Szum

„Lada moment rosjanie pomaszerują na Sumy, a zajęte miasto będzie dla nich przyczółkiem do dalszych działań wymierzonych bezpośrednio w Kijów”, czytam alarmistyczne zapowiedzi. Uśmiecham się pod nosem i w myślach kontynuuję wywód: „gdy wezmą już Kijów, pójdą na Lwów, a stamtąd wprost na Warszawę, by zaraz potem ruszyć na Berlin. Chyba, k…, taczankami…”.

Wybaczcie ów sarkazm, ale śmieszą mnie zabiegi (pro)moskiewskich propagandystów, usiłujących przekonać odbiorców – także tu, w Polsce – że armia neosowiecka „już jest w ogródku, już wita się z gąską”; że lada moment wyprowadzi decydujący cios, który powali wojsko ukraińskie na kolana. Śmieszą i martwią zarazem, bo grono łapiących się na te brednie systematycznie rośnie. Nie zżymam się na to, gdyż wiem, jak działa przestrach, wiem, że w tym konkretnym przypadku karmi się on obiektywnymi przesłankami, które każą sytuację Ukrainy traktować jako poważną. Ale wiem też – znając całkiem nieźle realia wojny – że rosyjska buńczuczność nijak się ma do rzeczywistych możliwości. Sumy w rękach rosjan? Już mi kaktus wyrasta na dłoni…

Mówimy o ćwierćmilionowym mieście – obecnie mniej ludnym, ale przecież powierzchnia zabudowy nie zmieniła się wraz z wojenną emigracją. Szturmowanie takiego kolosa – gdzie wiele elementów infrastruktury nadaje się do tworzenia pozycji obronnych – to zadanie dla dziesiątek tysięcy żołnierzy, wspartych ogromną ilością sprzętu ciężkiego. Tymczasem po drugiej stronie granicy – w rosyjskim obwodzie kurskim – stacjonuje zaledwie kilkanaście tysięcy żołnierzy, głównie lekko zbrojnej piechoty. Koncentracji liczniejszych i lepiej wyposażonych oddziałów nie widać – potwierdzają to zarówno ukraińskie, jak i zachodnie służby wywiadowcze, te ostatnie także w oparciu o dane ze zwiadu satelitarnego. Oczywiście, wojsko zawsze można przerzucić, lecz i to wymaga przygotowań, których „nasi” nie rejestrują (co z ogromnym prawdopodobieństwem oznacza, że takich przygotowań zwyczajnie nie ma).

Idźmy dalej, obwód sumski jest lepiej przygotowany na przyjęcie moskali niż północne obrzeża Charkowa. Mam tu na myśli umocnienia, inżynieryjne przeszkody, pola minowe i inne „niespodzianki”. Ponoć to skutek lepszej jakości administracji wojskowej, tak przynajmniej twierdzą moje ukraińskie źródła. Moim zdaniem, ważniejsza jest chyba bliskość Kijowa, którego ochrona – także wysunięta – jest absolutnym priorytetem sił zbrojnych Ukrainy. W tym kontekście nie bez znaczenia jest fakt, że droga krajowa 07 (Автошлях Н 07) – wiodąca z Sum do stolicy – była już zimą 2022 roku osią natarcia rosyjskich jednostek zmierzających pod Kijów.

Dodajmy do tego fakt, że na wschodnim brzegu Dniepru, między Czernihowem a Czerkasami, stacjonuje kilkanaście dużych jednostek armii ukraińskiej. Część z nich stanowi straż przednią stolicy, ale rejon ten używany jest również do odtwarzania zdolności bojowych wycofanych z frontu brygad (wbrew potocznym wyobrażeniom, w tym celu nie wykorzystuje się wyłącznie zachodniej Ukrainy). Tak czy inaczej, w razie potrzeby – rozumianej jako poważne zagrożenie na kierunku sumskim – dowództwo ZSU miałoby możliwość szybkiego sięgnięcia po odwody i to bez konieczności ściągania oddziałów z pierwszej linii na wschodzie.

Z czego rosjanie doskonale zdają sobie sprawę – czy zatem rzeczywiście zaatakują? Zapewne tak. Podobnie jak w przypadku operacji charkowskiej ograniczonymi siłami, z tymże z nieco inną intencją. O ile w przypadku „Charkowa” atak moskali miał charakter „saturacyjny” – chodziło w nim (w dużej mierze) o zaabsorbowanie uwagi, sił i środków oddziałów ZSU zaangażowanych na nieodległym froncie bądź stanowiących bezpośredni odwód – o tyle w przypadku „Sum” szłoby raczej o efekt propagandowy. Szum związany z tym, że rosjanie „otwierają kolejny front”, znów „stwarzają zagrożenie dla Kijowa” czy „uderzają, by wyjść na tyły broniącej Donbasu armii ukraińskiej”. A każda z takich katastroficznych narracji – podsuwanych przez rosjan, posłusznych im aktywistów medialnych, no i rzesze użytecznych idiotów – ma moc kropli drążącej skałę. Bo jeśli jest tak, jak mówią rosjanie, to Ukraina zaraz upadnie – po co więc ją wspierać?

A kaktus na dłoni jak nie wyrósł, tak nie wyrasta…

—–

Dziękuję za lekturę! A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się na dwa sposoby. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Nz. Tymczasem ruskie pięknie chlastają się same – wczoraj do aresztu trafił iwan popow, jeden z najlepszych liniowych dowódców armii rosyjskiej. Chłop w zeszłym roku publicznie przejechał się po MON i sztabie generalnym, odwołali go ze stanowiska dowódcy 58. Armii, a teraz postawili mu zarzut korupcji. Brał-nie brał; mało który w rosji nie bierze. Grunt, że potencjalnie niebezpieczny pionek definitywnie spadł z szachownicy. Idźcie dalej tą drogą, moskiewscy towarzysze…/fot. MOFR

A gdybyście chcieli nabyć moją najnowszą książkę pt. „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” z autografem, wystarczy kliknąć w ten link.

„Leningrad”

Wysocy rangą przedstawiciele rosyjskich władz uważają, że zajęcie Charkowa byłoby „realistycznym celem wojskowym”, w przeciwieństwie do dalszej ofensywy w głąb Ukrainy – napisał wczoraj niezależny rosyjski portal Meduza.

Anonimowi rozmówcy serwisu to urzędnicy administracji putina, a także inni członkowie rosyjskich „elit politycznych”. Meduza podkreśla przy tym, że konkretne decyzje prawdopodobnie jeszcze nie zapadły. Co ciekawe, po zdobyciu Charkowa inwazja na Ukrainę mogłaby się zakończyć, lecz ten proces byłby realizowany stopniowo – ocenił jeden z rozmówców portalu. Inny zaś stwierdził, że opanowanie Charkowa oznaczałoby zwycięstwo „w sensie symbolicznym”, bo chodzi o miasto z „milionem mieszkańców i liczną społecznością mówiącą po rosyjsku”.

Z kolei Wiorstka – inne opozycyjne medium – zacytowała przedstawiciela kremlowskiej administracji, który stwierdził, że zajęcie Charkowa możliwe jest tylko poprzez jego okrążenie. Bo „z Charkowa nikt nie chce robić drugiego Mariupola”. Kreml chciałby na przykładzie operacji charkowskiej pokazać, że rosjanie „potrafią walczyć w sposób cywilizowany”.

Taaaak…

Nie wiem, jak ocenić tę informację. Czy to klasyczna wrzutka, która ma zmylić przeciwników rosji co do jej intencji, czy rzeczywista niedyskrecja (bo zakładam, że obie redakcje nie wyssały tych doniesień z palca). Wiem za to, że próba realizacji takiego planu byłaby najgłupszym rosyjskim manewrem w historii tego konfliktu.

Charków liczył przed wojną 1,4 mln mieszkańców, dziś żyje tam mniej niż milion osób – reszta wyjechała w bezpieczniejsze rejony Ukrainy bądź uciekła za granicę. Miasto bowiem jest regularnie ostrzeliwane przez rosyjskie rakiety, a przez kilka pierwszych miesięcy „pełnoskalówki” było też celem raszystowskiej artylerii. Wyrzucenie moskali z charkowszczyzny pozwoliło zniwelować to ostatnie zagrożenie, tym niemniej bliskość rosji i tak działa odstraszająco.

Już raz – na początku inwazji – rosjanie próbowali miasto zdobyć. Z marszu, rajdem lekkozbrojnej zmechanizowanej piechoty, która wdarła się do centrum z zadaniem zajęcia budynków regionalnej administracji. Planiści putina liczyli na bierność mieszkańców i miejscowych struktur siłowych – no i srogo się przeliczyli. „Rajdowców” wystrzelano, ich wozy spalono. Spalono też mnóstwo czołgów rosyjskiej 1. Gwardyjskiej Armii Pancernej, która usiłowała przełamać rubieże obronne ustanowione przez Ukraińców pod Charkowem.

Mimo prób, nie udało się metropolii okrążyć.

Okrążyć próbowali rosjanie także znacznie większy od Charkowa Kijów – i ten zamysł im nie wypalił. Ostatecznie uciekli spod stolicy po kilku tygodniach, wcześniej tracąc kilkanaście tysięcy zabitych i co najmniej drugie tyle rannych.

W najnowszej historii wojen toczonych przez regularne armie brakuje przykładu zakończonego powodzeniem szturmu na wielomilionowe czy choćby „tylko” milionowe miasto. W 2003 roku Amerykanie zajęli Bagdad po nielicznych starciach z najbardziej sfanatyzowanymi bojówkarzami. Reżim Husajna właściwie już nie istniał, armia poszła w rozsypkę, obywatele Iraku nie przejawiali woli oporu. W kolejnym roku wojska USA stanęły przed koniecznością pacyfikacji Faludży, Nadżafu i Karbali, ale to znacznie mniejsze miejscowości, no i po drugiej stronie były bojówki, nie regularne wojsko.

W latach 90. Serbowie nie zdołali zająć ćwierćmilionowego Sarajewa. Stolicę Bośni i Hercegowiny otoczyli i przez kilka lat (!) ostrzeliwali – bez wymiernych sukcesów.

Podobnej wielkości Grozny – symbol czeczeńskiego oporu z lat 90. – padło dopiero po tym, jak zostało przez rosjan całkowicie zrujnowane (w 2003 roku ONZ uznała stolicę Czeczenii za najbardziej zniszczone miasto świata).

Co się stało w 2022 roku z 300-tysięcznym Mariupolem wiemy.

Wiemy, że zajęcie 70-tysięcznego przed wojną Bachmutu kosztowało rosjan 50-80 tys. zabitych i rannych oraz że zajęło im osiem miesięcy.

Więc teraz proszę wyobrazić sobie, co mogłoby się stać przy próbie zdobycia dwadzieścia razy większego Charkowa. Nawet jeśli rosjanie chcieliby udowodnić, że „potrafią walczyć w sposób cywilizowany”, najpewniej nic by z tego nie wyszło. Znacząco lepiej od nich wyszkoleni i wyposażeni Amerykanie – stosujący bardziej restrykcyjne zasady walki (w założeniu również bardziej humanitarne) – podczas pacyfikacji irackiej rebelii musieli sięgać po wsparcie ogniowe artylerii i lotnictwa, niektóre kwartały Faludży zmieniając w gruzowiska. A Ukraińcy to nie kiepsko uzbrojeni sadryści. Bo że Ukraina Charkowa bez walki by nie oddała, można uznać za pewnik. Miasto zapewne stałoby się miejscem uporczywej obrony – Bachmutem czy Siewierodonieckiem do potęgi.

Wówczas Charków mógłby okazać się dla rosjan tym, czym dla Niemców był Leningrad (oblegany przez hitlerowców od 1941 do 1944 roku). „Czarną dziurą”, która nie daje zwycięstwa, a wsysa ogromne zasoby. Bitwa o miasto wielkości Charkowa zaabsorbowałaby istotną większość rosyjskich sił inwazyjnych i byłaby głównym wyzwaniem rosyjskiej logistyki. Założenie, że szczelny kordon z czasem zdusiłby wolę oporu wydaje się prawidłowe. Tyle że Charków od dawna przygotowuje się na najgorsze scenariusze, w tym na długotrwałe oblężenie.

Tak naprawdę rosyjski plan mógłby się udać wyłącznie w sytuacji, w której Charków szybko by się poddał. Czy w ogóle nie walczył, przyjmując status miasta otwartego. Na to jednak się nie zanosi.

—–

Dziękuję za lekturę! A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się na dwa sposoby. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

A gdybyście chcieli nabyć moją najnowszą książkę pt. „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” z autografem, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Charkowska Saltówka i zniszczenia wywołane rosyjskim ostrzałem/fot. własne

Zaskoczenie

Rano z Kijowa zaczęły napływać hiobowe wieści. Wydawało się, że doszło do gigantycznej katastrofy, wywołanej kolejnym rosyjskim ostrzałem rakietowym. Przejrzyjcie sobie przedpołudniowe nagłówki portali i internetowych wydań gazet – wybrzmiewa z nich GROZA.

Szczęśliwie nie było tak źle – owszem, doszło do kolejnego bandyckiego napadu, ale zakres zniszczeń i strat w ludziach (kilka osób rannych) okazał się niewielki. Skąd więc panika, którą napędzili sami kijowianie i przebywający w ukraińskiej stolicy przedstawiciele mediów?

Z zaskoczenia. System alarmowy włączył się w ostatniej chwili – tuż przed uderzeniem rakiet. Obrona przeciwlotnicza zaspała?

Nie, rosjanie użyli pocisków hipersonicznych Cyrkon. Nie mam jasności, ile rakiet znalazło się w powietrzu, Ukraińcy raportują zestrzelenie dwóch, ale jedno z udokumentowanych zniszczeń jest na tyle rozległe, że musiało powstać na skutek bezpośredniego uderzenia; nie od spadających odłamków. Wedle rosyjskich źródeł, wystrzelono sześć rakiet, oczywiście wszystkie „dosięgły celu”.

Dosięgły czy nie, nadleciały nad Kijów z kilkukrotną prędkością dźwięku. Dlatego czas na reakcję był tak krótki.

Cyrkony odpalono z okupowanego Krymu. Co do zasady to broń przeciwokrętowa, wystrzeliwana z wyrzutni pokładowych jednostek morskich. Ale można jej też użyć w trybie ziemia-ziemia/ziemia-morze. Wedle rosyjskiej propagandy, Cyrkony to „anałoga w miru niet”. Niesamowicie precyzyjne i nie-ze-strze-li-wal-ne.

Jeśli rosjanie chcieli dziś zniszczyć podmiejską chałupinę, to niemal im się udało – jeden z pocisków zrobił gigantyczny lej tuż obok niepozornych podkijowskich zabudowań. Wątpię, by chciano trafić w taki obiekt, sami rosjanie twierdzą, że zamierzali zniszczyć budynki zajmowane przez Służbę Bezpieczeństwa Ukrainy. No to przynajmniej z jedną rakietą im „nie pykło”; tyle w kwestii niesamowitej precyzyjności.

Co zaś się tyczy drugiego atutu – no jednak Cyrkony są zestrzeliwalne, na co Ukraińcy przedstawiają dowody w postaci wraków (wybuchające pociski defragmentaryzują się znacznie bardziej niż te, które „zdjęto z powietrza” przy użyciu antyrakiet; dlatego udostępnione mediom fotografie wyglądają wiarygodnie). Musimy pamiętać, że „hipersoniki” – choć większość dystansu pokonują z ogromną szybkością – w ostatniej fazie lotu muszą mocno zwalniać; wówczas mają prędkość typową dla „zwykłych” pocisków manewrujących. Dlatego dobry system OPL może sobie z nimi poradzić.

A Ukraińcy mają w Kijowie Patrioty. Znów więc rosyjska wunderwaffe okazała się nie taka „wunder” w konfrontacji z zachodnim systemem uzbrojenia. Co warto podkreślić – nienajmłodszej daty, wszak ukraińskie Patrioty prezentują poziom sprzed kilkunastu lat.

PS. Gdy dotarły pierwsze doniesienia z Kijowa, od wielu z Was dostałem wiadomość w stylu „mszczą się za zamach, skurwysyny”. Nie ulegajmy tej narracji, bo de facto działamy na korzyść neosowieckiej propagandy. Która jako akt zemsty, uzasadnionej, będzie teraz przedstawiać każdy rosyjski atak. Tymczasem to nic nowego – moskale już kilka dni temu zaczęli zmasowane ostrzały. Kontynuują je nie dlatego, że Ukraińcy dali im rzekomo pretekst do zemsty. Strzelaliby i bez „Krokusa”. Strzelają, bo są barbarzyńcami. I terrorystami.

—–

Dziękuję za lekturę! A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się na dwa sposoby. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

A gdybyście chcieli nabyć moją najnowszą książkę pt. „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” z autografem, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Fragment Cyrkona.

Klincz

Mamy dziś siedemsetny dzień „specjalnej operacji wojskowej”. I właśnie zaczął się ostatni miesiąc drugiego roku pełnoskalowej wojny na Wschodzie. Agresorzy właśnie zakończyli rozmieszczanie dodatkowych zestawów rakietowych S-300 – w obwodzie leningradzkim, na północy rosji. Mają one zapewnić obronę przeciwlotniczą skupionym wokół Petersburga obiektom przemysłowym i infrastrukturze krytycznej. W nocy z 21 na 22 stycznia br. ukraińskie drony zaatakowały terminal LNG w Ust-Łudze (110 km od stolicy obwodu). Było to pierwsze uderzenie w tym rejonie, dotąd – z uwagi na odległość od granic Ukrainy – uchodzącym za bezpieczny.

Ukraińskie drony przedarły się do obwodu nad Białorusią. Skróciły drogę, lecz i tak musiały pokonać ponad 900 km. Zyskanie przez Ukraińców możliwości precyzyjnego rażenia na tak dużym dystansie oznacza, że wojna weszła w kolejną fazę, jakże odległą od buńczucznych zapowiedzi kremlowskiej propagandy z 24 lutego 2022 roku. „Trzy dni i Kijów nasz!”, twierdzili wówczas rosjanie. Kijowa jak nie mieli, tak nie mają, za to muszą troszczyć się o arcyważny dla nich Petersburg. I przełykać przy tym kolejną gorzką pigułę, bo to oni sami wydrenowali białoruską OPL, kosztem armii łukaszenki wetując własne straty na froncie.

—–

A i front dostarcza moskalom niemałych trosk. Nie doszło do załamania się ukraińskiej obrony na skutek zużycia armii w operacji zaporoskiej i ustania amerykańskiej pomocy wojskowej. Inicjatywa nadal jest po rosyjskiej stronie, ale atakującym „brakuje pary”. Ewidentnie kuleje logistyka, do tego stopnia, że na wielu odcinkach styku wojsk rosjanie nie mają wystarczającej ilości amunicji, żywności i wody. W takich miejscach tylko relatywna słabość Ukraińców decyduje o statyczności działań.

Kampania powietrzna skupiona jest na celach wojskowych, ale Moskwa nie chwali się sukcesami (a gdyby takie były, z pewnością trąbiłaby o nich głośno). Głośno jest za to o tej części działań wymierzonych w cywilów. Rakiety i drony spadające na ukraińskie miasta od końca grudnia ub.r. zabiły kilkadziesiąt osób, kilkaset raniły. Jakkolwiek wywołuje to w Ukraińcach żałobę, o utracie woli oporu społeczeństwa nie ma mowy.

Na razie nie ma też mowy o wznowieniu amerykańskiej pomocy, lecz i tu moskale nie mogą świętować. Europa bowiem „spięła pośladki” – Ukraina zyskuje kolejne deklaracje pomocy, tylko w grudniu Kijów otrzymał od partnerów wsparcie w wysokości 15 mld euro.

W takich okolicznościach wojna weszła w tryb „na przeczekanie”. Wielu analityków jest zdania, że pozostanie w nim przez cały 2024 rok.

—–

Czy rzeczywiście innej opcji nie ma?

Wszystko, co wiemy o rosyjskiej armii po 24 lutego 2022 roku, skłania do wniosku, że nie jest ona w stanie przeprowadzić rozległej operacji zaczepnej, która miałaby rozstrzygający charakter. Doniesienia o rychło mającej nastąpić, wielkiej rosyjskiej ofensywie, można więc włożyć między bajki. Nie wyklucza to jednak scenariusza lokalnych ataków, kanalizujących uwagę i zasoby Ukraińców, poza tym realizowanych z zamysłem osiągnięcia korzyści propagandowych. Możemy być pewni, że ewentualny upadek broniącej się od dziewięciu lat (!) Awdijiwki, zostanie przez Kreml ograny niczym wiktoria berlińska z 1945 roku.

Zarazem rosjanom nie sprzyja kondycja ich własnej gospodarki. Wbrew twierdzeniom propagandy, sankcje działają – ograniczony dostęp do rozległego wachlarza niezbędnych półproduktów i urządzeń sprawia, że produkcja zbrojeniowa nie rośnie od lata 2023 roku. W efekcie armia rosyjska w coraz większym zakresie strzela podłej jakości amunicją z Korei Północnej. Nowego fabrycznie sprzętu jest w linii jak na lekarstwo, wojsko wciąż korzysta z renty po ZSRR. Pozwala to odtwarzać gotowość bojową w oparciu o wyciągany z magazynów demobil, ale o budowaniu nowej jakości nie ma mowy. Zwiększenie nakładów na obronność – które pozwoliłoby na zbudowanie przynajmniej dużej przewagi ilościowej – również nie wchodzi w grę. Wojsko i aparat bezpieczeństwa już teraz pochłaniają 40 proc. oficjalnego budżetu, wedle nieoficjalnych danych, 6 na 10 rządowych rubli idzie na podtrzymanie wojennego wysiłku.

Trudno nazwać taką sytuację komfortową, co nie zmienia faktu, że Ukraina ma gorzej. W czym Kreml widzi swoją szansę, zakładając, że rosja wytrzyma więcej i dłużej.

—–

W Kijowie nie są ślepi i dobrze wiedzą, kogo premiuje obecny klincz. Ale realnych sposobów na jego przerwanie nie ma. Nie ziści się skrajnie optymistyczny scenariusz – rysowany przez niektórych obserwatorów konfliktu – zgodnie z którym Ukraina ponowi latem, tym razem zwycięską kontrofensywę. Armia ukraińska nie jest i w najbliższych miesiącach nie będzie zdolna – podobnie jak rosyjska – do poważniejszych operacji zaczepnych. I wcale nie chodzi o problemy z mobilizacją i odtwarzaniem stanów osobowych (tu, zakładam, Ukraińcy sobie poradzą, bo to wyłącznie ich wewnętrzny problem). A o co?

Odpowiedź w dalszej części tekstu. Opublikowałem go w portalu Interia.pl – oto aktywny link.

—–

Szanowni, jako się rzekło, książka jest już u Wydawcy. W „Posłowiu” tymczasem zawarłem  następujący fragment: „(…) chciałbym podziękować wszystkim, którzy mają swój wkład w powstanie tej książki. Dziękuję Patronom i 'Kawoszom’, którzy wspierali i wspierają mnie finansowo, za pośrednictwem serwisów Patronite i Buycoffee.to. Dziękuję Społeczności, jaka zgromadziła się wokół mojego blogu i profilu na Facebooku – za uznanie, krytykę i przede wszystkim za rzeczowe dyskusje. (…) Ufam, że było warto”.

Nz. Ofiary wczorajszego ataku rakietowego na Charków. „Rakiety i drony spadające na ukraińskie miasta od końca grudnia ub.r. zabiły kilkadziesiąt osób, kilkaset raniły. Jakkolwiek wywołuje to w Ukraińcach żałobę, o utracie woli oporu społeczeństwa nie ma mowy”/fot. Prokuratura Regionalna w Charkowie

Najbrutalniejsi

Kiedyś, w Doniecku, pewien separatysta przekonywał mnie, że lada moment on i jego koledzy… przekroczą granice Rzeczpospolitej.

– Najpierw musielibyście pokonać ukraińską armię – zauważyłem.

Mundurowy obnażył zęby, a właściwie rząd złotych plomb.

– A co to za problem? – brzmiał niemal radośnie. – Niech nam tylko dadzą rozkaz. Co to jest niecałe osiemset kilometrów? Doba, i jesteśmy w Kijowie.

On naprawdę w to wierzył – w siłę stojącej za nim armii (choć właściwie powinienem napisać „milicji”). Służył w niej, znał możliwości, a mimo to pozostawał optymistą. Ot, przykład mocy propagandy.

Separatyści mieli wtedy relatywnie silne wojsko. Zwłaszcza ci donieccy, którym udało się stworzyć strukturę niemalże państwową (Ługańsk do końca pozostał wyłącznie bandyckim konglomeratem, choć również uzbrojonym po zęby). Ta siła przez lata pozwalała utrzymać na wschodzie status quo – Ukraina, bez zaangażowania całego potencjału swojego wojska, nie odzyskałaby utraconych obwodów. Świadomość, że taka akcja spotkałaby się z ripostą Moskwy, powstrzymywała Kijów przed ofensywą. Nie bez znaczenia byłyby także koszty takiej operacji – mówiąc wprost, Ukrainy nie było stać na taki wysiłek. Dlatego odzyskanie Ługańska i Doniecka (oraz Krymu), choć pozostawało w latach 2014-2022 postulatem politycznym obu prezydenckich administracji (Petra Poroszenki i Wołodymyra Zełenskiego), odkładano na niezdefiniowane „później”.

Wróćmy do „separów” – mimo relatywnej siły, nie była to armia zdolna do wielkoskalowych operacji zaczepnych. Udowodniła to w czasach największego nasilenia działań zbrojnych w latach 2014-15. Jej marsz na południu miał wówczas przebiegać wzdłuż brzegu Morza Azowskiego, później Czarnego, tak, by ostatecznie uczynić Ukrainę krajem bez morskiego okna na świat. Skończyło się na bezskutecznych próbach zajęcia Mariupola, czyli na przedbiegach.

Gdy zaczęła się wojna pełnoskalowa, rosyjskie uderzenie z Donbasu wyprowadzono w oparciu o jednostki „separów”. Choć wzmocnione regularnymi oddziałami armii federacji, również nie zanotowały one wielkich sukcesów. Po wielu miesiącach zmagań dopięto „wyzwolenie” całości obwodu ługańskiego, ale doniecki w połowie pozostał ukraiński. Z grubsza sytuacja wygląda w taki sposób po dziś dzień.

—–

Przytoczyłem tę historię z „separem” i poprowadziłem następujące po niej rozważania z trzech powodów. Po pierwsze w związku z wysypem czarnowidztw, jaki obserwujemy w polskiej/zachodniej sferze medialnej. Przepowiedni, z których wynika, że właściwie jest już po Ukrainie. W ostatnim czasie odnosiłem się do takich scenariuszy kilkukrotnie, dziś chciałbym więc jedynie podkreślić leżący u ich podstaw błąd logiczny. Tak jak wspomniany złotozębny bojownik, tak autorzy i kolporterzy narracji „już-po-ptakach” zdają się nie dostrzegać istnienia armii ukraińskiej. A obecnie jest ona prawie trzy razy większa niż w 2015 roku, dużo bardziej doświadczona, w wielu obszarach znacznie lepiej wyposażona i uzbrojona. Jest też mentalnie – za sprawą sięgnięcia po głębokie rezerwy – bardziej sowiecka niż w 2022 roku. To słabość (na poziomie praktycznym oznaczająca na przykład skłonność do „mięsnych szturmów”), ale będąca również udziałem armii rosyjskiej – i to w większym stopniu. Tak czy inaczej, nawet w sytuacji – moim zdaniem nierealistycznej – odcięcia od zachodniej „kroplówki”, wojsko to jeszcze przez wiele miesięcy zachowa zdolności do stawiania oporu przeważającym siłom wroga. A rosja w Ukrainie nie ma przeważających sił, nie będzie zatem żadnego „szybkiego marszu na Kijów” (Odesę czy Lwów). To rojenia i nie sprawiajmy, by były czymś więcej niż domeną (pro)rosyjskiej propagandy.

Drugi powód wiąże się z rozmową, jaką odbyłem kilka dni temu z moim najlepszym ukraińskim źródłem. Ów wysoki rangą wojskowy przyznał, że dowództwo ZSU straty w oddziałach dawnej DRL i ŁRL, poniesione po 24 lutego ub.r., szacuje na 100 tys. zabitych i rannych. A więc armii, którymi tak chełpił się rzeczony „separ”, właściwie już nie ma. Dawne jednostki separatystów nadal biorą udział w walkach, lecz odtwarzane są głównie poprzez sięganie po rekrutów z zajętych w 2022 roku ziem oraz rodowitych rosjan.

Ostatni powód wynika z mojej reakcji na wspomniane szacunki.

– Straszne – odparłem, mając z tyłu głowy świadomość, że mówimy o dawnych (a w sensie prawnym wciąż aktualnych) obywatelach Ukrainy.

– Nie, donieccy i ługańscy to nasz najgorszy przeciwnik – usłyszałem. – Najbrutalniejszy i najbardziej zdeterminowany. Nie ma czego żałować.

Westchnąłem, zdając sobie sprawę, jak gigantycznym wyzwaniem będzie dla Ukraińców powojenne pojednanie.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Andrzejowi Kardasiowi, Jakubowi Wojtakajtisowi Arkowi Drygasowi, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Przemkowi Piotrowskiemu i Michałowi Strzelcowi. A także: Adamowi Cybowiczowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Michałowi Wielickiemu, Monice Rani, Jakubowi Kojderowi, Jarosławowi Grabowskiemu, Jakubowi Dziegińskiemu, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Radosławowi Dębcowi, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Marcinowi Barszczewskiemu, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Mateuszowi Jasinie, Mateuszowi Borysewiczowi, Remiemu Schleicherowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi i Sławkowi Polakowi.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatniego tygodnia: Krzysztofowi Pytrowi i Zbyszkowi Murawskiemu.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

Nz. Walki pod Mariupolem latem 2015 roku. Pozycje wojsk ukraińskich/fot. Darek Prosiński