Klincz

Mamy dziś siedemsetny dzień „specjalnej operacji wojskowej”. I właśnie zaczął się ostatni miesiąc drugiego roku pełnoskalowej wojny na Wschodzie. Agresorzy właśnie zakończyli rozmieszczanie dodatkowych zestawów rakietowych S-300 – w obwodzie leningradzkim, na północy rosji. Mają one zapewnić obronę przeciwlotniczą skupionym wokół Petersburga obiektom przemysłowym i infrastrukturze krytycznej. W nocy z 21 na 22 stycznia br. ukraińskie drony zaatakowały terminal LNG w Ust-Łudze (110 km od stolicy obwodu). Było to pierwsze uderzenie w tym rejonie, dotąd – z uwagi na odległość od granic Ukrainy – uchodzącym za bezpieczny.

Ukraińskie drony przedarły się do obwodu nad Białorusią. Skróciły drogę, lecz i tak musiały pokonać ponad 900 km. Zyskanie przez Ukraińców możliwości precyzyjnego rażenia na tak dużym dystansie oznacza, że wojna weszła w kolejną fazę, jakże odległą od buńczucznych zapowiedzi kremlowskiej propagandy z 24 lutego 2022 roku. „Trzy dni i Kijów nasz!”, twierdzili wówczas rosjanie. Kijowa jak nie mieli, tak nie mają, za to muszą troszczyć się o arcyważny dla nich Petersburg. I przełykać przy tym kolejną gorzką pigułę, bo to oni sami wydrenowali białoruską OPL, kosztem armii łukaszenki wetując własne straty na froncie.

—–

A i front dostarcza moskalom niemałych trosk. Nie doszło do załamania się ukraińskiej obrony na skutek zużycia armii w operacji zaporoskiej i ustania amerykańskiej pomocy wojskowej. Inicjatywa nadal jest po rosyjskiej stronie, ale atakującym „brakuje pary”. Ewidentnie kuleje logistyka, do tego stopnia, że na wielu odcinkach styku wojsk rosjanie nie mają wystarczającej ilości amunicji, żywności i wody. W takich miejscach tylko relatywna słabość Ukraińców decyduje o statyczności działań.

Kampania powietrzna skupiona jest na celach wojskowych, ale Moskwa nie chwali się sukcesami (a gdyby takie były, z pewnością trąbiłaby o nich głośno). Głośno jest za to o tej części działań wymierzonych w cywilów. Rakiety i drony spadające na ukraińskie miasta od końca grudnia ub.r. zabiły kilkadziesiąt osób, kilkaset raniły. Jakkolwiek wywołuje to w Ukraińcach żałobę, o utracie woli oporu społeczeństwa nie ma mowy.

Na razie nie ma też mowy o wznowieniu amerykańskiej pomocy, lecz i tu moskale nie mogą świętować. Europa bowiem „spięła pośladki” – Ukraina zyskuje kolejne deklaracje pomocy, tylko w grudniu Kijów otrzymał od partnerów wsparcie w wysokości 15 mld euro.

W takich okolicznościach wojna weszła w tryb „na przeczekanie”. Wielu analityków jest zdania, że pozostanie w nim przez cały 2024 rok.

—–

Czy rzeczywiście innej opcji nie ma?

Wszystko, co wiemy o rosyjskiej armii po 24 lutego 2022 roku, skłania do wniosku, że nie jest ona w stanie przeprowadzić rozległej operacji zaczepnej, która miałaby rozstrzygający charakter. Doniesienia o rychło mającej nastąpić, wielkiej rosyjskiej ofensywie, można więc włożyć między bajki. Nie wyklucza to jednak scenariusza lokalnych ataków, kanalizujących uwagę i zasoby Ukraińców, poza tym realizowanych z zamysłem osiągnięcia korzyści propagandowych. Możemy być pewni, że ewentualny upadek broniącej się od dziewięciu lat (!) Awdijiwki, zostanie przez Kreml ograny niczym wiktoria berlińska z 1945 roku.

Zarazem rosjanom nie sprzyja kondycja ich własnej gospodarki. Wbrew twierdzeniom propagandy, sankcje działają – ograniczony dostęp do rozległego wachlarza niezbędnych półproduktów i urządzeń sprawia, że produkcja zbrojeniowa nie rośnie od lata 2023 roku. W efekcie armia rosyjska w coraz większym zakresie strzela podłej jakości amunicją z Korei Północnej. Nowego fabrycznie sprzętu jest w linii jak na lekarstwo, wojsko wciąż korzysta z renty po ZSRR. Pozwala to odtwarzać gotowość bojową w oparciu o wyciągany z magazynów demobil, ale o budowaniu nowej jakości nie ma mowy. Zwiększenie nakładów na obronność – które pozwoliłoby na zbudowanie przynajmniej dużej przewagi ilościowej – również nie wchodzi w grę. Wojsko i aparat bezpieczeństwa już teraz pochłaniają 40 proc. oficjalnego budżetu, wedle nieoficjalnych danych, 6 na 10 rządowych rubli idzie na podtrzymanie wojennego wysiłku.

Trudno nazwać taką sytuację komfortową, co nie zmienia faktu, że Ukraina ma gorzej. W czym Kreml widzi swoją szansę, zakładając, że rosja wytrzyma więcej i dłużej.

—–

W Kijowie nie są ślepi i dobrze wiedzą, kogo premiuje obecny klincz. Ale realnych sposobów na jego przerwanie nie ma. Nie ziści się skrajnie optymistyczny scenariusz – rysowany przez niektórych obserwatorów konfliktu – zgodnie z którym Ukraina ponowi latem, tym razem zwycięską kontrofensywę. Armia ukraińska nie jest i w najbliższych miesiącach nie będzie zdolna – podobnie jak rosyjska – do poważniejszych operacji zaczepnych. I wcale nie chodzi o problemy z mobilizacją i odtwarzaniem stanów osobowych (tu, zakładam, Ukraińcy sobie poradzą, bo to wyłącznie ich wewnętrzny problem). A o co?

Odpowiedź w dalszej części tekstu. Opublikowałem go w portalu Interia.pl – oto aktywny link.

—–

Szanowni, jako się rzekło, książka jest już u Wydawcy. W „Posłowiu” tymczasem zawarłem  następujący fragment: „(…) chciałbym podziękować wszystkim, którzy mają swój wkład w powstanie tej książki. Dziękuję Patronom i 'Kawoszom’, którzy wspierali i wspierają mnie finansowo, za pośrednictwem serwisów Patronite i Buycoffee.to. Dziękuję Społeczności, jaka zgromadziła się wokół mojego blogu i profilu na Facebooku – za uznanie, krytykę i przede wszystkim za rzeczowe dyskusje. (…) Ufam, że było warto”.

Nz. Ofiary wczorajszego ataku rakietowego na Charków. „Rakiety i drony spadające na ukraińskie miasta od końca grudnia ub.r. zabiły kilkadziesiąt osób, kilkaset raniły. Jakkolwiek wywołuje to w Ukraińcach żałobę, o utracie woli oporu społeczeństwa nie ma mowy”/fot. Prokuratura Regionalna w Charkowie

Szantaż

26 lutego 2022 roku był trzecim dniem pełnoskalowej inwazji na Ukrainę. Wedle zapowiedzi kremlowskiej propagandy – tożsamych z ocenami wielu zachodnich analityków – ukraiński zorganizowany opór miał właśnie dogorywać. Tymczasem działo się dokładnie na odwrót – obrona tężała, a rosjanie, choć w wielu miejscach posuwali się naprzód, ponosili dotkliwe straty. Także wizerunkowe, oto bowiem z wojennej mgły wyłaniał się coraz bardziej kompromitujący obraz rosyjskiej armii.

putin postanowił reagować – i rozkazał ministerstwu obrony, by przez Moskwę przejechały mobilne wyrzutnie z rakietami przeznaczonymi do przenoszenia głowic jądrowych. Potężne zestawy pojawiły się na stołecznych ulicach popołudniu (rzekomo w ramach przygotowań do defilady z okazji dnia zwycięstwa), o czym niezwłocznie poinformowały i co dokładnie zilustrowały służby prasowe resortu. Kreml przypominał i przestrzegał: „mamy ‘atomówki’, nie należy wątpić w nasze militarne możliwości”. Zarazem – zapewne wbrew intencjom – zaprzeczył oficjalnym deklaracjom, zgodnie z którymi operacja w Ukrainie szła zgodnie z planem. „Nie ma lepszej recenzji skali i charakteru ukraińskiego oporu”, napisałem wówczas na Facebooku, komentując „atomowe” zdjęcia rosyjskiego MON. Dużo bardziej kąśliwie zareagowali nad Sekwaną. „My też mamy broń jądrową…”, komunikat tej treści pojawił się na profilach społecznościowych Quai d’Orsay, francuskiego MSZ.

Następnego dnia zrobiło się nieco poważniej: putin ogłosił, że siły nuklearne rosji wchodzą w stan podwyższonej gotowości bojowej. Sytuacja zaczynała przypominać fabuły zachodnich powieści i filmów o dobrych Amerykanach i złych ruskich, których władca – w obliczu militarnego niepowodzenia – traci maskę zimnokrwistości oraz zdolność do racjonalnej oceny sytuacji. W filmowo-książkowych narracjach najczęściej kończyło się to pałacowym przewrotem, poprzedzonym jednak poważnymi incydentami, z wybuchami „atomówek” włącznie. Jak wiemy, rzeczywistość nie sprostała standardom Hollywood, ale pierwsze poważne lęki, że konflikt rosji z Ukrainą może wymknąć się w stronę nuklearnej eskalacji, zostały zasiane.

Obawiali się nie tylko Ukraińcy – strach dopadł też społeczeństwa zachodniej wspólnoty, która właśnie zaczynała stawać za Ukrainą murem. Bo i owszem, obnażana przed światem kiepska kondycja rosyjskiej armii pozwalała wątpić w wysoką sprawność arsenału jądrowego rosji. Tyle że rozważania, czy 50 proc. rosyjskich głowic nadaje się do użycia, czy „tylko” 10, nie miały większego sensu. W 2022 roku federacja dysponowała 6 tys. ładunków, a już pojedynczy wyrządziłby wielkie szkody, kilka lub kilkanaście eksplozji przyniosłoby poważną katastrofę w skali kontynentu.

Kolejne miesiące rosyjsko-ukraińskiej wojny ugruntowały znaczenie atomowego straszaka, który stał się dla Moskwy polisą ubezpieczeniową. Machanie nią przed oczami światowej opinii publicznej nie było wyrazem siły i pewności siebie – przeciwnie. Zauważmy pewną prawidłowość – nowe szantaże putina i jego ludzi pojawiały się za każdym razem, gdy rosja wpadała na froncie w kłopoty – jej siły konwencjonalne znów „dawały ciała” – bądź gdy Zachód przekraczał następne „czerwone linie”, dostarczając ukraińskiej armii coraz bardziej zaawansowane uzbrojenie. I choć te wrzaski dowodziły bezsilności Kremla, zarazem okazały się całkiem skutecznym narzędziem. Zostawiały bowiem cień niepewności co do determinacji rosjan, technicznie wciąż zdolnych do wyprowadzenia atomowego ciosu nie tylko Ukrainie, ale i członkom NATO. Gdyby nie ta niepewność (istota wspomnianej polisy), współpraca Sojuszu Północnoatlantyckiego z Ukrainą najpewniej wyglądałaby inaczej. W najgorszym dla Moskwy scenariuszu doszłoby do otwartej konfrontacji zbrojnej z Zachodem, która – zważywszy na różnice konwencjonalnych potencjałów – zakończyłaby się klęską rosji. W wersji light brak ryzyka atomowej eskalacji mógłby skłonić zachodnich przywódców do przekazania Kijowowi znacznie większej ilości i szerszego asortymentu broni ciężkiej, lotniczej, rakietowej, co oznaczałoby kolejne problemy armii inwazyjnej, a najpewniej również jej zagładę.

Tego rodzaju kalkulacje czyniono w wielu rządowych gabinetach, a dla bandyckich reżimów stało się jasne, że jedynie własny „atom” zapewnia właściwy poziom bezpieczeństwa. W najbliższych latach należy zatem spodziewać się intensyfikacji programów jądrowych oraz prób nielegalnego pozyskania broni „A” przez różne podmioty państwowe. Poza rosyjskim, pouczający pozostaje przykład Korei Północnej. Choć to obrzydliwie opresyjna dyktatura, strach jej tykać, bo skutki dla regionu – niewielkiego w gruncie rzeczy półwyspu – byłyby dramatyczne. W grudniu 2023 roku spotkałem się z emerytowanym generałem południowokoreańskiej armii. Głównym tematem rozmowy była współpraca przemysłów naszych krajów, ale skorzystałem z okazji i poprosiłem o ocenę możliwości wojsk Kim Dzong Una. „Dla nas jedynym poważnym zmartwieniem są ich głowice nuklearne”, usłyszałem. W takim kontekście łatwiej zrozumieć działania Chin, w 2022 roku posiadających stosunkowo skromny zasób 350 głowic jądrowych. Z danych Pentagonu wynika, że Pekin zamierza podwoić arsenał do 2027 roku, a trzy lata później dysponować już tysiącem pocisków.

Myślenie w kategoriach atomowego zabezpieczenia nieobce jest też Ukraińcom. Ale o tym przeczytacie w książce, nad którą właśnie pracuję. A która, jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, ukaże się pod koniec lutego przyszłego roku. Do lektury „Zabić Ukrainę! Alfabet rosyjskiej agresji” zapraszam już dziś.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Andrzejowi Kardasiowi, Irinie Wolańskiej, Arkowi Drygasowi, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Przemkowi Piotrowskiemu, Michałowi Strzelcowi, Joannie Marciniak i Jakubowi Wojtakajtisowi. A także: Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Michałowi Wielickiemu, Monice Rani, Jakubowi Kojderowi, Jarosławowi Grabowskiemu, Jakubowi Dziegińskiemu, Bożenie Bolechale, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Marcinowi Barszczewskiemu, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Remiemu Schleicherowi, Piotrowi Świrskiemu, Kacprowi Myśliborskiemu, Mateuszowi Jasinie, Mateuszowi Borysewiczowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi i Sławkowi Polakowi.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatnich 10 dni: Ani CC, Michałowi Wacławowi, Michałowi Baszyńskiemu i Maciejowi Krukowi.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

Nz. Screen wpisu rosyjskiego MON z 26 lutego 2022 roku

Odcięcie

Dwóch kolegów rozmawia o polityce:

– Co nowego?

– NATO jest w stanie wojny z rosją.

– I jak to wygląda?

– rosja straciła trzysta pięćdziesiąt tysięcy żołnierzy, kilkanaście tysięcy czołgów i wozów bojowych, kilkaset samolotów i śmigłowców.

– A jak trzyma się NATO?

– NATO jeszcze nie weszło do akcji.

Dowcip dowcipem, ale tak to mniej więcej wygląda. Rosyjska armia utraciła mnóstwo ludzi, najcenniejszego sprzętu i reputację. Szczytowym osiągnięciem rosyjskich generałów jest dziś zachowanie kontroli nad kilkunastoma procentami zajętych wcześniej terenów Ukrainy, a największą zdobyczą mijającego roku pozostaje powiatowy Bachmut, liczący przed wojną 70 tys. mieszkańców.

Kurdyjski przykład

Oczywiście, to nie NATO było przeciwnikiem moskali, a Siły Zbrojne Ukrainy – i to one „zmieliły” całe wojska lądowe federacji w ich stanach i liczebności sprzed inwazji. Sojusz „tylko” podrzucał sprzęt, amunicję i dane wywiadowcze – w tym sensie, pośrednio, uczestniczył w działaniach wojennych. No i pamiętajmy, że z ukraińskiej perspektywy sprawy tak różowo nie wyglądają – jest bowiem 200 tys. zabitych i rannych żołnierzy, jest 70 tys. ofiar wśród cywilów, jest wreszcie zniszczony kraj i zdemolowana gospodarka. Niemniej z punktu widzenia Zachodu – który nie utracił w tej wojnie żadnego żołnierza, a na jej prowadzenie przeznaczył ułamki własnych budżetów – efektywność przedsięwzięcia zmierzającego do osłabienia głównego przeciwnika wydaje się porażająca. Ujmując rzecz prostymi słowami: NATO, rękoma Ukraińców, spuściło rosji solidny łomot.

I teraz, ku zdumieniu (i rozpaczy…) nie tylko Ukrainy, zdaje się tracić zainteresowanie ciągiem dalszym.

Czy rzeczywiście traci? Uważam, że niezależnie od wewnętrznych rozgrywek w Stanach i Europie, początek roku przyniesie rozstrzygnięcia korzystne dla Ukrainy. Będzie dalsze finansowanie, będą kolejne transze wsparcia wojskowego oraz pakiety gospodarcze i pomocowe. Ale rzetelne przewidywania muszą uwzględniać także najgorsze scenariusze – a choćby dlatego, że historia lubi się powtarzać, a reputacja Amerykanów (siły napędowej zachodniego sojuszu), jako chwiejnych protektorów, nie bierze się znikąd. Nie trzeba wcale sięgać głęboko wstecz – dość wspomnieć haniebne potraktowanie Kurdów po zakończeniu „Pustynnej Burzy” w 1991 roku. Najpierw Waszyngton zachęcał ich do rebelii przeciwko siłom Saddama Husajna, a potem – gdy powstanie wybuchło – zostawił bojowników na pastwę irackiego lotnictwa. No więc także w imię intelektualnej uczciwości pójdźmy tym tropem i spróbujmy wyobrazić sobie, czym byłoby odcięcie „zachodniej kroplówki”.

To oczywiście wyrywkowa i mocno uproszczona analiza, na potrzeby krótkiego tekstu; fanów rozbudowanej narracji już dziś zapraszam do lektury mojej „ukraińskiej” książki, która ukaże się pod koniec lutego przyszłego roku.

„Ładowanie po zapleczu”

Wracając do sedna – bez dodatkowej pomocy USA i UE Ukrainie szybko zabraknie rakiet dla systemów obrony powietrznej. Do zestawów poradzieckich amunicji brakuje już teraz (w najlepszym razie jest na wyczerpaniu), a przemysł nie ma zdolności do jej produkcji. Wojenna wynalazczość skutkuje hybrydami – wschodnimi wyrzutniami, które strzelają zachodnimi rakietami – ale ciężar obrony w coraz większym stopniu spoczywa na sprzęcie w pełni zachodnim. Doskonałe systemy Patriot czy IRIS-T czynią Kijów najlepiej chronionym miastem w Europie, systemy lufowe – jak niemiecki Gepard – dziesiątkują rosyjskie drony kamikadze nad Odessą, Dnipro czy Charkowem. Gdyby ich zabrakło/nie miałyby czym strzelać, ukraińskie miasta byłyby bezbronne wobec rakiet, pocisków manewrujących i dronów.

Agresorzy mieliby sposobność, by zniszczyć infrastrukturę energetyczną oraz w większej liczbie dokonywać uderzeń „mrożących” (ataków ściśle terrorystycznych, nastawionych na wywoływanie paniki wśród cywilów). Z czasem – wobec braku pocisków do ręcznych wyrzutni przeciwlotniczych, które w miażdżącej większości również pochodzą z zachodnich dostaw – mogłyby to robić samoloty, używając zwykłych i dużo tańszych bomb. Jak na razie rosyjskie lotnictwo nie zapuszcza się w głąb Ukrainy, ale sparaliżowana obrona przeciwlotnicza zniosłaby ryzyka związane z takimi rajdami.

Tymczasem „płonące” zaplecze z pewnością wpłynęłoby na morale zaangażowanego na froncie wojska. Dziś względne bezpieczeństwo rodzin pozwala żołnierzom nie martwić się ich losem i skupiać na zadaniach. Jeśli tej pewności zabraknie, efektywność wojskowych spadnie. Gdy alianci zaczęli masowe bombardowania III Rzeszy, dowództwo Wehrmachtu stawało na głowie, by cenzurować listy i ograniczać przepustki – wszystko, by walczący na froncie wschodnim żołnierze nie dowiedzieli się, jak łatwo ich bliscy mogą stracić życie. Tak bardzo obawiano się defetyzmu i dezercji.

Ale i bez tego bezkarne „ładowanie po zapleczu” byłoby dla pierwszoliniowych jednostek problemem – rosjanie bombardowaliby fabryki, zakłady naprawcze, centra logistyczne, odcinając wojsko od dostaw. Za cel wzięliby miejsca dyslokacji jednostek odpoczywających i szkolących się. Innymi słowy, znacząco zakłóciliby proces odtwarzania gotowości bojowej armii. A to wszystko tylko dzięki rakietom i samolotom.

Postępująca degrengolada

Na linii styku wojsk również doszłoby do dramatycznych niedoborów. Prawdopodobnie najszybciej „wyszłyby” pociski przeciwpancerne do zachodnich wyrzutni, zaraz potem amunicja artyleryjska. W obu zakresach Ukraińcy mają bardzo ograniczone możliwości produkcji własnej, co oznacza, że w którymś momencie do obrony zostałaby żołnierzom jedynie broń ręczna, granaty, no i drony (w ich produkcji Ukraińcy poczynili znaczące postępy). To dużo za mało, by powstrzymać presję oddziałów pancernych, wspartych „gęstym” ogniem artylerii. Skutkiem byłoby posypanie się frontu. Kiedy?

Odpowiedź znajdziecie w dalszej części tekstu. Opublikowałem go w portalu Interia.pl – oto aktywny link.

Nz. zniszczony rosyjski czołg w okolicach Izjumu/fot. własne

Budżet

Prognozowanie dalszego przebiegu wojny w Ukrainie nie może opierać się wyłącznie o dane ściśle militarne – musi też uwzględniać kwestie makroekonomiczne. W popularnej, wzmacnianej przez kremlowską propagandę narracji, rosja sankcjom się nie kłania, nie istnieje zatem sposobność, by presją ekonomiczną nakłonić Moskwę do zrewidowania swojego stosunku wobec Ukrainy. Czy rzeczywiście?

W latach 80. ub.w. ówczesny ZSRR – dążąc do zachowania dotychczasowej pozycji supermocarstwa – w ciągu niespełna dekady podwoił wydatki przeznaczone na zbrojenia. Zachód czynił podobnie, choć w mniejszej skali i, nade wszystko, bez szkody dla innych sektorów gospodarki i ogólnego poziomu życia. Tymczasem w sowiecji wywindowanie budżetu obronnego do poziomu niemal jednej trzeciej wszystkich wydatków państwa (29,4 proc. w 1990 roku) poskutkowało potężnym kryzysem gospodarczym i pauperyzacją społeczeństwa, co walnie przyczyniło się do upadku imperium.

Sowiety – z ich nieefektywną gospodarką – nie miały szansy w ówczesnym wyścigu zbrojeń.

Dziś rosja – z jej wciąż źle zarządzaną, przestarzałą i niekonkurencyjną ekonomią – znów jest na wojnie. W oficjalnej propagandzie to zaledwie „specjalna operacja wojskowa”, coś nieszczególnie istotnego, dziejącego się na rubieżach imperium. Ale w sferze faktów sprawy mają się już inaczej. Oto bowiem Duma Państwowa przyjęła wczoraj ustawę budżetową na 2024 rok, która przewiduje drastyczny wzrost wydatków na obronność – do poziomu 29,5 proc. budżetu. Tym samym przebity został pułap z czasów schyłkowego ZSRR. A weźmy pod uwagę dwie istotne zmienne: po pierwsze, to oficjalne dane, po drugie, całość wydatków na aparat bezpieczeństwa – na armię, policję, służby specjalne i gwardię narodową, której istotne komponenty stacjonują w Ukrainie – pochłania 40 proc. budżetu.

Dla lepszego porównania spójrzmy na dynamikę tych wzrostów (dane za ‘Moscow Times’): w tegorocznym budżecie początkowo przewidziano jedynie 19 proc. wydatków na obronność (5 bln rubli z 26,1 bln rubli); w pierwszym roku pełnoskalowej wojny z Ukrainą udział ten wynosił 17 proc. (4,7 bln rubli z 27,8 bln rubli).

A więc toczona niby lekką ręką spec-operacja to de facto gigantyczne przedsięwzięcie.

Odbywające się kosztem naprawdę istotnych zobowiązań państwa. Z przyjętej wczoraj ustawy wynika, że rząd zetnie koszty „wsparcia gospodarki narodowej”: spadną one z 4,1 do 3,9 bln rubli. Fundusze na oświatę i medycynę – po 1,6 bln rubli każde – zostaną „zamrożone”. Ochrona zdrowia dostanie 10 proc. mniej, za to media państwowe (propaganda!) utrzymają wsparcie z budżetu na tym samym poziomie (121,3 mld rubli wobec 122 mld w tym roku). Ot priorytety.

Gwoli uczciwości dodajmy – choć oficjalna inflacja w rosji ma obecnie poziom 6 proc., specjaliści szacują, że jest… dziesięć razy większa. Oficjalne dane RosStatu (tamtejszego GUS-u) wskazują, że w 2023 roku pomidory podrożały o 45,4 proc., ogórki o 35,3 proc., kapusta o 46,7 proc. a marchew o 33,2 proc. Według Rosyjskiego Związku Zbożowego, w przyszłym roku należy spodziewać się wzrostów cen chleba, makaronów i mięsa o 30 proc.

Ta wojna drenuje portfel Kremla i zwykłych rosjan. Jest też rzecz jasna wielkim obciążeniem dla Ukrainy i Ukraińców. Ale za nimi stoi potężny i bogaty Zachód. Dla USA zeszłoroczne wsparcie Ukrainy to wydatek na poziomie 2 proc. federalnego budżetu, ułamków PKB. Podobnie rzecz się ma w przypadku innych państwowych donatorów. Niewielki wysiłek z ich strony i „będzie pozamiatane”. Naprawdę niewiele trzeba (w wymiarze ekonomicznym), by ukraińską wolę walki przekuć na porażkę rosji.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Ukraińska artyleria na froncie/fot. sztab generalny ZSU

Usprawiedliwienia

Co jakiś czas rosjanom udaje się trafić magazyn armii ukraińskiej, albo porazić jakiś inny wartościowy cel (oczekiwanie, że będzie inaczej, oderwane jest od rzeczywistości – gdyby moskalom wszystko szło nie tak, wojna już dawno by się skończyła). Kilka dni temu, po jednej z takich akcji – rakietowym uderzeniu w skład amunicji – bardzo aktywny na Twitterze rodzimy skarpetkosceptyk orzekł: „kontrofensywy nie będzie, w wyniku rosyjskich działań Ukraińcy stracili zbyt wiele cennych zapasów”. Mowa o paskudnej kreaturze (o jawnie kolaboranckim nastawieniu), która podobnych kategorycznych sądów wygłosiła już wiele. Rzeczywistość miażdżącą większość z nich brutalnie sfalsyfikowała, można by więc machnąć ręką – ot, kolejny karmiony ruską propagandą idiota. Problem w tym, że zacytowany osąd wpisuje się w szerszy kontekst – pęczniejącą masę wypowiedzi podobnej treści, obecnych w polskiej info-sferze, pierwotnie obserwowanych w rosyjskich źródłach.

Sprowadzają się one do generalnego wniosku, że Ukraińcy nie uderzają, bo rosjanie skutecznie im w tym przeszkadzają. A zatem – patrząc z perspektywy propagandystów Kremla – jest sukces. Żałosny, jeśli zestawić go z buńczucznymi zapewnieniami z początków inwazji („trzy dni i Kijów nasz”), no ale ważną cechą rosyjskiej propagandy jest jej „tu i teraz”; nie ma sensu analizować przekazu linearnie, szukać kontynuacji, konsekwencji, logiczno-faktograficznych ciągów przyczynowo-skutkowych. Dziś jest tak, wczoraj było siak, jutro będzie jeszcze inaczej – liczy się elastyczne podejście. W efekcie coś, co niegdyś uznano by za porażkę, obecnie zasługuje na miano sukcesu; „z braku laku i kit dobry”, jak mawia popularne powiedzenie.

No więc jest sukces, którego podkreślanie służy podtrzymywaniu sensu specjalnej operacji wojskowej (SOW). „Wygrywamy, o co wam chodzi, malkontenci?”.

Czyżby? Po 24 lutego ub.r. rosyjska propaganda zmuszona jest do produkcji kolejnych usprawiedliwień, byle tylko nadążyć za permanentną redukcją celów SOW. Czasem wejdzie na to putin czy inna kremlowska kanalia i powie, że „cele rosji w Ukrainie się nie zmieniły”. Ale to rytualny bełkot, na poziomie codziennego przekazu mamy bowiem do czynienia z konsekwentnym budowaniem u rosjan (i nierosyjskich wielbicieli ruskiego miru) coraz niższych oczekiwań wobec armii i tego, co robi w Ukrainie. Nie wiem, na ile to proces zaplanowany – post factum, obserwując jego dynamikę, łatwo będzie stwierdzić, że Kreml przygotowywał swoich „na wpierdol”, ale czy to właściwy wniosek? Nie podejmuję się odpowiedzi, zauważam tylko postępującą redukcję celów, która w mojej ocenie skończy się mniej więcej tak: „noo, oddaliśmy Donbas i Krym, lecz nie pozwoliliśmy NATO na zniszczenie rosji. Przetrwaliśmy, zwyciężyliśmy!”.

A miało być tak pięknie… Nie znamy szczegółowych planów rosyjskiego sztabu generalnego wobec Ukrainy. W oparciu o komunikaty propagandy (w tym wystąpienia notabli) oraz analizę ruchów wojsk, możemy założyć, że rosja zamierzała wchłonąć istotną część Ukrainy, a całość zwasalizować. Po pięciu tygodniach walk okazało się, że trzeba wiać spod Kijowa, że Charków jest nie do wzięcia, Odessa poza zasięgiem. Jak to zakomunikować światu (zwłaszcza ruskiemu światu, który mamiło się narracją „mrugniemy powieką i będzie po wszystkim”)? Zadanie wziął na siebie siergiej szojgu i oznajmił, że celem operacji od początku był Donbas oraz zbudowanie lądowego korytarza na Krym. Po co więc atakowano północ Ukrainy? Ano po to, by odwrócić uwagę od realnych zamiarów SOW. Brzmiało to nawet sensownie, gdyby nie fakt, że uderzenia w Donbasie były słabsze niż te rzekomo pomocnicze/markujące na północy, a na Kijów i Charków poszła większość sił inwazyjnych, w tym elitarna (no dobra, elitarna w założeniu…) 1. Armia Pancerna Gwardii. No ale odbiorca rosyjskiej propagandy w takie szczegóły się nie zagłębia.

Zwłaszcza gdy zaczęła się bitwa o Donbas (w II połowie kwietnia 2022 roku). Miesiąc i miało być po wszystkim. Nie było, propaganda więc rozdęła do nieprawdopodobnych rozmiarów sukces w postaci zdobycia zrujnowanego Mariupola. Pocieszające było wówczas obserwowanie rosyjskich analityków wojskowych (również będących narzędziem propagandy) i ich mapek, zakreślających planowane rubieże ofensywy. Pierwsze linie opierały się o Dniepr, antycypowano gigantyczny kocioł, w którym znaleźć się miało kilkadziesiąt tysięcy ukraińskich żołnierzy. Wraz z upływem kolejnych tygodni, wiosną i latem ub.r., linie te coraz bardziej oddalały się na wschód, stając się coraz krótsze. W lipcu, słowami samego putina, zdefiniowano następujący cel: do końca sierpnia „wyzwolone” miały zostać w całości obwody ługański i doniecki. Gwoli rzetelności dodać trzeba, że w rękach rosjan znajdowały się wówczas także obszerne fragmenty obwodu charkowskiego, zaporoskiego, chersońskiego i niewielkie mikołajowskiego.

A potem nastąpiła ukraińska kontrofensywa. Mój ulubiony prorosyjski aktywista medialny donosił wtedy, że 1. Armia Pancerna dzięki zręcznym manewrom uniknęła otoczenia i rozbicia w obwodzie charkowskim. Danie dyla do rosji było sukcesem na ówczesną miarę. Ten sam gagatek (w obu przypadkach niesamodzielny, powielający narracje z rosyjskich źródeł) o porzuceniu Chersonia i ucieczce za Dniepr w listopadzie zeszłego roku pisał w stylistyce niemieckiej propagandy. Tu sukcesem miało być wycofanie się (heloł, uporządkowane!) na dogodniejsze pozycje.

Ale nawet człowiek rosyjski swój rozum ma i mógł poczuć się rozczarowany takim obrotem spraw. By go ukoić, propaganda zapowiedziała rychłe przeniesienie Ukraińców do średniowiecza. „Bitwa o energetykę” – prowadzona z wykorzystaniem rakiet, pocisków manewrujących i dronów-kamikadze – miała pozbawić mieszkańców Ukrainy dostępu do wody, ogrzewania i elektryczności. Omawianie tych zamiarów, a następnie bieżących postępów – wskazywanie zniszczonych elementów infrastruktury i raportowanie o przerwach w dostępie do energii – wielokrotnie posłużyło rosyjskiej generalicji i politykom jako pretekst do publicznych zapewnień, że SOW idzie zgodnie z planem. Warto przy tym zauważyć, że na poziomie emocjonalnym mieliśmy tu do czynienia z zagospodarowywaniem mściwości. Jak to ujął jeden z mil-blogerów: „skoro Ukraina nie chce być nasza, będzie zniszczona”. Jednostkowa ocena? Nie sądzę. W styczniu br. – w szczytowym momencie ataków – poparcie dla putina (a więc także dla tego, co robił), wynosiło ponad 70 proc.

Na początku zimy raportom z frontu walk o prąd coraz częściej towarzyszyły doniesienia o niechybnej rosyjskiej ofensywnie zimowej. „Teraz dopiero im pokażemy!” – zapowiadali mil-blogerzy. A wspomniany już mój ulubieniec przekonywał, że oto „skończył się policyjny charakter” SOW i rosjanie na poważnie biorą się za wojowanie (znów była to kalka z rosyjskich źródeł). Agresorzy nigdy później nie strzelali tak poważnie z artylerii, jak wiosną i latem 2022 roku w Donbasie (nawet po 60 tys. pocisków dziennie), no ale może to problem natury semantycznej, różnego rozumienia policyjnego charakteru spec-operacji. Tak czy siak, konsolidacja (przekazanie dowodzenia w ręce szefa sztabu generalnego gierasimowa) miała zwiastować przełom. Gdy ofensywa już się zaczęła, antycypacje musiał zastąpić jakiś konkret. Tymczasem okazało się, że rosyjska armia jest tak wyczerpana wojną, tak osłabiona, że stać ją było na kilka punktowych uderzeń, które nawet w razie powodzenia nie przełożyłyby się na znaczące zdobycze terytorialne. Tak zaczęło się fetyszyzowanie Bachmutu, czemu sprzyjała reaktywna postawa ukraińskiej propagandy, która także nadała miastu duże symboliczne znaczenie.

Miasto upadło w połowie maja, i choć w środku wiosny, był to ostatni akord rosyjskiej zimowej ofensywy. W jej trakcie zdobyto 80 km kwadratowych terenu (!), za cenę 100 tys. zabitych i rannych żołnierzy (oraz wagnerowców). Ta dramatyczna nieefektywność (która w każdym normalnym kraju skończyłaby się sądem dla kadry dowódczej armii), uwypukliła tylko potrzebę propagandowego rozdęcia bachmuckiego „sukcesu”.

Lecz nawet krowa wyczułaby tu fałsz, konieczna więc okazała się wielowątkowa narracja pomocnicza, wyjaśniająca, dlaczego jest tak źle, skoro jest tak dobrze. Budowano ją już od jesieni zeszłego roku, ale dopiero dramatyczna nieporadność rosyjskiej armii podczas ofensywy zimowej, zmusiła propagandystów do solidniejszego ogrania tematu. W najbardziej odjechanych wersjach tej narracji, na przykład metafizycznej (uskutecznianej przez cyryla i jego drużynę), rosja mierzy się z szatanem, więc walka musi być długa i trudna. Pseudonaukowa zakłada, że ukraińscy żołnierze to mutanci (bio-roboty), hodowane w laboratoriach finansowanych przez USA – nie sposób ich tak po prostu zabić, dlatego SOW nie może przebiegać zgodnie z regułami, wydłuża się. W jednej z odmian tej bredni, Ukraińcy sięgają po inne „nieczyste” środki, na przykład zmodyfikowane do przenoszenia bomb ptaki. Usprawiedliwienie natury geopolityczno-militarnej brzmi w tym zestawieniu wyjątkowo sensownie i bazuje na czymś, co można określić ziarnem prawdy. Oto rosja mierzy się z całym NATO, tak zwanym kolektywnym Zachodem – ale nie tak, jak ma to miejsce realnie, ona bowiem walczy w Ukrainie z żołnierzami NATO, z regularnymi oddziałami. W sobotę rozbawił mnie prorosyjski gamoń z Twittera (ze słowackim zdaje się paszportem) – napisał, że w Bachmucie grupa Wagnera wygrała z całym Sojuszem i sprzymierzeńcami, że pokonała w sumie 44 armie świata. Tyleż to megalomańskie, co głupie, ale dobrze ilustruje pożądaną percepcję – Goliat złego Zachodu stanął na drodze rosyjskiego Dawida, lecz Dawid nie w ciemię bity, wie, jak miotać kamieniami.

Łup! – przywalił w oko olbrzyma (Bachmut wzięty!), łup! – zadał kolejny cios (bohaterska armia wyparła dywersantów z terytorium rosji). Sru! – kamień trafił Goliata w czoło, wielkolud się chwieje i krwawi (kontrofensywy nie będzie…). Same sukcesy na drodze do zwycięstwa.

I w ramach tych sukcesów wojska rosyjskie nie wykorzystują bachmuckiego powodzenia – „otwartej” przez prigożyna „drogi na Kijów” (a wedle innej prigożynowej wypowiedzi wręcz „na Warszawę”). Miast iść „wpieriod!” (za rodinu, za putina!), wgryzają się coraz głębiej w ziemię, kryjąc w niej kadłuby coraz starszych czołgów z coraz głębszych magazynów.

Skromni są, wolą takie nienachalne zwyciężanie…

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Andrzejowi Kardasiowi, Jakubowi Wojtakajtisowi, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi i Przemkowi Piotrowskiemu. A także: Michałowi Wielickiemu, Monice Rani, Jarosławowi Grabowskiemu, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Jakubowi Dziegińskiemu, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Mateuszowi Jasinie, Remiemu Schleicherowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Bernardowi Afeltowiczowi, Justynie Miodowskiej i Marcinowi Pędziorowi.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatniego tygodnia: Arkadiuszowi Wiśniewskiemu, Czytelnikowi posługującemu się nickiemTurboQna666, Zbigniewowi Cichańskiemu, Maciejowi Jakóbiakowi (za małe wiaderko kawy!), Nikodemowi Chinowskiemu i Iwonie Grotnik.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

Nz. Droga z Konstantynówki do Bachmutu (miasto w tle). Jechałem tym autem z Jurijem Łucenką, byłym szefem ukraińskiego MSW, ochotnikiem z Obrony Terytorialnej. „Propaganda moskali robi z Bachmutu Stalingrad”, rzekł w którymś momencie Łucenko. „Zrównają miasto z ziemią, ale nie odpuszczą”, zapowiadał. Działo się to pod koniec stycznia br., rosjanie istotnie, zrównali Bachmut z ziemią…/fot. Marcin Ogdowski