Szantaż

26 lutego 2022 roku był trzecim dniem pełnoskalowej inwazji na Ukrainę. Wedle zapowiedzi kremlowskiej propagandy – tożsamych z ocenami wielu zachodnich analityków – ukraiński zorganizowany opór miał właśnie dogorywać. Tymczasem działo się dokładnie na odwrót – obrona tężała, a rosjanie, choć w wielu miejscach posuwali się naprzód, ponosili dotkliwe straty. Także wizerunkowe, oto bowiem z wojennej mgły wyłaniał się coraz bardziej kompromitujący obraz rosyjskiej armii.

putin postanowił reagować – i rozkazał ministerstwu obrony, by przez Moskwę przejechały mobilne wyrzutnie z rakietami przeznaczonymi do przenoszenia głowic jądrowych. Potężne zestawy pojawiły się na stołecznych ulicach popołudniu (rzekomo w ramach przygotowań do defilady z okazji dnia zwycięstwa), o czym niezwłocznie poinformowały i co dokładnie zilustrowały służby prasowe resortu. Kreml przypominał i przestrzegał: „mamy ‘atomówki’, nie należy wątpić w nasze militarne możliwości”. Zarazem – zapewne wbrew intencjom – zaprzeczył oficjalnym deklaracjom, zgodnie z którymi operacja w Ukrainie szła zgodnie z planem. „Nie ma lepszej recenzji skali i charakteru ukraińskiego oporu”, napisałem wówczas na Facebooku, komentując „atomowe” zdjęcia rosyjskiego MON. Dużo bardziej kąśliwie zareagowali nad Sekwaną. „My też mamy broń jądrową…”, komunikat tej treści pojawił się na profilach społecznościowych Quai d’Orsay, francuskiego MSZ.

Następnego dnia zrobiło się nieco poważniej: putin ogłosił, że siły nuklearne rosji wchodzą w stan podwyższonej gotowości bojowej. Sytuacja zaczynała przypominać fabuły zachodnich powieści i filmów o dobrych Amerykanach i złych ruskich, których władca – w obliczu militarnego niepowodzenia – traci maskę zimnokrwistości oraz zdolność do racjonalnej oceny sytuacji. W filmowo-książkowych narracjach najczęściej kończyło się to pałacowym przewrotem, poprzedzonym jednak poważnymi incydentami, z wybuchami „atomówek” włącznie. Jak wiemy, rzeczywistość nie sprostała standardom Hollywood, ale pierwsze poważne lęki, że konflikt rosji z Ukrainą może wymknąć się w stronę nuklearnej eskalacji, zostały zasiane.

Obawiali się nie tylko Ukraińcy – strach dopadł też społeczeństwa zachodniej wspólnoty, która właśnie zaczynała stawać za Ukrainą murem. Bo i owszem, obnażana przed światem kiepska kondycja rosyjskiej armii pozwalała wątpić w wysoką sprawność arsenału jądrowego rosji. Tyle że rozważania, czy 50 proc. rosyjskich głowic nadaje się do użycia, czy „tylko” 10, nie miały większego sensu. W 2022 roku federacja dysponowała 6 tys. ładunków, a już pojedynczy wyrządziłby wielkie szkody, kilka lub kilkanaście eksplozji przyniosłoby poważną katastrofę w skali kontynentu.

Kolejne miesiące rosyjsko-ukraińskiej wojny ugruntowały znaczenie atomowego straszaka, który stał się dla Moskwy polisą ubezpieczeniową. Machanie nią przed oczami światowej opinii publicznej nie było wyrazem siły i pewności siebie – przeciwnie. Zauważmy pewną prawidłowość – nowe szantaże putina i jego ludzi pojawiały się za każdym razem, gdy rosja wpadała na froncie w kłopoty – jej siły konwencjonalne znów „dawały ciała” – bądź gdy Zachód przekraczał następne „czerwone linie”, dostarczając ukraińskiej armii coraz bardziej zaawansowane uzbrojenie. I choć te wrzaski dowodziły bezsilności Kremla, zarazem okazały się całkiem skutecznym narzędziem. Zostawiały bowiem cień niepewności co do determinacji rosjan, technicznie wciąż zdolnych do wyprowadzenia atomowego ciosu nie tylko Ukrainie, ale i członkom NATO. Gdyby nie ta niepewność (istota wspomnianej polisy), współpraca Sojuszu Północnoatlantyckiego z Ukrainą najpewniej wyglądałaby inaczej. W najgorszym dla Moskwy scenariuszu doszłoby do otwartej konfrontacji zbrojnej z Zachodem, która – zważywszy na różnice konwencjonalnych potencjałów – zakończyłaby się klęską rosji. W wersji light brak ryzyka atomowej eskalacji mógłby skłonić zachodnich przywódców do przekazania Kijowowi znacznie większej ilości i szerszego asortymentu broni ciężkiej, lotniczej, rakietowej, co oznaczałoby kolejne problemy armii inwazyjnej, a najpewniej również jej zagładę.

Tego rodzaju kalkulacje czyniono w wielu rządowych gabinetach, a dla bandyckich reżimów stało się jasne, że jedynie własny „atom” zapewnia właściwy poziom bezpieczeństwa. W najbliższych latach należy zatem spodziewać się intensyfikacji programów jądrowych oraz prób nielegalnego pozyskania broni „A” przez różne podmioty państwowe. Poza rosyjskim, pouczający pozostaje przykład Korei Północnej. Choć to obrzydliwie opresyjna dyktatura, strach jej tykać, bo skutki dla regionu – niewielkiego w gruncie rzeczy półwyspu – byłyby dramatyczne. W grudniu 2023 roku spotkałem się z emerytowanym generałem południowokoreańskiej armii. Głównym tematem rozmowy była współpraca przemysłów naszych krajów, ale skorzystałem z okazji i poprosiłem o ocenę możliwości wojsk Kim Dzong Una. „Dla nas jedynym poważnym zmartwieniem są ich głowice nuklearne”, usłyszałem. W takim kontekście łatwiej zrozumieć działania Chin, w 2022 roku posiadających stosunkowo skromny zasób 350 głowic jądrowych. Z danych Pentagonu wynika, że Pekin zamierza podwoić arsenał do 2027 roku, a trzy lata później dysponować już tysiącem pocisków.

Myślenie w kategoriach atomowego zabezpieczenia nieobce jest też Ukraińcom. Ale o tym przeczytacie w książce, nad którą właśnie pracuję. A która, jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, ukaże się pod koniec lutego przyszłego roku. Do lektury „Zabić Ukrainę! Alfabet rosyjskiej agresji” zapraszam już dziś.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Andrzejowi Kardasiowi, Irinie Wolańskiej, Arkowi Drygasowi, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Przemkowi Piotrowskiemu, Michałowi Strzelcowi, Joannie Marciniak i Jakubowi Wojtakajtisowi. A także: Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Michałowi Wielickiemu, Monice Rani, Jakubowi Kojderowi, Jarosławowi Grabowskiemu, Jakubowi Dziegińskiemu, Bożenie Bolechale, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Marcinowi Barszczewskiemu, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Remiemu Schleicherowi, Piotrowi Świrskiemu, Kacprowi Myśliborskiemu, Mateuszowi Jasinie, Mateuszowi Borysewiczowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi i Sławkowi Polakowi.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatnich 10 dni: Ani CC, Michałowi Wacławowi, Michałowi Baszyńskiemu i Maciejowi Krukowi.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

Nz. Screen wpisu rosyjskiego MON z 26 lutego 2022 roku

Odcięcie

Dwóch kolegów rozmawia o polityce:

– Co nowego?

– NATO jest w stanie wojny z rosją.

– I jak to wygląda?

– rosja straciła trzysta pięćdziesiąt tysięcy żołnierzy, kilkanaście tysięcy czołgów i wozów bojowych, kilkaset samolotów i śmigłowców.

– A jak trzyma się NATO?

– NATO jeszcze nie weszło do akcji.

Dowcip dowcipem, ale tak to mniej więcej wygląda. Rosyjska armia utraciła mnóstwo ludzi, najcenniejszego sprzętu i reputację. Szczytowym osiągnięciem rosyjskich generałów jest dziś zachowanie kontroli nad kilkunastoma procentami zajętych wcześniej terenów Ukrainy, a największą zdobyczą mijającego roku pozostaje powiatowy Bachmut, liczący przed wojną 70 tys. mieszkańców.

Kurdyjski przykład

Oczywiście, to nie NATO było przeciwnikiem moskali, a Siły Zbrojne Ukrainy – i to one „zmieliły” całe wojska lądowe federacji w ich stanach i liczebności sprzed inwazji. Sojusz „tylko” podrzucał sprzęt, amunicję i dane wywiadowcze – w tym sensie, pośrednio, uczestniczył w działaniach wojennych. No i pamiętajmy, że z ukraińskiej perspektywy sprawy tak różowo nie wyglądają – jest bowiem 200 tys. zabitych i rannych żołnierzy, jest 70 tys. ofiar wśród cywilów, jest wreszcie zniszczony kraj i zdemolowana gospodarka. Niemniej z punktu widzenia Zachodu – który nie utracił w tej wojnie żadnego żołnierza, a na jej prowadzenie przeznaczył ułamki własnych budżetów – efektywność przedsięwzięcia zmierzającego do osłabienia głównego przeciwnika wydaje się porażająca. Ujmując rzecz prostymi słowami: NATO, rękoma Ukraińców, spuściło rosji solidny łomot.

I teraz, ku zdumieniu (i rozpaczy…) nie tylko Ukrainy, zdaje się tracić zainteresowanie ciągiem dalszym.

Czy rzeczywiście traci? Uważam, że niezależnie od wewnętrznych rozgrywek w Stanach i Europie, początek roku przyniesie rozstrzygnięcia korzystne dla Ukrainy. Będzie dalsze finansowanie, będą kolejne transze wsparcia wojskowego oraz pakiety gospodarcze i pomocowe. Ale rzetelne przewidywania muszą uwzględniać także najgorsze scenariusze – a choćby dlatego, że historia lubi się powtarzać, a reputacja Amerykanów (siły napędowej zachodniego sojuszu), jako chwiejnych protektorów, nie bierze się znikąd. Nie trzeba wcale sięgać głęboko wstecz – dość wspomnieć haniebne potraktowanie Kurdów po zakończeniu „Pustynnej Burzy” w 1991 roku. Najpierw Waszyngton zachęcał ich do rebelii przeciwko siłom Saddama Husajna, a potem – gdy powstanie wybuchło – zostawił bojowników na pastwę irackiego lotnictwa. No więc także w imię intelektualnej uczciwości pójdźmy tym tropem i spróbujmy wyobrazić sobie, czym byłoby odcięcie „zachodniej kroplówki”.

To oczywiście wyrywkowa i mocno uproszczona analiza, na potrzeby krótkiego tekstu; fanów rozbudowanej narracji już dziś zapraszam do lektury mojej „ukraińskiej” książki, która ukaże się pod koniec lutego przyszłego roku.

„Ładowanie po zapleczu”

Wracając do sedna – bez dodatkowej pomocy USA i UE Ukrainie szybko zabraknie rakiet dla systemów obrony powietrznej. Do zestawów poradzieckich amunicji brakuje już teraz (w najlepszym razie jest na wyczerpaniu), a przemysł nie ma zdolności do jej produkcji. Wojenna wynalazczość skutkuje hybrydami – wschodnimi wyrzutniami, które strzelają zachodnimi rakietami – ale ciężar obrony w coraz większym stopniu spoczywa na sprzęcie w pełni zachodnim. Doskonałe systemy Patriot czy IRIS-T czynią Kijów najlepiej chronionym miastem w Europie, systemy lufowe – jak niemiecki Gepard – dziesiątkują rosyjskie drony kamikadze nad Odessą, Dnipro czy Charkowem. Gdyby ich zabrakło/nie miałyby czym strzelać, ukraińskie miasta byłyby bezbronne wobec rakiet, pocisków manewrujących i dronów.

Agresorzy mieliby sposobność, by zniszczyć infrastrukturę energetyczną oraz w większej liczbie dokonywać uderzeń „mrożących” (ataków ściśle terrorystycznych, nastawionych na wywoływanie paniki wśród cywilów). Z czasem – wobec braku pocisków do ręcznych wyrzutni przeciwlotniczych, które w miażdżącej większości również pochodzą z zachodnich dostaw – mogłyby to robić samoloty, używając zwykłych i dużo tańszych bomb. Jak na razie rosyjskie lotnictwo nie zapuszcza się w głąb Ukrainy, ale sparaliżowana obrona przeciwlotnicza zniosłaby ryzyka związane z takimi rajdami.

Tymczasem „płonące” zaplecze z pewnością wpłynęłoby na morale zaangażowanego na froncie wojska. Dziś względne bezpieczeństwo rodzin pozwala żołnierzom nie martwić się ich losem i skupiać na zadaniach. Jeśli tej pewności zabraknie, efektywność wojskowych spadnie. Gdy alianci zaczęli masowe bombardowania III Rzeszy, dowództwo Wehrmachtu stawało na głowie, by cenzurować listy i ograniczać przepustki – wszystko, by walczący na froncie wschodnim żołnierze nie dowiedzieli się, jak łatwo ich bliscy mogą stracić życie. Tak bardzo obawiano się defetyzmu i dezercji.

Ale i bez tego bezkarne „ładowanie po zapleczu” byłoby dla pierwszoliniowych jednostek problemem – rosjanie bombardowaliby fabryki, zakłady naprawcze, centra logistyczne, odcinając wojsko od dostaw. Za cel wzięliby miejsca dyslokacji jednostek odpoczywających i szkolących się. Innymi słowy, znacząco zakłóciliby proces odtwarzania gotowości bojowej armii. A to wszystko tylko dzięki rakietom i samolotom.

Postępująca degrengolada

Na linii styku wojsk również doszłoby do dramatycznych niedoborów. Prawdopodobnie najszybciej „wyszłyby” pociski przeciwpancerne do zachodnich wyrzutni, zaraz potem amunicja artyleryjska. W obu zakresach Ukraińcy mają bardzo ograniczone możliwości produkcji własnej, co oznacza, że w którymś momencie do obrony zostałaby żołnierzom jedynie broń ręczna, granaty, no i drony (w ich produkcji Ukraińcy poczynili znaczące postępy). To dużo za mało, by powstrzymać presję oddziałów pancernych, wspartych „gęstym” ogniem artylerii. Skutkiem byłoby posypanie się frontu. Kiedy?

Odpowiedź znajdziecie w dalszej części tekstu. Opublikowałem go w portalu Interia.pl – oto aktywny link.

Nz. zniszczony rosyjski czołg w okolicach Izjumu/fot. własne

Zużycie

Co jakiś czas wraca temat ukraińskiej mobilizacji – ostatnio wywołał go sam prezydent Zełenski, mówiąc, że armia chciałaby powołać pół miliona ludzi. Oczywiście nie chodzi o powiększenie sił zbrojnych w takim wymiarze, ale o wymianę personelu. Także o powrót do szeregów weteranów – wojny donbaskiej i pełnoskalowej – których swego czasu objęła demobilizacja.

Zwalnianie do cywila już wcześniej wywoływało zdziwienie u osób obserwujących rosyjsko-ukraiński konflikt. „Ależ dobra musi być sytuacja Ukrainy, skoro stać ją na demobilizację doświadczonych żołnierzy”, wyczytałem kilka tygodni temu u jednego z twitterowych artystów-komentatorów wojny. Dziś z kolei – w reakcji na wywiad Zełenskiego – napisał do mnie jeden z Czytelników. „To po co w takim razie ich zwalniano?”, pytał.

Śpieszę wyjaśnić, w czym posłużę się przykładem polskiego kontyngentu wojskowego w Afganistanie. W czasie największego zaangażowania (w latach 2009-11) liczył on maksymalnie 2,5 tys. żołnierzy na jednej zmianie. Letnie rotacje (zaczynające się w kwietniu, kończące w październiku) zawsze stanowiły trudniejsze wyzwanie dla naszych wojskowych, przypadały bowiem na okres zwiększonej aktywności rebeliantów. Jesień i zima to był dla talibów czas odpoczynku, odetchnąć mogli też wtedy Polacy. Ów kalendarz wojny wymagał akceptacji pewnych reguł, najważniejsza z nich brzmiała następująco: na letnie zmiany wysyłamy pod Hindukusz najlepsze jednostki Wojska Polskiego. Co też zwykle miało miejsce.

Zaczynająca się wraz ze świętem Nuwruz talibska ofensywa spotykała się rzecz jasna z kontrakcją, czego efektem były właściwie codzienne kontakty bojowe. Kumulacja następowała między czerwcem a sierpniem – wówczas ginęło kilku polskich żołnierzy, nawet setka odnosiła rany i kontuzje, dwa razy tyle wojskowych zaczynało odczuwać skutki stresu pourazowego. Cześć z nich rotowano do kraju przymusowo, część wyjeżdżała z własnej inicjatywy, jak to zwykło się mówić, „z powodów osobistych/rodzinnych”. W istotnej mierze dotyczyło to komponentu bojowego, zwykle stanowiącego mniej niż połowę całości kontyngentu (reszta to logistyka, dowództwo, medycy, grupa do spraw współpracy cywilno-wojskowej itp. – na skutek ostrzałów baz, ten personel również borykał się z problemami traumy). Najlepszą ilustracją tego procesu był skład patroli bojowych – na początku zmiany w przedziałach desantowych Rosomaków zwykle siedziało 5-6 żołnierzy, w ostatnich tygodniach 3-4, bo „nie było już komu robić”. „Za dużo wodzów, za mało Indian”, kwitowali sprawę zwykli żołnierze. Półroczne zmiany zyskiwały w tym kontekście dodatkowe uzasadnienie – gdyby Polacy jechali do Afganistanu na roczne tury, jak Amerykanie, z pewnością nie byliby w stanie realizować postawionych przed nimi zadań. Amerykanie sobie z tym radzili, bo imponujące zaplecze tej wojny pozwalało żołnierzom na dłuższe przerwy w dużych, bezpiecznych bazach logistycznych.

A zatem asymetryczny konflikt o niskiej intensywności sprawiał, że w ciągu kilkunastu tygodni, mimo relatywnie niedużych start (promil zabitych, kilka procent na różne sposoby poszkodowanych), znacząco spadała wydolność polskiego kontyngentu. Gdy w sierpniu 2013 roku talibowie zaatakowali główną polską bazę w Ghazni – wdarli się do środka, dokonali serii samobójczych zamachów – zostali przygwożdżeni i zniszczeni. Straty Polaków i Amerykanów były symboliczne (dwóch zabitych, 30 rannych), ale efekt psychologiczny dużo poważniejszy. Ledwo ucichły strzały, wnioski o przyśpieszoną rotację złożyło kilkadziesiąt osób, przede wszystkim ze służb tyłowych („bo nie na taką misję się pisali”). Wielu wyjechało, a ci, którzy zostali, już nie byli w stanie stworzyć sprawnie funkcjonującej maszyny. Charyzma dowódcy i fakt, że trzon bojowej części kontyngentu stanowili żołnierze kawalerii powietrznej sprawiły, że jakoś to wszystko dotrwało do końca tury. Technicznie rzecz ujmując, kontyngent nie był rozbity, ale do walki (i przede wszystkim wsparcia walki), nieszczególnie się już nadawał.

Tymczasem w Ukrainie mamy do czynienia z pełnoskalową wojną o wysokiej intensywności. Obie strony używają wobec siebie niemal całego arsenału dostępnych broni, co sprawia, że przebodźcowany żołnierz znacznie szybciej „się zużywa” – fizycznie i psychicznie. Doświadczenia podobnych konfliktów jasno wskazują, że po kilku, najwyżej kilkunastu dniach, nawet najlepiej wyszkolone oddziały – niezależnie od tego, czy poniosły wysokie czy niskie straty – muszą zostać zrotowane. Motywacja, zawsze wyższa u obrońców, ogranicza negatywne skutki „zużycia”, ale tylko do czasu. To dlatego poszczególne bataliony armii ukraińskiej spędzają na linii frontu 2-3 tygodnie – i później, na kilka kolejnych, udają się na tyły na odpoczynek.

Tak zachowuje się żołnierza w przyzwoitej formie, niezbędnej dla efektywnej służby. Ten schemat można powtarzać kilka razy, ale po roku-półtora dochodzimy do sytuacji „strukturalnego wyczerpania”. Krótki odpoczynek już nie wystarcza, żołnierz musi zostać zwolniony, najlepiej raz na zawsze, a przynajmniej na dłuższy czas. Byle z dala od wojny i wojska. Nawet jeśli fizycznie nic mu nie jest. Niezależnie od tego, jak wysokie są jego umiejętności.

Ot, cała tajemnica.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Warunki służby wprost przekładają się na zużycie „materiału ludzkiego”/fot. ZSU

Demografia

Istnieje wiele odpowiedzi na pytanie, dlaczego rosja napadła na Ukrainę. Iwan Krastew, znakomity bułgarski politolog, w lipcu 2022 roku udzielił wywiadu polskiej edycji tygodnika Newsweek. Zapytany o to, czego chce putin, odparł: „(…) on nie jest zainteresowany terytorium, tylko ludnością. Ma obsesję demograficzną. Od jakiegoś czasu powtarza, że gdyby nie rewolucja i II wojna światowa, rosja miałaby dziś 500 mln mieszkańców. (…) Jest przekonany, że dla przetrwania w nowym świecie, rosja potrzebuje mężczyzn i kobiet Ukrainy. Bo dla niego Ukraińcy są rosjanami. Unifikacja historycznej rosji z Ukrainą i Białorusią to jego obsesja numer jeden”. Obsesja nie tylko putina – dodam od siebie – wszak wchłoniecie Ukrainy i wynarodowienie miejscowej ludności to dla wielu rosyjskich decydentów i przedstawicieli elit, także intelektualnych, „ostatnia deska ratunku”. W przeciwnym razie rosji grozi rewolucja kulturowa, związana ze spadkiem liczby etnicznie rosyjskiej i prawosławnej ludności na rzecz muzułmanów z Kaukazu i Azji Centralnej.

Piszę o tym szerzej we właśnie przygotowywanej książce – do lektury której zapraszam Was już dziś (jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, „Zabić Ukrainę! Alfabet rosyjskiej agresji” ukaże się pod koniec lutego).

A skoro o demografii mowa, pozwólcie, że podzielę się kilkoma refleksjami. Zacznę od banału – demografia ma znaczenie dla wojennego wysiłku, co szczególnie dotyczy konfliktów długotrwałych, o wysokiej intensywności, jak ten prowadzony w Ukrainie. Fakt, iż na linii styku wojsk obie strony równoważą ilościowe potencjały, jak dotąd wystarczał Ukrainie do przetrwania. Rzecz w tym, że owo równoważenie na dłuższą metę będzie wyzwaniem nie do udźwignięcia. A to za sprawą rażącej dysproporcji w ludzkich zasobach mobilizacyjnych. W 2022 roku populacja Ukrainy liczyła 41 mln osób, według dostępnych danych, z końcem 2023 roku mieszkało w niej już tylko 29 mln ludzi. Brakujące 12 mln to przede wszystkim uchodźcy i mieszkańcy okupowanych terytoriów. Podstawowa baza rekrutacyjna została więc uszczuplona, a niekorzystna proporcja w odniesieniu do zasobów rosyjskich (143 mln ludzi) jeszcze się pogorszyła – w lutym 2022 roku wynosiła 1:3,5, w 2023 roku 1:5.

Mimo to kompletnie niezasadne pozostają twierdzenia o rzekomej niewyczerpalności rosyjskich rezerw, oparte głównie o wciąż żywą analogię z możliwościami ZSRR. Jeszcze przed wybuchem pełnoskalowej wojny rosjan było dużo mniej niż rosjanek – na każdą setkę kobiet przypadało mniej niż 90 mężczyzn. To wyjątkowo upośledzona proporcja (w Polsce wynosi ona 100:96 i nie odbiega od średniej dla rozwiniętych państw), która w praktyce oznaczała, że w rosji żyło nieco ponad 64 mln mężczyzn. Ilu z nich nadawało się do wcielenia? Według raportu ONZ World Population Prospects, w 2020 roku w federacji było 14,25 mln mężczyzn w wieku poborowym (18-40 lat). Wówczas przewidywano, że w 2025 roku liczba ta spadnie do 11,55 mln, a w 2030 roku do 11,23 mln. Po drodze wydarzyła się pandemia, która zabiła milion moskali (!), potem exodus potencjalnych rekrutów (500 tys.-1 mln mężczyzn), no i koszmarne starty na froncie (co najmniej 350 tys. zabitych i rannych). Z drugiej strony, mieliśmy zabieg administracyjny, polegający na podniesieniu górnej granicy wieku poborowego o pięć lat, co pozwoliło zniwelować ubytki.

Lecz nie zapominajmy o dwóch sprawach – po pierwsze, o niskiej kondycji zdrowotnej rosyjskiego społeczeństwa. Podrzucę Wam garść spośród statystyk, które zebrałem na potrzeby książki. I tak w 2019 roku 15-latek z rosji miał przed sobą krótsze życie niż jego rówieśnicy z 23 najbiedniejszych krajów na świecie. Prognozy z tamtego roku pokazywały też, że średnio jeden na czterech rosyjskich 20-latków umrze przed ukończeniem 60. roku życia. W Szwajcarii ryzyko niedożycia 60 lat, po osiągnięciu 20. roku życia, wyniosło jedynie 4 proc. W wyniku epidemii HIV/AIDS, alkoholizmu i fatalnej kondycji systemu opieki zdrowotnej śmiertelność w rosji była w latach 2005-2015 trzy razy wyższa wśród mężczyzn i dwukrotnie wyższa wśród kobiet niż w innych krajach o podobnym poziomie rozwoju społeczno-gospodarczego. Co roku z powodu nadużywania alkoholu umiera w rosji pół miliona osób. Ćwierć miliona zabrała dotąd epidemia HIV/AIDS. W 2021 roku liczba zakażonych wzrosła do półtora miliona. Od 2019 roku rosja ma drugą najwyższą liczbę przypadków HIV na 100 tys. mieszkańców. Ryzyko zarażenia się wirusem jest w tym kraju 42 razy wyższe niż w całej Unii Europejskiej. Ale rosjan masowo – w skali większej niż w innych rozwiniętych krajach – zabija też chociażby gruźlica (25 tys. zgonów rocznie; w Polsce, przy 38-milionowej populacji, umiera mniej niż 500 osób) oraz choroby wywołane paleniem i przyjmowaniem narkotyków. Te ostatnie w kraju putina są znacznie tańsze niż na Zachodzie. Już w 2021 roku – wtedy głównie na skutek pandemii – oczekiwana długość życia rosyjskich mężczyzn spadła z 68 (w 2019 roku) do 64 lat. Wojna bez wątpienia ów wskaźnik zaniży. Itp., itd.

Po drugie, pamiętajmy o tym że kilkunastomilionowa rzesza potencjalnych żołnierzy, to zbiór w istotnej mierze tożsamy z zasobem osób w wieku produkcyjnym. Rosyjska gospodarka jest nieefektywna, w wielu obszarach przestarzała, wciąż jednak opiera się o przemysł i usługi, które wymagają wykwalifikowanej siły roboczej. Gospodarka Związku Radzieckiego w 1941 roku – mimo wcześniejszej, intensywnej industrializacji – wciąż oparta była o rolnictwo, te zaś zmagało się z problemem ogromnego ukrytego bezrobocia. W realiach nadpodaży rąk do pracy, masowa mobilizacja kołchozowych chłopów nie wpłynęła na efektywność produkcji rolnej i gospodarki jako całości. Tymczasem rosja takich niewykorzystanych zasobów nie ma za wiele, nie może więc w nieskończoność ściągać kolejnych roczników mężczyzn do armii.

Niemniej może to robić dłużej niż Ukraina. Jesienią 2023 roku ukraińskie straty utrzymywały się na poziomie około 20 tys. miesięcznie – zabitych, rannych i z różnych powodów niezdolnych do walki. Rosyjskie w listopadzie 2023 roku dobiły do tysiąca zabitych i rannych dziennie. Nadal więc pozostawały wyższe od ukraińskich, co jest tendencją obserwowaną od początku wojny na pełną skalę. Niestety, taka proporcja, w której na trzech wyeliminowanych z walki rosjan przypada dwóch Ukraińców, pozostaje niekorzystna dla Ukrainy. Gdy zaczęła się inwazja, ukraińskich mężczyzn w wieku 18-60 lat objął zakaz opuszczania kraju. Istniały wyłączenia (na przykład dla ojców trójki dzieci), pojawiło się zjawisko nielegalnych wyjazdów, lecz i tak cztery piąte uchodźców stanowiły kobiety, dzieci i osoby starsze. Rząd w Kijowie nie publikuje danych o strukturze wieku i płci populacji zamieszkującej kontrolowany przezeń teren. Jednak założenie, że w 29-milionowej społeczności występuje nadreprezentacja mężczyzn, wydaje się prawidłowe. Ukraińcy dużo chętniej niż rosjanie rekrutują do wojska kobiety – stanowią one niemal 10 proc. personelu sił zbrojnych i w odróżnieniu od ruSS-armii, służą również w formacjach liniowych. Do czego zmierzam? Ano w mojej ocenie, ukraiński zasób potencjalnych rekrutów (i rekrutek), to 3,5-4 mln osób – bez sięgania po drastyczny środek w postaci mobilizacji dzieci, starców i dużej liczby kobiet. Sporo? Owszem, lecz wciąż dużo mniej od wroga. „Nadzabijaniem” rosjan w proporcji 3:2 tej słabości zniwelować się nie da.

Ponure dla Ukrainy konkluzje płynące z zestawienia potencjałów ludnościowych nie muszą być jednak wiążące. A klucz demograficzny wcale nie jest odpowiedzią na pytanie, kto przedłużającą się wojnę zwycięży. Dziesięciokrotnie mniejszy Wietnam ostatecznie pokonał USA w połowie lat 70., siły zachodniej koalicji – nominalnie mniejsze o połowę – rozniosły w pył wojska Saddama Husajna podczas drugiej „Pustynnej Burzy” w 2003 roku. Maleńki Afganistan upokorzył olbrzymie sowieckie imperium w latach 80., a 70-milionowe Niemcy hitlerowskie w dwa lata zawojowały kawał Europy, zamieszkały przez 150 mln ludzi (znam finał, ale załóżmy, że ta historia kończy się wiosną 1941 roku). Już po tych przykładach widzimy, że istotnych zmiennych jest więcej. Poza „masą demograficzną” liczy się przewaga technologiczna, organizacyjna, determinacja (rozumiana jako wola walki), baza przemysłowa czy wreszcie potężny sojusznik, który wcale nie musi angażować się wprost w działania wojenne, by mieć na nie istotny czy wręcz decydujący wpływ.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Irinie Wolańskiej, Joannie Marciniak, Andrzejowi Kardasiowi, Jakubowi Wojtakajtisowi Arkowi Drygasowi, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Przemkowi Piotrowskiemu i Michałowi Strzelcowi. A także: Kacprowi Myśliborskiemu, Adamowi Cybowiczowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Michałowi Wielickiemu, Monice Rani, Jakubowi Kojderowi, Jarosławowi Grabowskiemu, Jakubowi Dziegińskiemu, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Radosławowi Dębcowi, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Marcinowi Barszczewskiemu, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Mateuszowi Jasinie, Mateuszowi Borysewiczowi, Remiemu Schleicherowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi i Sławkowi Polakowi.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatniego tygodnia: Łukaszowi Podsiadle, Adamowi Jaworskiemu i Arkadiuszowi Wiśniewskiemu.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

Nz. Zdjęcie ilustracyjne, fasada domu w Chersoniu. Wiosna 2023 roku/fot. własne

Młotkowy

Rosyjska propaganda latami wmawiała odbiorcom, że federacja dysponuje „drugą armią świata”. Status ten miał być z jednej strony dziedzictwem potężnej armii radzieckiej, z drugiej, efektem wieloletniej modernizacji, rozpoczętej w pierwszej dekadzie XXI w. Na ów przekaz nabrali się nawet specjaliści – cywilni i mundurowi – w przededniu inwazji spekulując, że rosjanie przeprowadzą atak według zachodnich wzorców nowoczesnej wojny. Że „od ręki”, korzystając z dalekonośnej precyzyjnej amunicji, dokonają potężnego uderzenia w kluczowe elementy ukraińskiego systemu obronnego.

Lecz minęła pierwsza doba inwazji, a rosjanie użyli niewiele ponad stu rakiet. W kolejnych dniach jeszcze mniej, tysiąc po trzech miesiącach działań. Intensywność precyzyjnego ognia dramatycznie niska jak na „drugą armię świata”. By rzucić na kolana kraj wielkości Ukrainy, moskale musieliby strzelać 4-5 razy więcej. Musieć a móc robi różnicę…

Armia rosyjska weszła do wojny bez należytego zapasu precyzyjnej amunicji (nie tylko rakietowej). I bez zdolności bazy przemysłowej, by ów zapas zapewnić. Ale to nie zapóźnienie technologiczne oraz jego skutki zrujnowały wizerunek „drugiej armii świata” – zadecydowały o tym braki w dużo bardziej prozaicznych kompetencjach. Najpierw bowiem „umarła” rosyjska logistyka. Po prawdzie stało się to jeszcze przed inwazją, którą poprzedziło długotrwałe sterczenie w polu wyznaczonych do operacji oddziałów. Pal licho, gdy było ciepło, a reżim gotowości bojowej pozwalał na liczne przepustki. Problem zaczął się późną jesienią 2021 r., gdy spadkowi temperatury towarzyszyło podniesienie poziomu alertu. Wieczorem 24 lutego 2022 r. – po obejrzeniu kilku filmów z udziałem wziętych do niewoli rosjan – napisałem na Facebooku: „(…) to w dużej mierze wystraszeni poborowi. Chłopcy. Z oznakami wyziębienia i dłuższego nadużywania alkoholu. Mści się pozostawienie na długie tygodnie wojska w zimowym stepie”.

Kilka dni wcześniej w mediach wypłynęło zdjęcie zrobione w obwodzie kurskim przy granicy z Ukrainą. Przedstawiało kilkudziesięciu rosyjskich wojskowych w niewielkiej sali dworcowej. Żołnierze leżeli jeden przy drugim, ściśnięci, korzystając z dobrodziejstwa ogrzanego pomieszczenia. Zaraz potem mieli wracać do zimnych namiotów, ale w tamtej chwili większość z nich drzemała. Wyglądali niczym sterta zwłok, w najlepszym razie stos rannych. „Chyba putin rzeczywiście blefuje, chce jedynie Ukrainę przestraszyć”, przyszło mi do głowy, w której nie mieściło się, że z wojskiem w tak fatalnej kondycji można planować agresję. Wtedy nie miałem jeszcze pojęcia, że żołnierzom wydano przeterminowane racje żywnościowe, a wozom przewidzianym do wykonania szybkich i głębokich rajdów nie zapewniono dostatecznej ilości paliwa.

27 lutego 2022 r. sieć była już nabita materiałami kręconymi przez ukraińskich cywilów, obrazującymi skutki załamania się rosyjskiej logistyki. Głodnych żołnierzy szabrujących sklepy i wymuszających jedzenie od przypadkowych osób czy wojskowych kierowców kradnących ropę ze stacji paliw. Najbardziej szokowały obrazki porzuconych czołgów, dział samobieżnych i transporterów opancerzonych. Sprzęt nie był zniszczony, nie nosił śladów uszkodzeń – po prostu, nie było doń paliwa. Gwoli uczciwości warto nadmienić, że niekiedy rosyjscy pancerniacy – chcąc uniknąć udziału w walkach – sami opróżniali baki.

Drugi zawał rosyjskiej logistyki nastąpił latem 2022 r., w efekcie używania przez Ukraińców wyrzutni Himars. Ich zasięg (do 80 km) i precyzja pozwoliły na masowe niszczenie rosyjskich magazynów. Zmusiło to rosjan do porzucenia idei dużych składów, tworzonych tuż na zapleczu stanowisk bojowych. Rosyjska artyleria się zadławiła, żołnierze nie mieli co jeść. Operacja ofensywna ustała, szerzył się defetyzm, który przesądził o wrześniowej klęsce agresorów na charkowszczyźnie. Odsunięcie magazynów na odległość 100 km od frontu przyniosło ulgę, ale i nowe kłopoty. Rosyjska logistyka bazuje na kolei, co wraz z niedostateczną liczbą aut i opartym o siłę ludzkich rąk załadunkiem skutkuje „zjawiskiem zasięgu ciężarówki”. Maksymalnie 100 km od najbliższej linii kolejowej – tyle wynosi odległość pozwalająca na efektywne działania rosyjskich jednostek wojskowych. Im ten dystans się zwiększa, tym bardziej szwankują dostawy. Pod koniec drugiego roku pełnoskalowej wojny szwankują regularnie.

Rosyjskie słabości, dekomponujące mit „drugiej armii świata”, można być wymieniać godzinami. Byleby nie zapomnieć, że rosjanie również uczą się i wyciągają wnioski.

Jakie? Przeczytacie o tym w dalszej części tekstu. Opublikowałem go w portalu Interia.pl – oto link do całości.

Nz. Szef sztabu generalnego armii rosyjskiej gen. gierasimow…/fot. MOFR