Pech

Z mgły nad Przewodowem wyłania się obraz, który w języku dyplomacji można by określić mianem „niezręcznej sytuacji”. Bo wychodzi na to, że spadła u nas rakieta wystrzelona przez Ukraińców. Co nam to mówi w kontekście naszej obrony przeciwlotniczej, co oznacza dla relacji polsko-ukraińskich i polsko-rosyjskich, jakich kroków NATO należy się spodziewać?

O kondycji tej części naszej armii, która odpowiada za powietrzny parasol, pisałem całkiem niedawno – odsyłam do lektury tekstu pt.: „Parasol”. Rekapitulując – nasze niebo wciąż pozostaje dziurawe, choć jesteśmy na dobrej drodze, by to zmienić. Tym niemniej trzeba na to kilkunastu lat. Zatem fakt, że coś do nas przyleciało, nie powinien być wielkim zaskoczeniem. Ale…

Ale mówimy o rejonie nadgranicznym, gdzie znajdują się stałe urządzenia obserwacyjne (radary), na bieżąco monitorujące sytuację w powietrzu nad zachodnią częścią Ukrainy. Ów nadzór jest po 24 lutego liczniejszy, bo po pierwsze, dodatkowo latają wzdłuż granicy samoloty rozpoznawcze (nie 24/24 h, ale dość często), po drugie, jako że południowo-wschodnia Polska jest hubem logistycznym, przez który idzie pomoc dla Ukrainy, Amerykanie rozmieścili tam wyrzutnie antyrakiet Patriot, co daje kolejne stacje radarowe. Innymi słowy, wszystko, co lata po drugiej stronie granicy – nad Lwowem, Łuckiem, Iwano-Frankiwskiem i innymi ukraińskimi miastami – „świeci się” u nas od momentu startu czy wejścia w przestrzeń. Niezależnie czy jest to rosyjskie czy ukraińskie.

Jest więc dla mnie oczywistą oczywistością, że widzieliśmy też – na naszych, natowskich radarach – rakietę, która spadła w Przewodowie. Śledzono ją od początku do końca. Dlaczego zatem nie została zestrzelona?

Po pierwsze, nie mamy jasności, czy nie została zestrzelona. Świadkowie na miejscu – sugerując się dwoma wybuchami – mówią o dwóch rakietach; może ta druga to antyrakieta, która zdjęła ukraiński pocisk? Trafiony S-300 – jego szczątki – spadły następnie niefortunnie na obiekt, gdzie byli ludzie, wywołując pożar.

Nie przywiązuję się do tego scenariusza, gdyż bardziej prawdopodobny wydaje mi się inny – że ukraińskiej rakiecie pozwolono do nas wlecieć. Pojawiła się ona w przestrzeni powietrznej RP na dosłownie dwie sekundy, upadła 10 km od granicy, na terenie jednej z najsłabiej zaludnionych gmin w Polsce. Czasu na reakcje było zatem niewiele, właściwie to go nie było, bo jako NATO nie bierzemy czynnego udziału w wojnie i nie strącamy rakiet nad terytorium Ukrainy. Reguły tej nie łamiemy zwłaszcza gdy ryzyko ewentualnych szkód wywołanych przez intruza jest minimalne – a tak było w tym przypadku. Pech chciał, że pocisk spadł akurat na miejsce, gdzie przebywali ludzi – w morzu „bezludzia”. Gdyby z wyliczonej przez komputery balistyczne trajektorii wynikało, że rakieta uderzy w coś większego/grubszego, zapewne zostałaby zestrzelona. Inna sprawa, że w całej tej sytuacji – trwającej kilkadziesiąt sekund! (miejmy tego świadomość) – należało zakładać, że pocisk po nietrafieniu w cel – rosyjską rakietę – ulegnie samolikwidacji. I tu znów pojawiają się wątpliwości – bo może samolikwidator zadziałał, ale już nad Polską? Stąd pierwszy wybuch, poprzedzający wtórną eksplozję na ziemi (wywołaną spadającymi szczątkami; mam na myśli pożar paliwa, wybuch niezdetonowanej głowicy czy samozapłon oparów, do tragedii doszło bowiem w suszarni zbóż).

Niezależnie od tego, jaki przebieg na finale miały sprawy, z całą stanowczością należy podkreślić – winni są rosjanie. To ich kolejny barbarzyński atak rakietowy na ukraińskie miasta – w tym na przygraniczny Lwów – wywołał reakcję miejscowej obrony przeciwlotniczej. Reszta to splot niefortunnych okoliczności, które nie powinny skutkować zmianą nastawienia wobec Ukrainy i Ukraińców. Ukraiński pocisk nie opuściłby wyrzutni, gdyby nie było takiej potrzeby. Jakiekolwiek reakcje muszą zatem iść w kierunku dalszego sekowania rosji i rosjan. Tak długo, jak długo będą prowadzić swoją zbrodniczą wojnę (a w wymiarze politycznym i ekonomicznym – dopóki nie powetują wywołanych strat i zniszczeń).

W wymiarze wojskowym incydent rakietowy zmusza nas, NATO, do korekty postępowania. Do strzelania do rosyjskich rakiet jeszcze nad terytorium Ukrainy. Ukraińcy na pewno nie będą mieli nic przeciwko, a putlera skręci z bezsilności…

—–

Szanowni, przypominam, że z powodu banu na FB (zostało jeszcze 20 h) możecie mnie czytać na blogu, na Patronite, zajawki materiałów pojawią się też na moich kontach na Twitterze i Instagramie.

A jeśli chcecie mnie w pisaniu wesprzeć, będę szczerze zobowiązany. Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Nz. Miejsce upadku rakiety i wywołane przez nią zniszczenia/fot. PSP

Szczekanie

Spieszmy się poznawać rosyjskie straszaki, tak szybko się zmieniają. Jeszcze w piątek mowa była o rozlaniu Dniepru i skumulowanej katastrofie powodziowo-energetycznej. W niedzielę na tapet trafiła „brudna bomba” – ładunek, którego celem jest rozsianie substancji radioaktywnych, zainicjowane eksplozją klasycznego materiału wybuchowego. Tak jak w przypadku zapory, tak i tu miałby to być skutek działań samych Ukraińców, którzy następnie zwaliliby winę na rosjan. Oczywiście byłoby na odwrót, niemniej Moskwa – w swojej ocenie – zyskałaby pretekst do oskarżeń Ukrainy o działalność terrorystyczną. A kto zechciałby pomagać terrorystom? Podobnie jak z tamą w Kachowce, skutki wybuchu „brudnej bomby” dałoby się też wykorzystać w czysto militarny sposób. Tak jak wielka woda na jakiś czas powstrzymałaby presję ukraińskich wojsk na południu, tak eksplozja „wyłączyłaby z użycia” wybrany na jej miejsce teren. A raczej nie byłoby to oddalone od strefy walk miasto (rosjanie nie są aż tak nierozsądni, by prowokować adekwatną ukraińską zemstę), a odcinek frontu, na którym wybitnie nie wiedzie się armii Surowikina.

Tyle że owa „brudna bomba” została rozbrojona zanim jeszcze jej użyto. Niedzielne telefony ministra szojgu, „zaniepokojonego ukraińskimi planami”, do swych odpowiedników na Zachodzie, spotkały się z właściwą rekcją. „Ty nam tu siergiej kitu nie wciskaj, bo my dobrze wiemy, że Ukraińcom takie rzeczy nie w głowie. A jeśli wy coś wykombinujecie, to naprawdę pożałujecie…” – tak mniej więcej brzmiały słowa, jakie usłyszał szef rosyjskiego MON (ubrane toto w język dyplomacji można przeczytać we wspólnym komunikacie szefów resortów obrony USA, Wielkiej Brytanii i Francji). Idę o zakład, że „brudna bomba” zejdzie za chwilę na odległy plan. Tak jak zeszła Kachowka, a wcześniej taktyczna broń jądrowa. Zauważyliście, że kremliny zarzuciły już narrację dotyczącą gróźb użycia atomówek? Jeszcze kilkanaście dni temu – wprost czy naokoło – bombardowano zachodnie opinie publiczne dzikimi scenariuszami jądrowej eskalacji. „rosja ma głowice…”, przypominali mniej lub bardziej „zatroskani”, co widać było także w naszym medialnym dyskursie. I co? I jak ręką uciął. Temat przepadł, choć w tym samym czasie NATO przeprowadziło spektakularne ćwiczenia z zakresu reagowania na jądrowe zagrożenia. B-52 hulały nad Europą, a Moskwa siedziała jak mysz pod miotłą. A mogłaby – wzorem dawnych zachowań – poprężyć muskuły. Tylko z czym do ludu? „Użyjecie w Ukrainie taktycznej broni jądrowej, zniszczymy wam armię ekspedycyjną i zatopimy flotę czarnomorską. Chętni?” – zapytano rosjan bez żadnego owijania w bawełnę.

I właśnie tak to działa. Język siły jest jedynym, jaki rozumieją w Moskwie. Gdy stoją za nim realne atuty – jak miażdżąca technologiczna przewaga NATO – ruskim pozostaje „szczekać dla kurażu”. By samych siebie, i domowników przekonać, jacy to jesteśmy groźni. A karawana i tak idzie dalej.

—–

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Filtr

„A skoro o śmieciach mowa, to wrócimy też do słów władimira putina, który pół godziny temu był łaskaw różne rzeczy opowiadać”, takimi słowami zaanonsował kolejny materiał dziennikarz Polsat News Igor Sokołowski. Działo się to 21 września podczas programu „W rytmie dnia”. Zapowiadane omówienie wystąpienia prezydenta rosji poprzedzał reportaż poświęcony nagannym praktykom opalania domów i mieszkań czym popadnie. Stąd owe śmieci jako łącznik między tematami. Występ dziennikarza najwyraźniej przypadł do gustu władzom stacji, bo z tytułem w formie dosłownego cytatu wrzucono jego fragment na stronę Polsatnews.pl.

Sokołowski na kilkanaście godzin stał się bohaterem serwisów społecznościowych (gdzie głównie chwalono go za cywilną odwagę), lecz wkrótce o sprawie zapomniano. Pochylił się nad nią jedynie branżowy magazyn „Press” publikując – utrzymany w tonie przygany – tekst pt.: „Zachować umiar, choć zbrodnie rosjan bezsporne” [1]. „(…) schłodzenie emocji jest warsztatowym obowiązkiem dziennikarza. Nie bardzo udaje się to w polskich mediach”, czytamy. „władimir putin, którego nie można nazwać inaczej niż politycznym bandytą, morduje rękoma swoich żołnierzy niewinnych ludzi, w tym dzieci. Te okoliczności oczywiście nie zwalniają dziennikarzy z obowiązku stosowania jak najbardziej bezstronnego opisu wydarzeń”, komentuje w „Pressie” prof. Jacek Dąbała, medioznawca z Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Misja a interes

Więc jak to z tym „umiarem” i „schłodzeniem” jest? Zagadnieniu już jakiś czas temu postanowił przyjrzeć się zespół z toruńskiego Instytutu Dyskursu i Dialogu. W minionym tygodniu ukazał się raport INDiD, podsumowujący monitoring przekazów medialnych w polskiej przestrzeni informacyjnej, poświęconych wojnie w Ukrainie.

– Chcieliśmy zrekonstruować sposób, w jaki kształtowała się narracja medialna wokół rosyjskiej agresji. Chodziło też o wskazanie dobrych i złych praktyk dziennikarskich dużych mediów podczas relacjonowania pierwszych 150 dni wojny – mówi prezes Instytutu Filip Gołębiewski.

Nim przejdziemy do omówienia raportu warto wskazać, że po 24 lutego polskie media głównego nurtu gremialnie opowiedziały się po stronie Ukrainy. Do dziś większość z nich zachowuje ukraińskie barwy narodowe wplecione w loga, a prezenterzy stacji telewizyjnych występują z żółto-niebieskimi wstążkami. Tym symbolicznym gestom towarzyszy większa niż przed inwazją czujność na rosyjskie medialne „wrzutki” – mainstream jest dziś w istotnej mierze impregnowany na (pro)rosyjską narrację, propagandowe i dezinformacyjne zabiegi Moskwy. Niemniej treści o takiej wymowie dostają się do obiegu „tylnymi drzwiami” – nie ma ich w artykułach, ale są w komentarzach, czy to bezpośrednio pod tekstami na stronach WWW redakcji, czy na profilach społecznościowych mediów, gdzie owe teksty (multimedia) się udostępnia. rosjanie i prorosyjscy medialni aktywiści używają tej furtki z dużym powodzeniem, mamy tu bowiem do czynienia z kulawą moderacją. Komentujący (nieważne jak) zwiększają zasięgi, a to wprost przekłada się na zyski. Moderacja musi ów czynnik uwzględnić, co sprawia, że na część niepożądanych treści przymyka się oko. Jest to zatem kolejne oblicze dychotomicznej natury mediów, sprowadzającej się do rozdźwięku pomiędzy misją a interesem.

„Bluźnierca” i „męczennik”

Wracając zaś do opracowania INDiD – najpierw garść metodologii. Wolontariusze zbadali 292 przekazy medialne, które następnie zostały sprawdzone przez weryfikatorów. Tym sposobem każdy z materiałów „przeszedł” przez cztery osoby – trzech wolontariuszy i weryfikatora, co powinno wyeliminować wpływ osobistych poglądów na ocenę. Materiały do celów statystycznych podzielono na kilka kategorii: w zależności od miejsca opublikowania (prasa, internet, radio, tv i dalej na poszczególne tytuły prasowe), linię redakcyjną (media sprzyjające rządowi, opozycji i pozostałe) oraz typ materiału (reportaż, news, publicystyka, wywiad). Co z tego wszystkiego wynikło?

Ponieważ największy wpływ na odbiorców mają tytuły, to od nich zaczęto analizę materiałów. Tytułów pesymistycznych (zawierających słowa: „wykrwawia”, „zbrodniczy”, „śmierć́”, „wróg” czy „piekło”) było prawie 180. Z kolei tytułów optymistycznych (wyraźnie mówiących o „pomocy”, „odwadze”, „zwycięstwie”, „wdzięczności” czy „pokoju”) naliczono niemal 70. Zatem negatywna, pesymistyczna narracja wojny zdarzała się ponad dwukrotnie częściej niż̇ pozytywna.

Co istotne, o rosjanach nie pisano w kontekście zwycięstwa (a w omawianym okresie odnosili jeszcze na froncie sukcesy). W tytułach ani razu nie użyto imienia władimira putina, co można odebrać jako brak szacunku. „putin” stał się̨ dopełniaczem, a także przymiotnikiem do wielu zwrotów związanych z wojną. Wyrażano się̨ o nim z pogardą, umieszczając w roli „dyktatora”, „bluźniercy” i „okupanta”. Podważano stabilność́ psychiczną przywódcy rosji. Mimo wysokiej pozycji instytucjonalnej, media starały się̨ go sprowadzić do obrazu osoby „słabej”, „nieporadnej”, „omylnej”, „szalonej” i „chorej” (nierzadko „umierającej”). Działo się to niezależnie od typu medium, formy przekazu czy politycznej afirmacji.

Z kolei Ukraina w tytułach polskich mediów przedstawiana była jako „ofiara”, „męczennik”, „bohater”, „niezłomny wojownik” i „obrońca”, a także podmiot, który potrzebuje pomocy, zasługuje na nią i ją otrzymuje, szczególnie od Polaków.

129 tytułów z bazy zawierało określenia oceniające, takie jak np.: „sieje piekło”, „panika” czy „fatalne”, co przekłada się na 44% wszystkich materiałów.

Filtr obcego języka

Jeśli idzie o treści – aż 232 materiały, czyli prawie 80%, zawierały negatywne określenia wobec jakiejś osoby/podmiotu/grupy. Najczęściej odnosiły się̨ one do: rosji, rosjan, Zachodu, władimira putina, Aleksandra Łukaszenki i Unii Europejskiej. Negatywne prezentacje wizualne (ilustracje) cechowało 18% materiałów i dotyczyły one przede wszystkim rosji, rosjan, i władimira putina. Z kolei słowne określenia pozytywne odnotowano w 46% materiałów, a dotyczyły najczęściej Polski, Ukrainy, Ukraińców oraz Prawa i Sprawiedliwości (w mojej ocenie, wielość pozytywnych skojarzeń z PiS wynika z fiksacji prorządowych mediów, które o działaniach władz RP w kontekście ukraińskim pisały niemal wyłącznie entuzjastycznie). Pozytywną prezentację wizualną badacze zidentyfikowali w 16% materiałów. Korzystnie prezentowano w ten sposób Ukrainę, NATO, polskich wolontariuszy, Polskę oraz prezydenta Wołodymyra Zełenskiego.

W 16% materiałów zauważono stronniczość lub uprzedzenia autorów materiałów, które odnosiły się wobec (kolejno): rosji, wojsk rosyjskich, prezydenta federacji, rosjan, Platformy Obywatelskiej i Donalda Tuska, Francji, Niemiec, Unii Europejskiej oraz czołowych polskich polityków z PiS. Faworyzowano natomiast w największej częstotliwości: Ukrainę, Ukraińców, ukraińskich żołnierzy, Polskę̨, Polaków, PiS, Joe Bidena i Unię Europejską. W niewielkim odsetku materiałów (3,1%), dało się wyodrębnić czytelne nawoływanie do nienawiści. W ocenie autorów raportu, to w gruncie rzeczy pozytywny wniosek. Jak piszą, „ze względu na silne emocje, zarówno po stronie mediów jak i komentatorów życia publicznego, odsetek ten mógłby być zdecydowanie wyższy”.

I na koniec ciekawostka. Autorzy trzech czwartych materiałów nie powołali się na żadne źródła zewnętrzne. Tylko w 38% publikacji zawarto wypowiedzi eksperta/komentatora. „To niepokojące z uwagi na specyfikę problemu i relacjonowanie wydarzeń z zagranicy, do których dziennikarze często nie mają bezpośredniego dostępu”, piszą badacze INDiD. Koresponduje to z moim doświadczeniem – osoby, która z uwagą śledzi medialny dyskurs o wojnie w Ukrainie. I dostrzega, że tematem zajmuje się w Polsce nieliczne grono profesjonalnie przygotowanych dziennikarzy obok całej rzeszy „mediaworkerów”, którzy w większości nie mają nawet podstawowych kompetencji, za jakie należy uznać znajomość języka rosyjskiego i ukraińskiego. Wojna w Ukrainie – jakkolwiek toczy się za miedzą – jest kolejnym konfliktem relacjonowanym polskiemu odbiorcy z wykorzystaniem mechanizmu zapośredniczenia. Źródłem wielu informacji są dla większości autorów duże anglojęzyczne agencje prasowe (przez wielu adeptów zawodu traktowane jako niewymagające oznaczenia). W efekcie konflikt w bliskim nam kulturowo otoczeniu poznajemy przez filtr zupełnie obcego języka…

[1] – W oryginale nazwa kraju, narodowość i nazwisko prezydenta zapisane były z wielkiej litery.

—–

Nz. Grafika z raportu INDiD

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 43/2022

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Rakiety

Dziś nad ranem rosjanie zaatakowali rakietami Dnipro, Zaporoże i Kijów. Gdy piszę te słowa, w stolicy trwa kolejny alarm przeciwlotniczy.

Oczywiście porażono cele cywilne, na razie brakuje konkretnych danych na temat strat.

To rzecz jasna ciąg dalszy rosyjskich retorsji za atak na most krymski, ale – mam coraz większą pewność – także nowa odsłona kampanii terrorystycznej rosjan. Zdaje się, że nazwozili rakiet z lamusów z najodleglejszych zakątków „imperium” i próbują złamać Ukrainę, mordując i w ten sposób cywilów.

Co w związku z tym?

Nastał już czas, kiedy Zachód powinien znacząco wzmocnić potencjał ofensywny armii ukraińskiej – dostarczając jej dalekonośnych precyzyjnych rakiet, w tym pocisków manewrujących. Zdolnych również razić cele w moskwie. Wiem, że te ostatnie wymagają odpowiednich nośników, że integracja Jassmów z ukraińskimi samolotami to wyzwanie większe niż w przypadku rakiet Harm – ale czy niemożliwe? Jak mówią, „potrzeba matką wynalazku”. A nawet jeśli byłby to kłopot – ukraińskie efy szesnaste załatwiłyby sprawę.

Ale myślę też o Himarsach z najbardziej dalekonośnym „wkładem”. I pewnie znalazłoby się jeszcze kilka innych systemów uzbrojenia, które popsułyby humory rosjanom zamieszkałym w odległości kilkuset kilometrów od ukraińskiej granicy.

Nie mówię, by robić to, co ruskie – ładować po obiektach mieszkalnych. Barbarzyństwo niech pozostanie domeną dzikusów spod znaku dwugłowego orła (swoją drogą to znamienne, że nawet w warstwie symbolicznej rosja to upośledzony stwór). Ale instalacje wojskowe w miastach i pod nimi, elementy krytycznej infrastruktury – celów byłoby po korek.

Korzyści czysto militarne, sprowadzające się do dalszego osłabiania potencjału rosji, są oczywiste. Ale nie mniej istotny (a może ważniejszy?), byłby strach „zwykłych rosjan”, którym nagle zaczęłoby wybuchać pod nosem. Ów lęk zrujnowałby kremlowską opowiastkę o silnej i bezpiecznej rosji (a gros ruskich nadal w nią wierzy). Docelowo byłoby to niszczące dla trwałości putinowskiego reżimu, bo rosjanie wybaczą władzy niemal wszystko poza słabością w obliczu „tych z zewnątrz” (ehh, ta chora imperialna duma).

No więc dajmy Ukraińcom te rakiety! Dla NATO to minimalny wysiłek, a korzyści trudne do przecenienia. No i z czysto ludzkiej perspektywy byłby to krok właściwy. Mordowanie z oddali nie może bowiem pozostać bezkarne…

—–

Nz. Ulica w Kijowie/fot. Narodowa Policja Ukrainy

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Trup

Przedwczoraj napisałem na jednym z profilów, że putin jest już trupem, choć może jeszcze tego nie wie. Obejrzałem dziś jego wystąpienie i wiem, że on wie – że jest już martwy. „Technicznie” nadal dycha – i zapewne potrwa to jeszcze jakiś czas. Śmierć bowiem rozumiem tu przede wszystkim symbolicznie – jako kres putinizmu i rosji, którą znamy z ostatnich dziesięcioleci. Przedstawienie na Kremlu – mimo całej tej imperialnej, okazałej bordiury – bardziej przypominało mi stypę niż spektakl polityczny, za którym stałyby siła i żywotność anektującego nowa terytoria państwa. Smętne miny zgromadzonych – formalnie przedstawicieli najwyższych władz – zdradzały napięcie, lęk, ale i irytacje. Nie czytam w ludzkich myślach, lecz dałbym sobie rękę uciąć, że w głowach wielu oficjeli tłukła się natrętna refleksja: „gdzieś ty nas, gamoniu, zaprowadził…?”.

Większość wystąpienia putlera to absurdalne wyrzygi w stronę Zachodu jako zła tego świata – którego przeciwieństwem jest rzecz jasna stara dobra rosja, ostoja tradycji i konserwatyzmu. Ale mimo iż adresat został jasno zdefiniowany, nie padły w jego stronę groźby. To znamienne, zwłaszcza gdy spodziewaliśmy się kolejnego atomowego szantażu. „Rosja będzie broniła swojego terytorium wszelkimi możliwymi sposobami” – zapewnił putin. I zaraz rozmemłał tę deklarację stwierdzeniem: „Będziemy starali się zapewnić bezpieczeństwo naszym obywatelom”. Ja dla przykładu postaram się w ten weekend wyspać, ale czy mi się uda, to nie wiem. „Postaramy się” to retoryczna figura, oznajmiająca, że „chciałbym, ale nie wiem, czy mogę/czy zdołam/czy inni mi pozwolą”. I można by mnie wydrwić za semantyczne rozkminki bez przełożenia na realia, gdyby nie… realia. Gdy putin sterczał jak kołek przed mównicą (znów ta sanitarna pustka wokół niego, utrzymywana przez niemal całą ceremonię; dowód obsesji i strachów podstarzałego kagiebisty), pięć tysięcy żołnierzy armii rosyjskiej znalazło się w potrzasku – w kotle wokół Łymania. Sytuacja taktyczna typu ch… – jak mawiał Darek, najlepszy fotoreporter, z którym przyszło mi pracować na wojnie. Łymań to część obwodu donieckiego, od dziś niby część rosji – tymczasem lada moment znów stanie się częścią Ukrainy. Jego garnizon właśnie usiłuje dać nogę, ale drogi ucieczki to – jak mówi się w języku NATO, a co po polsku świetnie oddaje istotę spraw – „kill zone”, strefa zabijania. Ukraińcy ładują po orkach ile wlezie, nie zdziwię się więc, gdy ucieczkowiczom zabraknie odwagi do udziału w kolejnych próbach przebicia. Łymań już zdyskontował dzisiejszą ceremonię (sądząc po reakcjach w rus-sieci – „czerwonych” w tematyce łymańskiej, letnich zaledwie w odniesieniu do aktu aneksji) – gdy dojdą do tego przebitki z setkami jeńców, wizerunkowy cios zadany kremlowskiej propagandzie będzie nokautujący.

A swoje do pieca dołożył jeszcze Wołodymyr Załenski, oświadczając – tuż po tym, jak putler zniknął w bunkrze – że Ukraina składa wniosek o przyśpieszone członkostwo w NATO. Nie czas i miejsce, by dywagować nad tym, czy taką procedurę uda się przeprowadzić – samo wyrażenie woli przez władze w Kijowie to policzek dla Kremla. Przypomnienie putinowi, w jak głębokiej dupie jest w „kwestii ukraińskiej”. Patrząc z perspektywy rosji, takie akcje już od wielu miesięcy nie miałyby prawa się wydarzyć – w Kijowie winna rządzić uległa klika, a prozachodnie ambicje byłyby właśnie wybijane z głowy ostatnim niepokornym Ukraińcom.

Tymczasem trwa wybijanie z innych głów – rosyjskich – putinizmu.

Mogilizacja – sposób, w jaki pobór jest prowadzony – obnażyła skrajną niewydolność rosyjskiego państwa. Fenomen branki opisywałem na bieżąco, więc nie będę się tu teraz doktoryzował. Dodam tylko – bo i to jest symboliczne – że do dziś przed przymusowym wcieleniem zwiało z rosji 300 tysięcy potencjalnych poborowych – czyli w relacji do planów mobilizacyjnych (przynajmniej tych oficjalnych) mamy 1:1.

Ktoś napisał, że to dowód kompromitacji rosjan. I tak, i nie. Oczywiście, uśmiech politowania może wywołać fakt, że dotychczasowi wielbiciele idei Z, gdy zawisło nad nimi ryzyko wysyłki na front, dramatycznie zrewidowali poglądy. Tyle że to nie jest porażka (a więc i kompromitacja) pojedynczego człowieka, ale całego putinowskiego systemu. Jego ideologicznej patriotyczno-wielkoruskiej otoczki. Ten system opierał się na kłamstwie – Kreml (rozumiany jako rosyjski establishment) kłamał, że odbudowuje imperium, tymczasem zajmował się złodziejstwem na niespotykaną skalę. Dzięki posowieckim zasobom militarnym przez wiele lat udawało się grać va banque – ktoś, kto ma „atomówki” i mówi, że jest potęgą, za potęgę będzie uważany. W boju, na małą skalę, były wyniki (Gruzja, Syria, Krym), mechanizm surowcowego uzależnienia dodawał kolejnych atutów i ostatecznie pozwalał podtrzymywać miraż. Zwykli ruscy w niego uwierzyli – dziś to „oszukani” – ale prawdopodobnie miażdżąca większość, na co dzień stykająca się z bylejakością państwa, tylko udawała, że całym sercem wspiera putinowską rekonstrukcję (weźmy dla przykładu poborowych, którzy siedzieli w syfie półtora roku – myślicie, że po takim doświadczeniu wierzyli w siłę i potęgę rosyjskiej armii?). Tak naprawdę chodziło tylko o to, by „jakoś żyć”, jakoś „się ustawić” w tej postsowieckiej, rosyjskiej rzeczywistości. Konformizm nie ma cech narodowych, ale faktem jest, że z rosjanami związał się w sposób szczególny. Było więc wielostopniowe, przenikające wszystko kłamstwo i iluzja – aż ekipa gen. Walerego Załużnego powiedziała „sprawdzam!” i rozpieprzyła zawodową rosyjską armię. Nagle okazało się, że rosja to humbug, ideologiczna pustka, coś, za co nie warto ginąć. Tak jak swego czasu skompromitował się (i upadł, bo nie było za wielu chętnych do jego obrony) komunizm, tak kompromituje się na naszych oczach putinizm.

I putin o tym wie. Pewnie gdzieś tam jeszcze widzi swoje szanse. Ale w chwilach racjonalnej kalkulacji ma świadomość, że zapędził się w kozi róg. Ci, których zapędził razem ze sobą, na pewno mu tego nie podarują. Nie po to kradli, by majątek im wyparował – dosłownie i w przenośni.

Więc putin jest już trupem.

—–

Nz. Ruskie dające nogę z Łymania/fot. Siły Zbrojne Ukrainy

Ps. Dziś felietonowo, ale po weekendzie wracam z twardymi analizami.

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to