„Hybrydowy”

Właśnie mija pół roku, odkąd gen. Ołeksandr Syrski pełni funkcję naczelnego dowódcy Sił Zbrojnych Ukrainy (ZSU). To wystarczająco dużo czasu, by pokusić się o pierwsze podsumowania oraz zastanowić nad przyszłością generała i kondycją dowodzonej przez niego armii.

Syrski zastąpił na stanowisku uwielbianego przez Ukraińców gen. Walerija Załużnego, który wszedł w konflikt z prezydentem Wołodymyrem Zełenskim i najprawdopodobniej z tego powodu musiał podać się do dymisji. Jej okoliczności, osobowość i zasługi Załużnego sprawiły, że Syrski już na wejście „miał pod górkę”. Sugerowano, że nie dorasta do poprzednika, z którym utożsamiano błyskotliwą operację obronną i rekonkwisty z 2022 roku.

Ponadto nowego dowódcę obciążało rosyjskie pochodzenie (rodzice i brat nadal żyją w rosji), edukacja i służba w armii sowieckiej oraz – nade wszystko – wywiedzione stamtąd nawyki. „Syrski to agresywny dowódca, dla którego liczy się cel, bez względu na koszty – dlatego nie jest lubiany przez żołnierzy”, konkludowało wielu obserwatorów konfliktu. Przykładem tej bezceremonialności miały być uporczywe, i w ocenie większości analityków nieefektywne, obrony Sołedaru i Bachmutu. „Ten człowiek wykrwawi ZSU…”, zapowiadali skrajni pesymiści.

Armię, która na początku lutego 2024 roku była w kiepskiej sytuacji. Zdziesiątkowana (mniejsza o 25 proc. w porównaniu ze stanem z wiosny 2022 roku), zmęczona (większość żołnierzy służyła rok lub dłużej), borykająca się z bardzo poważnym kryzysem amunicyjnym oraz z piętnem nieudanej kontrofensywy na Zaporożu, która – biorąc pod uwagę społeczne oczekiwania – miała wręcz rozstrzygnąć losy wojny. Poddana nieustannej rosyjskiej presji, głównie w Donbasie, co zimą 2024 roku przybrało postać wielkiej bitwy o maleńką Awdijiwkę. To tam Syrski miał wykazać swą „sowiecką bezkompromisowość”, żądając od podwładnych obrony do upadłego.

Tymczasem generał zaskoczył adwersarzy i rozkazał wycofanie ZSU z nieperspektywicznej rubieży. I później wielokrotnie udowodnił, że jest dowódcą, który nie realizuje stalinowskiej strategii „ani kroku wstecz!” – że woli obronę manewrową, dopuszcza utratę terytoriów, jeśli tym sposobem można podjąć bardziej efektywną walkę, w której nie dość, że zadaje się przeciwnikowi poważne straty, to jeszcze dba o redukowanie własnych ubytków. Te zaś znów – przez niemal pół roku podobne do rosyjskich – stały się znacząco niższe, co należy uznać za zasługę głównodowodzącego (wszak pamiętajmy, że intensywność działań zbrojnych wzrosła, w związku z czym w liczbach bezwzględnych obie strony ponoszą obecnie straty wyższe niż w pierwszym i drugim roku wojny).

Prezydent Zełenski oczekiwał od gen. Syrskiego stabilizacji frontu – i zadanie to zostało zrealizowane. Korekty przebiegu linii mają rzecz jasna miejsce – są efektem punktowej rosyjskiej presji i wspomnianej obrony manewrowej Ukraińców – lecz ogólna sytuacja daleka jest od załamania. rosjanie nie mają szansy na wykonanie poważnego wyłomu i wyjścia na ukraińskie tyły. Ba, ich siły się wyczerpują i w najbliższych tygodniach można spodziewać się spadku potencjału bojowego poniżej progu niezbędnego dla przeprowadzania nawet ograniczonych działań ofensywnych.

W maju rosjanie podjęli próbę otwarcia nowego frontu na północ od Charkowa – zamiar ten został przez Ukraińców pokrzyżowany. Co istotne, odbyło się to bez (zapewne oczekiwanej przez agresorów) rotacji jednostek ZSU walczących w Donbasie i na Zaporożu. Syrski poradził sobie z nowym zagrożeniem bez konieczności osłabiania innych odcinków frontu. Stało się tak również za sprawą twardej postawy generała, który – w przeciwieństwie do poprzednika – nie obawiał się „ruszyć świętych krów”, brygad „trwale odwodowych”. Syrski wychodzi z założenia, że obciążenia związane z walką należy rozkładać w armii na tyle równomiernie, na ile się da. Inna sprawa, że na niższych szczeblach często rozumieją to opacznie, wysyłając do okopów „droniarzy”, logistyków, wszelkiej maści specjalistów – ale owo marnowanie potencjału to temat na odrębny tekst.

Stabilizacja, o której piszę, jest też efektem wielu innych czynników. Syrskiemu pomógł powrót do gry Stanów Zjednoczonych i „przebudzenie” Europy, co przełożyło się na potężne wsparcie materiałowe dla ZSU. Nie bez znaczenia jest w tym kontekście przyjęta w maju ustawa mobilizacyjna, dzięki której do koszar znów napływa przyzwoity strumień rekrutów. Z drugiej strony, wyczerpują się zapasy sprzętowe rosjan, a ich przemysł zbrojeniowy okazuje się kolosem na glinianych nogach, niezdolnym do wsparcia armii w prowadzeniu wojny o wysokiej intensywności.

Złośliwiec mógłby rzec, że w takich okolicznościach wystarczy nie przeszkadzać, ale ja nie zamierzam redukować roli Syrskiego do „nieprzeszkadzania”. Zgadzam się jednak z opinią, że generał nie przeszedł jeszcze najważniejszego testu. Potwierdził, że dobrze „czyta” rosjan, stojąc na czele operacji obronnej – nie tylko przez ostatnie pół roku, w skali kraju, ale i wcześniej, podczas walk o Kijów w 2022 roku. Udowodnił, że coś, co go rzekomo obciąża – „sowiecki sposób myślenia” – może być przydatny, zwłaszcza przy jednoczesnym zastosowaniu zachodnich wzorców działania i techniki. Teraz czekam na moment, w którym owa hybrydowość objawi się w operacji zaczepnej, prowadzonej z pozycji głównodowodzącego.

Tylko czy generał doczeka? I nie chodzi mi o możliwości ZSU (nadal zbyt ograniczone), a raczej o zagrożenia natury politycznej. W Ukrainie coraz częściej mówi się o braku chemii między Syrskim a Zełenskim…

Ps. Napisałem ten tekst – dla portalu „Polska Zbrojna” – 5 sierpnia, dwie doby później Ukraińcy rozpoczęli operację kurską. Zdaje się więc, że jednak mamy ów test – i że jak na razie Syrski przechodzi go bardzo pozytywnie.

Nz. Gen. Syrski (po prawej)/fot. SzG ZSU

A gdybyście chcieli nabyć egzemplarze moich książek „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” oraz „Międzyrzecze. Cena przetrwania” z autografem i pozdrowieniami, wystarczy kliknąć w ten link.

Zuchwałość

Zniszczenie przez rosjan elektrowni i sieci przesyłowych – co doprowadziło ukraińską energetykę do utraty 60 proc. mocy – to państwowy terroryzm „najczystszej wody”. Jest lato, więc najpoważniejsze skutki humanitarne tego działania dopiero przed nami. Jakie? Niewykluczone, że Ukrainę czeka kolejny exodus, zwłaszcza gdyby zima okazała się mroźna i długa.

Dlaczego o tym wspominam? Ano staram się ubiec jojczenie wszelkiej maści „oburzonych”, gdyby okazało się, że celem ukraińskiej operacji w rosyjskim obwodzie kurskim jest przejęcie tamtejszych instalacji energetycznych. Nade wszystko kurskiej elektrowni jądrowej, ale też zajętej już przez ZSU przepompowni gazu w Sudży.

Dopuszczam takie intencje, choć oceniam je jako mało prawdopodobne.

Zaraz do tej kwestii wrócę, ale najpierw kilka słów o innym scenariuszu. Obserwując ukraińskie działania i wiedząc już więcej o skali przedsięwzięcia (w które może być zaangażowanych nawet 10 tys. żołnierzy ZSU), coraz bardziej skłaniam się ku hipotezie, że dowództwo armii ukraińskiej chce odciągnąć jak najwięcej rosyjskich jednostek z innych odcinków frontu. Trudną sytuację obrońców w Donbasie i na Zaporożu poprawiłoby dosłanie rezerw, ale taki sam efekt można osiągnąć zuchwałym uderzeniem na tyły przeciwnika – w tym przypadku rozumiane jako jego rdzenne terytorium, co niesie dodatkowe, poważne korzyści propagandowe.

Sądząc po docierających z rosyjskiej strony wiadomościach, moskale weszli w szyte przez Ukraińców buty. Już wczoraj zaczęli wycofywać i przerzucać oddziały dotąd zaangażowane na centralnym i południowym odcinku frontu. Co istotne, w pierwszym rzędzie dotyczy to rosyjskiej „straży pożarnej” – jednostek powietrznodesantowych, których obecność w Donbasie i na Zaporożu mocno doskwierała obrońcom.

Ten scenariusz zakłada, że Ukraińcy planują nieco dłuższy pobyt na rosyjskiej ziemi. I twardą obronę na wysuniętych od granicy pozycjach. Oznaczałoby to dla rosjan konieczność zaangażowania dużych sił do prób zniwelowania zagrożenia. Jeśli istotnie Ukraińcy trzymają tam (w obwodzie kurskim i przyległych doń obszarach Ukrainy) 10 tys. ludzi, rosjanie musieliby rzucić do walki nawet pięciokrotnie liczniejszy kontyngent, przyzwoicie wyposażony w sprzęt ciężki i pochłaniający istotną część zasobów przeznaczonych na „spec-operację”. Przypomnijmy, armia rosyjska w Ukrainie liczy obecnie ponad pół miliona żołnierzy, z których połowa bierze czynny udział w działaniach bojowych. Wycofanie 10 proc. najwartościowszych sił byłoby poważnym osłabieniem wojsk inwazyjnych. Co przyniosłoby Ukraińcom ulgę, a kto wie, może nawet pozwoliło im na przeprowadzenie ograniczonej operacji zaczepnej na własnym terenie (dziś, po zaskakującej akcji w obwodzie kurskim, nie warto z góry zakładać, że ZSU nie są zdolne do takich akcji).

A teraz wróćmy do wspomnianego na wstępie scenariusza. Byłby „hultajski”. Dałby asumpt do zrównywania Ukraińców z rosjanami i ich atomowym terroryzmem, którego najdonioślejszym przykładem jest okupacja zaporoskiej elektrowni jądrowej. Już pojawiają się oskarżenia – napędzane wzrostem cen błękitnego paliwa – że zajęcie przepompowni w Sudży ma na celu szantażowanie Europy, do której trafia rosyjski gaz. Trochę to niemądre, wszak nitki gazociągu wiodą przez Ukrainę i ta – by namieszać – wcale nie musiałaby zajmować przepompowni na rosyjskim terenie. Tak czy inaczej, sklejanie Ukraińców z praktykami terrorystycznymi już się dzieje. Co jest ryzykowne, wziąwszy pod uwagę nierealistyczne oczekiwania Zachodu – tak polityków, jak i opinii publicznych – z których wynika, że Ukraińcy winni być krystaliczni i krystalicznie prowadzić wojnę.

W tej perspektywie zajmowanie elektrowni to pomysł na utratę wsparcia sojuszników – a przynajmniej trzeba się z tym liczyć.

Ale zarazem pomysł do zrealizowania, wszak wystarczy tam wejść – rosjanie nie są na tyle niemądrzy, by obiekt próbować odbić. Co byłoby potem? Ano handel wymienny – „my wam kurską, wy nam zaporoską”. Desperackie to do bólu (i między innymi dlatego, moim zdaniem, mało prawdopodobne). Ale Ukraina jest w desperackiej sytuacji, doprowadzona do niej przez rosjan – zuchwałość w takich okolicznościach nie wydaje mi się jakąś szczególnie istotną wadą.

Ps. Ukraińskie oddziały prą bardziej na zachód niż na północ, w stronę elektrowni. Albo nie jest ona ich celem, albo… zamierzają ją oskrzydlić.

Dziękuję za lekturę! Jeśli spodobał się Wam ten tekst, szerujcie go proszę. Pamiętajcie również o tym, że piszę głównie dzięki Wam – Waszym subskrypcjom i „kawom”. Trzeba mi ich jak diabli, bo ostatnio ze zbieraniem środków na raport jest „tak se”. Pomożecie? Stosowne przyciski znajdziecie poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają moje materiały, także książki.

A skoro o nich mowa – gdybyście chcieli nabyć egzemplarze „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” oraz „Międzyrzecze. Cena przetrwania” z autografem i pozdrowieniami, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Mapa sytuacyjna z rana/fot. WarMapper.org

Ostrzeżenie

„To pierwszy taki przypadek w historii”, orzekli entuzjaści dronów i militarni analitycy. Jaki? Ano Ukraińcom powiódł się atak przy użyciu bezzałogowca, którego celem był helikopter w locie. Zdarzenie zarejestrowano w rejonie walk toczonych w obwodzie kurskim, gdzie wtargnęły oddziały armii ukraińskiej. Trafiona maszyna to szturmowy Mi-28, będący na wyposażeniu wojsk rosyjskich.

Po prawdzie nie znamy losu helikoptera. Ujawnione nagranie kończy się w momencie uderzenia. Jak poważne uszkodzenia odniosła maszyna? Jej załoga przerwała lot? Śmigłowiec spadł? Mnożą się spekulacje, a solidnych dowodów brak, choć samo przechwycenie oczywiście jest sukcesem ukraińskich droniarzy.

Lecz nie o śmigłowcach i dronach chcę dziś pisać. Dla porządku dodam tylko, że rosjanie stracili we wtorek w obwodzie kurskim inny helikopter – niezwykle cenny dla nich Ka-52 (co akurat zostało dobrze udokumentowane).

—–

A teraz do sedna, czyli samej operacji w rosji. O co chodzi Ukraińcom, którzy wdarli się na głębokość kilkunastu kilometrów w przygranicznym pasie szerokim na 30 km (dla tych, którzy czytają o tej akcji po raz pierwszy: zaczęło się wczoraj, ZSU uderzyły z okolic Sumów, ukraińskie oddziały kierują się w stronę rosyjskiego miasta Sudża).

Nie wiemy, co „siedzi” w głowach ukraińskich planistów, możemy co najwyżej pospekulować. W tej chwili w obiegu jest kilka hipotez – wspomnę o nich i dorzucę też własne.

Wedle jednej, Ukraińcom chodzi o wyszarpanie skrawków rosyjskiego terytorium, by poprawić pozycję negocjacyjną podczas – i tu drugi element powziętego założenia – zbliżających się rozmów pokojowych. Nie brzmi to głupio, wszak obecnie znaczniej prościej jest zająć rdzennie rosyjskie tereny, niż próbować odbijać okupowane obszary Ukrainy (vide: sromotna porażka kontrofensywy na Zaporożu). Pewność siebie rosjan, którzy nie zabezpieczyli granicy z Ukrainą, bądź zabezpieczyli w niedostatecznym zakresie, oraz „krótka kołderka” armii federacji, pracują tu na korzyść ZSU. Gdzie słabość tej koncepcji? Ukraińcy nie posłali w bój patałaszej zbieraniny z tzw.: korpusu rosyjskiego (składającego się z „odwróconych” rosjan), a oddziały z własnych co najmniej dwóch elitarnych brygad – co sugeruje poważne zamiary.

No ale skala działań wciąż wydaje się mocno ograniczona – bierze w nich udział kilkuset żołnierzy, około 2-3 tys. koncentruje się w rejonie Sumów, ukraińskiego miasta będącego zapleczem operacji. Do zajęcia rosyjskiej Sudży to pewnie wystarczy, ale czy pięciotysięczne miasteczko to dość „ambitny” cel? Jego przejęcie byłoby dla rosjan propagandowym ciosem, ale los miejscowości w ewentualnych negocjacjach nie miałby moim zdaniem żadnego znaczenia. Nie udałoby się „przehandlować” Sudży i okolic za jakieś istotne dla Ukrainy i rozległe terytoria. A wymiana „jeden do jednego” (licząc powierzchnią) podważa sensowność przedsięwzięcia.

Chyba że Ukraińcy dopiero się rozkręcają, zadysponowane siły są znacznie większe (to, że nie ma ich jeszcze na miejscu, nie podważa sensowności takiego rozumowania), a plany dużo ambitniejsze. Mając w rękach Kursk (88 km od granicy), Kijów zyskałby solidny argument negocjacyjny. Tyle że taki scenariusz nie wydaje mi się prawdopodobny, wziąwszy pod uwagę szczupłość ukraińskich rezerw.

Z jeszcze innej perspektywy patrząc – latem zeszłego roku pięć tysięcy wagnerowców przewędrowało setki kilometrów do Moskwy, po drodze z marszu biorąc Rostów nad Donem. Oprychy mogły, a profesjonalne wojsko nie? Ale tu znów włącza się krytycyzm. Pamiętacie Krynki – przyczółek na wschodnim brzegu Dniepru, w okolicach Chersonia, trzymany przez wiele miesięcy przez Ukraińców? W trakcie walk o wieś zginęło i zostało rannych około czterech tysięcy ukraińskich żołnierzy, a i tak ZSU musiały opuścić pozycje. Zabito tam mnóstwo rosjan, zniszczono im setki sztuk sprzętu ciężkiego, ale przyczółek swojej roli nie spełnił (nie stał się punktem wyjścia dla większej operacji zaczepnej). Boje o Krynki uchodzą za jedną z najbardziej kontrowersyjnych operacji armii ukraińskiej; słusznie czy nie, niosą istotne wnioski. Otóż nie da się utrzymać wojska na nieprzyjaznym terenie bez odpowiedniego logistycznego wsparcia oraz parasola powietrznego. Spadochroniarzy, którzy bronili Krynek, dzieliła od swoich kłopotliwa wstęga Dniepru, a w powietrzu nie było żadnego sojusznika. Okresowo nie mieli czym walczyć, jak się rotować, ewakuować rannych, a w ostatnich tygodniach zmagań byli bezwzględnie wybombardowywani. Taki sam los mógłby spotkać „rajdowców” operujących w obwodzie kurskim. Być może ukraińska logistyka i lotnictwo podołałyby zadaniu, ale czy nie wiązałoby się to ze zbyt dużymi kosztami? Przecież wcale nie jest tak, że w Donbasie czy na Zaporożu Ukraińcy mają pełną kontrolę nad sytuacją. Tam, jakkolwiek skutecznie blokowani, to rosjanie posiadają inicjatywę operacyjną. No ale, na wojnie nie da się nie ryzykować – w którymś momencie tylko zuchwałe działania mogą przynieść upragniony (nawet jeśli umiarkowany) sukces.

A skoro o umiarkowaniu mowa – bardziej przemawia do mnie inna koncepcja. Ukraińcom może chodzić o „zrolowanie frontu”. Mam na myśli charkowski odcinek, otwarty w maju; rosjanie zostali tam pokonani, ale nie wyparto ich z kilku przygranicznych wiosek i ze zrujnowanego Wołczańska. Uderzenie z flanki, z groźbą wyjścia na tyłu okupujących fragmenty Charkowszczyzny rosjan, mogłoby ich zmusić do odwrotu. Co zyskaliby na tym Ukraińcy? Propagandowo sporo, mogliby bowiem ogłosić całkowitą klęskę rosyjskiej operacji charkowskiej, a ponowna deokupacja terenów na północ od Charkowa przyniosłaby ulgę miasteczkom i wsiom „przytulonym” do metropolii, będącym obecnie w zasięgu rosyjskiej artylerii. „Wyjęcie” do tego zadania kilku tysięcy żołnierzy elitarnych formacji nie wydaje się dużym kosztem. Po pierwsze, z uwagi na wspomniane efekty, po drugie, z założenia byłaby to operacja krótkotrwała, przerwana po wycofaniu się moskali z Charkowszczyzny.

Trzecia hipoteza – popularna zwłaszcza wśród (że tak to ujmę) „ukrainosceptyków” – kładzie nacisk na kwestie propagandowe. Przypisuje Ukraińcom brak zamysłu operacyjnego, całą akcję sprowadzając do chęci pokazania – swoim i światu – że „możemy i potrafimy atakować”. Ku pokrzepieniu serc, ewentualnie (w czym kryje się cień racjonalności), by wymusić większe dostawy zachodniego sprzętu – „bo zobaczcie, co my potrafimy nim zrobić!”. Wyjaśnień jest oczywiście więcej, ale szkoda mi na nie uwagi, wszak zwykle to – świadomy lub nie – (pro)rosyjski bulgot.

—–

A teraz czas na moje własne hipotezy.

Nie da się wykluczyć, że ukraińskie uderzenie ma charakter wyprzedzający. O zagrożeniu obwodu sumskiego mówi się już od dawna, zwłaszcza po rosyjskim uderzeniu w rejonie Charkowa. Nie traktowałem poważnie doniesień o rosyjskich planach ponownej ofensywy przez Sumy na Kijów, bo moskale nie są to tego zdolni (nie mają dość sił). Ale „namieszanie” w regionie – tak jak namieszali niedawno na Charkowszczyźnie – już było i jest w ich zasięgu. No więc Ukraińcy postanowili pokrzyżować te plany – z własnej inicjatywy wejść w kontakt bojowy z jednostkami przeciwnika, wykrwawić je, a następnie wrócić na pozycje wyjściowe.

Analitycy zauważają, że odziały ZSU wsunęły się w obwód kurski jak nóż w masło, mając naprzeciw siebie tyłowe formacje, w tym tchórzliwych ahmetowców (którzy z miejsca dali nogę). Czyli nikt tam (po rosyjskiej stronie) nie sposobił się do rajdu na Sumy? No niekoniecznie – rosjanie wiedzą, że Ukraińcy mają zielone światło do używania zachodniej broni w przygranicznych obszarach rosji. Więc o ile jakiś czas temu mogli pozwolić sobie na koncentrację oddziałów przy samej granicy, teraz już nie mogą – bo dalekonośna i precyzyjna zachodnia artyleria przemieliłaby je, zanim jeszcze zaczęłyby atakować Ukrainę. Ta hipoteza zakłada więc, że rosjanie niebawem rzucą do walki większe siły, teraz skoncentrowane kilkadziesiąt kilometrów od granicy. Sądząc po docierających do mnie informacjach, tak właśnie się dzieje.

I na koniec scenariusz według mnie najbardziej prawdopodobny (tak długo, jak mamy do czynienia z ograniczonym rozmachem działań).

Najpierw jednak odrobina wprowadzenia. Ukraińcy boją się wizji zamrożonego konfliktu – „wojny sporadycznej”, toczonej „od czasu do czasu”, cechującej się „falowymi wzmożeniami”. Z rozmów, jakie przeprowadziłem w ostatnich tygodniach, wyłania się obraz tych lęków. Ma on dwie zasadnicze składowe – pierwsza wiąże się z ryzykiem rosyjskich ataków rakietowo-dronowych, druga dotyczy akcji pacyfikacyjnych, przeprowadzonych na niewielkim obszarze w rejonie linii rozgraniczenia/frontu/granicy. „Oni nie dadzą nam spokoju. Co jakiś czas uderzą w którąś z naszych elektrowni lub wpadną, żeby zniszczyć kolejne miasteczko, jak Wołczańsk”, oto istota tych wizji.

Podzielają je zwykli ludzie, podzielają wojskowi i politycy. Nie da się wykluczyć, że operacja w obwodzie kurskim to sposób na redukcję zagrożeń. Na pokazanie, że „my też potrafimy się odgryźć, uważajcie!”. Siły Zbrojne Ukrainy po wielokroć udowodniły, że są w stanie atakować z powietrza elementy krytycznej infrastruktury nawet w głębi rosji. Teraz – w myśl tej hipotezy – zamierzają udowodnić, że są w stanie z powodzeniem penetrować przygraniczne terytorium przeciwnika. Nie na zasadzie krótkotrwałego rajdu w wykonaniu kilkudziesięcioosobowego komanda, ale w realiach liczniejszej i dłuższej obecności.

—–

Dziękuję za lekturę! Jeśli spodobał się Wam ten tekst, szerujcie go proszę. Pamiętajcie również o tym, że piszę głównie dzięki Wam – Waszym subskrypcjom i „kawom”. Trzeba mi ich jak diabli, bo ostatnio ze zbieraniem środków na raport jest „tak se”. Pomożecie? Stosowne przyciski znajdziecie poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają moje materiały, także książki.

A skoro o nich mowa – gdybyście chcieli nabyć egzemplarze „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” oraz „Międzyrzecze. Cena przetrwania” z autografem i pozdrowieniami, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Zestrzelony wczoraj Ka-52. Pilot nie przeżył, nawigator został ranny/fot. anonimowe źródło rosyjskie

(Nie)wypłacanie

Kremlowska propaganda chwali się, że przez cały 2023 i pierwszy kwartał tego roku do wojska zgłosiło się ponad 600 tys. ochotników. Tymczasem za ten okres wypłacono nieco ponad 400 tys. jednorazowych wynagrodzeń, przyznawanych świeżo upieczonym kontraktorom. Czyżby ochotników było mniej, niż sugeruje ministerstwo obrony?

Taka odpowiedź wydaje się oczywista, wziąwszy pod uwagę rosyjskie realia. Pompowanie statystyk – tak, by dobrze ilustrowały kolejny „sukces” – to codzienność reżimu. Na miano nadzwyczajnego zasługuje fakt, że ujawniające sprzeczność dane można było do niedawna wygrzebać ze sprawozdań dotyczący realizacji budżetu federacji. Sabotaż, wpadka czy celowe działanie, u podłoża którego leży przekonanie, że i tak nikt nie będzie kopał i się czepiał? Nie wiem i nie ma to znaczenia; skupmy się na wskazanej różnicy.

Owe 200 tys. nie musi być wymysłem propagandystów. Mogą to być mężczyźni, którzy kontrakty podpisali, do koszar dotarli, ale obiecane premie do nich już nie. Wystarczy powierzchowna lektura rosyjskich forów poświęconych „specjalnej operacji wojskowej”, by zorientować się, że ochotnicy są przez urzędników MON regularnie oszukiwani. Jednorazowe dodatki nie są im wypłacane, bądź trafiają na konta z istotną zwłoką czy tylko częściowo (dotyczy to również pensji i odszkodowań, ale to temat na oddzielny wpis).

Nie mam na myśli kradzieży, rozumianej jako przejęcie pieniędzy ze świadczenia przez nieuczciwych urzędników (a i takie sytuacje mają miejsce), ale praktykę administracyjną, nastawioną na redukowanie kosztów ponoszonych przez MON.

Na co narzekają głównie żony i matki wojskowych, oni sami bowiem często już nie żyją. Najłatwiej wyrolować rodzinę, gdy wcześniej doszło do śmierci żołnierza, zwłaszcza w pierwszym miesiącu służby – co nie jest niczym nadzwyczajny, bo tylko jedna trzecia rosyjskich rekrutów trafia na dłuższe przeszkolenie, reszta przewidziana jest do roli armatniego mięsa. Chłop nie tylko nie dożywa pierwszej wypłaty, ale też traci prawo do premii za angaż, bo „armia nie miała z niego większego pożytku” – przekonują oszuści. Niektórzy są na tyle bezczelni, by podważać sam akt podpisania kontraktu. „Tego towarzysza u nas nie było i żadnej umowy nie zawierał”. A że „dobrowolec” przepadł? No przepadł, niech się rodzina martwi.

Na jednorazowe wypłaty za zawarcie kontraktu z ministerstwem obrony składają się władze federalne, regionalne i lokalne. Po ostatnich podwyżkach może to być nawet 2,3 mln rubli – nieco ponad 100 tys. zł – ale przeciętnie jest to kwota miliona rubli (46 tys. zł). Gdy zaczynała się „spec-operacja” za podpisanie kontraktu z wojskiem płacono 200 tys. rubli.

—–

Wybaczcie, że dziś tak skrótowo, ale usiadłem do pisania kolejnej książki.

By rzecz nie umknęła Waszej uwadze, zamieszczam skrina z FIRMS-a, globalnego systemu nadzoru satelitarnego rejestrującego pożary na Ziemi. Odczyt z 17.00 ujawnia rozległe ogniska w rosyjskim mieście Sudża i jego okolicy. Co się tam dzieje? Ano rano do obwodu kurskiego weszły regularne odziały armii ukraińskiej (żaden tam rosyjski korpus ochotniczy i inna zbieranina), wsparte artylerią, czołgami i… (!) lotnictwem. Ukraińcy wyizolowali obszar informacyjnie, niewiele wiadomo o tym, co się dzieje, jaka jest skala działań i zamiary atakujących. W rusnecie w każdym razie panika, jakby Ukraińcy rzeczywiście wyprawiali się na Kursk – o czym donoszę z satysfakcją i obiecuję pilotować sytuację.

—–

A dziś dziękuję za lekturę! Pamiętajcie proszę wesprzeć mój raport – subskrypcją lub „kawą”. Bez Was – jako się rzekło – nie znajdę dość czasu na regularne pisanie. Stosowne przyciski znajdziecie poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają moje materiały, także książki.

A skoro o nich mowa – gdybyście chcieli nabyć egzemplarze „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” oraz „Międzyrzecze. Cena przetrwania” z autografem i pozdrowieniami, wystarczy kliknąć w ten link.

Wabiki

Sporo istotnych wydarzeń miało miejsce na przestrzeni ostatnich kilkunastu dni. Chciałbym się dziś do nich odnieść, zaczynając od wymiany więźniów, do jakiej doszło między Zachodem (głównie USA) a rosją.

O szczegółach pisał nie będę, bo są już powszechnie znane, należy jednak zwrócić uwagę na istotną w kontekście ukraińskim kwestię. Wymiana dowiodła, że niezależnie od złych i wciąż pogarszających się stosunków między Waszyngtonem i resztą a Moskwą, nadal istnieją efektywne kanały komunikacji. Co więcej, tę efektywność da się mierzyć nie symbolicznymi gestami, ale konkretnymi działaniami. Nie zamierzam wchodzić w dyskusję, kto bardziej wygrał na wymianie: czy rosja, odzyskując „nielegałów”, czy Zachód, ratując zwykle bogu ducha winnych cywilów, oskarżonych przez putinowski reżim o szpiegostwo. Dla obu stron uwolnienie „swoich” było ważnym zadaniem – które właśnie udało się zrealizować.

Ale co z tym ukraińskim kontekstem? Ano to mianowicie, że wymiana jest również sygnałem dla Kijowa. „Rozmawiamy z rosjanami i potrafimy nakłonić ich do kompromisów”, brzmi sedno tego przekazu. Tak, to rodzaj subtelnego szantażu, zachęty, by i Ukraina przysiadła się do stolika. Nie wyciągałbym z tego skrajnych wniosków w stylu: „grożą, że dogadają się za plecami Ukraińców”. Niezależnie od rozmaitych zaniechań Zachodu, nie uważam scenariusza jego zdrady za mocno prawdopodobny. Raczej chodzi tu o udostępnienie „udeptanego placu” do retorycznego pojedynku, jakim będą ukraińsko-rosyjskie negocjacje. Zdaje się, że w Kijowie to rozumieją, stąd deklaracje prezydenta Zełenskiego o konieczności zorganizowania kolejnego szczytu pokojowego, tym razem już z udziałem rosji.

—–

Zostawmy politykę. Ze zdarzeń wartych odnotowania mamy też masakrę wagnerowców (czy raczej ex-wagnerowców, bo teraz to stado zwyrodnialców nazywa siebie „Korpusem Afrykańskim”). Doszło do niej w Mali, na pograniczu z Algierią. Jaki ma to związek z Ukrainą? Najpierw odrobina wyjaśnień – otóż w Mali (oraz w Burkina Faso i Nigrze) rządzą obecnie hunty wojskowe, korzystające ze wsparcia rosyjskich najemników. Moskwa postanowiła w Afryce namieszać, a że nie trzeba do tego wielkich nakładów i sił, Kreml posłużył się pogrobowcami prigożyna. Nieco ponad setka z nich stacjonowała w Mali, zajmując się tym, w czym są najlepsi – pacyfikacją cywilnych osad podejrzanych o brak akceptacji dla władzy puczystów. Mordów dokonywano na obszarze zamieszkałym przez Tuaregów – i to bojownicy z tej grupy etnicznej zasadzili się na rosjan i towarzyszące im malijskie oddziały rządowe.

W bitwie zginęło kilkudziesięciu ruskich – mówi się o 50-80 najemnikach – czyli co najmniej połowa kontyngentu. Kilkunastu oprawców dostało się do niewoli. Wśród ujawnionych zdjęć dokumentujących miejsce starcia – zwykle przedstawiających stosy rosyjskich trupów – znalazło się też takie, na którym tuarescy bojownicy, w towarzystwie europejsko wyglądających mężczyzn, trzymają ukraińską flagę. Wywiad wojskowy Ukrainy (HUR) już dawno potwierdził, że jego ludzie działają także w Afryce. „Będziemy ścigać wagnerowskich przestępców po całym świecie”, zapowiedział dowódca formacji, gen. Budanow. I ta groźba jest realizowana (co skądinąd zasługuje na oddzielny tekst). Ukraińcy wprost przyznają, że pomogli Tuaregom zastawić sidła na rosjan. Efekt? Mali właśnie zerwało stosunki dyplomatyczne z Ukrainą. Czy Burkina Faso i Niger również podejmą tak dotkliwe kroki (po których Ukraina „już się nie podniesie”)? Żarty żartami, ale z Kijowa płyną sygnały, że afrykańska epopeja HUR dopiero się rozkręca. A wizerunek rosji na Czarnym Lądzie – jako kraju zapewniającego skuteczne wsparcie najemnicze – został poważnie nadwyrężony.

—–

Nadwyrężono – znów! – dopiero co połataną obronę przeciwlotniczą Krymu. Ukraińskie rakiety spadły na Sewastopol i okolice, niszcząc kilka wyrzutni S-400. To już standard, można by rzec, ale uderzenie zasługuje na uwagę z innego powodu. Oto bowiem Ukraińcy „dobili” uszkodzony okręt podwodny „Rostów nad Donem”.

Przypomnijmy, we wrześniu 2023 roku jednostka – odstawiona do suchego doku na czas remontu – trafiona została dwoma pociskami Storm Shadow/SCALP. Zniszczenia wydawały się na tyle poważne, że w zgodnej ocenie specjalistów „Rostów…” można było uznać za wyeliminowany ze służby. Ale rosjanie się uparli – prowizorycznie załatali kadłub (Sewastopol nie daje możliwości przeprowadzenia bardziej zaawansowanej naprawy) i odstawili okręt do wypełnionego wodą basenu. Tam miał czekać na możliwość przeholowania do właściwej stoczni (czyli de facto opuszczenia Morza Czarnego). No i się nie doczekał, ponownie trafiony, najpewniej przy użyciu ATACMS-a, który posłał jednostkę na dno.

Czy to już koniec „Rostowa…” (wartego 300 mln dol.)? Zeszłoroczna decyzja o połataniu okrętu miała propagandowy wymiar – rosjanie chcieli udowodnić, że Ukraińcy nie mogą zniszczyć im tak cennej jednostki; niezależnie od ekonomicznej nieopłacalności tego przedsięwzięcia. Niewykluczone, że do głosu doszły też inne argumenty – w rosji długotrwałe (naprawdę wieloletnie…) remonty jednostek pływających to nic nadzwyczajnego. Pod pozorem operacyjnej i propagandowej konieczności reanimuje się tam trupy – czego najlepszym przykładem nieszczęsny paralotniskowiec „Admirał Kuzniecow” – „topiąc” przy tej okazji potężne pieniądze. Część tych środków trafia oczywiście do kieszeni wszelkiej maści beneficjentów, tuczących się na korupcji trawiącej siły zbrojne i sektor obronny. Niewykluczone, że (także) naciski takiego lobby zadecydowały o dalszym losie „Rostowa…”.

Niezależnie od tego, historia okrętu niesie lekcję dotyczącą uznawania strat – nie wszystko, co trafione, definitywnie przepada. W przypadku floty czarnomorskiej nie mówimy o pojedynczym przypadku. Dość wspomnieć, że jeden z koszmarnie zdemolowanych w Berdiańsku w 2022 roku desantowców został przez rosjan wyremontowany i przywrócony do służby. „Pewniaki” to tak jak „Moskwa” – spoczywające głęboko na morskim dnie wraki.

—–

Wrakami zostaną wszystkie ukraińskie F-16 – zapowiada rosyjska propaganda. Tak dochodzimy do najważniejszej wiadomości minionych dni. Wiecie już zapewne, że pierwsze samoloty dotarły do Ukrainy i że rozpoczęły dyżury bojowe. Nie będę się o tym rozpisywał, bo wczoraj był to temat dnia i zapewne naczytaliście się rozmaitych doniesień. Od siebie chciałbym jednak dodać kilka obserwacji i ustaleń.

Zacznę od rosyjskiej propagandy, która w sprawie „efów” właśnie dokonała efektownej wolty. Dostarczenie maszyn nie jest już „przekroczeniem czerwonej linii” (po którym odwet rosji będzie srogi i ucierpi cały Zachód…), a staje się mało istotnym wydarzeniem, godnym co najwyżej komentarza, że „i tak sobie poradzimy”. Znamy ten schemat działania Moskwy – początkowego napinania mięśni, by na koniec z podkulonym ogonem pogodzić się z rzeczywistością (tak, podkulonym; nadal harde deklaracje niczego nie zmieniają, liczy się to, że „efy” są, a odwetu nie ma, Himarsy przyszły, zemsta nie, SCALP-y na łeb spadają, retorsji brak, itp., itd.). Mamy więc kolejny przyczynek do rozważań o rosyjskim łobuzie, którego nie należy się przesadnie obawiać, i z którym najlepiej rozmawiać z pozycji siły.

Pozostając w temacie rosyjskiej słabości. Część komentatorów doniosła z poirytowaniem, że „ujawnienie” efów stało się okazją do celebry. Oficjalnej uroczystości, z udziałem głowy państwa, wyższych dowódców, że w tym celu zwieziono w jedno miejsce nie tylko VIP-ów, ale i cenny personel lotniczy (a w Ukrainie każdy pilot i mechanik jest dziś na wagę złota), no i oczywiście samoloty. Przecież jakby rosjanie się o tym dowiedzieli… Wystarczyłyby ze dwa Iskandery, może trzy, i zadano by Ukraińcom najdotkliwszy cios w tej wojnie.

No, zadano by – muszę przyznać. Ale – okazuje się – moskale są „za krótcy”, by taką operację przeprowadzić. Ukraińskie władze i dowództwo są na tyle nieprzeniknione dla rosyjskich spec-służb, że zdołano zorganizować taką ceremonię (nie wiem gdzie, sądzę, że na południu, w okolicach Odesy). Ba, do udziału zaproszono kilkoro dziennikarzy, a to zawsze jest istotny czynnik ryzyka, gdy chce się zachować poufność wydarzenia. Tyle w temacie profesjonalizmu, a de facto impotencji rosyjskich służb. Co zaś się tyczy ceremonii – myślę, że u nas wyglądałoby to podobnie. Nie podoba mi się ten wschodniacki rys kulturowy, ale z drugiej strony dobrze wiem, jak ważny jest propagandowy wymiar wojny. A wejście do akcji F-16 to nie byle co dla podtrzymania morale społeczeństwa.

Czy propagandowa waga tego wydarzenia nie dominuje nad ściśle wojskową (rozumianą jako korzyści operacyjne)? Napiszę o tym w kolejnym tekście, na potrzeby tego chciałbym jeszcze odnieść się do ceremonii. Uświetniły ją m.in. maszyny, przez niektórych komentatorów rozpoznane jako atrapy. Kilkadziesiąt takich „atrap” – a po prawdzie, wytrzebionych „prawdziwych” płatowców, ściągniętych ze składowiska w Stanach – trafiło do Ukrainy na przełomie maja i czerwca br. (przez Polskę i Rumunię). Nie ustaliłem, jak duże jest to „kilkadziesiąt” – mam nadzieję, że spore i zaraz wyjaśnię dlaczego. Transportowi jednej z takich „maszyn” udało mi się przez chwilę towarzyszyć; nie pisałem o tym, a i teraz ledwie wspominam z oczywistych powodów. Tak czy inaczej, to wtedy uzmysłowiono mi pewien „cyrkowy” zamysł. Jaki?

Skorupy rozwieziono po Ukrainie, by pełniły role wabików. To oczywiste, że rosjanie będą na efy polować z wielką zaciekłością. Polują na posowieckie samoloty i gdyby zsumować wyniki ich działań udokumentowanych na filmach, wyszłoby, że zniszczyli ukraińskie lotnictwo po wielokroć. Materiały filmowe nie zawsze są zmanipulowane, niekiedy przedstawiają uderzenia w realistyczne makiety bądź właśnie w wytrzebione skorupy – o czym rosjanie nie wiedzą lub udają, że nie wiedzą („sukces jest sukces, zwłaszcza dobrze udokumentowany”). No więc wabiki z efów posłużą do skanalizowania części tej wściekłej zajadłości ruskich. Im samym zaś – co warto mieć „z tyłu głowy” – pozwolą ogłaszać kolejne sukcesy, odnoszone w zwalczaniu zachodniej „super-techniki”.

A skoro o t a k i ch sukcesach mowa – za kilka dni dziewięćsetny dzień trzydniowej operacji specjalnej putina.

—–

Dziękuję za lekturę! Pamiętajcie proszę wesprzeć mój raport – subskrypcją lub „kawą”. Bez Was – ot, proza życia… – nie będę miał za co pisać. Stosowne przyciski znajdziecie poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają moje materiały, także książki.

A skoro o nich mowa – gdybyście chcieli nabyć egzemplarze „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” oraz „Międzyrzecze. Cena przetrwania” z autografem i pozdrowieniami, wystarczy kliknąć w ten link.

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Andrzejowi Kardasiowi, Marcinowi Łyszkiewiczowi, Arkowi Drygasowi, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Monice Rani, Maciejowi Szulcowi, Jakubowi Wojtakajtisowi i Joannie Marciniak. A także: Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Krzysztofowi Krysikowi, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Jarosławowi Grabowskiemu, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Pawłowi Krawczykowi, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Marcinowi Barszczewskiemu, Szymonowi Jończykowi, Piotrowi Rucińskiemu, Annie Sierańskiej, Mateuszowi Borysewiczowi, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Kacprowi Myśliborskiemu, Sławkowi Polakowi, Mateuszowi Jasinie, Grzegorzowi Dąbrowskiemu i Arturowi Żakowi.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „kawoszom” z ostatniego tygodnia: Maciejowi Mieczkowskiemu, Rafałowi Rachwałowi, Tomaszowi Jakubowskiemu i Michałowi Wacławowi.

Nz. Ukraińskie F-16/fot. Kancelaria Prezydenta Ukrainy