Spisek?

Nim wrócę do wątku zasygnalizowanego w pierwszej części tekstu – stanu polskiej obrony przeciwlotniczej – chciałbym zwrócić Waszą uwagę na wydarzenia z Kijowa. Dziś w nocy doszło tam do potężnego rosyjskiego ataku powietrznego, w którym wykorzystano m.in. pociski hipersoniczne Kindżał. Ukraińcy raportują zestrzelenie aż sześciu „sztyletów” oraz wielu innych rakiet i dronów. Na razie nie ma informacji o stratach w ludziach, choć w wielu rejonach miasta doszło do pożarów. Kijów się obronił, wykorzystując nowoczesne zachodnie systemy OPL, w tym wyrzutnie Patriot. To one zresztą były nadrzędnym celem rosyjskiego ataku – kolejnego, bowiem moskale polują na Patrioty od momentu ich wejścia do służby operacyjnej. Motywacje wojskowe, wynikłe z wysokiej skuteczności amerykańskiego systemu, zeszły się tu z wymogami czysto propagandowymi – rosjanie koniecznie chcą udowodnić, że ich super-broń jest lepsza od zachodniej. W tym ujęciu utrata sześciu kindżałów byłaby kolejnym policzkiem (przypomnijmy – kilka dni temu Ukraińcom udało się po raz pierwszy zestrzelić taki pocisk właśnie przy użyciu patriotów). Czy w istocie do tego doszło – przekonamy się niebawem. Po pierwszym sukcesie w starciu z „hipersonikiem” Ukraińcy pokazali publicznie szczątki rakiety. Jeśli teraz zrobią to samo, będziemy mieli dowód. Dzisiejsza bitwa toczyła się nad terenem kontrolowanym przez siły zbrojne Ukrainy, w dodatku nad miastem, więc z pozyskaniem wraków nie powinno być większych problemów.

Dla porządku odnotujmy, że rosjanie także raportują sukces, czyli zniszczenie „elementów systemu Patriot”. Być może udało im się trafić którąś ze stacji radiolokacyjnych, te bowiem w trybie bojowym, roboczym, emitują sporo sygnałów. Zwykle jednak lokuje się je z dala od wyrzutni, co mogłoby oznaczać, że dostała „głowa”, ale „ręce” wciąż są sprawne. Ufam, że mimo wszystko tak się nie stało.

Piętra w budowie

A teraz do sedna. Skończyłem poprzednią część artykułu stwierdzeniem, że rodzima OPL jest bezzębna. Do czasu wdrożenia zakupionych kilka lat temu patriotów, średni zasięg (70-100 km), nie jest przez Wojsko Polskie obsługiwany. W kraju są już elementy dwóch baterii Patriot, ale nadal nie pełnią dyżurów bojowych. Na południu Polski rozmieszczono co najmniej dwie baterie patriotów należące do armii USA, które strzegą hubu logistycznego w Rzeszowie. Od lutego br. „wyżej” położonych fragmentów polsko-ukraińskiej granicy pilnują patrioty z Niemiec (można zatem zaryzykować wniosek, że dziś przedrzeć się Ch-55 byłoby trudniej). I to w zasadzie tyle. Do zbudowania samodzielnych zdolności w tym obszarze potrzebujemy jeszcze sześciu baterii Patriot. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z deklaracjami politycznymi, proces pozyskania i wdrażania zakończy się na początku lat 30.

Gorzej wygląda sytuacja z obroną krótkiego zasięgu (do 40 km) – tu wciąż bazujemy na sprzęcie poradzieckim. Co istotne, część systemów przekazaliśmy Ukrainie, obniżając i tak już niskie zdolności. To rodzaj inwestycji długofalowej – Ukraińcy bowiem robią z wyrzutni i rakiet odpowiedni użytek (przydają się one m.in. do zestrzeliwania rosyjskich dronów), korzystny z punktu widzenia naszego interesu narodowego. Lecz musimy mieć świadomość, że na krótką metę wszelkie darowizny oznaczają zmniejszanie potencjału Wojska Polskiego. Dotyczy to nie tylko OPL – w większym stopniu na przykład sił pancernych, które w ciągu roku pozbyły się na rzecz wschodniego sojusznika połowy czołgów. Co do obrony krótkiego zasięgu – wiosną zeszłego roku podpisano umowę z brytyjską firmą MBDA UK na dostawę baterii pocisków kierowanych CAMM i wyrzutni iLauncher. Docelowo w ramach programu „Narew” WP ma pozyskać 23 baterie krótkiego zasięgu. Plan jest ambitny, gdyż zakłada częściową polonizację – wyposażenie baterii w nasze radary i rakiety produkowane na licencji – a to wszystko do końca dekady.

Najlepiej sprawy mają się z „najniższym piętrem” – systemami umożliwiającymi obronę do zasięgu 5 km. Zmagania w Ukrainie udowodniły wysoką skuteczność produkowanych w Mesko ręcznych wyrzutni przeciwlotniczych Grom/Piorun. Wiele takich zestawów posłaliśmy na wschód – mówi się, że połowę zapasów WP. Braki jednak mają być uzupełniono z naddatkiem poprzez zakup w najbliższych latach 3,5 tys. rakiet i 600 mechanizmów startowych. Pioruny użytkowane są w wojsku także w formie mobilnych platform, zintegrowanych z 23-milimetrowymi armatami – taki zestaw nosi nazwę Pilica, pierwsze pojawiły się w linii w 2020 roku. Pioruny, w dowolnej konfiguracji, służą do zestrzeliwania samolotów, śmigłowców i bezzałogowców, ale i z Ch-55 dałyby sobie radę. Konkludując tę część rozważań, o zbudowaniu całego wielowarstwowego systemu OPL będzie można mówić najwcześniej w połowie przyszłej dekady – gdy wszystkie elementy zostaną zintegrowane, także z samolotami F-35, których dostawy zaczną się na przełomie 2025/26 roku i potrwają pięć lat. Zaś na morzu pojawią się fregaty „Miecznik”, będące de facto mobilnymi wyrzutniami i stacjami radarowymi.

Ogromne szkody

Dach jest dziurawy i choć trochę go połatano, cudów nie ma i nie będzie. Oczywiście, moglibyśmy oczekiwać od polityków partii rządzącej bardziej asertywnej postawy wobec sojuszników z NATO. Mówiąc wprost, zabiegów o przysłanie do Polski większej liczby zachodnich systemów OPL, zbudowania „pomostowej zdolności”, jak mówi się w wojsku. Realnie rzecz oceniając, to marzenie ściętej głowy. Ryzyko utraty życia lub zdrowia przez obywateli RP na skutek „rykoszetów” z ukraińsko-rosyjskiego placu boju jest bowiem zbyt niskie. A relokacje i przede wszystkim używanie nowoczesnej broni kosztują dziś ogromne pieniądze. Jakkolwiek brutalnie to zabrzmi – musiałyby nam spadać na głowy ze dwie-trzy rakiety w miesiącu, żeby NATO zyskało odpowiedni pretekst do większego wzmocnienia polskiego „parasola”. Nieco paradoksalnie, historia z Ch-55 może służyć za uzasadnienie dla wstrzemięźliwości – w końcu pocisk wylądował w lesie i nikomu nie zrobił krzywdy.

Fizycznie, bo szkody, jakie wywołał post factum, są ogromne. Tyle że o nie trudno już obwiniać rosjan. Gdy stało się jasne, że pod Bydgoszczą znaleziono wrak rosyjskiej rakiety, opinii publicznej w Polsce (i nie tylko) zafundowano demoralizujący spektakl pt.: „Ja nic nie wiedziałem!”. Nic o tym, że coś do Polski wleciało, dodajmy dla porządku. Nad kwestią (nie)wiedzy premiera i przede wszystkim ministra obrony pochylę się w dalszej części tekstu. Na tym etapie chciałbym skupić się na skutkach wojny między cywilnym kierownictwem a wojskiem. Jak trafnie zauważył Marek Świerczyński, publicysta Polityki Insight, mamy tu do czynienia z najpoważniejszym kryzysem na najwyższych szczeblach zarządzania siłami zbrojnymi od czasu niesławnego „obiadu drawskiego” z 1994 roku (kiedy część generalicji wymówiła posłuszeństwo ówczesnemu ministrowi obrony) – z nieco inaczej rozłożonymi akcentami. Oto bowiem szef MON publicznie zarzucił dowódcy operacyjnemu (trzeciemu generałowi w armii), rażące zaniedbania i kłamstwo. Sprowadzały się one do rzekomego niepoinformowania ministra o incydencie z 16 grudnia oraz zatajenia zdarzenia w oficjalnej dokumentacji. Mariusz Błaszczak wypowiedział te słowa, gdy gen. Tomasz Piotrowski dowodził największymi w tej chwili natowskimi ćwiczeniami „Anakonda 23” – podważył zatem jego kompetencje w niezwykle wrażliwym momencie, gdy oficer WP stał na czele wielonarodowego komponentu sił Sojuszu. Gen. Piotrowski najpierw milczał, a potem wydał własne oświadczenie – literalnie niejednoznaczne, w przesłaniu oczywiste – gdzie zaapelował o „rozsądek i sprawiedliwość”. W sukurs przyszedł mu przełożony, szef sztabu generalnego WP, gen. Rajmund Andrzejczak, który dobitnie stwierdził, że przełożeni (premier, minister, prezydent) zostali przez niego poinformowani o wszystkim, co działo się w polskiej przestrzeni powietrznej wspomnianego dnia. „Wtedy, kiedy miało to (incydent – dop. MO) miejsce”, zaznaczył pierwszy żołnierz Rzeczpospolitej.

W takich okolicznościach posłaliśmy w świat kilka istotnych komunikatów, a wieści dotarły nie tylko do zachodnich sojuszników, ale również do rosjan. Ktoś na górze kłamie, ktoś fałszuje dokumenty, między cywilnym a wojskowym kierownictwem nie ma zaufania, obie strony nie potrafią współpracować i dla zachowania własnej wiarygodności gotowe są „iść na noże” – takie rzeczy dzieją się w Polsce w kluczowych obszarach zarządzania państwem. I pal licho nadwyrężoną (znowu…) wiarygodność u sojuszników, ale taka diagnoza jest dla Moskwy darem niebios. Ujawnia bowiem istnienie atrakcyjnej przestrzeni dla działań zakulisowych, dla rozgrywania napięć między wojskiem a cywilnym kierownictwem. Jeśli minister nie ma zaufania do generała, jak zareaguje, gdy „umyślny” dostarczy mu obciążający wojskowego „kwit” – a choćby i spreparowany? Taki Macierewicz nie miał problemów z czystką w armii, opartą o niewydarzone i niesprawdzane (!) zarzuty wobec najwartościowszych oficerów WP. A mechanizm podkręcania konfliktów może działać w obie strony i wcale nie musi bazować na sfabrykowanych oskarżeniach. W żadnym demokratycznym kraju współpraca cywilno-wojskowa nie układa się idealnie, wiele napięć wynika z samej natury wymuszonego „małżeństwa” dwóch tak różnych światów. I żeby nie pozostać gołosłownym – rosjanie już próbują wykorzystać iskrzenia na linii kadra dowódcza-kierownictwo MON. Na pro-rosyjskich profilach kwitnie teoria spiskowa, „wyjaśniająca” okoliczności incydentu z Ch-55. Zgodnie z nią, wojskowi rzeczywiście nie poinformowali polityków o rakiecie, bo bali się, że „szaleni pisowcy”, „rusofobiczny rząd”, „nieodpowiedzialni polscy przywódcy” w odpowiedzi pchną Polskę ku otwartej wojnie z rosją. Nawet jeśli te bzdury nie przekonają żadnego z polskich VIP-ów, „kupi je” jakaś część zwykłych obywateli. Co tylko nasili kryzys zaufania do instytucji państwa.

Niepokojące przypuszczenia

Po prawdzie i bez ruskich interwencji ów kryzys się nasila. Bo ktoś w sprawie Ch-55 kłamać musi i nie jest to zwyczajny Kowalski. Możliwe, że z prawdą w różnych zakresach mijają się obie strony. Ujawnione w zeszłym tygodniu dokumenty – świadczące na korzyść Błaszczaka – nie są w każdym razie przesądzające. Nie jest bowiem tak, że minister obrony czerpie informacje tylko z jednego źródła, jakim są raporty dowództwa operacyjnego (w tym z 16 grudnia 2022 roku nie ma wzmianki o naruszeniu/przekroczeniu przestrzeni powietrznej RP). No i Mariusz Błaszczak wielokrotnie już udowodnił, że ma skłonność do – delikatnie mówiąc – koloryzowania rzeczywistości. 14 października 2022 roku napisał na Twitterze: „Zbudowaliśmy wielowarstwowy system obrony przeciwlotniczej. Mamy Pioruny, zestawy Pilica, Małą Narew i Patrioty. Dzięki staraniom rządu PiS nasze niebo jest bezpieczne. Nie musimy przystępować do proponowanych przez Niemcy programów zakładających budowę mniej zaawansowanego systemu”. No więc nie zbudowaliśmy, a zaczęliśmy budować – i wciąż jesteśmy bardzo głęboko w lesie, z czego szef MON zdaje sobie sprawę jak mało kto w tym kraju.

Gdy Ch-55 wleciał nad Polskę, nie dało się w oparciu o odczyty ze stacji radiolokacyjnej stwierdzić, czym dokładnie jest. Ale dzięki parametrom lotu – prędkości i wysokości – jasnym było, że nie mamy do czynienia z balonem lub awionetką z jednej strony, samolotem pasażerskim z drugiej (pociski manewrujące są szybsze od pierwszych, latają dużo niżej od drugich). Do takich wniosków doszedł zresztą personel Centrum Operacji Powietrznych, dlatego uruchomiono parę dyżurnych F-16. I choć piloci myśliwców nie dostrzegli gołym okiem pocisku, radar co najmniej jednej z maszyn zarejestrował ostatnią fazę lotu Ch-55. A mówimy o urządzeniu – najogólniej rzecz ujmując – dużo „czulszym” niż naziemne stacje radiolokacyjne. Jeśli wcześniej ktokolwiek miał wątpliwości, czym jest tajemniczy obiekt, po analizie danych z F-16 mieć ich nie powinien. I teraz zwróćmy uwagę, że oskarżenia Mariusza Błaszczaka są wymierzone nie tylko w gen. Piotrowskiego, ale w kilkadziesiąt innych osób, które z racji pełnionych dyżurów wiedziały o zdarzeniu i miały na ten temat co najmniej niepokojące przypuszczenia. Te oskarżenia obejmują też Amerykanów, którzy – jak pamiętamy – wysłali w powietrze własne samoloty. I mamy wierzyć, że nikt panu ministrowi nic nie powiedział? Ignorując nie tylko wewnętrzne, ale i sojusznicze zobowiązania. O najgroźniejszym incydencie, mogącym posłużyć za casus belli, jaki w relacjach NATO-rosja wydarzył się po 1991 roku. Wolne żarty…

Wspominałem już o tym, że sami rosjanie – za pośrednictwem NATO – poinformowali o zaginionej rakiecie. Stało się to tuż po niefortunnym lądowaniu Ch-55. Jeśli rzeczywiście tak było, ministra oszukali również (ukryli przed nim ważne informacje), wojskowi i cywilni przedstawiciele Polski przy NATO. Nazywając rzeczy po imieniu, mielibyśmy wówczas do czynienia ze spiskiem wymierzonym w najwyższe władze RP, realizowanym, w najlepszym razie, przy obojętności USA i, zapewne, pozostałych członków Sojuszu. Jak mawia klasyk, „toć to we łbie się nie mieści”. Jak to, że choć na podstawie danych pozyskanych przez F-16 udało się wyznaczyć prawdopodobny rejon upadku pocisku (jak się w kwietniu okazało, uczyniono to z dużą dokładnością), poszukiwań z prawdziwego zdarzenia nigdy nie przeprowadzono. Dlaczego? Skąd wzięła się potrzeba „zamiecenia sprawy pod dywan” i będące jej skutkiem dzisiejsze „ja o niczym nie wiedziałem!”? O tym przeczytacie już jutro, w kolejnej, ostatniej części tekstu.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. muzealny egzemplarz Ch-55/fot. domena publiczna

Wabik

Morze słów wylano już w temacie rosyjskiej rakiety, która 16 grudnia ub. r. spadła pod Bydgoszczą. Tyle dobrego, że nie muszę niczego streszczać, bo podstawowe fakty są Czytelnikom dobrze znane. Ale obok faktów w przestrzeni publicznej pojawiło się mnóstwo niedomówień, przeinaczeń, nadinterpretacji i zwyczajnych kłamstw. Zaciemniają one obraz niezależnie od tego, czy mają na celu podkręcenie paniki czy przeciwnie – totalne umniejszenie/unieważnienie incydentu. Postaram się z tym zmierzyć, stworzyć w miarę klarowny opis wydarzeń – w oparciu o rozmowy z kilkoma wysokiej rangi wojskowymi oraz własne intuicje i przypuszczenia. Nie narzucam nikomu wniosków, zwłaszcza z drugiej części tekstu. Namawiam jedynie do namysłu, sprawa bowiem jest bardzo poważna.

Jest poważna nie dlatego, że mieliśmy do czynienia z rosyjską prowokacją. Wedle teorii, która ją zakłada, pocisk manewrujący Ch-55 przyleciał pod Bydgoszcz celowo tam wysłany. W opcji „hard” miał trafić w któryś z istotnych obiektów w mieście, w wersji „soft”, już samo jego pojawienie się w naszej przestrzeni powietrznej miało nam (Polsce, NATO) „dać do myślenia”. W obu ujęciach fakt, iż Ch-55 nie posiadał głowicy bojowej – a betonowy wkład – ma być dowodem dobrej woli rosjan. Wpisującym się w logikę rosyjskiej doktryny wojennej, zakładającej deeskalację przez eskalację. „Owszem, idziemy po bandzie, śląc wam rakietę, ale ona była ‘pusta’. Moglibyśmy wysłać ‘pełną’, mamy możliwości. Nie zrobimy tego, a w zamian wycofajcie wsparcie dla Ukrainy” – tak, w skrócie, miałby brzmieć przekaz. Wzmocniony rodzajem użytej broni – pociski Ch-55 pierwotnie przeznaczono do przenoszenia głowic jądrowych.

Pechowe zapętlenie

Brzmi groźnie, prawda? Tymczasem „Bydgoszcz to polska stolica NATO”, podkreślają media. „W mieście znajdują się Wojskowe Zakłady Lotnicze!”, czytamy, zostając z przeświadczeniem o nieprzypadkowym wyborze rosjan. Ale… WZL to żadna fabryka, a warsztat, gdzie obsługuje się przede wszystkim starsze typy maszyn używane przez Siły Powietrzne RP. W kategoriach wojskowych, cel zastępczy, niższej kategorii. Centrum Szkolenia Sił Połączonych Sojuszu istotnie, ma siedzibę w Bydgoszczy. W stolicy województwa kujawsko-pomorskiego (jednej z dwóch obok Torunia) stacjonuje też m.in. Grupa Integracyjna Sił NATO, znajduje się Centrum Eksperckie Policji Wojskowych, działa sojuszniczy Zespół Wsparcia Teleinformatycznego. Zacne „firmy”, lecz mówienie o istotnym elemencie struktur Sojuszu Północnoatlantyckiego jest nieporozumieniem. Najważniejsze natowskie komórki w Polsce znajdują się w Warszawie – są nimi dowództwa Wojska Polskiego oraz Ministerstwo Obrony Narodowej. W ich pobliżu żadnych wraków rakiet nie odnaleziono.

Oczywiście, można napisać „jeszcze nie odnaleziono” lub założyć, że rosjanie celowo wybrali obiekty o mniejszym ciężarze gatunkowym, na tyle jednak ważne, by swój przekaz uprawdopodobnić. Ale czy naprawdę są powody do wiary w intencjonalne działania Moskwy? Przyjrzyjmy się sytuacji Kremla w grudniu 2022 roku (Kremla, bowiem to interesy klasy rządzącej są wyznacznikiem rosyjskiej polityki zagranicznej). Armia federacji uwikłała się w wojnę z Ukrainą, której konwencjonalnymi metodami nie sposób wygrać. Jest to jasne dziś, było jasne i zimą. Zarazem Moskwa nie może sobie pozwolić na przegraną – ryzyko utraty władzy na skutek wewnętrznych ruchawek i degradacji międzynarodowej pozycji rosji jest zbyt duże. Sądząc po działaniach Kremla, putin i jego otoczenie już jesienią ub.r. zorientowali się, że jedynym wyjściem jest dla nich kontynuacja wojny. I nie tyle chodzi o nadzieję, że „a nuż się uda”, a raczej o strategie „odraczania nagrody”. „Walczymy i w końcu zwyciężymy, ale wróg jest silny, więc ta walka musi trwać”, oto sedno rosyjskiego przekazu na użytek wewnętrzny. Coś jak znane z czasów sowieckich budowanie komunistycznego raju, wymagające kolejnych poświęceń. Póki te poświecenia są relatywnie nieduże – rosjanom jakoś się żyje, nad istotną większością męskiej populacji nie wisi widmo poboru – póty da się tak funkcjonować.

Ale – patrząc z perspektywy Kremla – to spacer na linie wymagający ostrożności także w relacjach zewnętrznych. Zastanawialiście się, dlaczego Moskwa tak potulnie znosi przekraczanie przez Zachód kolejnych tabu w zakresie pomocy wojskowej dla Ukrainy? Bo nie ma wyjścia. Konwencjonalnie nie istnieje dla NATO jako przeciwnik, zwłaszcza gdy 90 proc. jej wojsk lądowych tkwi w Ukrainie. Opcja atomowa z kolei to bilet w jedną stronę, gdyż na końcu tej podróży jest niewygrana przez nikogo wojna i zagłada. Warianty pośrednie, w których mieszczą się również wymierzone w NATO prowokacje, niosą mniejsze, ale i tak potencjalnie dotkliwe skutki. Ograniczona, konwencjonalna odpowiedź Sojuszu, skokowe wzmocnienie potencjału armii ukraińskiej, multiplikacja sankcji – to wszystko mogłoby putina i ekipę zrzucić z liny. Będąc w takiej pozycji lepiej nie siać wiatru, by nie zebrać burzy. NATO jest istotnym źródłem rosyjskich kłopotów w Ukrainie. Zniwelowanie możliwości Sojuszu mogłoby te problemy znieść, a więc i pozwolić wygrać wojnę. Ale próba zniwelowania otwiera worek z ogromnymi ryzykami – do tego sprowadza się pechowe i tragiczne dla rosjan (na pewno dla Kremla) zapętlenie. Zatem nie, nie widzę możliwości tak daleko posuniętej prowokacji. Moskwa miała w grudniu ub.r. za dużo zmartwień (a dziś ma jeszcze więcej), by „otwierać kolejny front”.

Beton nie wybucha

Zdaniem jednego z moich rozmówców, 16 grudnia 2022 roku rosjanie wpadli w panikę. Korzystając z kanałów komunikacji z NATO dali znać, że zgubili rakietę – tym sposobem próbując zapobiec ewentualnej reakcji. To od nich wiadomo, że Ch-55 nie był pociskiem bojowym. Jeśli rzeczywiście tak się sprawy miały, łatwiej zrozumieć działania polskich władz po 16 grudnia – czym zajmę się w dalszej części tekstu. Na tym etapie poprzestańmy na stwierdzeniu, że incydent nie był prowokacją a wypadkiem – co wcale nie odbiera mu powagi. Wrak Ch-55 spadł w lesie, nikomu nie zrobił krzywdy, przeleżał tam nieodkryty przez cztery miesiące. Gdy już go znaleziono, eksperci potwierdzili, że zamiast ładunku wybuchowego pocisk miał tzw.: ekwiwalent gabarytowo-masowy głowicy. Nie był więc klasycznym niewybuchem, stwarzającym zagrożenie dla przypadkowego znalazcy. „O co więc ten hałas?”, pytają niektórzy. O to, że historia i tak mogła skończyć się tragicznie. Nim to rozwinę, wyjaśnię, o co chodzi z tak przerobionym pociskiem. Ch-55 to konstrukcja z przełomu lat 70. i 80., licznie produkowana i wciąż zalegająca w magazynach armii rosyjskiej. Jej zmodernizowana wersja (z dodatkową piątką w nazwie) używana jest przez rosjan do ataków w Ukrainie. Mówimy o rakiecie zrzucanej z bombowca, która kontynuuje lot do zaprogramowanego celu, oddalonego maksymalnie o 2,5 tys. km (wedle niektórych źródeł – o 2,8 tys. km). Od jakiegoś czasu starsze egzemplarze Ch-55 – niezwykle zawodne, spadające przed czasem, zatem nienadające się do użycia bojowego – wykorzystuje się do tzw.: ataków saturacyjnych, „rozrzedzających” ukraińską OPL. Nieuzbrojone pociski pełnią rolę wabików – na radarach nie widać, czym są w istocie, więc do ich strącenia broniąca się strona posyła pełnowartościową amunicję. A tej, jak wiemy, Ukraińcy nie mają w nadmiarze. By zapewnić odpowiednie parametry lotu głowica wabika nie może być pusta – stąd ekwiwalent w postaci bryły betonu. I właśnie takie coś przyleciało do nas 16 grudnia.

Tego dnia nad ranem (a właściwie w nocy) rosjanie przeprowadzili kolejny zmasowany atak rakietowy na ukraińską infrastrukturę krytyczną. Nie znamy dokładnych okoliczności, w jakich uciekł im Ch-55. Te pociski nawet w czasach świetności miały problemy z celnością, nie najlepiej radziły sobie z manewrowaniem. Wiek zapewne zwiększył ryzyko, że rakieta w którymś momencie „zwariuje” i poleci gdzie indziej, niż było to planowane. „Nasza” wpadła do Polski z terenu Białorusi, na wysokości Brześcia. Nie ma jasności, czy wystrzelono ją nad rosyjską kolonią zarządzaną przez Aleksandra Łukaszenkę czy znad Morza Kaspijskiego, skąd zwykle oddają salwy bombowce strategiczne rosji. W tym drugim przypadku mówimy o operowaniu Ch-55 w granicach maksymalnego zasięgu (co również może podważyć celowość działań rosjan, w planowaniu ataków z użyciem pocisków manewrujących zwykle bowiem uwzględnia się spory zapas zasięgu). Ch-55 leci z prędkością mniej więcej 700 km/h, co oznacza, że w polskiej przestrzeni powietrznej pocisk znajdował się około 40 min. Sporo, byśmy mogli liczyć na jakieś przypadkowe zdjęcia, filmiki, no i relacje świadków. Pociski manewrujące poruszają się na niskiej wysokości (100-1000 metrów), można więc je dostrzec nieuzbrojonym okiem. W sieci sporo jest teorii spiskowych, w których pojawia się pytanie: „dlaczego nikt nic nie widział?”. Odpowiedź wydaje się prozaiczna – bo było bardzo wcześnie i ciemno. Nikt też nie zarejestrował eksplozji, bo rakieta z ładunkiem z betonu nie wybucha.

Lecz i tak może zrobić krzywdę – co podkreślam, wracając do argumentacji, wedle której był to poważny incydent. Rozpędzony, ponad półtoratonowy obiekt mógł nie spaść w lesie, a uderzyć w dom (budynek użyteczności publicznej; cokolwiek) – sama kinetyka tego zdarzenia mogłaby uśmiercić nawet kilka osób. A teraz rozważmy inny scenariusz, za punkt wyjścia biorąc „skłonność” rosyjskich pocisków do ucieczki (akceptując prawdopodobieństwo takiego obrotu sprawy). Niechby zatem rosjanom zwiał nie wabik, a rakieta z 300-kilogramową głowicą bojową – gdziekolwiek by uderzyła, gdzie byliby ludzie, doszłoby do ogromnej tragedii. Zakładając, że nie nastąpiłaby eksplozja – że wada rakiety objęłaby także zapalnik – mielibyśmy u siebie niewybuch. Pal licho, gdyby został z miejsca namierzony i przejęty przez wojsko – ale co w sytuacji, z jaką realnie mieliśmy do czynienia? Zapomniany, nieodkryty, śmiertelnie niebezpieczny artefakt czekałby na przypadkowe odkrycie. A nuż sprowokowałoby one wybuch… Naprawdę, machanie ręką na zasadzie „przecież nic się nie stało”, to nieodpowiedzialna postawa. Bo stać się mogło, a na szczęście nie zawsze można liczyć.

Bezzębna obrona

Co przywodzi nas do rozważań o tym, czy penetracji polskiej przestrzeni powietrznej przez Ch-55 dało się uniknąć. Za naszą wschodnią granicą toczy się pełnoskalowy konflikt zbrojny o wysokiej intensywności. Jego odsłona lotniczo-rakietowa nie jest tak „gęsta” jak lądowa, tym niemniej amunicji krąży w powietrzu na tyle dużo, że coś, czasem, po prostu musi tu przylecieć. Incydent spod Bydgoszczy podkopał wiarę opinii publicznej w oficjalne doniesienia sygnowane przez władze RP. Dziś nie jest łatwo uwierzyć, że „nawiedziły” nas tylko dwie rakiety – rosyjska Ch-55, a miesiąc wcześniej ukraińska S-300, która spadła w Przewodowie. Czyli mało jak na 15 miesięcy wojny. „O ilu rakietach nie wiemy?”, to pytanie zadaje sobie teraz wielu Polaków. Jest ono zasadne, choć moim zdaniem, uczciwa odpowiedź wcale nie musi być sensacyjna. Nawet gdyby rząd i wojsko chciały takie wydarzenia przed opinią publiczną ukryć, wielkość Polski i jej gęstość zaludnienia znacząco utrudniłyby sprawę. Jakie jest prawdopodobieństwo, że znów nikt by niczego nie zauważył, a pocisk spadł na niezamieszkały rejon? Chyba mniejsze niż odwrotna sytuacja. Dodajmy do tego nieograniczony przepływ informacji i mamy niemal pełną transparentność. Dość zauważyć, że gdy pocisk spod Bydgoszczy został już odkryty, wieść o nim rozniosła się po kraju lotem błyskawicy (nie od razu zdawano sobie sprawę, czym są resztki, ale i to szybko stało się wiedzą publiczną). Bez względu na to, na ile świadomi, żyjemy zatem w realiach ryzyka rażenia rykoszetem – nie jest ono duże, ale jest. Dla porządku należy odnotować, że pełną odpowiedzialność za owo ryzyko ponosi rosja jako agresor miotający rakietami i zmuszający obrońców do miotania własnymi.

Da się to ryzyko zredukować? Technicznie rzecz ujmując – tak. Ch-55 – z uwagi na relatywnie niską prędkość – dla samolotu byłby łatwym celem. Ale najpierw musiałby zostać wizualnie zidentyfikowany. Radar nam „nie powie”, co dokładnie obserwuje, dlatego w stronę namierzonych obiektów wysyła się samoloty dyżurne. Tak też działo się 16 grudnia ub.r., gdy obrona powietrzna dostrzegła nadlatujące „coś”. Nie ma jasności, czy zbiegło się to z informacją od ukraińskiej OPL, która powiadomiła polski odpowiednik o zagrożeniu. Tak czy inaczej, para dyżurna F-16 wzbiła się w powietrze, publiczne są już informacje, że własne samoloty podnieśli również stacjonujący w Polsce Amerykanie. Niestety, ani naszym, ani amerykańskim pilotom nie udało się przechwycić rosyjskiego pocisku – naprowadzanie zawiodło, bo obiekt znikł z radaru (z radaru polskiej OPL dwa razy). Jak to możliwe? Odpowiedź może wiązać się z tym, że rodzimy system obrony przeciwlotniczej funkcjonuje w rygorze pokojowym. Opiera się zatem o stałe stacje radiolokacyjne (będące częścią natowskiego systemu wczesnego ostrzegania). Teoretycznie radary dalekiego zasięgu (tzw. Backbony) „widzą” na odległość niemal 500 km – ale tylko cele znajdujące się na odpowiednim pułapie. Mniejsza o szczegóły – generalna zasada jest taka, że im niżej jakiś cel leci, tym później zostanie przez radar wykryty. Jeśli pocisk manewrujący „szedł” na wysokości 100 metrów, skuteczny zasięg działania Backbona zmniejszył się dziesięciokrotnie. To daje tylko kilka minut na uruchomienie pozostałych elementów systemu OPL. Załogi samolotów dyżurnych nie wzniosą się ot tak – trzeba na to około kwadransa – no i muszą dolecieć na miejsce ewentualnego spotkania z intruzem. Im bardziej precyzyjne wskazania otrzymają, tym szybciej się to stanie. W przypadku pocisków manewrujących sprawa jest tym bardziej skomplikowana, że nie lecą one torem balistycznym. Gdy znikną z ekranu radaru, trudno w oparciu o działania matematyczne wyliczyć, gdzie za chwilę się pojawią. Zamierzona zmiana kursu to raz, dwa – w tym przypadku mówimy o rakiecie uszkodzonej, nie da się wykluczyć, że „wariującej” całkiem nieprzewidywalnie.

Nie było więc na nią sposobu? Byłby. Po pierwsze, musielibyśmy prowadzić stały dozór przestrzeni powietrznej poniżej wysokości 3 tys. metrów. Czyli działać w trybie wojennym i poza Backbonami używać także mobilnych stacji radiolokacyjnych (obecnie wykorzystywanych jedynie częściowo, w ramach dyżurów bojowych i ćwiczeń). Konflikt w Ukrainie jest chyba odpowiednim pretekstem do zmiany trybu i baczniejszego obserwowania tego, co dzieje się na niższych wysokościach, choć uczciwie trzeba przyznać, że Wojsko Polskie nie ma aż tylu mobilnych stacji, żeby myśleć o pełnym pokryciu. Coś się zatem zawsze przebije, pozostanie niezauważone bądź zniknie w nieodpowiednim momencie. Po drugie, wykorzystywanie samolotów do zestrzeliwania pocisków manewrujących jest jakimś sposobem, ale do niwelowania takich zagrożeń służą przede wszystkim systemy antyrakietowe. Te klasy Patriot radzą sobie bardzo przyzwoicie, ale… trzeba je mieć. I tu jest pies pogrzebany, nasza OPL jest bowiem w istotnej mierze bezzębna. O czym więcej w kolejnej części tekstu, już jutro.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Przemkowi Piotrowskiemu, Andrzejowi Kardasiowi i Jakubowi Wojtakajtisowi. A także: Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Jakubowi Dziegińskiemu, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Mateuszowi Jasinie, Remiemu Schleicherowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Bernardowi Afeltowiczowi, Justynie Miodowskiej, Marcinowi Pędziorowi, Michałowi Wielickiemu, Monice Rani i Jarosławowi Grabowskiemu.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatniego tygodnia: Czytelnikowi imieniem Krzysztof oraz Adamowi Wasielewskiemu.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

Nz. Rakieta Ch-55 i bombowiec Tu-95/fot. defence-ua.com

Pogrom

No to jest już pogrom. Pogrom rosyjskiego lotnictwa. Źródła (pro)rosyjskie potwierdzają utratę w ciągu ostatnich kilku godzin dwóch śmigłowców Mi-8, bombowca Su-34, myśliwca Su-35 – wszystko to w jednym incydencie (o którym za chwilę nieco więcej). Ponadto raportują utratę kolejnego Su-34 oraz szturmowca Su-25.

Co ciekawe, pierwsze cztery maszyny zostały zestrzelone… nad rosją, w przygranicznym obwodzie briańskim. Jak? Ano głowią się nad tym kremlowscy analitycy, stawiając dwie hipotezy. Wedle pierwszej, ruskich zmiotły z nieba amerykańskie rakiety powietrze-powietrze AIM-120. Strzela się nimi z samolotów, co oznaczałoby kolejną udaną konfigurację zachodnich systemów z ukraińskimi (poradzieckimi) samolotami. Wedle drugiej hipotezy, Ukraińcy podciągnęli pod granicę wyrzutnie Patriotów.

Tyle tamta strona. Moi ukraińscy znajomi uśmiechają się znacząco, posyłając podziękowania Włochom. Łączę kropki i przypominam, że Rzym na początku roku obiecał Kijowowi francusko-włoski system obrony przeciwlotniczej SAMP/T. Miał on zostać przekazany Ukrainie wiosną tego roku. A wiosnę to mamy już od dłuższego czasu…

No ale jak to z tym strzelaniem do celów znajdujących się nad rosją? – spytacie. Ano tak – rosjanie od jakiegoś czasu używają bomb szybujących – zrzucone w jednym miejscu, potrafią przelecieć jeszcze kilkadziesiąt kilometrów do celu. Jeśli cele znajdują się w stosunkowo bliskiej odległości od granicy, atakujące samoloty nie muszą wlatywać w przestrzeń powietrzną wroga. I z taką sytuacją mieliśmy dziś do czynienia. Su-34 miał bombardować, Su-35 go osłaniał. Zestrzelone śmigłowce nie były zwykłymi transportowymi maszynami – te konkretne Mi-8 służyły do robienia zakłóceń radioelektronicznych, w teorii służących ochronie formacji przed atakami ukraińskiej OPL.

Ponoć „mi-ósemki” spadły jako pierwsze…

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. ilustracyjnym wrak rosyjskiego Suchoja/fot. za Oryx

Pożar

To, co działo się wczoraj wieczorem w rosyjskiej wojennej blogosferze, zasługuje na miano „pożaru w burdelu”. Mój boże, czegoż to ruskie nie napisały… Że czołgi ZSU zjeżdżają z obwodnicy Charkowa i kierują się na Biełgorod, że doszło do intensyfikacji walk wzdłuż całej linii frontu, że to najpewniej początek ukraińskiej kontrofensywy. Gdyby wziąć te sensacje na poważnie, można by odnieść wrażenie, że oto nadchodzi przełomowy moment wojny. Gdyby… Mimo później pory poświęciłem sprawie kilkadziesiąt minut – tyle wystarczyło mi, by zorientować się, że moskale albo niepotrzebnie wpadli w panikę, albo celowo robią zamieszanie. Pozostając na gruncie przywołanej analogii, podpalili burdel, a teraz udają spanikowanych sąsiadów, klientów i pracownice.

Skłaniam się ku opcji drugiej. Wiele można Z-blogerom zarzucić w kwestii ich obiektywności czy rzetelności, ale z pewnością są to osoby dobrze poinformowane. Nie mówimy tu o niezależnej prasie, a o propagandystach pracujących na zlecenie Kremla (mamy tu do czynienia z różnymi koteriami – jednym płaci MON, innym Wagner, jeszcze innym na przykład Gazprom – ale to wszystko dzieje się pod kremlowską „czapką” i nadzorem). No więc ludzie z takim wglądem w bieżącą sytuację na froncie dobrze wiedzieli, że Ukraińcy nie ruszyli. Dlaczego zatem narobili zamieszania?

Moim zdaniem, odpowiedź znajdziemy w Bachmucie, gdzie Ukraińcy rzeczywiście uderzyli na skrzydłach rosyjskiego zgrupowania walczącego o miasto. I odnieśli relatywnie duże sukcesy, zajmując kilka kilometrów kwadratowych terenu. Informacje napływające z Bachmutu są pełne sprzeczności i niejasności, ale wynika z nich z całą pewnością, że oddziały ukraińskie wczoraj wieczorem wzmogły presję. Do tego stopnia, że rosjanie stanęli przed widmem utraty kolejnych fragmentów miasta (i jego okolic), przede wszystkim zaś inicjatywy operacyjnej na tym odcinku frontu. Byłby to blamaż porównywalny z wcześniejszymi klęskami armii rosyjskiej pod Kijowem, w charkowszczyźnie i Chersoniu. Bo choć Bachmut to mała mieścina, rosjanie nadali mu ogromną propagandową rolę, a w dziewięciomiesięcznych zmaganiach stracili – wedle różnych źródeł – od 50 do 100 tys. zabitych i rannych. I teraz miałoby się okazać, że był to wysiłek daremny?

Sądzę, że rosyjska propaganda przygotowuje odbiorców na scenariusz utraty miasta bądź utrzymania status quo, czyli dalszych walk bez gwarancji szybkiego sukcesu. Ta druga opcja jest dla konsumenta rosyjskiego przekazu niemal równie irytująca, jak wycofanie się – dmuchanie balonika „Bachmut-za-chwilę-nasz”, szczególnie w okresie poprzedzającym dzień (pa)biedy, wywindowało oczekiwania na poziom, z którego upadek to gwarancja bolącego tyłka. Te przygotowania polegają na stworzeniu odpowiedniego kontekstu, narracji wielkiego ataku. „Odparliśmy i odeprzemy wszystkie ukraińskie uderzenia, no ale, wicie-rozumicie, Bachmutu (części pozycji w Bachmucie) zachować się nie udało”. Tak przedstawiona porażka – albo dalszy brak sukcesu – boli trochę mniej.

O ile szum wywołany rzekomym zmasowanym ukraińskim atakiem był ściemą, o tyle reakcje na dostarczenie przez Wielką Brytanię rakiet Storm Shadow wywołały u ruskich autentyczny lęk. Mowa bowiem o pociskach manewrujących dalekiego zasięgu (powyżej 300 km), przeznaczonych do rażenia punktów dowodzenia, centrów logistycznych, baz lotniczych oraz elementów krytycznej infrastruktury. Zeszłoroczne pojawienie się himarsów najpierw zdemolowało rosyjską logistykę, a później solidnie ją pokomplikowało, gdyż zmusiło rosjan do odsunięcia składów na odległość 100 km od linii frontu. Teraz obszar rażenia znaczącą się powiększył, co oznacza nie tylko kolejne dotkliwe zniszczenia, ale następny kłopotliwy w konsekwencjach odskok baz logistycznych i centrów dowodzenia. Oczywiście, Storm Shadow nie są wunderwaffe – jak każde pociski manewrujące i je można zestrzelić, ale wymaga to angażu sporych sił i środków, a rosjanie mają coraz mniejszą swobodę w dysponowaniu własną OPL. „Stormy” zrzuca się z samolotów, co może się okazać ukraińskim „wąskim gardłem” – niedostatek samolotów i rosyjska przewaga w powietrzu będą determinować sposób i zakres użycia tej broni. No i Ukraińcy nie mogą liczyć na jakieś wielkie dostawy – mówi się o najwyżej kilkuset rakietach. „Małych” kilkuset, bowiem RAF nie posiada ich więcej niż tysiąc, a to z magazynów sił powietrznych Wielkiej Brytanii pochodzą przekazywane Ukrainie pociski.

Tym niemniej to i tak kilkaset powodów do zmartwień dla dowództwa rosyjskiej armii, które dodatkowo staje przed koniecznością oswojenia się z myślą, że nawet z dala od frontu coś może mu spaść na głowę.

Dziś to tyle – siadam za chwilę do tekstu o incydencie rakietowym i jego skutkach. Sprawa rosyjskiego pocisku, którego wrak znaleziono pod Bydgoszczą, przeradza się w demoralizującą aferę – nie mam mocy, by temu przeciwdziałać, ale postaram się pewne rzeczy wyjaśnić. Zainteresowanych moją opinią i ustaleniami zapraszam do lektury w poniedziałek. Dobrego weekendu!

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Opuszczone rosyjskie pozycje pod Bachmutem/fot. ZSU

„Pelikany”

Zimą 2012 roku trafiłem do dystryktu Moqur w Afganistanie. Rejon nie cieszył się najlepszą opinią – talibowie czuli się tam dużo swobodniej niż wojskowi z rządowej armii afgańskiej czy żołnierze Wojska Polskiego. „Chcesz wyłapać eprega albo wjechać na ajdika? Jedź do Moquru” – mówili nasi misjonarze. Ów żart utrzymany w konwencji turystycznej zachęty był typowym przykładem wojskowego czarnego humoru. Bazując na tej konwencji, tuż przed wyjazdem napisałem do dobrego kolegi: „Zobaczymy, jakie atrakcje zaoferują mi turbaniarze”.

I lipa. Wjeżdżałem do Moquru kilka razy, w konwojach i patrolach – i poza jednym przypadkowym ostrzałem i odnalezieniem przez saperów dwóch założonych przy drodze ładunków wybuchowych, nic nadzwyczajnego się nie wydarzyło. Za to byłem świadkiem osobliwego zdarzenia z udziałem Rosomaka – potężnej maszyny w bojowej wersji. Wjechaliśmy do bazy armii afgańskiej, konwój się zatrzymał, ludzie opuścili pojazdy. Zamierzałem się rozejrzeć, gdy głośne „o kurwa!” zwróciło moją uwagę. Jeden z „rośków” właśnie przewracał się na bok niczym tonąca łódź. Lewa burta zapadała się w błocie przez kilkanaście sekund. Gdy było po wszystkim, transporter zastygł w solidnym przechyle. Zrobiłem zdjęcia z kilku różnych pozycji i jedną z fotografii posłałem wspomnianemu kumplowi. „Moqur nie zawiódł”, napisałem, dodając emotikona puszczającego oczko. „Wyjebało go na minie? Nieźle…”, przeczytałem w odpowiedzi.

Wyjaśniłem kontekst, ale cała historia uświadomiła mi, jak łatwo manipulować nawet oczywistym zdawałoby się obrazem. Nie lubię sformułowania „ciemny lud wszystko kupi”, ale niestety, coś na rzeczy jest. W rosyjsko-ukraińskiej wojnie informacyjnej, Kreml wielokrotnie korzysta z owej ciemnoty. I mniejsza już o ładowanie kłamstw i przeinaczeń do łbów rosjanom – na naszym polskim odcinku skarpetkosceptyczni aktywiści robią dokładnie to samo. Jeden z takich ancymonów zamieścił kilka dni temu na Twitterze zdjęcie wypalonego czołgu z informacją, że to jeden z polskich T-72 (przekazanych Ukrainie), że rosjanie się rozkręcają i że takich wraków będzie więcej. Niewprawne oko nie znalazłoby podstaw do podważenia takiego opisu, wprawne bez trudu dostrzegło, że sfajczona „siedem-dwójka” to wersja B3, używana przez armię rosyjską (z elementami, które wskazywały, że mamy do czynienia z ubiegłoroczną, wojenną już modernizacją). No ale, sądząc po komentarzach, ileś „pelikanów” „łyknęło ściemę”.

W rusnecie – skąd następuje eksport dalej, także do naszej przestrzeni informacyjnej – sporo jest zdjęć zachodniego sprzętu ciężkiego, ilustrujących jego rzekome słabości. Wcześniej widzieliśmy już „zniszczone” na froncie Leopardy czy Abramsy; rosyjska propaganda wykorzystywała w ten sposób archiwalne fotografie wykonane w Syrii, Iraku czy na natowskich poligonach (w tym ostatnim przypadku zdjęcia przedstawiały skutki wypadków, do których doszło podczas ćwiczeń). Miał to być „dowód” skuteczności rosjan w obliczu zachodniej techniki. Ów trik został zarzucony – moskale „nie niszczą” już tanków i BWP-ów z USA czy Niemiec, ale te i tak „kompromitują się” podczas szkoleń i wdrażania do ukraińskiej armii. Przegrywają w starciu z ukraińskim terenem (a więc nie nadają się na wojnę we wschodniej Europie), są też zbyt delikatne jak na nawyki Ukraińców (bądź też, w innej wersji, Ukraińcy są „za głupi”, by je użytkować). I tak możemy sobie zobaczyć utopionego w rzece Mardera czy nurkującego w błocie Bradleya. By nie było wątpliwości, że to sprzęt ZSU, pojazdy mają wymalowane na pancerzach charakterystyczne krzyże. Wymalowane podczas obróbki, rzecz w tym bowiem, że zdjęcie Mardera wykonano w Afganistanie, a Bradleya w Iraku – co łatwo ustalić nawet bez znajomości technikaliów czy charakterystycznych cech przyrody. Wystarczy sięgnąć do wyszukiwarki obrazów. No ale „ciemny lud wszystko kupi”…

Bezczelność i prostactwo rosyjskiego przekazu ma wiele postaci, także „niewizualną”. Dowiódł tego już wielokrotnie dmitrij pieskow, rzecznik Kremla, ostatnio w wywiadzie udzielonym bośniackiej telewizji ATV. Plugawy łgarz rzekł m.in. coś takiego: „My nie prowadzimy wojny. Prowadzenie wojny to zupełnie inna sprawa, to totalne zniszczenie infrastruktury, totalne zniszczenie miast i tak dalej. Nie robimy tego. Próbujemy ratować infrastrukturę, a od prawie dwóch lat próbujemy ratować ludzkie życie”. „Jakbym był pryszczaty na jedno oko, to może bym uwierzył”, skomentował ów wywód jeden z moich Czytelników. Trudno o lepsze podsumowanie. Niestety, mimo oczywistej niedorzeczności – popartej tysiącami materialnych dowodów – i w tym przypadku istnieją stada „pelikanów”. Części z nich już nigdy nie da się przekonać, że funkcjonują w alternatywnej rzeczywistości. Tym, których stać jeszcze na odrobinę racjonalnego myślenia, chciałbym pokazać kilka zdjęć ilustrujących rosyjskie „nie-niszczenie infrastruktury”. To fotografie Darka Prosińskiego, wykonane w Awdijiwce i w drodze do tego miasta, zaledwie kilka dni temu. Tak wygląda ziemia, na której nogę postawił – bądź próbuje postawić – rosyjski żołnierz.

Te zdjęcia są bez retuszu…

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -