Młotkowy

Rosyjska propaganda latami wmawiała odbiorcom, że federacja dysponuje „drugą armią świata”. Status ten miał być z jednej strony dziedzictwem potężnej armii radzieckiej, z drugiej, efektem wieloletniej modernizacji, rozpoczętej w pierwszej dekadzie XXI w. Na ów przekaz nabrali się nawet specjaliści – cywilni i mundurowi – w przededniu inwazji spekulując, że rosjanie przeprowadzą atak według zachodnich wzorców nowoczesnej wojny. Że „od ręki”, korzystając z dalekonośnej precyzyjnej amunicji, dokonają potężnego uderzenia w kluczowe elementy ukraińskiego systemu obronnego.

Lecz minęła pierwsza doba inwazji, a rosjanie użyli niewiele ponad stu rakiet. W kolejnych dniach jeszcze mniej, tysiąc po trzech miesiącach działań. Intensywność precyzyjnego ognia dramatycznie niska jak na „drugą armię świata”. By rzucić na kolana kraj wielkości Ukrainy, moskale musieliby strzelać 4-5 razy więcej. Musieć a móc robi różnicę…

Armia rosyjska weszła do wojny bez należytego zapasu precyzyjnej amunicji (nie tylko rakietowej). I bez zdolności bazy przemysłowej, by ów zapas zapewnić. Ale to nie zapóźnienie technologiczne oraz jego skutki zrujnowały wizerunek „drugiej armii świata” – zadecydowały o tym braki w dużo bardziej prozaicznych kompetencjach. Najpierw bowiem „umarła” rosyjska logistyka. Po prawdzie stało się to jeszcze przed inwazją, którą poprzedziło długotrwałe sterczenie w polu wyznaczonych do operacji oddziałów. Pal licho, gdy było ciepło, a reżim gotowości bojowej pozwalał na liczne przepustki. Problem zaczął się późną jesienią 2021 r., gdy spadkowi temperatury towarzyszyło podniesienie poziomu alertu. Wieczorem 24 lutego 2022 r. – po obejrzeniu kilku filmów z udziałem wziętych do niewoli rosjan – napisałem na Facebooku: „(…) to w dużej mierze wystraszeni poborowi. Chłopcy. Z oznakami wyziębienia i dłuższego nadużywania alkoholu. Mści się pozostawienie na długie tygodnie wojska w zimowym stepie”.

Kilka dni wcześniej w mediach wypłynęło zdjęcie zrobione w obwodzie kurskim przy granicy z Ukrainą. Przedstawiało kilkudziesięciu rosyjskich wojskowych w niewielkiej sali dworcowej. Żołnierze leżeli jeden przy drugim, ściśnięci, korzystając z dobrodziejstwa ogrzanego pomieszczenia. Zaraz potem mieli wracać do zimnych namiotów, ale w tamtej chwili większość z nich drzemała. Wyglądali niczym sterta zwłok, w najlepszym razie stos rannych. „Chyba putin rzeczywiście blefuje, chce jedynie Ukrainę przestraszyć”, przyszło mi do głowy, w której nie mieściło się, że z wojskiem w tak fatalnej kondycji można planować agresję. Wtedy nie miałem jeszcze pojęcia, że żołnierzom wydano przeterminowane racje żywnościowe, a wozom przewidzianym do wykonania szybkich i głębokich rajdów nie zapewniono dostatecznej ilości paliwa.

27 lutego 2022 r. sieć była już nabita materiałami kręconymi przez ukraińskich cywilów, obrazującymi skutki załamania się rosyjskiej logistyki. Głodnych żołnierzy szabrujących sklepy i wymuszających jedzenie od przypadkowych osób czy wojskowych kierowców kradnących ropę ze stacji paliw. Najbardziej szokowały obrazki porzuconych czołgów, dział samobieżnych i transporterów opancerzonych. Sprzęt nie był zniszczony, nie nosił śladów uszkodzeń – po prostu, nie było doń paliwa. Gwoli uczciwości warto nadmienić, że niekiedy rosyjscy pancerniacy – chcąc uniknąć udziału w walkach – sami opróżniali baki.

Drugi zawał rosyjskiej logistyki nastąpił latem 2022 r., w efekcie używania przez Ukraińców wyrzutni Himars. Ich zasięg (do 80 km) i precyzja pozwoliły na masowe niszczenie rosyjskich magazynów. Zmusiło to rosjan do porzucenia idei dużych składów, tworzonych tuż na zapleczu stanowisk bojowych. Rosyjska artyleria się zadławiła, żołnierze nie mieli co jeść. Operacja ofensywna ustała, szerzył się defetyzm, który przesądził o wrześniowej klęsce agresorów na charkowszczyźnie. Odsunięcie magazynów na odległość 100 km od frontu przyniosło ulgę, ale i nowe kłopoty. Rosyjska logistyka bazuje na kolei, co wraz z niedostateczną liczbą aut i opartym o siłę ludzkich rąk załadunkiem skutkuje „zjawiskiem zasięgu ciężarówki”. Maksymalnie 100 km od najbliższej linii kolejowej – tyle wynosi odległość pozwalająca na efektywne działania rosyjskich jednostek wojskowych. Im ten dystans się zwiększa, tym bardziej szwankują dostawy. Pod koniec drugiego roku pełnoskalowej wojny szwankują regularnie.

Rosyjskie słabości, dekomponujące mit „drugiej armii świata”, można być wymieniać godzinami. Byleby nie zapomnieć, że rosjanie również uczą się i wyciągają wnioski.

Jakie? Przeczytacie o tym w dalszej części tekstu. Opublikowałem go w portalu Interia.pl – oto link do całości.

Nz. Szef sztabu generalnego armii rosyjskiej gen. gierasimow…/fot. MOFR

Azbest

Późnym latem 2009 roku, w przydługiej drodze do domu, wylądowałem w Mazar-i-Szarif w północnym Afganistanie. Za tę część kraju odpowiadał wówczas niemiecki kontyngent, a baza w „Mazar” była największym skupiskiem oddziałów Bundeswehry u podnóża Hindukuszu. Przyznam, nieco zdziwił mnie fakt, jak wygodnie Niemcy się tam urządzili – gdyby nie temperatura i wysokie pasma gór, głowę dałbym sobie uciąć, że trafiłem do koszar gdzieś w środkowych Niemczech. Schludne baraki, gładziutko wyasfaltowane drogi, ścieżki rowerowe, plaża z basenem (!), kasyno z alkoholem – mój boże, czego tam nie było… Ale największy szok przeżyłem po wejściu do jadalni, na widok porcelanowej zastawy i metalowych sztućców. Po kilku tygodniach jedzenia plastikiem i na plastiku, z trudem powstrzymałem się przed ciśnięciem zużytych „statków” do kosza.

W Afganistanie w śmietnikach kończyły swój okres przydatności setki tysięcy zestawów kuchennych dziennie. Amerykańscy logistycy skalkulowali, że tak będzie taniej, niż gdyby zdecydowano się używanie tradycyjnej zastawy. Głównym problemem była konieczność mycia w skali przemysłowej, co wymagało dostępu do odpowiednio obszernych zasobów wody. Niemcy, na północy Afganistanu, mieli z tym łatwiej. Plastikowy talerz nie ma dużej objętości, łatwo go zgnieść, niewiele waży, lecz i tak przy 600-800-tysiącach posiłków dziennie, robią się z tego nieprzebrane tony śmieci. Gdyby ich utylizacja odbywała się z zachowaniem norm środowiskowych, pewnie służby tyłowe armii USA rozważyłyby powrót do porcelany. Ale w Afganistanie (tak jak w Iraku), góry plastikowych śmieci wyjeżdżały za bramę bazy, trafiały do głębokich dołów i był palone. Nie w zamkniętym obiegu wyposażonej w różnego rodzaju filtry spalarni, a na „żywca”, na „świeżym” powietrzu.

Wojna i ekologia nigdy nie miały ze sobą po drodze. Dawniej, gdy żyliśmy w izolowanych społecznościach, przemarszom wojsk towarzyszyła ekspansja zarazków. Cortez, hiszpański pogromca tubylczych ludów Ameryki, zwyciężył, bo jego nieliczny kontyngent zatargał za ocean choroby nieznane dotąd poza Europą. Wraz z mechanizacją, rozpoczął się kolejny rozdział degradacji środowiska naturalnego na skutek działań wojennych. Dla mnie wojna już zawsze będzie miała zapach paliwa lotniczego, tak wiele czasu spędziłem w miejscach, gdzie stacjonowały samoloty i śmigłowce. Nakłada się na to smród przepalonego diesla z agregatów prądotwórczych, bez których trudno wyobrazić sobie sprawnie działający wojskowy mechanizm. Dopiero gdzieś dalej będzie woń spalonego prochu i inne wojenne „perfumy” związane z wysiłkiem ludzkiego ciała i jego brutalną „obróbką” przy użyciu wszelkiej maści zabójczych narzędzi.

Dlaczego Wam o tym wspominam? Kilka dni temu rozmawiałem ze znajomym ukraińskim żołnierzem. Witalij co chwila odkasływał, spytałem go zatem, czy się przeziębił.

– A może to od papierosów? – przyszło mi do głowy. Na wojnie nawet niepalący palą (a niepijący piją, ale to zupełnie inna historia).

– Za dużo dymu – usłyszałem.

Początkowo uznałem, że chodzi o dym z płonącego sprzętu, ale szybko mnie olśniło. Przypomniałem sobie, jak wyglądają wschodnio-ukraińskie wioski i miasteczka – te wszystkie skupiska bieda-chatek pokrytych eternitem. Witalij służy już drugi rok, dużą część tego czasu spędził na froncie lub w strefie przyfrontowej – widział dość wojennej pożogi i miał okazję się nawdychać. Nie tylko toksyn wywołanych pożarami, ale i włókien uwolnionych gwałtownymi uszkodzeniami azbestowych powierzchni. Nie wiem, czy zapadł na azbestozę, on sam też tego nie wie, nikt mu bowiem profesjonalnej diagnozy nie postawił. Ale naiwnością byłoby założyć, że długotrwała ekspozycja na szkodliwe czynniki pozostanie bez wpływu na zdrowie.

A przecież takich jak Witalij – żołnierzy i cywilów z rejonów objętych działaniami zbrojnymi – są w Ukrainie miliony. A azbest w długookresowej perspektywie zabija. No więc opowiadam Wam o tym, by raz jeszcze podkreślić skalę ukraińskiego dramatu. Który wcale nie skończy się w chwili, gdy umilkną strzały…

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Joannie Marciniak, Andrzejowi Kardasiowi, Jakubowi Wojtakajtisowi Arkowi Drygasowi, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Przemkowi Piotrowskiemu i Michałowi Strzelcowi. A także: Kacprowi Myśliborskiemu, Adamowi Cybowiczowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Michałowi Wielickiemu, Monice Rani, Jakubowi Kojderowi, Jarosławowi Grabowskiemu, Jakubowi Dziegińskiemu, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Radosławowi Dębcowi, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Marcinowi Barszczewskiemu, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Mateuszowi Jasinie, Mateuszowi Borysewiczowi, Remiemu Schleicherowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi i Sławkowi Polakowi.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatniego tygodnia: Czytelnikowi imieniem Piotr, Jarkowi Uścińskiemu, Kasi Byłów i Danielowi Więcławskiemu.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

Nz. Zniszczony dom gdzieś w okolicach Izjumu, styczeń 2023 roku/fot. własne

Starcy

Jeden starzec, co to miał ambicję podtrzymania władzy, wprowadził państwo w ustrojowy dryf. Polska rząd miała, i nie miała; nie będę się rozwodził nad szczegółami ostatnich dwóch miesięcy, bo wszyscy je znamy. Konsekwencje takiego stanu rzeczy długo jeszcze będą opisywać spece od rozmaitych tematów – mnie interesuje jedno zagadnienie. Bezhołowie, które rozpanoszyło się na polsko-ukraińskiej granicy. Dla którego zabrakło zdecydowanej reakcji władz, bo władza miała „ważniejsze” zmartwienia – szykowanie poduszek pod miękkie lądowanie w opozycji. I pal licho, że blokowanie przejść było niczym podduszanie zdemolowanej wojną ukraińskiej gospodarki. Sabotowaniem jej wojennego wysiłku, a w konsekwencji narażaniem na porażkę. Starszy pan miał na to WYJEBANE, nawet jeśli dotarło do niego, że klęska Ukrainy to olbrzymie ryzyko dla Polski. W końcu za jego życia i tak nic złego się nie stanie.

Inny starzec, co to ma ambicję odzyskania władzy, funduje własnemu krajowi i jego obywatelom kampanię opartą o najbrudniejszej wody populizm. Obiecuje wolty, które „znów uczynią Amerykę wielką”, przekonując, że w tym celu trzeba poświęcić zobowiązania i sojusze. Najlepiej już teraz, co posłuszni mu stronnicy biorą za wytyczne i blokują dalszą pomoc dla Ukrainy. Czy jej śmierć rzeczywiście uczyni Amerykę wielką? Dla nas to kwestia egzystencjalna, ale dla starca o pomarańczowej cerze i dla jego wyborców zasadniczo nieistotna. No bo kto odważy się wjechać na chatę Amerykanom? Kto jest tak głupi, by ryzykować spuszczenie ze smyczy amerykańskich lotniskowców, zdolnych dopaść wszystko i każdego w dowolnym niemal miejscu na Ziemi? Starszy pan wie, że nikt – i to nie tylko za jego życia. Ma więc koncertowo WYJEBANE, grzebiąc dorobek poprzedników i szansę na nieco uczciwszy świat.

Trzeci i najmłodszy spośród starców też ma ambicje. Marzy mu się restytucja gnijącego imperium, której historia nadałaby jego imię. Śle więc ów starzec hordy żołdaków, by poszerzały granice „ruskiego mira”. Śle już od lat, od dwóch masowo. Bez wielkich sukcesów, ale jakby tak wziąć napadniętych Ukraińców na przeczekanie? Inni starcy wykonają robotę głupiego, będzie łatwiej – kalkuluje rzeczony. I oczyma wyobraźni spogląda w przyszłość, także ponad inne granice. Że może się nie udać? No może, tylko co rosji i starszemu panu szkodzi? Zwały trupów własnych żołnierzy nie mają znaczenia, a ewentualna przegrana końcem świata nie będzie. Wróg nawet wcześniej napadnięty do rosji nie wkroczy, bo kto by chciał okupować tak wielki kraj? No i te nasze atomówki… – myśli sobie starzec i ma WYJEBANE. Stać go na ogromne poświęcenia, bo naród niewolników – któremu przewodzi – długo jeszcze da się zarzynać.

Starcy i ich ambicje – przekleństwo polityki i naszego świata. Pocieszające, że jeden ze starszych panów poszedł dziś w odstawkę. Najmniej istotny, ale od czegoś trzeba zacząć…

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Jeden z bohaterów wpisu…/fot. White House

Zakładnik

David Cameron, były brytyjski premier, od niedawna szef tamtejszego MSZ, podczas wizyty w Stanach Zjednoczonych usiłował przekonać członków Partii Republikańskiej do idei dalszego wspierania Ukrainy.

– Za dziesięć procent budżetu obronnego USA zniszczono połowę potencjału armii rosji – stwierdził, wskazując na efektywność przedsięwzięcia.

By ją podkreślić, doprecyzuję: mowa o jednej dziesiątej ROCZNEGO budżetu Pentagonu, który pozwolił „zmielić” gromadzone LATAMI zasoby rosyjskiej armii. A nawet dekadami, wszak rosja w zakresie sprzętu wojskowego „jedzie” na rencie z czasów Związku Radzieckiego i jego ogromnej armii.

Gwoli uczciwości warto dodać, że to wybiórcze spojrzenie, nieuwzględniające ukraińskich nakładów i, przede wszystkim, ofiar. Tym niemniej – patrząc z perspektywy samych USA, czy szerzej, Zachodu – mamy do czynienia z porażającą efektywnością.

Tylko co z tego? – można by rzec. Republikanie wciąż sprzeciwiają się przyjęciu ustawy, która zapewniłaby finansowanie wsparcia dla Ukrainy w 2024 roku. Mowa o 61 miliardach dolarów, co uwzględniwszy wszystkie zaplanowane wydatki Stanów Zjednoczonych na obronność w przyszłym roku (880 mld dol.), oznacza jedną czternastą budżetu wojskowego. JEDNĄ CZTERNASTĄ…

Ale wcale nie o hajs tu idzie. Ukraina stała się zakładnikiem wewnętrznej polityki USA – blokując pomoc dla Kijowa, republikanie chcą zmusić Joe Bidena do bardziej restrykcyjnej strategii migracyjnej (w tym do dalszej rozbudowy muru na granicy z Meksykiem). Zobaczymy, jak to się skończy, kto okaże się bardziej nieustępliwy – prezydent czy opozycja. Stany Zjednoczone to nie mój kraj, nie wypada mi też sugerować Amerykanom, co jest ważniejsze: migracja czy Ukraina. Patrząc z perspektywy interesu własnego państwa chciałbym, żeby to Biden dopiął swego. Prawdę mówiąc, jestem przekonany, że tak to się skończy.

Ale Ukraina już płaci cenę niepewności. Na froncie armia przeszła do strategicznej obrony, co brzmi nawet ładnie, a w praktyce oznacza na przykład racjonowanie amunicji. I wiele innych niefajnych rzeczy. Na zapleczu zaś, w gabinetach polityków, owa niepewność podkręca wewnętrzne konflikty. Wzajemne szczucie, szukanie winnych to część strategii ratunkowych; nikt nie chce brać na siebie odpowiedzialności za ewentualne załamanie się operacji obronnej i jego skutki.

Cena niepewności to również nasze zmartwienie. Waszak trudno pozbyć się natrętnej myśli, że i Polska mogłaby znaleźć się w sytuacji zakładnika. Może to i mało prawdopodobne (w końcu zobowiązania USA wobec Rzeczpospolitej są na zupełnie innym poziomie niż w odniesieniu do Ukrainy), ale dobre wojskowe planowanie musi zakładać najgorsze scenariusze. Więc załóżmy i się na nie przygotujmy. Nie ma dla Polski odwrotu od zbrojeń. Nie ma miejsca na naiwne pierdolenie „love and peace”. Nie, gdy ma się za sąsiada „tych na bagnach”, jak w Ukrainie mówi się o rosji.

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Armia przeszła do obrony, ale Ukraińcy nie tracą wiary w jej możliwości. Nz. blok w Charkowie/fot. własne

Beneficjent

Jesienią 2015 r. wojska lądowe Sił Zbrojnych RP dysponowały trzema dywizjami (11., 12. i 16.). Osiem lat później dywizji jest sześć, z czego dwie (1. i 8.) na papierze, na początkowym etapie formowania, a jedna (18.) w trakcie budowy. Plany mamy więc ambitne, a dla lepszego zobrazowania ich skali posłużmy się danymi statystyczno-ewidencyjnymi.

W polskich realiach dywizja to około 15 tys. ludzi. Sześć dywizji to niemal 100 tys. żołnierzy, co wraz z innymi jednostkami wojsk lądowych oraz personelem pozostałych rodzajów sił zbrojnych (lotnictwa, marynarki, wojsk specjalnych i obrony terytorialnej) i komponentów specjalistycznych (oddziałów cyber-obrony i żandarmerii wojskowej) daje nam 300-tysięczną armię. O takiej liczbie żołnierzy – jako docelowej na czas pokoju – mówią zresztą politycy ustępującego obozu władzy.

Co to oznacza w wymiarze technicznym? Sześciodywizyjna struktura wiąże się z koniecznością posiadania 1,8 tys. czołgów oraz 3 tys. wozów bojowych i transporterów opancerzonych (w równych proporcjach gąsienicowych i kołowych). Oznacza również, że winniśmy mieć ponad 800 samobieżnych armato-haubic i drugie tyle wieloprowadnicowych wyrzutni rakietowych. Z takim arsenałem – i przy założeniu, że mówimy o sprzęcie wysokiej jakości – rzeczywiście byłaby to najsilniejsza armia lądowa w Europie. Wziąwszy pod uwagę to, czym WP dysponuje obecnie (a co trzyma odpowiednie parametry) oraz już realizowane kontrakty (czyli sprzęt, który trafi do jednostek w ciągu najbliższych pięciu lat), osiągnięcie takiego statusu wymagałoby zakupu dodatkowych ponad tysiąca czołgów i… 2,5 tys. wozów bojowych i transporterów. A do tego 500 wyrzutni i blisko 400 armato-haubic. Słowem, wydatków liczonych w setki miliardów złotych, a przecież wielkie potrzeby mają także inne rodzaje sił zbrojnych. Dość wspomnieć absolutnie niezbędne dla zabezpieczenia interesów morskich RP fregaty „Miecznik”, które realnie będą nas kosztować co najmniej 15 mld zł.

Zostawmy jednak finansową niepewność i skupmy się na kwestii zasobów ludzkich. Trzy dywizje to 45 tys. żołnierzy, co z grubsza odpowiadało liczebności wojsk lądowych w 2015 r. Tyle że w „lądówce” było wówczas jeszcze kilka samodzielnych brygad, z których każda mogła liczyć po 3-4 tys. wojskowych. „Mogła” to słowo-klucz – miażdżąca większość związków taktycznych WP (pułków, brygad, dywizji) funkcjonowała w realiach niepełnych stanów. Poziom ukompletowania liniowych jednostek wahał się w przedziale między 40 a 80 proc., część z nich była z zasady skadrowana (posiadała minimalną obsadę przewidzianą do rozwinięcia w razie mobilizacji). To w takich okolicznościach bogactwo liczby jednostek nie kolidowało ze szczupłością ich obsady. Co ma kluczowe znaczenie, gdy uświadomimy sobie, że dziś sytuacja wygląda tak samo.

Szczegółowe dane o przepływach kadrowych są niejawne, ale wystarczy prześledzić ścieżki karier oficerów średniego i wyższego szczebla 18. Dywizji Zmechanizowanej, by stało się jasne, że w istotnej mierze „posiliła się” ona ludźmi z innych jednostek. Obietnice szybszych awansów, nowe wyzwania czy choćby kalkulacja, że w dywizji będącej oczkiem w głowie władzy służba może być bardziej intratna, zrobiły swoje. Identyczny proces drenażu kadr obserwowaliśmy, gdy ruszał projekt „WOT”. W efekcie nawet w brygadach oddawanych do dyspozycji NATO/UE, posyłanych na międzynarodowe misje, istnieje sporo wakatów. Ba, kreatywna księgowość pozwala na policzenie jednego człowieka razy dwa – gdy na przykład w jednej kompanii jest na etacie strzelca, a do drugiej oddelegowano go na etat kierowcy ciężarówki.

Taki stan rzeczy skutkuje przeciążeniem obowiązkami, spadkiem morale, odejściami ze służby. W ujęciu całościowym pokazuje, jak trudnym wyzwaniem jest powiększanie armii. Presja na rekrutacyjny sukces wybranej jednostki niechybnie oznacza problemy kadrowe gdzie indziej. Obfitość ludzkiego rezerwuaru – kobiet i mężczyzn zdolnych do służby wojskowej – jest bowiem pozorna. Co z tego, że mamy w Polsce kilkanaście milionów potencjalnych żołnierzy, skoro młodzież nie garnie się w kamasze? Proces formowania 18. DZ jest zaawansowany w dwóch trzecich (przewidziano go na lata 2019-2026), a dywizja nie powstaje od zera. Przy współczesnych uwarunkowaniach demograficznych i kulturowych 200 tys. ludzi pod bronią – czyli niewiele więcej niż mamy obecnie uwzględniając WOT – to dla sił zbrojnych szklany sufit. Budowanie dwóch kolejnych dywizji – od podstaw, bez wykorzystania istniejących jednostek – wydaje się więc przedsięwzięciem nie do zrealizowania.

Pytanie, czy rzeczywiście potrzebujemy 300-tysięcznego wojska? W latach 2014-22 armia ukraińska (ZSU) liczyła zwykle ćwierć miliona żołnierzy, z których jedna piąta była stale zaangażowana w konflikt na Donbasie. Gdy nastąpiła pełnoskalowa inwazja, Kijów ogłosił mobilizację. W ciągu kilku tygodni wojsko rozrosło się do pół miliona, dziś – z uwzględnieniem formacji tyłowych – liczy sobie 700 tys. ludzi. Armia takich rozmiarów wystarczyła, by Ukraina ocaliła niepodległość, choć nie obyło się bez poważnych strat terytorialnych.

Jak to się ma do sytuacji Polski? Ano tak, że liczy się nie tyle stan liczebny wojska czasu pokoju, co jego możliwości mobilizacyjne. Zamiast fiksować się na 300-tysięcznej zawodowej armii, państwo polskie powinno położyć nacisk na budowanie rezerw – na krótkotrwałe, powtarzalne i częste ćwiczenia dla licznej populacji dorosłych Polaków. Najlepiej obu płci. Tak, by te 200 tys. zawodowców zostało w razie potrzeby wsparte przez kolejne 500-600 tys. przyzwoicie wyszkolonych rezerwistów. Można by to zrobić, traktując dwie nowopowołane dywizje nie jako jednostki liniowe, ale centra szkoleniowe. Szkieletowe obsady uzupełniałyby wówczas kolejne roczniki rekrutów. Koncept dywizji szkolnych/szkoleniowych nowy nie jest, choć w najświeższej historii wojskowości ich istnieniu zwykle towarzyszyło zaangażowanie danego państwa w otwarty konflikt zbrojny. Polska na wojnie nie jest, ale też środowisko bezpieczeństwa, w jakim funkcjonujemy, nie daje nam luksusu korzystania z dywidendy pokoju.

Otwartym pozostaje pytanie, czy wspomniane szkolenie rezerw da się efektywnie przeprowadzić bez powrotu do obowiązkowej zasadniczej służby wojskowej. Moim zdaniem nie.

Przykład ukraiński mówi nam coś jeszcze.

Co konkretnie? O tym w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu Interia.pl – znajdziecie go pod tym linkiem.

Nz. Wyrzutnia Langusta podczas ćwiczeń Anakonda/fot. Adam Roik, DGRSZ