Rakiety

Dziś nad ranem rosjanie zaatakowali rakietami Dnipro, Zaporoże i Kijów. Gdy piszę te słowa, w stolicy trwa kolejny alarm przeciwlotniczy.

Oczywiście porażono cele cywilne, na razie brakuje konkretnych danych na temat strat.

To rzecz jasna ciąg dalszy rosyjskich retorsji za atak na most krymski, ale – mam coraz większą pewność – także nowa odsłona kampanii terrorystycznej rosjan. Zdaje się, że nazwozili rakiet z lamusów z najodleglejszych zakątków „imperium” i próbują złamać Ukrainę, mordując i w ten sposób cywilów.

Co w związku z tym?

Nastał już czas, kiedy Zachód powinien znacząco wzmocnić potencjał ofensywny armii ukraińskiej – dostarczając jej dalekonośnych precyzyjnych rakiet, w tym pocisków manewrujących. Zdolnych również razić cele w moskwie. Wiem, że te ostatnie wymagają odpowiednich nośników, że integracja Jassmów z ukraińskimi samolotami to wyzwanie większe niż w przypadku rakiet Harm – ale czy niemożliwe? Jak mówią, „potrzeba matką wynalazku”. A nawet jeśli byłby to kłopot – ukraińskie efy szesnaste załatwiłyby sprawę.

Ale myślę też o Himarsach z najbardziej dalekonośnym „wkładem”. I pewnie znalazłoby się jeszcze kilka innych systemów uzbrojenia, które popsułyby humory rosjanom zamieszkałym w odległości kilkuset kilometrów od ukraińskiej granicy.

Nie mówię, by robić to, co ruskie – ładować po obiektach mieszkalnych. Barbarzyństwo niech pozostanie domeną dzikusów spod znaku dwugłowego orła (swoją drogą to znamienne, że nawet w warstwie symbolicznej rosja to upośledzony stwór). Ale instalacje wojskowe w miastach i pod nimi, elementy krytycznej infrastruktury – celów byłoby po korek.

Korzyści czysto militarne, sprowadzające się do dalszego osłabiania potencjału rosji, są oczywiste. Ale nie mniej istotny (a może ważniejszy?), byłby strach „zwykłych rosjan”, którym nagle zaczęłoby wybuchać pod nosem. Ów lęk zrujnowałby kremlowską opowiastkę o silnej i bezpiecznej rosji (a gros ruskich nadal w nią wierzy). Docelowo byłoby to niszczące dla trwałości putinowskiego reżimu, bo rosjanie wybaczą władzy niemal wszystko poza słabością w obliczu „tych z zewnątrz” (ehh, ta chora imperialna duma).

No więc dajmy Ukraińcom te rakiety! Dla NATO to minimalny wysiłek, a korzyści trudne do przecenienia. No i z czysto ludzkiej perspektywy byłby to krok właściwy. Mordowanie z oddali nie może bowiem pozostać bezkarne…

—–

Nz. Ulica w Kijowie/fot. Narodowa Policja Ukrainy

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Trup

Przedwczoraj napisałem na jednym z profilów, że putin jest już trupem, choć może jeszcze tego nie wie. Obejrzałem dziś jego wystąpienie i wiem, że on wie – że jest już martwy. „Technicznie” nadal dycha – i zapewne potrwa to jeszcze jakiś czas. Śmierć bowiem rozumiem tu przede wszystkim symbolicznie – jako kres putinizmu i rosji, którą znamy z ostatnich dziesięcioleci. Przedstawienie na Kremlu – mimo całej tej imperialnej, okazałej bordiury – bardziej przypominało mi stypę niż spektakl polityczny, za którym stałyby siła i żywotność anektującego nowa terytoria państwa. Smętne miny zgromadzonych – formalnie przedstawicieli najwyższych władz – zdradzały napięcie, lęk, ale i irytacje. Nie czytam w ludzkich myślach, lecz dałbym sobie rękę uciąć, że w głowach wielu oficjeli tłukła się natrętna refleksja: „gdzieś ty nas, gamoniu, zaprowadził…?”.

Większość wystąpienia putlera to absurdalne wyrzygi w stronę Zachodu jako zła tego świata – którego przeciwieństwem jest rzecz jasna stara dobra rosja, ostoja tradycji i konserwatyzmu. Ale mimo iż adresat został jasno zdefiniowany, nie padły w jego stronę groźby. To znamienne, zwłaszcza gdy spodziewaliśmy się kolejnego atomowego szantażu. „Rosja będzie broniła swojego terytorium wszelkimi możliwymi sposobami” – zapewnił putin. I zaraz rozmemłał tę deklarację stwierdzeniem: „Będziemy starali się zapewnić bezpieczeństwo naszym obywatelom”. Ja dla przykładu postaram się w ten weekend wyspać, ale czy mi się uda, to nie wiem. „Postaramy się” to retoryczna figura, oznajmiająca, że „chciałbym, ale nie wiem, czy mogę/czy zdołam/czy inni mi pozwolą”. I można by mnie wydrwić za semantyczne rozkminki bez przełożenia na realia, gdyby nie… realia. Gdy putin sterczał jak kołek przed mównicą (znów ta sanitarna pustka wokół niego, utrzymywana przez niemal całą ceremonię; dowód obsesji i strachów podstarzałego kagiebisty), pięć tysięcy żołnierzy armii rosyjskiej znalazło się w potrzasku – w kotle wokół Łymania. Sytuacja taktyczna typu ch… – jak mawiał Darek, najlepszy fotoreporter, z którym przyszło mi pracować na wojnie. Łymań to część obwodu donieckiego, od dziś niby część rosji – tymczasem lada moment znów stanie się częścią Ukrainy. Jego garnizon właśnie usiłuje dać nogę, ale drogi ucieczki to – jak mówi się w języku NATO, a co po polsku świetnie oddaje istotę spraw – „kill zone”, strefa zabijania. Ukraińcy ładują po orkach ile wlezie, nie zdziwię się więc, gdy ucieczkowiczom zabraknie odwagi do udziału w kolejnych próbach przebicia. Łymań już zdyskontował dzisiejszą ceremonię (sądząc po reakcjach w rus-sieci – „czerwonych” w tematyce łymańskiej, letnich zaledwie w odniesieniu do aktu aneksji) – gdy dojdą do tego przebitki z setkami jeńców, wizerunkowy cios zadany kremlowskiej propagandzie będzie nokautujący.

A swoje do pieca dołożył jeszcze Wołodymyr Załenski, oświadczając – tuż po tym, jak putler zniknął w bunkrze – że Ukraina składa wniosek o przyśpieszone członkostwo w NATO. Nie czas i miejsce, by dywagować nad tym, czy taką procedurę uda się przeprowadzić – samo wyrażenie woli przez władze w Kijowie to policzek dla Kremla. Przypomnienie putinowi, w jak głębokiej dupie jest w „kwestii ukraińskiej”. Patrząc z perspektywy rosji, takie akcje już od wielu miesięcy nie miałyby prawa się wydarzyć – w Kijowie winna rządzić uległa klika, a prozachodnie ambicje byłyby właśnie wybijane z głowy ostatnim niepokornym Ukraińcom.

Tymczasem trwa wybijanie z innych głów – rosyjskich – putinizmu.

Mogilizacja – sposób, w jaki pobór jest prowadzony – obnażyła skrajną niewydolność rosyjskiego państwa. Fenomen branki opisywałem na bieżąco, więc nie będę się tu teraz doktoryzował. Dodam tylko – bo i to jest symboliczne – że do dziś przed przymusowym wcieleniem zwiało z rosji 300 tysięcy potencjalnych poborowych – czyli w relacji do planów mobilizacyjnych (przynajmniej tych oficjalnych) mamy 1:1.

Ktoś napisał, że to dowód kompromitacji rosjan. I tak, i nie. Oczywiście, uśmiech politowania może wywołać fakt, że dotychczasowi wielbiciele idei Z, gdy zawisło nad nimi ryzyko wysyłki na front, dramatycznie zrewidowali poglądy. Tyle że to nie jest porażka (a więc i kompromitacja) pojedynczego człowieka, ale całego putinowskiego systemu. Jego ideologicznej patriotyczno-wielkoruskiej otoczki. Ten system opierał się na kłamstwie – Kreml (rozumiany jako rosyjski establishment) kłamał, że odbudowuje imperium, tymczasem zajmował się złodziejstwem na niespotykaną skalę. Dzięki posowieckim zasobom militarnym przez wiele lat udawało się grać va banque – ktoś, kto ma „atomówki” i mówi, że jest potęgą, za potęgę będzie uważany. W boju, na małą skalę, były wyniki (Gruzja, Syria, Krym), mechanizm surowcowego uzależnienia dodawał kolejnych atutów i ostatecznie pozwalał podtrzymywać miraż. Zwykli ruscy w niego uwierzyli – dziś to „oszukani” – ale prawdopodobnie miażdżąca większość, na co dzień stykająca się z bylejakością państwa, tylko udawała, że całym sercem wspiera putinowską rekonstrukcję (weźmy dla przykładu poborowych, którzy siedzieli w syfie półtora roku – myślicie, że po takim doświadczeniu wierzyli w siłę i potęgę rosyjskiej armii?). Tak naprawdę chodziło tylko o to, by „jakoś żyć”, jakoś „się ustawić” w tej postsowieckiej, rosyjskiej rzeczywistości. Konformizm nie ma cech narodowych, ale faktem jest, że z rosjanami związał się w sposób szczególny. Było więc wielostopniowe, przenikające wszystko kłamstwo i iluzja – aż ekipa gen. Walerego Załużnego powiedziała „sprawdzam!” i rozpieprzyła zawodową rosyjską armię. Nagle okazało się, że rosja to humbug, ideologiczna pustka, coś, za co nie warto ginąć. Tak jak swego czasu skompromitował się (i upadł, bo nie było za wielu chętnych do jego obrony) komunizm, tak kompromituje się na naszych oczach putinizm.

I putin o tym wie. Pewnie gdzieś tam jeszcze widzi swoje szanse. Ale w chwilach racjonalnej kalkulacji ma świadomość, że zapędził się w kozi róg. Ci, których zapędził razem ze sobą, na pewno mu tego nie podarują. Nie po to kradli, by majątek im wyparował – dosłownie i w przenośni.

Więc putin jest już trupem.

—–

Nz. Ruskie dające nogę z Łymania/fot. Siły Zbrojne Ukrainy

Ps. Dziś felietonowo, ale po weekendzie wracam z twardymi analizami.

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Riposta

Pojawiły się prośby, bym napisał, jak wyglądałoby użycie przez rosjan broni jądrowej – w odpowiedzi na porażki w Ukrainie. Szanowni, właśnie o to tym gamoniom chodzi – byśmy nieustannie rozważali najdziksze scenariusze, od których włos jeży się na głowie. Które rozbudzą w nas choćby tylko podskórne lęki. W użyciu „atomówek” nie chodzi jedynie o materialny wymiar destrukcji, ale też o spustoszenia natury psychicznej/psychologicznej. Efekt mrożący, czyli pożądaną przez atakujących zmianę – w tym przypadku złamanie woli ukraińskiego oporu oraz powstrzymanie zachodniej pomocy z obawy przed eskalacją. Tyle że ów efekt (nie od razu i nie w całości) może wywołać sama groźba użycia takiej broni. Atomowy blef, którym usiłuje grać putin, a którego skuteczność zwiększają medialne dywagacje.

No więc nie, nie zagram w tej orkiestrze.

Dodam jednak – bo mam świadomość, że ziarna niepokoju zostały już zasiane, a potoczne wyobrażenia niosą szkodliwe skutki – że:

Po pierwsze, aktywność sił zbrojnych federacji jest monitorowana przez całą dobę, putinowska armia pozostaje w istotnej mierze transparentna dla zachodnich wywiadów, głównie amerykańskiego; to zasługa imponującego zaplecza technologicznego, wielkości i jakości agentury oraz rosyjskiej bylejakości i podatności na korupcję. Dzięki temu wiemy, że nie dzieje się nic, co wskazywałoby na rosyjskie przygotowania do użycia głowic jądrowych.

Po drugie, odpalenie głowic nie następuje „z automatu”. Przycisk w słynnej walizce nie posyła rakiet „w świat”, a jedynie rozkaz ich użycia. Ostateczne decyzje podejmują dowódcy wyrzutni. Wykorzystanie broni strategicznej (dużych głowic przenoszonych przez międzykontynentalne rakiety) poprzedza proces decyzyjny, który nie jest ograniczony do jednej osoby – putina. Tyle wiemy na pewno – klarownej wiedzy na temat szczegółów tego procesu nie mamy. Zdaniem wielu analityków, inicjacja na poziomie strategicznym wymaga jednoczesnej zgody prezydenta, ministra obrony i szefa sztabu generalnego. Z kolei sięgnięcie po broń taktyczną (małe głowice) leży w kompetencjach dowódcy teatru działań, choć z jednej strony wymagana jest zgoda (polityczna) naczelnego dowódcy, z drugiej, rozkaz wędruje przez kolejne szczeble aż do operatora nośnika – pilota czy dowódcy działonu (który musi wiedzieć, co zrzuca/czym strzela). Innymi słowy, mamy do czynienia z długim łańcuchem zależności i reakcji, co pozwala wierzyć, że gdzieś/ktoś w końcu się opamięta.

Bo ryzyka, patrząc z perspektywy Kremla, są ogromne. Pomijam oczywiste stwierdzenie, że w razie eskalacji i wciągnięcia NATO w wymianę nuklearnych ciosów, nikt takiej wojny nie wygra. Gwarantowane Wzajemne Zniszczenie chroni nas przed wielkim nuklearnym konfliktem.

Co zaś się tyczy pomniejszych scenariuszy – zrzucenie taktycznego ładunku w Ukrainie nie pozostanie bez reakcji Zachodu. Ta wojskowa ma być druzgocąca – mówią to wprost przedstawiciele amerykańskiej administracji. Zapowiedzi pozostają bardzo ogólne, a szczegóły – na przykład dotyczące zniszczenia floty czarnomorskiej przy użyciu amerykańskich pocisków samosterujących – to medialne spekulacje. Warto w tym miejscu zaznaczyć, że generał Mark Milley, przewodniczący połączonych szefów sztabów (najważniejszy żołnierz w USA), jesienią ubiegłego roku tak zdefiniował zasady postępowania z rosją („krajem o nadzwyczajnych zdolnościach nuklearnych”):

1: „Nie miej konfliktu kinetycznego między wojskami USA i NATO a Rosją”.

2: „Zatrzymaj wojnę w granicach geograficznych Ukrainy”.

3: „Wzmacniaj i utrzymuj jedność NATO”.

4: „Umocnij Ukrainę i daj jej środki do walki”.

Jeśli ekstraordynaryjne posunięcie – jakim byłoby odpalenie głowicy atomowej – nie zmieniłoby tych zasad, militarna odpowiedź Zachodu miałaby charakter pośredni i odbyłaby się ukraińskimi rękoma. Ponieważ istotna w tym kontekście byłaby szybkość odpowiedzi, przeprowadzono by ją w oparciu o potencjał, którym Ukraina już dysponuje – acz „na szybkości doładowany”. W mojej ocenie mielibyśmy do czynienia z serią ataków rakietowych na bazy rosyjskiej floty na Krymie, na rosyjskie centra dowodzenia, lotniska i na inne elementy kluczowej wojskowej infrastruktury. Nihil novi, ale… Ale Himarsy strzelałby także pociskami o największym zasięgu (300 km), z natężeniem dotąd nieobserwowanym. Rakiety przeciwokrętowe, w oparciu o precyzyjne koordynaty pochodzące z natowskich samolotów, zafundowałyby rosjanom powtórkę z „Moskwy” do potęgi entej. Ogłoszona wczoraj (a pewnie już zrealizowana) wysyłka do Ukrainy kolejnych kilkunastu Himarsów (co w praktyce oznacza podwojenie ich liczby) daje obrońcom odpowiednią paletę możliwości.

Dekapitacja dowództwa polowego, paraliż lotnictwa oraz utrata floty (a więc również koszmarny prestiżowy cios) przyniosłyby dalszą degradację możliwości rosji – i to w ekspresowym tempie. A przecież cały czas mówimy o scenariuszu, w którym wojska USA i NATO nie angażują się w konflikt kinetyczny. Na „drabinie eskalacyjnej” to wciąż jeden z pierwszych szczebli.

C.d.n.

PS. Rzecznik Kremla poinformował, że w piątek dojdzie do „ceremonii podpisania umów o przyłączeniu nowych terytoriów do Rosji” – tzw.: DRL, ŁRL, części zajętego obwodu chersońskiego i zaporoskiego. Uważam, że ten krok ma wymiar przede wszystkim propagandowy i jest skierowany do swoich. Wszystko się sypie, obywatele zaczynają wątpić w siłę i skuteczność armii i państwa. No więc pokażmy im – kalkulują kremliny – żeśmy silni, zwarci, gotowi. Że rosja bierze, co chce. A że nasze groźby ochrony „własnego” terytorium nie odstraszą Ukraińców? Załatwimy im tyle roboty, że nie będą mieli sposobności buszować po „naszym”. Tę masę świeżo zmobilizowanego mięsa armatniego ktoś będzie musiał przerobić. A to zajęcie na całą jesień i zimę. A po zimie, kto wie, może Zachód zmięknie…

—–

Nz. Zniszczymy je w trzy dni – taki los ukraińskiemu lotnictwu zapowiedzieli rosjanie. Z dużym dystansem – tak trzeba traktować rosyjskie groźby/fot. Центр стратегічних комунікацій та інформаційної безпеки

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Imperatyw

Najpierw tezy wyjściowe:

– Pomoc wojskowa Zachodu dla Ukrainy mieści się w kategorii imperatywu etycznego.

– Jako taka jest dziś przesądzona. Będzie kontynuowana i będzie podlegać istotnym jakościowym zmianom.

– Nigdy – w wymiarze ilościowym – nie osiągnie rozmiarów znanych z czasów II wojny i zachodniego (przede wszystkim amerykańskiego) wsparcia dla walczącego z III Rzeszą ZSRR.

– Co w żaden sposób nie przesądza o jej nieefektywności.

I do rzeczy.

Zaczęło się niepozornie, jeszcze w styczniu, na kilka tygodni przed rosyjskim atakiem. Na lotnisku w podkijowskim Boryspolu zrobiło się tłoczniej niż zwykle – za sprawą samolotów wojskowych z USA. Na ich pokładach przylatywały do Ukrainy zapakowane w skrzynie wyrzutnie przeciwpancerne i przeciwlotnicze wraz z amunicją. Nie były to pierwsze dostawy amerykańskiego sprzętu – Waszyngton wspierał Kijów od 2014 r. Zwykle jednak nie wysyłał broni, a sprzęt pomocniczy. Tymczasem Stingery i Javeliny służyły wprost do zabijania – pierwsze pilotów, drugie czołgistów. „To systemy nieofensywne”, zastrzegano w Pentagonie, który wtedy znacznie bardziej niż dziś liczył się z pomrukami z Moskwy.

Śladem Amerykanów poszli Brytyjczycy, a niebawem i Polacy. Kolejne wyrzutnie przeznaczone do palenia czołgów i samolotów wydatnie zasiliły arsenał ukraińskiej armii. Mało kto zakładał wówczas, że pozwolą na coś więcej niż napsucie Rosjanom krwi. Nie jest tajemnicą, że donatorzy nie wierzyli w ocalenie Ukrainy. Myślano, że napadnięty kraj po kilku-kilkunastu dniach się ugnie, a najeźdźcy triumfalnie wjadą do Kijowa. Po kilku tygodniach uciekali spod niego w popłochu, a Zachód zrozumiał, że warto i należy pomagać, o czym ostatecznie przesądziło ujawnienie rosyjskich zbrodni w Buczy i Irpieniu.

Do końca sierpnia br. amerykańskie wsparcie wojskowe dla Ukrainy wyniosło 13,5 mld dol., brytyjskie – 2,3 mld funtów, a polskie dostawy osiągnęły wartość 1,8 mld euro. Ociągające się Niemcy przeznaczyły na ten cel 0,7 mld euro. Pomagają też inne państwa – zestawienie wymienia najhojniejsze. Oficjalnie, bowiem niektórzy dostawcy nie ujawniają części transferów. Przykładem może być Francja, która w potocznym przekonaniu niechętnie dozbraja Ukrainę, za kulisami zasilając Kijów nie tylko bronią kinetyczną, ale i informacjami.

Lista przekazanego sprzętu jest długa – wspomnianych Stingerów znajduje się tam 1,4 tys., Javelinów 6,5 tys. Liczby nabojów karabinowych idą w dziesiątki milionów, pocisków artyleryjskich w setki tysięcy. Obok tej „drobnicy” jest i 20 śmigłowców, 18 łodzi patrolowych, kilkaset transporterów opancerzonych, co najmniej 350 czołgów, większość z Polski. Jest wreszcie ponad 200 haubic (samobieżnych i holowanych), około 30 mobilnych wieloprowadnicowych systemów rakietowych (przede wszystkim amerykańskich Himarsów). Tysiące dronów (w tym kamikadze, także z Polski) i dziesiątki radarów poprawiających skuteczność artylerii. Sami Amerykanie dostarczyli 75 tys. zestawów kamizelek balistycznych i hełmów. Ukraińskie nieba bronią rakietowe systemy przeciwlotnicze S-300 ze Słowacji i NASAMS z USA. Są mobilne wyrzutnie z Wielkiej Brytanii, do dostarczenia kolejnych zobowiązali się Niemcy.

Jak dotąd nad teatrem działań wojennych nie pojawiły się zachodnie samoloty. Kilka tygodni temu analitycy wojskowi wstrzymali oddech, gdy okazało się, że Ukraińcy przeprowadzili skuteczną akcję „wygaszania” rosyjskiej obrony przeciwlotniczej. Aby stało się to możliwe, najpierw należało zniszczyć stacje radarowe, do czego NATO wykorzystuje pociski AGM-88 HARM. To rakieta powietrze-ziemia, do przenoszenia której niezbędny był – jak się wydawało – samolot amerykańskiej konstrukcji. Fakt, iż na zniszczonych rosyjskich pozycjach znaleziono szczątki HARM-ów zrodził spekulacje, że Ukraińcy dysponują myśliwcami F-16. Wkrótce okazało się, że z rakiet strzelały ukraińskie (poradzieckie) MiG-i-29, a za „pożenieniem” wschodniej i zachodniej technologii stali amerykańscy inżynierowie. „Efów” zatem za naszą wschodnią granicą nie ma, ale nie będzie wielkiego zaskoczenia, gdy w końcu się pojawią. Jeszcze w czerwcu weterani sił powietrznych USA, republikański kongresmen Adam Kinzinger i  demokratka Chrissy Houlahan, przedstawili projekt ustawy o szkoleniu ukraińskich pilotów w amerykańskim lotnictwie wojskowym. Ów pomysł legislacyjny nie przełożył się dotąd na konkrety – przynajmniej takie, o których mówiono by publicznie. Ale, zdaniem wielu ekspertów, nie da się wykluczyć, że takie szkolenia już trwają (tak, puszczam do Was oczko).

Choć rzeka zachodniej broni jest coraz szersza, z perspektywy armii ukraińskiej nadal niewystarczająca. Przeszkody polityczne są znoszone stopniowo – w miarę rosnącego przekonania o słabości Rosji. Dobrze ilustruje to przykład wspomnianych Himarsów. Najpierw Joe Biden mówił, że Ukraina nie dostanie systemów rakietowych zdolnych razić cele w Rosji. Potem Pentagon ogłosił, że jednak Kijów otrzyma takie uzbrojenie, lecz bez rakiet przeznaczonych do najdłuższego lotu. Na końcu zaś amerykańska ambasador w Kijowie stwierdziła, że decyzje o sposobie użycia Himarsów należą wyłącznie do Ukraińców. Tak gotuje się rosyjską żabę – etapowo oswaja Rosjan z rosnącym potencjałem ich przeciwników oraz z następującymi w wyniku tego porażkami. Tym sposobem ogranicza się ryzyko gwałtownych reakcji (np. użycia przez Moskwę taktycznej broni jądrowej), a zarazem wysyła sygnał głównemu lokatorowi Kremla: „Wycofaj się, nim Ukraińcy jeszcze bardziej upokorzą twoje wojsko i ciebie”. W takim ujęciu docelowym modelem jest maksymalna westernizacja sprzętowa ukraińskiej armii, także z powodu innych czynników rozpisana w czasie.

Jakich? Posłużmy się znów Himarsami. USA posiadają około 500 wyrzutni, jedną piątą mogą bez uszczerbku dla własnych zdolności przekazać Ukrainie. Ale… Roczna produkcja rakiet w ostatniej dekadzie mieściła się między 5 a 9 tys. sztuk rocznie. Jedna wyrzutnia to sześć rakiet, Ukraińcy mają ich około 20. Pełna salwa oznacza wystrzelenie 120 pocisków. Niespełna 60 salw zużywa całą śrdnioroczną produkcję rakiet. Ukraińcy tylu pocisków nie dostali – z oficjalnych informacji wynika, że przekazano im około 2 tys. rakiet. Zaś cały amerykański zapas to 50-kilka tysięcy pocisków. Cena pojedynczego to 150 tys. dol. Kontener wyrzutni waży 2,5 tony, a do tego dodać trzeba wiozącą go ciężarówkę. Nie ma zatem możliwości, by Ukraińcy używali Himarsów masowo (inna rzecz, że przy tej precyzji rażenia nie istnieje taka potrzeba) – na przeszkodzie stają kwestie logistyczne, organizacyjne, finansowe i ściśle wojskowe. Sprzęt wymaga przerzutu przez ocean, jest kosztowny, zaś moce produkcyjne nawet amerykańskiej zbrojeniówki zostały po zakończeniu zimnej wojny mocno ograniczone. Jak i zapasy na „czas W”, którymi dzielić się należy z umiarem, by nie obniżać gotowości własnej armii.

Poziom komplikacji uzbrojenia i cena niezbędnych komponentów w wielu przypadkach wykluczają scenariusz rozwinięcia masowej produkcji. „Głupią” amunicję można tłuc w imponujących ilościach, precyzyjnej już nie. Niedawno ujawniono, że Ukraińcy posiadają pociski Excalibur, zdolne razić cele na odległość do 40 km. Co więcej, można je wystrzeliwać z niejednego typów haubic, a Ukraina otrzymała ich kilka, z różnych państw. Wyposażone w GPS Excalibury potrafią uderzyć w cel z dokładnością do dwóch metrów. Są odporne na zakłócenia, przewidziane do operowania w każdych warunkach pogodowych – i kosztują po 100 tys. dol. 900 sztuk zamówionych dla Ukrainy przez Pentagon wydaje się mikroskopijnym wsparciem – do czasu, aż uświadomimy sobie, że to 900 niemal pewnych trafień. I że w przypadku „głupiej” amunicji skuteczność da się odmierzyć co najwyżej promilami. Pojedyncze trafienie może zniszczyć wóz bojowy z całą załogą, ale realia wojny są bezwzględne dla księgowych i logistyków – statystycznie na jednego wyeliminowanego z walki przeciwnika przypadają tysiące sztuk wszelkiej maści „nieinteligentnych” nabojów.

Ta jakość zniszczy rosyjską armię.

—–

Nz. rosyjska jakość jej nie ocali…/fot. Sztab Generalny Ukraińskich Sił Zbrojnych

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Ból

Ależ ich to boli – ta porażka w charkowszczyźnie. Mam na myśli naszych użytecznych idiotów – cyfrowych aktywistów, usiłujących rozpowszechnić (pro)rosyjską narrację w mediach społecznościowych. Tłumaczę gamoniom, że to ból fantomowy, po czymś, czego dawno już nie ma – po potędze „anałoga-w-miru-niet” ruSSarmii.

Zjawisko jest oczywiście szersze, w największym natężeniu występuje w rosyjskiej info-sferze. Widać, że minął już pierwszy szok, przyszła trudna akceptacja dla faktów, której towarzyszy szukanie wyjaśnień (co oznacza również typowanie winnych). Są pytania „co teraz?” i odpowiedzi, z których zwykle wynika, że rosjanie nadal wierzą w możliwości swojej armii („klęski spadają na wszystkich, my potrafimy się z nich podnosić”). W związku z tym sporo jest nawoływań do zemsty, „zmiecenia Ukrainy z powierzchni Ziemi”. Głosów rozsądku próżno szukać w ilościach, które mogłyby się przełożyć na jakąś istotną jakość – zdaje się, że większość rosjan, przynajmniej tych aktywnych cyfrowo, nadal pragnie wojny.

Wracając do racjonalizacji – „walczymy z całym NATO”, to jedna z najpopularniejszych. Jest w tym mocny rys rosyjskiego rasizmu i ksenofobii, bo przecież armia wielkiej rosji nie może przegrać z „chochołami”, wieśniakami ze stepów. Sojusz zatem wydaje się godniejszym przeciwnikiem – w końcu to mnóstwo państw (domyślnie, rozwiniętych i bogatych – ale takie słowa „porządnemu” rosjaninowi nie zejdą z klawiatury). Jest w tym myśleniu logiczna pułapka – a może zwykła niekonsekwencja? – bo przecież „my jesteśmy w stanie pokonać wszystkich!”, przekonywali nie tak dawno ci sami propagandyści, blogerzy, lokalne i regionalne „autorytety opinii”. Ale pal licho, nie o tym chcę pisać.

„Walczymy z całym NATO”, to takie nasze „gloria victis”/chwała pokonanym, z tą różnicą, że myśmy naprawdę przyjmowali łupnia (gdy popularyzowano to hasło) od dużo silniejszych. A rosja pod Charkowem?

Prawdą jest, że ukraińskie dowództwo na bieżąco otrzymywało informacje ze zwiadu satelitarnego, co najpierw pomogło wytypować słabsze punkty rosyjskiej obrony, a później – niemal w czasie rzeczywistym – pozwalało obserwować reakcje wroga;
Prawdą jest, że działania ofensywne poprzedziły gry wojenne, prowadzone z udziałem natowskiej generalicji, przy użyciu natowskich narzędzi cyfrowych. Że na etapie przygotowania Ukraińcy mogli „walić jak w dym” z prośbami o rady, sugestie czy krytykę – przede wszystkim do Amerykanów, ale i Europejczycy nie pozostali obojętni;
Prawdą jest, że na froncie znalazło się sporo pochodzącego z natowskich krajów sprzętu i uzbrojenia, w tym eks-polskie czołgi;

Ale też prawdą jest:
… że Ukraińcy użyli do ataku zaledwie czterech, wedle innych źródeł pięciu brygad, czyli nie więcej niż 20 tys. ludzi;
… że wsparcie lotnicze, jakim dysponowali, było skromne;
… że w ostatecznym rozrachunku okazało się, iż w obszarze ich działań (rozszerzanym w miarę postępów) przebywało niemal 40 tys. rosjan i separatystów;
… że (o czym pisałem już wczoraj) nie były to tylko II-rzutowe i tyłowe jednostki, ale także istotne elementy gwardyjskiej armii pancernej.

Idźmy dalej. W kontrofensywie owszem, użyto oddziałów Legionu Międzynarodowego, ale miażdżąca większość kontyngentu to rdzenni Ukraińcy (swoją drogą, ciekaw jestem, ilu wśród nich było obywateli Ukrainy rosyjskiego pochodzenia. Dostępny materiał filmowy pozwala stwierdzić, że rosyjskojęzyczni żołnierze to oczywista-oczywistość ukraińskiej armii – wspominam o tym także dlatego, że dobrze pamiętam początki wojny w Donbasie, kiedy w rejon „operacji antyterrorystycznej” Kijów wysyłał przede wszystkim wojskowych ze środkowej i zachodniej Ukrainy). Jest to zatem nade wszystko ukraińskie zwycięstwo, osiągnięte relatywnie niedużym nakładem sił, przy nieznacznym wsparciu NATO. Informacja jest diabelnie ważna na wojnie, to fakt, ale ostatecznie największy wysiłek i tak pozostaje udziałem tych z pierwszej linii. To oni sprawili, że 20 tys. rosjan uciekło aż za granicę, do matuszki, oddając w kilka dni teren wcześniej wywalczony w krwawych dwumiesięcznych bojach. O niebotycznych ilościach porzuconego przy tej okazji sprzętu już tu pisałem.

Co znamienne, to głównie sprzętu żałują rosyjscy „racjonalizatorzy”. I nie chodzi tylko o najnowszą technikę – a trzeba przyznać, że Ukraińcy zdobyli kilka ciekawych gadżetów do walki radio-elektronicznej – ale też o czołgi, wozy bojowe i wszelkiej maści pojazdy logistyczne. W rosyjskiej narracji nie ma tego tak dużo, ale na tyle dużo, by złościć się na „dozbrajanie NATO”. Skądinąd śmieszne jest to złorzeczenie, gdy patrzy człowiek na zdjęcie zdobycznego, 50-letniego T-62, który wygląda tak, jakby zaraz miał się rozlecieć. O czym zresztą napisałem jednemu gamoniowi, dodając z dziką satysfakcją – w nawiązaniu do słów putina – że NATO tak naprawdę jeszcze nie zaczęło i pewnie nigdy nie będzie musiało. Bo sami Ukraińcy – wsparci ułamkiem potencjału Sojuszu (ułamek podkreśliłem) – najpewniej załatwią sprawę.

A skoro o putlerze mowa. Dziś – jak zapewne wielu z Was – oglądałem też zdjęcia prezydenta Zełenskiego z jego wizyty w Izjumie, a więc w strefie przyfrontowej. Nie pierwszy to raz, gdy ukraińska głowa państwa wizytuje żołnierzy. A co w tym czasie robi rosyjska? Zaszyła się w Soczi, z dala od Moskwy, czyżby przed czymś/kimś uciekając? Tak czy inaczej, putin swych żołnierzy na froncie nie odwiedzi, tchórze takich rzeczy nie robią.

—–

Nz. Wołodymyr Zełenski w Izjumie/fot. Офіс Президента України

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to