak jeszcze w latach 90. wyglądało Pojezierze, jak żyło się w Wałbrzychu i okolicy. Pamiętam też wyniki badań socjologicznych i dokumentalne filmy, których wspólnym mianownikiem było poczucie tymczasowości mieszkańców tak zwanych Ziem Odzyskanych. Skutkujące materialną degrengoladą, bo „po co inwestować, po co dbać, skoro przyjdzie Niemiec i weźmie co swoje”. Lata komunistycznej propagandy – tego pierdolenia o odwiecznie polskich, piastowskich ziemiach, które po prostu nam się należą – nie przyniosły skutku; ludzie swoje wiedzieli.

Zmiana przyszła wraz z nową Polską – najpierw powolutku, by „na pełnej” objawić się po naszym wstąpieniu do Unii. I z czasem nabrała także wymiaru estetycznego. Widać to było we wspomnianym Lądku w 2017 roku, jeszcze lepiej cztery lata później, gdy znów trafiłem na turnus dla „połamańców”. Centrum miasteczka – niewolne od grzechów polskości, zaklętych w charakterystycznej kostce brukowej – wracało do przedwojennej świetności.

To samo działo się, i dzieje, w innych częściach Polski, przyłączonych do nas po 1945 roku.

Stajemy się zamożniejsi, to prawda, ale mentalna baza tej zmiany bierze się z przekonania, że jesteśmy na swoim. Że to nasze, że nikt już tego nam nie odbierze. Bo stosunki z Niemcami są poprawne i jakkolwiek wiele nas dzieli, więcej jednak łączy. Ba, dziś trudno wyobrazić sobie, by Niemcy – przeorane powojennym pacyfizmem – mogły stworzyć dla nas fizyczne zagrożenie.

Z tym większym rozczarowaniem i bólem oglądam zdjęcia ze zrujnowanego przez powódź Lądka czy sąsiedniego Stronia. Ledwie to wszystko zaczęło wyglądać i znów przyszła katastrofa. Cholernie nieuczciwy obrót spraw…

Ale jest też we mnie mnóstwo złości, bo wiem, że dramatu w takiej skali można było uniknąć. I nie chodzi mi o abstrakcyjne dla większości z nas poczucie odpowiedzialności za rozwalenie klimatu. W tym konkretnym przypadku to zupełnie konkretni ludzie stoją za decyzjami o wycince drzew rosnących na wzgórzach otaczających miasto. To konkretne osoby blokowały pomysły budowy zbiorników retencyjnych w Kotlinie.

Ufam, że dopadnie je sprawiedliwość.

—–

A propos sprawiedliwości.

Miały być trzy miliardy euro offsetu i ponad trzy tysiące nowych miejsc pracy (w Łodzi, Radomiu i u mniejszych poddostawców z całego kraju). Byłby ośrodek badawczy dla co najmniej 30 inżynierów. Połowa maszyn powstałaby w Polsce, pierwsze trafiłyby do armii w 2017 roku. Lotnicy spod znaku biało-czerwonej otrzymaliby trzy symulatory (pod jeden, w Darłowie, postawiono już fundamenty), zyskując niezależność szkoleniową. Komandosi, marynarze i żołnierze wojsk lądowych mieliby maszyny z najwyższej półki, w przypadku dwóch pierwszych rodzajów sił zbrojnych w liczbie zaspakajającej niezbędne potrzeby. Cała pięćdziesiątka zamówionych śmigłowców byłaby już w Polsce.

Niestety, dziewięć lat temu na drodze do urzeczywistnienia tych planów stanął Antoni Macierewicz. Ówczesny szef MON stwierdził, że francuskie Caracale są za drogie (kosztowały tyle, ile zobowiązania offsetowe), i że on znajdzie lepszą alternatywę. Za jego kadencji skończyło się na szumnych zapowiedziach i kupnie… czterech Black Hawków dla sił specjalnych.

„Istnieje sporo wątpliwości co do rzeczywistych intencji Macierewicza, stojących za decyzją o unieważnieniu kontraktu z Airbusem. Warto mieć nadzieję, że po upadku rządów PiS temat ten zostanie podjęty przez komisję śledczą”, pisałem przed trzema laty. Już wówczas zauważając, że wojsko zmaga się ze skutkami rezygnacji z zakupu śmigłowców wielozadaniowych. Bo gdy średni wiek tych maszyn wynosi niemal 40 lat (najstarszy wtedy Mi-8 liczył sobie pięć dekad), nie mogą dziwić informacje, że do lotu zdolnych jest najwyżej 25-30 proc. śmigłowców.

Niewiele się od tego czasu zmieniło. Sztab Generalny WP informuje o wysłaniu do ewakuacji z terenów powodziowych kilkunastu „śmigieł”. Tajemnicą poliszynela jest, że to niemal maks realnych możliwości. Dlatego działania śmigłowcowe na Dolnym Śląsku przypominają pospolite ruszenie – maszyny wysłało wojsko – nasze i czeskie (!) – policja, straż graniczna, ba, wczoraj w akcji wziął udział prywatny helikopter.

A człowiek politycznie i formalnie odpowiedzialny za taki stan rzeczy cieszy się emeryturą…

Ps. W sprawie Caracali nie uznaję głosu kanapowych ekspertów i politykierów dywagujących o „dziesięciorzędnym znaczeniu” śmigłowców. Swoją ocenę mówiącą o zmarnowanej szansie opieram o opinie pilotów śmigłowcowych, z którymi pracowałem w Iraku i Afganistanie. Nie ma dla mnie bardziej wiarygodnych i rzetelnych źródeł.

Nz. Moment ewakuacji okiem Combat Camery. Stronie Śląskie/fot. mł. chor. Piotr Gubernat, DGRSZ