Ilustracje

Znamy już tegorocznych laureatów Pulitzera – w kategorii fotografii newsowej główną nagrodę zdobył zespół fotoreporterów „Associated Press”, za zdjęcia dokumentujące wojnę w Ukrainie. Wyróżnione fotografie ukazują pierwsze miesiące rosyjskiej inwazji, wiele zostało wykonanych podczas zagłady Mariupola. Ale są pośród nich także niezwykle przejmujące ilustracje z Buczy – zamieszczam tu link do galerii, sami się przekonajcie. Jeśli ktoś szuka odpowiedzi na pytanie „o co jest ta wojna?”, po przejrzeniu katalogu na wskroś pozna ukraińskie motywacje.

—–

Pozostając przy zdjęciach – załączona fotografia powstała kilka dni temu w Awdijiwce, jednym z donieckich miasteczek-twierdz, o które toczą się najcięższe walki.

– Zobaczyłem kobitkę, która pieli grządki – opowiada Darek Prosiński, autor zdjęcia. – Nie miałem aparatu, tylko telefon, odruchowo po niego sięgnąłem. Sytuacja była surrealistyczna – wokół grzmiały działa, w okolicy spadały pociski, a ta pani jak gdyby nic pielęgnowała przydomowy ogródek. Nie miałem serca jej powiedzieć, że przecież zaraz to wszystko trafi szlag…

To zaskakujący zbieg okoliczności, bo Darek zadzwonił do mnie dwa, może trzy dni po tym, jak usłyszałem podobną opowieść. Mniejsza o kontekst – mój rozmówca zrelacjonował mi historię z czasów Powstania Warszawskiego. O starszym mężczyźnie, który jeszcze we wrześniu 1944 roku, w niezajętej przez Niemców części stolicy, codziennie o tej samej porze wychodził na balon i podlewał kwiaty – zdaje się, że pelargonie; wybaczcie, nie mam pamięci do roślin. No więc tamtego lata ogromne połacie miasta już płonęły, a on mimo wszystko troszczył się o swoje rośliny.

Nawyk, który nie pozwalał zwariować? Owszem, choć zapewne też coś jeszcze. Nie wiem, czy trzeba do tego wojny – pewnie nie – ale to w czasie wojny, gdy wokół otacza nas bezmiar okrucieństwa serwowanego ludziom przez ludzi, łatwiej nam obdarzać rośliny sentymentem. Jakby motywowała nas ujawniana wówczas po całości kruchość materii.

I chyba wiem, o czym piszę – zimą 2015 roku utknąłem na blok-poście ustawionym przez armię ukraińską na drodze z Popasnej. W miasteczku trwały wówczas ciężkie walki, wielu mieszkańców zdecydowało się uciec. Wciąż mam przed oczyma starego moskwicza wyładowanego po dach domowymi sprzętami. Za kółkiem siedział młody mężczyzna, obok równolatka, najpewniej żona, trzymająca na kolanach najwyżej roczne dziecko. Auto ciągnęło przyczepkę, a właściwie klatkę na kółkach, w której podróżowała dorodna świnia. Na dachu klatko-przyczepy zamocowano kolejne toboły, na wolnym fragmencie platformy stała zaś… doniczka z okazałym kwiatem. Właściwie to drzewkiem, które niczym chybotliwy maszt co rusz wystawało ponad obrys zabytkowej fury. „Na chuj im ta witka!?” – nie miałem bladego pojęcia. Prosiak był oczywistym wyborem, ale palma (nie wiem czy palma – tak ją sobie w głowie nazwałem)?

Dziś już łatwiej byłoby mi nie zastanawiać się nad tak (nie)oczywistym wyborem przedmiotów przeznaczonych do ewakuacji.

—–

Wróćmy do Darka, bo to ciekawa postać. Pracowaliśmy razem w Donbasie w 2015 i 2016 roku. Daro robił zdjęcia, wyborne; jedno z nich posłużyło za okładkę „Uwikłanych”, mojej ukraińskiej powieści. Miał chłop oko i potrafił kreować ciekawe wydarzenia.

– Jestem w kiblu – szeptał któregoś razu do telefonu. – Schowałem się przed tym specnazowcem, któremu zrobiłem zdjęcie.

Nie mogłem powstrzymać śmiechu. Był kwiecień 2015 roku, kręciliśmy się (ja i trzech innych dziennikarzy) po dworcu autobusowym w Doniecku. Darek wnet wypatrzył mężczyznę w charakterystycznym mundurze, z flagą rosji na ramieniu. I poszedł za nim z aparatem, niby to robiąc zdjęcia przypadkowym podróżnym (myśmy, podczas tamtego wyjazdu, naprawdę dokumentowali codzienne życie mieszkańców separatystycznej stolicy). Poszedł, przepadł – a kilka minut później zadzwonił z kibla. Musicie wiedzieć, że wiosną 2015 roku rosyjskiej armii ależ skąd! w Donbasie nie było (walczyli wyłącznie miejscowi traktorzyści, górnicy i hutnicy…). A jednak była, a Darek miał to na zdjęciu.

Ale rusek chyba się zorientował, że ktoś go „sfocił z partyzanta”… Prawdę mówiąc, nie wiem, czy specnazowiec byłby w stanie pokonać Darka na pięści; pewnie nie. Niestety, skubaniec miał broń i kilku kolegów.

– Dasz radę zwiać, czy mamy robić zamieszanie? – sytuacja nadal wydawała się zabawna, ale widziałem już potencjalne zagrożenia.

– Dam. Zwijajcie się, a ja do was dołączę – usłyszałem.

I dołączył. Wcześniej zgubił trop, nie stracił aparatu i wyjątkowej w tamtym okresie fotografii.

Dziś Darek regularnie wraca do Ukrainy – już nie jako fotoreporter, a ratownik medyczny. Pracował na froncie, towarzyszy jako „medyczna obstawa” wolontariuszom wożącym na wschód pomoc humanitarną. Ale „genu nie wytrzebisz”, sięga więc Daro po aparat czy telefon, gdy coś mu się przytrafi. Zerknijcie czasem na jego instagramowy profil, bo warto. Tę wojnę należy opowiadać na różne sposoby, wymowne ilustracje to jeden z nich.

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Bieda-parada

Nie dalej jak w piątek rosyjskie media opublikowały reportaż z wizyty ministra obrony w jednostkach Południowego Okręgu Wojskowego. Inspekcji poddano bazy przechowywania i warsztaty naprawcze, pracujące na rzecz sił ekspedycyjnych w Ukrainie. W takich okolicznościach mogliśmy zobaczyć siergieja szojgu, spacerującego wzdłuż rzędów nowoczesnych czołgów T-90 Proryw i zmodernizowanych T-72. Były też równie liczne T-62, co jest znamienne, dotąd bowiem rosyjska propaganda wstydliwie ukrywała fakt sięgania po wiekowe rodzaje broni. Inna sprawa, że „sześćdziesiątki dwójki” z omawianego reportażu były po modyfikacjach, no i zostały odmalowane – wyglądały więc lepiej niż „szrotowe” egzemplarze widziane dotąd na froncie czy zdobyte przez Ukraińców. Możliwe też, że ruskim przesunął się „próg obciachu” – w końcu na wojnę zaczęli wysyłać już maszyny oznaczone jako T-54/55, o dekadę starsze od T-62. Tak czy inaczej, sprzętu było sporo. „(…) setki czołgów i pojazdów przekazanych przez przemysł czeka już na poligonach przed skierowaniem do jednostek frontowych” – komentował mój ulubiony prorosyjski aktywista medialny.

Zostawmy na chwilę szojgu i przygraniczne bazy. Dziś w Moskwie odbyła się parada z okazji dnia zwycięstwa. To najważniejsze wydarzenie w putinowskiej rosji, które od niemal dwóch dekad realizowało istotną funkcję propagandową. Służyło prężeniu muskułów, pokazaniu, jak wielki, jak nowoczesny i jak zróżnicowany jest arsenał armii rosyjskiej. Pompowanie wielkoruskiego balonika trwało do zeszłego roku, w tym obejrzeliśmy żałosny spektakl, przywodzący do wniosku, że Kremlowi z dawnej potęgi została już tylko broń atomowa. W paradzie wziął udział jeden (dosłownie) czołg – muzealny T-34, do tego pojawiło się trochę wozów opancerzonych, kilkanaście samochodów, kilka zestawów OPL i trzy wyrzutnie rakiet międzykontynentalnych Jars. O tych ostatnich – będących częścią sił strategicznych federacji – narrator komentujący paradę mówił wyjątkowo dużo. Jakby chciał przypomnieć światu, że „my, rosja, mamy atomówki”. Co z nowoczesnymi czy choćby nowymi czołgami? Co z artylerią (ta samobieżna zawsze miała silną reprezentację na Placu Czerwonym)? Co z lotnictwem; przelot samolotów i śmigłowców był dotąd najbardziej efektowną częścią defilady. Nie odbył się już w zeszłym roku, wtedy – jak twierdziła rosyjska propaganda – z powodu trudnych warunków atmosferycznych. Dziś tymczasem pogoda nad Moskwą była idealna… I wreszcie – co z jednostkami liniowymi, których żołnierze w minionych latach dumnie kroczyli wzdłuż murów Kremla? Na zakończonej przed kilkoma godzinami paradzie ich miejsce zajęli uczniowie szkół oficerskich oraz rozbudowana nad miarę wojskowa orkiestra.

„Gdzie się podziała druga armia świata?” – pytają media. Oczywiście, najprostsza odpowiedź zakłada, że „wtoraja armija” przepadła w Ukrainie. I nie chodzi tylko o 220 tys. zabitych i rannych; te straty udało się już załatać mobilizacją. Ale jeśli weźmiemy pod uwagę, że front absorbuje 90 proc. rosyjskich wojsk lądowych, nieobecność na paradzie żołnierzy z jednostek bojowych nie powinna dziwić. Fakt, że rosjanie realnie utracili około setki samolotów, czyli mniej niż 10 proc. całości posiadanych sił powietrznych, wcale nie świadczy o dobrej kondycji lotnictwa. Spadło bowiem wiele najwartościowszych maszyn, jeszcze więcej – z uwagi na jakość wykonania – w przyśpieszonym tempie się zużyło. Przede wszystkim jednak wojna obnażyła, jak krótką kołderką dysponują wojska lotnicze federacji, dla których utrata kilkudziesięciu najbardziej doświadczonych pilotów oznacza poważne utrudnienia. Mówiąc wprost, dziś nad Moskwą nie bardzo było komu latać. W tym kontekście warto wspomnieć o wymianie jeńców, do jakiej doszło przed kilkoma dniami. W zamian za trzech oficerów lotnictwa – pojmanych przez Ukraińców na początku wojny – Moskwa oddała Kijowowi 45 żołnierzy ZSU, z których część to znienawidzeni przez moskali azowcy; taką wartość mają dla rosjan doświadczeni dowódcy-piloci. Zasadniczo nic w tym dziwnego, póki nie przypomnimy sobie, że rosja niespecjalnie przejmuje się losem swoich jeńców.

Zakładając, że wizualnie potwierdzone straty to mniej więcej dwie trzecie realnie poniesionych, rosja utraciła dotąd ponad 2,5 tys. czołgów. Przed lutym 2022 roku miała ich w linii nieco ponad 3 tys., mówimy zatem o pancernym pogromie, który mógłby usprawiedliwić dzisiejszą nieobecność kolosów na gąsienicach. Tyle że istotną część tych strat udało się zrekompensować – częściowo produkcją, przede wszystkim zaś wyciąganiem maszyn z głębokich zapasów. Czołgi ze wspomnianego na wstępie reportażu nie wyglądały na atrapy, sam film (i wypuszczone przy okazji zdjęcia) rzeczywiście powstały przed kilkoma dniami. Skoro zatem tanków jest tak dużo, dlaczego zarazem jest ich za mało (za mało, by posłać kilkadziesiąt sztuk do Moskwy)?

Zwolennicy narracji „rosja wam jeszcze pokaże” twierdzą, że dzisiejsza bieda-parada to maskirówka, która ma przekonać wrogów o słabości armii federacji. Ta tymczasem przygotowuje się do zaskakującego uderzenia, które rozniesie ukraiński front. Brzmi to nawet logicznie, ale musiałoby oznaczać, że rosjanie przestali być rosjanami. Że nagle osiągnęli poziom dyskrecji, który pozwala im na działanie z dala od oczu i uszu zachodnich służb i ukraińskiego wywiadu. Sojusznicze agencje do tej pory reagowały z wyprzedzeniem, zawczasu informując o rosyjskich zamiarach. Tak było z samą inwazją, tak było z konkretnymi operacjami już po rozpoczęciu pełnoskalowej agresji. Obecnie żadna ze służb nie podnosi tak dramatycznych alertów.

Wszystko bowiem wskazuje na bardziej prozaiczny powód „słabego machania szabelką”. Moskwa owszem, ma jeszcze czym zrobić krzywdę, ale trzyma te siły „na teatrze” bądź – jak w przypadku wizytowanych przez szojgu jednostek – w pobliżu strefy działań. Czekają one na ukraińskie uderzenie, by możliwie najszybciej próbować mu przeciwdziałać. Czy na te siły składają się „setki Prorywów i zmodernizowanych T-72”? Szczerze wątpię. Przy takim bogactwie udałoby się delegować nieznaczną część wozów do Moskwy, gdzie stawką była „twarz rosyjskiej armii”. Nie delegowano, co może oznaczać, że mamy do czynienia ze zwycięstwem pragmatyzmu (prymatem porządku taktycznego nad propagandowym), co dobrze pokazuje, w jak trudnej sytuacji jest obecnie rosyjska armia. Czas „walenia ściemy” się skończył, nastał czas, w którym wszystkie dostępne zasoby winny iść na realne działania.

Niezależnie od tego, ile tych zasobów zebrali, oby im zabrakło – czego szczerze rosjanom życzę z okazji dnia pabiedy.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Rosyjskie T-90 z jednostki wizytowanej przez ministra szojgu/fot. MO FR

Niepożądany

Jeszcze w nawiązaniu do poprzedniego wpisu.

Dowództwo ukraińskich sił powietrznych nie potwierdza zestrzelenia pocisku hipersonicznego Kindżał, do czego miało dojść 4 maja o 2.40 nad Kijowem. Tym samym zaprzecza doniesieniom uznanych ukraińskich dziennikarzy i ekspertów od wojskowości, co u zewnętrznego obserwatora może wywołać konfuzję. Oczywiście, nawet najlepsi spece, najlepiej poinformowani redaktorzy, mogą się mylić (mylić może się również piszący te słowa), ale i tak trudno oprzeć się wrażeniu, że coś dziwnego wydarzyło się w ukraińskim przekazie z ostatnich godzin. Informacja o zniszczeniu Kindżała – najprawdopodobniej przy użyciu wdrożonego właśnie do obrony stolicy systemu Patriot – nie pojawiłaby się w ukraińskich mediach ot tak. W realiach wojennej cenzury publikację takiego „hitu” z pewnością poprzedziło „zielone światło” z ministerstwa obrony albo innej ważnej instytucji. Wychodzi więc, że ktoś się zreflektował. Z jakichś powodów uznał, że nie czas i miejsce na ujawnianie informacji o incydencie, danych o nowych możliwościach ukraińskiej obrony przeciwlotniczej.

A może chodzi o to, że ów sukces mógłby przynieść niepożądane skutki? Kremlowska propaganda jest obecnie w rozpaczliwej sytuacji – „druga armia świata” nie może zdobyć powiatowego miasteczka, w rosji płoną składy paliw i rafinerie, na polityczno-wojskowej górze toczy się demoralizująca bijatyka lordów wojny (prigożyna, szojgu, gierasimowa). A 9 maja, dzień pabiedy – najważniejsze święto putinowskiej rosji – tuż za progiem. Jak się nie obrócić, dupa zawsze z tyłu, a tu jeszcze Kijów chwali się zestrzeleniem „niezestrzeliwalnej” wunderwaffe. To potencjalnie niebezpieczna sytuacja – analogia ze zbójem przypartym do muru pasuje jak ulał. Bo ów zbój mógłby powiedzieć „nie!”, udowodnić, że jednak dysponuje wunderwaffe, zrobić coś, co da się przedstawić jako sukces.

Nie wiem, ile jednocześnie Kindżałów mogą posłać rosjanie – cztery, sześć, dziesięć? Pewnie nie więcej, bo to kwestia operacyjnej gotowości nośników (samolotów), których za wiele nie mają. Ale dziesięć to i tak sporo, by „przetrenować” obronę przeciwlotniczą ukraińskiej stolicy. Patrioty są świetne, tyle że Ukraińcy nie mają ich za wiele. Mniejsza o liczbę wyrzutni, w pierwszym pakiecie pomocowym znalazło się zaledwie 100 antyrakiet. Oficjalnie, więc możemy założyć, że realnie było ich ze dwa razy więcej. I owszem, sojusznicy dostarczą kolejne, lecz nie dziś czy jutro. I zapewne nie przed tym cholernym 9 maja, który dyszy za plecami rosjan, wymuszając na nich desperackie działania. „Strącacie Kindżały? No to się przekonajmy…”.

Ukraińskie dowództwo widocznie nie chce się przekonywać. Salwa odpierająca atak znacząco uszczupliłaby arsenał, a i tak coś by się przedarło – taka jest „natura” zmasowanych ataków rakietowych.

Idźmy dalej. Choć w doniesieniach ukraińskich mediów wprost sugerowano, że zestrzelenie Kindżała to zasługa Patriotów, wcale tak być nie musiało. Nie dalej jak wczoraj ambasador Ukrainy w Tel-Awiwie Jewhen Korniczuk ujawnił, że Izrael dostarczył i rozmieścił w Kijowie system wczesnego ostrzegania. Jest on obecnie testowany, a pozwala na identyfikację rakiet i pocisków wszelkiego rodzaju oraz przewidzenie, gdzie dokładnie spadną. W oficjalnych doniesieniach nacisk położony jest na korzyści dla ludności – system zawęża zagrożony obszar, oblicza również czas na szukanie schronienia. Nie sposób tego zrobić bez solidnych komputerów balistycznych, których dane można wykorzystać także do aktywnej obrony. Wyliczanie trajektorii to wstęp do zniszczenia nadlatujących rakiet – tak działa słynna izraelska Żelazna Kopuła, której pasywne elementy – jak sądzę – znalazły się właśnie w Kijowie (choć nikt tego tak nie nazywa). Do czego zmierzam? Skoro izraelskie komputery balistyczne wpięto w system stołecznej OPL (a wpiąć musiano, jeśli trwają teksty), zestrzelenie Kindżała niekoniecznie jest zasługą amerykańskiej antyrakiety. Może hipersonika zdjął poczciwy sowiecki S-300, podrasowany możliwościami żydowskiej technologii?

By jeszcze bardziej pokomplikować sprawy – nie ma też jasności, czy na zaprezentowanych przez ukraińskie media zdjęciach widzimy wrak Kindżała czy innego rosyjskiego pocisku, Iskandera. Obie rakiety mają bardzo podobnie wyglądające głowice. Tyle dobrego, że w wymiarze propagandowym niewiele to zmienia. W ocenie rosjan bowiem, Iskander również miał być „niezestrzeliwalny”…

No, to namieszałem Wam trochę tym i poprzednim wpisem – i to w piątek. Wybaczcie, ale czasem tej wojny nie sposób opowiedzieć w klarowny sposób…

PS. (dopisane w sobotę rano): A jednak dowództwo ukraińskich sił powietrznych potwierdza – i zestrzelenie, i Patriota. Moim zdaniem, Ukraińcy uznali, że skoro mleko się rozlało, nie ma co iść w zaparte. Podważać wiarygodności własnej polityki informacyjnej.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. MiG-31 z podwieszonym Kindżałem/fot. domena publiczna

Zwarcie

Pamiętacie wrześniową wizytę putina w Kaliningradzie? Tę, w ramach której samolot cara zmuszony został do lotu wąskim korytarzem między przestrzeniami lotniczymi państw NATO i sojuszników. W jej trakcie putler miał ponapinać muskuły, między innymi pokazać się na lotnisku, gdzie stacjonowały MiG-i-31. Wcześniejsze przybycie tych maszyn do obwodu na kilkanaście dni rozgrzało rosyjskie media. W hurraoptymistycznej narracji podkreślano, że myśliwce przenoszą hipersoniczne pociski Kindżał, i że teraz NATO już na pewno narobi w majtki, mając taką broń u swych bram. Jak wiemy nie narobiło, putin zaś na żadnym lotnisku się nie pojawił. Jak ognia unikał otwartych przestrzeni, stać go było jedynie na zamknięte spotkanie ze szkolną młodzieżą w stolicy prowincji. Załogi nosicieli Kindżałów obeszły się smakiem.

Kindżały i migi co jakiś czas wracały na tapet. Wbrew intencjom kremlinów, paniki u wrogów rosji nie wywoływały, ale używane przeciwko Ukrainie, budowały markę niebezpiecznego systemu broni. Nie tyle nosiciele, co same pociski, które dzięki hipersonicznym prędkościom miały być niezniszczalne. Kto choć trochę siedział w temacie, ten widział, że to bzdura – że Kindżały jak najbardziej da się zestrzelić, zwłaszcza w końcowej fazie lotu, kiedy muszą gwałtownie hamować. Są wówczas wolniejsze od większości głowic klasycznych pocisków balistycznych, w czym tkwi ich ewidentna słabość. Gdy pędzą, rzeczywiście jest trudniej, ale nawet wtedy da się je strącać, choć wymaga to odpowiednio „gęstego ognia”. Wzrasta zatem relacja nakład-zysk – antyrakiety kosztują, w realiach ukraińskich trudno znaleźć uzasadnienie dla posyłania kilku czy nawet kilkunastu pocisków w stronę jednego hipersonika. Te zatem trafiały w zaprogramowane cele – ku frustracji ukraińskich przeciwlotników, dysponujących ograniczonymi zasobami i ograniczonych słabościami poradzieckiej techniki.

Aż na scenie pojawiły się Patrioty. Amerykańskie wyrzutnie od kilku dni bronią nieba nad Kijowem. Wczoraj o godz. 2.40 nad stolicą zaobserwowano pojedynczą eksplozję, dziś wiemy już, że był to moment przechwycenia Kindżała (wystrzelonego z MiG-a latającego nad terytorium Białorusi).

Szczątki pocisku opadły na jeden ze stołecznych stadionów, redakcja portalu Defense Express opublikowała właśnie zdjęcia wraku.

Moim zdaniem, to kontrolowany wyciek, mający dowieść skuteczności kijowskiej OPL oraz samych Patriotów. Informacja istotna także na płaszczyźnie symbolicznej, oto bowiem mamy pierwsze realne zwarcie rosyjskiej i amerykańskiej „supertechniki” (przeciw)lotniczej – zwycięskie dla tej drugiej.

Co zaś się tyczy nosicieli Kindżałów – nie dalej jak tydzień temu na ziemię spadł czwarty na przestrzeni nieco ponad roku MiG-31. Wszystkie wypadki miały miejsce z dala od frontu, bez udziału ukraińskich sił zbrojnych – po prostu, flotę tych kluczowych dla rosjan maszyn trapią usterki i awarie, będące skutkiem zużycia i niskiej kultury technicznej użytkowników. Co ciekawe, jeden z kluczowych elementów konstrukcyjnych silnika MiG-ów produkowany był w Ukrainie – i dziś rosyjskie lotnictwo cierpi na brak nowych zamienników.

A więc MiG-i-31 będą spadać. I Kindżały, ich szczątki, miejmy nadzieję też.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Wysuszanie

Świąteczny dla nas długi weekend na ukraińsko-rosyjskim froncie upłynął pod znakiem wielu wydarzeń. Najgłośniejszym był atak dronów na Kreml, ale to „tylko” efektowny pokaz fajerwerków (choć symbolicznie istotny i o możliwie poważnych konsekwencjach; pisałem o tym wczoraj, więc nie będę wracał do tematu). Z wojskowego punktu widzenia, dużo istotniejsze są uderzenia w rosyjskie składy paliw – kolejne, w weekend rozszerzone także o działania dywersyjne na torach (wysadzenie pociągów-cystern na Białorusi). Widać już konsekwencję w działaniach Ukraińców, zmierzających do sparaliżowania rosyjskiej logistyki.

Mam przy tym nieodparte wrażenie deja vu. Rok temu, mniej więcej o tej samej porze, zaczęła się akcja „grillowania” rosyjskiego zaplecza amunicyjnego. W maju były to jeszcze sporadyczne ataki, ale „…między czerwcem a sierpniem zniszczyliśmy ponad setkę rosyjskich składów amunicyjnych. Szacujemy, że dzięki temu pozbawiliśmy rosjan co najmniej miliona pocisków artyleryjskich” – relacjonował mi tuż przed wrześniową kontrofensywą jeden z wyższych rangą ukraińskich wojskowych. Niszczenie bombo-składów było wiosną i latem minionego roku kluczowym zadaniem ukraińskich sił zbrojnych. To artylerią próbowali wówczas wygrać wojnę rosjanie, artyleryjskim walcem zgnieść Ukraińców i wyrzucić ich na początek z Donbasu. Strzelać, jak się wydawało, mieli czym – rosyjskie rezerwy pocisków artyleryjskich przed lutym 2022 roku szacowano na 15 mln sztuk, a możliwości produkcyjne przemysłu zbrojeniowego oceniano na poziomie 1,5 mln sztuk rocznie (milion nowych pocisków i pół miliona „odzyskanych” z głębokich, sowieckich zapasów).

Zatem kilkunastotygodniowe „himarsowanie” – jak nazwano ukraińskie ataki na rosyjskie magazyny – pozbawiło armię najeźdźców zapasów odpowiadających rocznej produkcji. A i ta – szybko wyszło na jaw – w praktyce okazała się kulawym procesem. Już jesienią ubiegłego roku moskalom zaczęło brakować artyleryjskiej amunicji, zimą ten niedobór okazał się dramatyczny. Jeśli rozważać przyczyny porażki rosyjskiej tzw. ofensywy zimowej, „amunicyjny głód” jest jednym z najistotniejszych czynników. Co istotne, nadal występujących – „druga armia świata” była w stanie nasycić artylerią tylko trzy kilkunastokilometrowe odcinki frontu, a i nawet na tym „najbardziej eksponowanym”, w Bachmucie, raportowano stały niedosyt pocisków.

Niedostateczna podaż amunicji na pierwszej linii ma jeszcze jedną przyczynę – „himarsowanie” zmusiło rosjan do odsunięcia składów amunicyjnych poza zasięg ukraińskich wyrzutni. Logistyka orków opiera się o transport kolejowy (który z braków torów nie wszędzie da się realizować) – kołowy jest u nich niedostatecznie rozwinięty, co w połączeniu z kiepską jakością i siecią dróg w Ukrainie tylko potęguje problem. 100-kilometrowa odległość między jednostkami bojowymi a bombo-składami – choć relatywnie nieduża – urasta do rangi wielkiego wyzwania. Rzecz w tym, by było ono jeszcze większe – by moskalom brakowało nie tylko ciężarówek do wożenia amunicji (prowiantu, picia i całej niezbędnej do normalnego funkcjonowania reszty), ale i paliwa do nich. Paliwa do cystern, które dowożą ropę czołgom i wozom opancerzonym. Ropa bowiem to „krew wojny”, bez niej obumrze nawet najzdrowszy organizm, a armia rosyjska szczególnie zdrowa nie jest.

I właśnie o to chodzi Ukraińcom. Na pierwszy rzut oka wyzwanie wydaje się karkołomne. Przecież w rosji – będącej naftowym potentatem – paliwa NIE MOŻE zabraknąć. Czyżby? Chciałbym zauważyć, że przed wojną federacja uchodziła za potęgę w dziedzinie produkcji zbrojeniowej, co i tak nie uchroniło jej wojska przed „amunicyjnym głodem”. Oczywiście, nawet rozwalenie wszystkich rosyjskich składów (i rafinerii!) w zasięgu ukraińskiej artylerii rakietowej, lotnictwa bezzałogowego i grup dywersyjnych nie „wysuszy” armii putina. Ale z pewnością postawi ją w jeszcze trudniejszej sytuacji.

„To zapowiedź kontrofensywy” – wieszczą specjaliści komentujący ukraińskie ataki. Zgadza się. Lecz nie popadajmy w nadmierny entuzjazm („to już!, to już!”). Podobnie jak w zeszłym roku z odcinaniem orków od amunicji, tak w tym roku z paliwem – mówimy o działaniach rozpisanych na długie tygodnie…

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Pożar rosyjskiej bazy paliw /fot. Telegram gubernatora okupowanego Krymu