Żelazna

Pisowskich osiągnięć w zakresie obronności nie da się odmalować wyłącznie w czarno-białych barwach. Bo z jednej strony – jeszcze za pierwszego PiS-u (2005-07) – rozwiązano wojskowe służby specjalne i podjęto dyletanckie próby zbudowania ich od nowa. Efekt? Rodzime spec-służby pracujące na rzecz armii nadal, mimo upływu 15 lat, „cieszą się” opinią jednych z najgorszych w NATO. Z kolei za drugiego PiS-u doszło w wojsku do rozległej czystki kadrowej, zaś modernizację techniczną wstrzymano na trzy lata. Te wydarzenia łączy osoba Antoniego Macierewicza, wpływowego polityka rządzącej partii, delegowanego przez Jarosława Kaczyńskiego do Ministerstwa Obrony Narodowej.

Ale też w czasie pierwszej kadencji PiS stworzono Wojska Specjalne jako oddzielny rodzaj sił zbrojnych. Stało się to tuż przed wyborami z 2007 r., lecz później patronem procesu formowania pozostał ówczesny prezydent RP Lech Kaczyński. Dziś „specjalsi” to wizytówka polskiej armii, na co wpływ ma także ich organizacyjna niezależność. Pięć lat temu powołano do życia Wojska Obrony Terytorialnej. I choć WOT ma niemałe problemy z rekrutacją, pozytywnie zakorzenił się w świadomości Polaków, tracąc po drodze łatkę „partyjnej bojówki PiS”. Pomogła pandemia i zaangażowanie mundurowych w działania kryzysowe podjęte przez państwo.

Z trzeciej strony, tajemnicą poliszynela jest, że kondycja Wojsk Specjalnych wynika w dużej mierze z parasola ochronnego, jaki rozpostarli nad formacją Amerykanie. I że to USA wymusiły rezygnację Macierewicza z funkcji ministra obrony na początku 2018 r., gdy uznano, że skala destrukcji Wojska Polskiego zagraża całemu Sojuszowi. Mamy zatem coś na wzór popularnej gry w dobrego i złego glinę, z działającym za kulisami szefem, posiadającym prawo do ostatniego słowa. Czy taki wzór zachowań odnajdziemy również w ostatnim wielkim projekcie organizacyjnym PiS w dziedzinie obronności? Jakie inne wnioski można wyciągnąć z trwającego od czterech lat procesu formowania 18. Dywizji Zmechanizowanej?

Niechciane dziedzictwo

Po 24 lutego br. nie ma już wątpliwości, że decyzja o powołaniu 18. DZ była właściwym krokiem. Agresja na Ukrainę zburzyła przekonanie o Rosji jako przewidywalnym partnerze. Tymczasem po 2011 r. – kiedy to zlikwidowano 1. Warszawską Dywizję Zmechanizowaną – na wschód od Wisły stacjonowała tylko jedna 16. Pomorska DZ. Tytułem wyjaśnienia – dywizja to kilkunastotysięczny związek taktyczny, dzięki zróżnicowanemu uzbrojeniu zdolny do samodzielnych działań na dużym obszarze. W 2018 r. Wojska Lądowe dysponowały trzema dywizjami (11., 12. i 16.), oczywistym wydawał się pomysł, że powrót do czterodywizyjnej struktury nastąpi poprzez odtworzenie 1.WDZ. Zwłaszcza że nie wszystkie jej jednostki zlikwidowano, a trzonem nowej miała być brygada pancerna z Wesołej, przez dekady wchodząca w skład słynnej „jedynki”. Tu jednak dała o sobie znać polityka historyczna PiS – 1.WDZ wywodziła się ze sformowanej nad Oką w ZSRR 1. Dywizji Piechoty. Była więc „komusza”, w przeciwieństwie do 18. DP przedwojennego WP, mającej hallerowski rodowód i chwalebny szlak bojowy w wojnie z bolszewikami i w kampanii wrześniowej. Tak wybrano numer „18” oraz przydomek „żelazna” noszony przez dawną 18. DP.

Proces formowania wystartował we wrześniu 2018 r., a na dowódcę „osiemnastki” wyznaczono gen. Jarosława Gromadzińskiego. Nieznany szerzej oficer szybko stał się pupilem rządowych i prawicowych mediów, co w połączeniu z urzędowym optymizmem rodziło obawy o kompetencje generała, jak i samą ideę budowy dywizji. Długo wydawało się, że to „pic na wodę”. „Przenosimy aktywa z jednej przegródki do drugiej”, pisano w branżowej prasie, odnosząc się do faktu, że połowa 18. DZ istniała przed jej powołaniem (poza wspomnianą 1. Warszawską Brygadą Pancerną, chodzi również o 21. Brygadę Strzelców Podhalańskich). „Nie powstanie nic nowego oprócz sztabu”, krytykowano, zaznaczając, że to sposób na szybki medialny sukces. „Miała być dywizja i jest dywizja”, puentowano płytkie zwykle medialne analizy. Gromadziński tymczasem ujawnił się jako bardzo sprawny dowódca-organizator. Budowa „żelaznej” wymagała sformowania sztabu dywizji, trzech pułków (artylerii, przeciwlotniczego, logistycznego), jednej brygady (zmechanizowanej) oraz batalionu rozpoznawczego. Po czterech latach wszystkie jednostki już istnieją, dowództwo dywizji zaliczyło w zeszłym roku certyfikację (takie wojskowe dopuszczenie do ruchu), niebawem ruszy certyfikacja sztabów 19. Brygady Zmechanizowanej i 18. Pułku Logistycznego.

Poczyniono szereg inwestycji infrastrukturalnych, czego najbardziej spektakularnym przykładem jest parking czołgowy w Wesołej. Oddanych obiektów miało być więcej, ale na przeszkodzie stanęły problemy natury prawno-organizacyjnej (pozyskanie terenów i wykonawców budów), niezależne od dowództwa dywizji. Obiektywny charakter mają też kłopoty związane z dostawami sprzętu. Przykładem ślimacząca się modernizacja czołgów Leopard 2, za co winę ponosi przemysł. Z kolei w ostatnich miesiącach część uzbrojenia będącego na wyposażeniu 18. DZ – i nowego, które pierwotnie miało do niej trafić – wysyłana jest do Ukrainy w ramach pomocy wojskowej.

Wyspowa nowoczesność

Na wschód pojechały m.in. nowoczesne samobieżne armato-haubice Krab i stareńkie (nieco „odświeżone”) czołgi T-72. „Dywizja wraca do postaci z pierwotnych założeń”, śmieją się wojskowi. Latem 2018 r. zapowiadano, że „osiemnasta” pozostanie lekkim związkiem taktycznym, szybko jednak pożegnano się z tą koncepcją, tworząc zręby dla dywizji ciężkiej, z dużą liczbą czołgów i wozów bojowych. Zmechanizowanej z nazwy, de facto – po zakończeniu dostaw amerykańskich czołgów Abrams – pancernej. Zdaje się, że jest to z jednej strony wyraz ambicji pisowskich polityków odpowiedzialnych za wojsko (głównie Mariusza Błaszczaka), przekładalnych na korzyści polityczne, z drugiej, realizacja oczekiwań Amerykanów, którzy chcieliby mieć na tzw. wschodniej flance sojuszniczą dywizję możliwie najbardziej interoperacyjną z ich wojskiem. Lekkie, w zamyśle pisowców, niech pozostaną wojska terytorialne, 18. DZ ma się stać „najsilniejszą dywizją w Europie”. Stąd abramsy – także te dodatkowe 116 sztuk, które trafi do Polski w miejsce wysłanych Ukraińcom tanków – stąd np. wozy typu MRAP (o zwiększonej odporności na miny), właśnie przekazywane jednostkom „żelaznej”.

To do „osiemnastej” trafią jeszcze w tym roku wyrzutnie rakietowe ziemia-ziemia typu Himars. O ich wyjątkowej skuteczności przekonują się Ukraińcy i Rosjanie – pierwsi jako użytkownicy, drudzy jako cele ataków. Na liście planowanych dostaw znajdują się też kolejne Kraby, bojowe wozy piechoty Borsuk, transportery opancerzone Rosomak z bezzałogową wieżą ZSSW-30, kilka rodzajów dronów, zestawy rakietowe obrony przeciwlotniczej Narew (krótkiego zasięgu) i Wisła (średniego zasięgu – w tym przypadku chodzi o słynne Patrioty). A do tego mnóstwo wojskowej „drobnicy”, takiej jak naramienne wyrzutnie Piorun, będące postrachem rosyjskich pilotów w Ukrainie. To plany (uczciwie trzeba przyznać, że z dobrymi widokami na realizację) – na razie bowiem „żelazna” jest jak niemal całe wojsko „wyspowo nowoczesna”.

Tyle że te wyspy są rozleglejsze niż w innych dywizjach. Co tak jak inny atut „osiemnastej” – kadry – zdradza smutną prawdę o realiach Wojska Polskiego. „Pięścią” 18. DZ są obecnie niemieckie Leopardy 2 z 1. Warszawskiej Brygady Pancernej, po modernizacji do standardu 2PL znacząco lepsze od wszystkich rosyjskich czołgów. Co mogłoby tylko cieszyć, gdyby nie fakt, że „leosie” zabrano wcześniej z 11. Lubuskiej Dywizji Kawalerii Pancernej, stacjonującej na zachodzie Polski. Leopardy eksploatowano w „jedenastej” przez kilkanaście lat (pierwsza partia trafiła tam w 2002 r.), dywizja miała zatem doświadczone załogi i rozbudowane zaplecze techniczno-szkoleniowe. W Wesołej nie było nic, a czołgi przez kilka lat parkowano „pod chmurką”. Po prawdzie, forsowana przez PiS po 2015 r. koncepcja wzmocnienia wschodniej ściany kosztem zachodniej, nie była politycznym awanturnictwem, a ideę wspierało wielu najwyższych rangą wojskowych. Rzecz w tym, że problem rozwiązano na rympał. Zabrane pancerniakom z „jedenastej” czołgi trafiły pod Warszawę, używane dotąd w brygadzie z Wesołej PT-91 Twardy posłano na Warmię i Mazury, by zastąpiły najgorsze w całej puli poradzieckie T-72. Zajechane „siedem-dwójki” z północno-wschodniej Polski powędrowały z kolei do kawalerzystów w Lubuskiem, dotąd jeżdżących leopardami. Koło się zamknęło, dla pancerniaków z 11. DKPanc. podwójnie i z wyjątkowo smutnym finałem – oto bowiem znów musieli wsiąść do T-72, które w międzyczasie wcale nie odmłodniały. „Jedenastą”, niegdyś najsilniejszą dywizję pancerną w Europie, zdegradowano do roli lamusa, 1. WBPanc. zaczęła żmudną drogę do budowy zdolności bojowych na nowym sprzęcie. Szczęśliwie po drodze nikomu nie przyszło do głowy wykorzystywać osłabienia WP.

Ta historia zresztą okazuje się nie mieć jeszcze końca. Napięte relacje z Niemcami i presja Amerykanów sprawiły, że nie kupimy kolejnych leopardów. Na scenę wkroczył Abrams i to on ma stać się jedynym typem czołgu używanym przez jednostki 18. DZ. „Leosie” zatem – nim ostatecznie znikną z arsenału Wojska Polskiego – najpewniej wrócą do 11. DKPanc. Koreańskie czołgi K2, zamówione obok abramsów, przeznaczone będą dla 16. Dywizji. Zapowiedział to niedawno minister Błaszczak, po podpisaniu umów wykonawczych z Koreańczykami (przewidujących pierwsze dostawy już w tym roku). Na marginesie warto zauważyć, że klaruje nam się obraz Wojsk Lądowych jak z branżowego dowcipu. Biorąc pod uwagę wiodącą broń, 18. DZ będzie dywizją „amerykańską”, 16. DZ „koreańską”, a 11. DKPanc. na powrót stanie się „niemiecka”. W tym żarcie wyraźnych barw dla 12. DZ nie przewidziano.

Demografii nie oszukasz

Wracając zaś do sedna – „recykling” i „kanibalizacja” nie dotyczą tylko sprzętu, ale i ludzi. Szczegółowe dane o przepływach kadrowych są niejawne, ale wystarczy prześledzić ścieżki karier oficerów średniego i wyższego szczebla 18. DZ, by stało się jasne, że w istotnej mierze „posila się” ona ludźmi z innych jednostek. Obietnice szybszych awansów, nowe wyzwania czy choćby kalkulacja, że w dywizji będącej oczkiem w głowie władzy służba może być bardziej intratna, robią swoje. Identyczny proces drenażu kadr obserwowaliśmy, gdy ruszał projekt pt. WOT. Nie wypada zżymać się na decyzje poszczególnych wojskowych, warto jednak mieć świadomość skutków takich wyborów. Znów nie zdradzę żadnej tajemnicy, pisząc, że poziom ukompletowania wielu jednostek WP nie należy do wysokich. Nawet w brygadach oddawanych do dyspozycji NATO/UE, posyłanych na międzynarodowe misje, istnieje sporo wakatów. Ba, kreatywna księgowość pozwala na policzenie jednego człowieka razy dwa – gdy np. w jednej kompanii jest na etacie strzelca, a do drugiej oddelegowano go na etat kierowcy ciężarówki. Taki stan rzeczy skutkuje przeciążeniem obowiązkami, spadkiem morale, odejściami ze służby. W ujęciu całościowym pokazuje, jak trudnym wyzwaniem jest powiększanie armii. Presja na rekrutacyjny sukces wybranej jednostki niechybnie oznacza problemy kadrowe gdzie indziej. Bogactwo ludzkiego rezerwuaru – kobiet i mężczyzn zdolnych do służby wojskowej – jest bowiem pozorne. Co z tego, że mamy w Polsce kilkanaście milionów potencjalnych żołnierzy, skoro młodzież nie garnie się w kamasze? Proces formowania 18. DZ jest dopiero na półmetku (przewidziano go na lata 2019-2026), a dywizja nie powstaje od zera. Zapewne będzie sukces, ale na horyzoncie widać ciemne chmury w postaci pomysłów utworzenia piątej, ba, szóstej dywizji. Przy obecnych uwarunkowaniach demograficznych i kulturowych nie da się tego zrobić inaczej jak poprzez „rozwadnianie” już istniejących dywizji.

Niezależnie od tego, jaki los czeka 18. DZ, nie będzie to już zmartwienie/radość dotychczasowego dowódcy. Kilka tygodni temu, nieoczekiwanie, jego miejsce zajął gen. Arkadiusz Szkutnik. Gromadziński został jednym z zastępców w Międzynarodowym Zespole ds. Pomocy Ukrainie. Ma to być przeniesienie na równorzędne stanowisko, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że jest inaczej. Z drugiej strony, Zespół to amerykańska inicjatywa, Waszyngton zaś zamierza skończyć z doraźną pomocą dla Kijowa. Wkrótce zmieni się ona w misję na wzór irackiej i afgańskiej (bez angażowania się w działania kinetyczne). Oznacza to m.in. stałe finansowanie, a dla personelu specjalne odznaczenia, wynagrodzenia i ścieżki awansu. Możliwe, że i Gromadziński wykorzysta ów angaż jako trampolinę.

—–

Nz. Wozy typu MRAP, które pod koniec sierpnia trafiły do dywizyjnego batalionu dowodzenia/fot. 18. Dywizja Zmechanizowana

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 37/2022

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

B-52

Poleciał wczoraj putin do Kaliningradu. Obecność führera na odebranej Niemcom prowincji, w rosyjskiej eksklawie pośród unijnych ziem, na „lotniskowcu” rus-armii, w rocznicę wybuchu wojny, w czasie trwania kolejnej, która jest również starciem Zachodu z rosją, nie była li tylko zwykłą wizytą głowy państwa. Chciał car w starym stylu pogrozić, ponapinać mięśnie. Gdyby mógł, dałby się sfotografować podczas wizyty w pułku Iskanderów, ale skądinąd wiadomo, że rakietowe jednostki już dawno temu przerzucono na Białoruś – gdy okazało się, że to, co pierwotnie zadysponowano „na Ukrainę”, nie wystarcza. Kolejne baterie Iskanderów też Ukraińców nie złamały, a wystrzelawszy zapasy, czekają teraz na dostawy. Które może przyjdą, a raczej nie, bo przemysłowi brakuje (zachodnich) komponentów do produkcji.

Ptaszki ćwierkają, że miał putler w zamian pojawić się na lotnisku, gdzie stacjonują MiG-i-31. O których przybyciu do obwodu rozpisywały się dwa tygodnie temu rosyjskie media, hurrapatriotycznie zaznaczając, że myśliwce przenoszą hipersoniczne pociski Kindżał. I że teraz to dopiero NATO narobi w majtki. No więc nie narobiło, o czym później. Najpierw jednak o putinie, który ostatecznie na żadnym lotnisku się nie pojawił. Chyba prawdą jest, że unika on od jakiegoś czasu otwartych przestrzeni; ostatni raz widać go było w takim miejscu 9 maja, z okazji dnia pabiedy. Stanęło więc na tym, że putin w Kaliningradzie spotkał się ze szkolną młodzieżą. W jakiej to piwnicy było, nie wiadomo.

Wiadomo za to, że NATO postanowiło zrobić show of force co się zowie. I dziś koło południa trzy B-52 przefrunęły sobie nad państwami nadbałtyckimi, momentami ledwie 50 km od sowieckiej granicy. W rygorach wojennej sztuki to taniec na nosie, wyraz pogardy dla możliwości kacapskiego lotnictwa i obrony przeciwlotniczej. Oj musiało się gotować w orczych centrach dowodzenia, gdy „anioły zagłady” muskały skrzydłami ukochany przez wodza Petersburg, a później ten sam „rzut beretem” dzielił je od Kaliningradu. Nie wiem, co niosły boeingi, ale pamiętajmy, że to bombowce strategiczne. W czasach sprzed 1989 roku ich pojawienie się w okolicy wieszczyło drugą część (po pierwszej fazie rakietowego ataku) atomowego armagedonu. Tym ważniejsze zatem jest to, co wydarzyło się później – dwie maszyny poleciały w stronę Szwecji, a potem na zachód (do Wielkiej Brytanii), jedna zaś usiadła w Polsce, w Powidzu. Po raz pierwszy w historii na polskiej ziemi wylądował legendarny B-52.

O czym donoszę Wam w nieco piąteczkowym stylu, choć wciąż jak najbardziej na serio.

—–

Nz. B-52 w Powidzu/fot. MON

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Najeżeni

Sztokholmski Międzynarodowy Instytut Badań nad Pokojem (SIPRI) nie ma dobrych wiadomości i alarmuje, że po raz pierwszy od 1991 r. możliwy jest wzrost potencjału nuklearnego na świecie. A przecież już to, co obecnie znajduje się w silosach i magazynach, wystarczyłoby do wielokrotnego zniszczenia naszej cywilizacji. 90% światowego potencjału atomowego posiadają Rosja i USA (odpowiednio 6 tys. i 5,4 tys. głowic), reszta wyjątkowo śmiercionośnej broni zalega w arsenałach Wielkiej Brytanii, Francji, Chin, Indii, Pakistanu, Izraela i Korei Północnej. „Mamy wyraźne oznaki, że redukcje przeprowadzane od zakończenia zimnej wojny, właśnie dobiegły końca”, mówi Hans Kristensen z Programu Broni Masowego Rażenia SIPRI. Łączna liczba pocisków nuklearnych zmalała w ciągu minionego roku o niespełna 400 sztuk (do 12,7 tys.), a proces ten wynikał przede wszystkim z konieczności utylizacji najstarszych głowic. „Państwa posiadające broń jądrową zwiększają lub modernizują arsenały, a większość zaostrza retorykę nuklearną i rolę, jaką broń atomowa odgrywa w ich strategiach”, konkluduje Wilfred Wan, dyrektor Programu.

Strach tykać…

Inwazja Rosji na Ukrainę i wsparcie wojskowe Zachodu dla Kijowa zwiększyły napięcia wśród państw posiadających głowice. „Ryzyko użycia tego rodzaju broni jest największe od dziesięcioleci”, twierdzą analitycy SIPRI. Dodać należy, iż marne rosyjskie postępy w Ukrainie i ujawniona przy tej okazji kiepska kondycja konwencjonalnych sił zbrojnych Federacji, zwiększają jeszcze jedno ryzyko. Moskwa chroni się dziś za nuklearną tarczą, bez której inaczej wyglądałaby współpraca NATO z napadniętym krajem. Ryzyko atomowej eskalacji i ponawiany co rusz jądrowy szantaż Kremla, powściągają zachodnich przywódców przed otwartą konfrontacją, która zakończyłaby się niechybną klęską Rosji. Dla innych państw – zwłaszcza bandyckich reżimów – jest oczywiste, że tylko atomowy argument zapewni im bezpieczeństwo. Można więc założyć, że zwiększą wysiłki mające na celu pozyskanie takiej broni. Pouczający jest tu także przykład Korei Północnej, której „strach tykać”, bo skutki dla całego regionu mogą być dramatyczne.

W tym kontekście łatwiej zrozumieć decyzję Chin, posiadających stosunkowo skromny zasób 350 głowic jądrowych. Z danych pozyskanych przez Departament Obrony USA wynika, że Pekin planuje podwoić arsenał do 2027 r., a trzy lata później dysponować już tysiącem pocisków. Służby wywiadowcze donoszą o trwających w ChRL pracach budowlanych, w wyniku których powstanie około 300 nowych silosów rakietowych. Tym wysiłkom – oraz sytuacji we wschodniej Europie – z niepokojem przyglądają się w Tokio. Kilka tygodni temu ministerstwo obrony Japonii, w dorocznym raporcie znanym jako „Biała Księga Obronna”, wyraziło „głębokie zaniepokojenie agresywnymi działaniami Chin i Rosji”. Efekt? Japoński rząd nie ustanowił maksymalnego pułapu wydatków na obronność w kolejnym roku fiskalnym (co czyniono w projektach budżetu w poprzednich latach, by tym sposobem unikać niekontrolowanego wzrostu długu publicznego). W bieżącym roku fiskalnym nakłady Japonii na wojsko zaplanowano na poziomie 5,4 bln jenów, co odpowiada kwocie 40 mld dol. Dla porównania, tegoroczny budżet polskiego MON ma równowartość 13,7 mld dol.

Trzech prowodyrów

A kolejne będą tylko wyższe, gdyż Polska planuje podnieść wydatki zbrojeniowe do 3% PKB już w 2023 r (w 2020 było to 2,1%). Jak zauważa sekretarz generalny NATO Jens Stoltenberg, Sojusz przechodzi obecnie „największą przebudowę obrony zbiorowej i odstraszania od czasów zimnej wojny”. Statystki mogą się tu wydawać nieco mylące, bo zaledwie 9 z 29 obecnych członków Paktu (posiadających siły zbrojne), łoży na armie ustalony w 2014 r. pułap 2% PKB. Poza Polską są to: Grecja (3,76%), USA (3,47%), Litwa (2,36%), Estonia (2,34%), Wielka Brytania (2,12%), Łotwa (2,10%), Chorwacja (2,03%) i Słowacja (2,00%) – co znamienne, w większości państwa Europy Środkowo-Wschodniej. Rumunia i Francja, które osiągnęły już dwuprocentowy cel, w 2022 r. spadły nieznacznie poniżej tego progu. Stawkę zamykają więksi i zasobniejsi członkowie NATO – Niemcy, Kanada, Włochy i Hiszpania. Ale w liczbach rzeczywistych budżety wojskowe tych krajów i tak pozostają imponujące (np.: Berlin w 2021 r. przeznaczył na cele obronne 56 mld euro), no i nie bez znaczenia są podjęte niedawno zobowiązania do odnowienia potencjału wojskowego, zaniedbanego przez ostatnie 30 lat. Najdalej w tym zakresie idą Niemcy, przeznaczając na armię dodatkową kwotę (poza bieżącymi budżetami) 100 mld euro w zaledwie pięć lat.

Dramatyczne wzrosty dotyczą także innych krajów. Kazachstan na kolejny rok zwiększa budżet wojskowy o 900 mln dol. – do kwoty 1,7 mld dol. (mamy więc do czynienia z więcej niż podwojeniem wydatków!). Jednocześnie kraj – dotąd blisko związany z Moskwą – zacieśnia stosunki z ChRL z jednej strony, i krajami NATO z drugiej. Powodem takiej wolty są ambicje geopolityczne Władimira Putina, obnażone po całości wraz z napaścią na Ukrainę. Działania Rosji są zatem impulsem do zbrojeń nie tylko w obszarze euro-atlantyckim – gdzie sprawy przyśpieszyły po aneksji Krymu w 2014 r. – ale też w centralnej Azji. Trzeba jednak podkreślić, że odpowiedzialność za remilitaryzację świata rozkłada się i na inne podmioty. Rosja istotnie, od 2000 r. począwszy wydawała wiele, próbując odzyskać status supermocarstwa. Ponad dekadę temu była jednym z nielicznych krajów, które nie obcięły wydatków na wojsko w następstwie kryzysu z 2008 r. W 2021 r., gdy gromadziła żołnierzy wzdłuż ukraińskiej granicy, nakłady na obronność sięgnęły 65,9 mld dol., czyli 4,1% PKB. Ale to Chiny od 30 lat napędzają indo-pacyficzny wyścig zbrojeń. Niezwykle spektakularne są także wzrosty wydatków militarnych USA po 11 września 2001 r.

Ktoś straci, ktoś zarobi

Według SIPRI, w ciągu dekady (licząc od początku 2012 do końca 2021 r.), światowe wydatki na zbrojenia wzrosły o 12%. Rok do roku (2020-21) powiększyły się o nieznaczne 0,7%, lecz i tak pierwszy raz w historii przekroczyły 2 bln dol. (dokładnie było to 2,11 bln dol.). W 1989 r. globalne wydatki na cele wojskowe zamknęły się w kwocie 1,7 bln dol., a 10 lat później wyniosły „tylko” 1,2 bln dol. To właśnie wtedy – po „biednym” 1999 r. – ma swój początek trend wzrostowy dotyczący zbrojeń. Wśród państw wydających najwięcej na wojsko w 2021 r. znalazły się USA – 801 mld dol. (38% udziału w światowych wydatkach), Chiny – 293 mld dol. (14%), Indie – 76,6 mld dol. (3,6%), Wielka Brytania – 68,4 mld dol. (3,2%) i Rosja – 65,9 mld dol. (3,1%). Zastrzec należy, że chińskie i rosyjskie dane są oficjalnymi – rzeczywiste nakłady bez wątpienia były większe. Nie zapominajmy również o innej sile nabywczej dolara w krajach Zachodu i u pozostałych liderów (w Chinach czy Rosji za miliard dolarów można kupić więcej niż w Stanach). Zdaniem analityków, koszty rosyjskiej inwazji na Ukrainę oraz wywołane przez nią militarne wzmożenie sprawią, że tegoroczne wydatki zbrojeniowe przekroczą pułap 2,3 bln dol.

Ktoś straci – bo wojna to śmierć i zniszczenie – ale ktoś też zarobi. Według SIPRI, w latach 2017–2021 największymi eksporterami uzbrojenia były USA z 39-procentowym udziałem w światowym rynku. Kolejne miejsca zajmowała Rosja (19%), Francja (11%), Chiny (4,6%) i Niemcy (4,5%). Amerykańska broń trafiała do 103 państw; w wielu z nich koncerny z USA zdominowały miejscowe rynki. Rosja eksportowała broń do Indii, Egiptu, Chin, Algierii, Wietnamu, Iraku, Kazachstanu i Białorusi. Chiny zyskały status wiodących dostawców w Pakistanie, Bangladeszu i Mjanmie. W gronie największych importerów znalazły się Indie (11% udziału w globalny imporcie), Arabia Saudyjską (11%), Egipt (5,7%), Australia (5,4%) i Chiny (4,8%). Stany zajęły 13. miejsce, Rosji zabrakło w pierwszej czterdziestce – oba państwa mają bowiem rozwinięte przemysły zbrojeniowe i pozostają w dużej mierze samowystarczalne. Jest jednak pewne „ale” – w czym kryje się też odpowiedź na pytanie o źródła przewagi amerykańskiej zbrojeniówki. Oferuje ona broń drogą, lecz niezawodną, znacząco lepszą od rosyjskich i chińskich odpowiedników. Hojnie dofinansowana, szybko opracowuje i wdraża kolejne systemy. Chińczycy wciąż takiej wydajności nie osiągnęli, Rosjanie zmagają się z technologicznym zapóźnieniem – dlatego ich broń pozostaje głównie ofertą dla biednych. Ci drudzy mają teraz dodatkowy kłopot – odcięto ich od zachodnich komponentów, a ciężkie straty w Ukrainie zmuszają do skupienia wysiłków na odbudowie własnej armii. Chiny już ostrzą sobie zęby na porzucone przez Rosję rynki…

—–

Nz. Eksplozja głowicy jądrowej/fot. Departament obrony USA

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 34/2022

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Wiano

Z czym do NATO? Czy Szwecja i Finlandia to cenne nabytki dla Sojuszu Północnoatlantyckiego?

W połowie maja br., gdy stało się jasne, że Finlandia – wraz ze Szwecją – zamierzają wejść do NATO, Kreml wysłał Helsinkom kolejną serię pogróżek. Fiński rząd sprawę przemilczał, ale przedstawiciele armii już nie. „Miło was przywitamy – dołączycie do 200 tysięcy Rosjan, zakopanych kilka metrów pod ziemią po waszej ostatniej wizycie z 1939 roku”, skomentował niewymieniony z nazwiska fiński generał, cytowany przez amerykańskiego admirała Jamesa Stavridisa, byłego Naczelnego Dowódcę Sił Sojuszniczych. Wypowiedź jest ponad wszelką wątpliwość autentyczna, znakomicie ilustrując stosunek Finów do Rosji. Wojna zimowa z końca lat 30., mimo iż zakończyła się oderwaniem od Finlandii części terytoriów, upokorzyła stalinowskie imperium, które z trudem – masą i bezprzykładnym okrucieństwem wobec własnych żołnierzy – pokonało kilkudziesięciokrotnie mniejszy kraj. To niełatwe historyczne doświadczenie współtworzyło powojenną tożsamość narodu fińskiego, który wielkiego sąsiada bał się, ale nieprzesadnie. Świadomość relatywnej siły, pozwalającej w razie potrzeby na zadanie agresorom poważnych strat, przez dekady leżała u podstaw fińskiej kultury strategicznej. Pozwalała na luksus neutralności, choć należy zauważyć, że w okresie zimnej wojny działo się to w reżimie ograniczonej politycznej i gospodarczej zależności od Moskwy (nieporównywalnej z sytuacją krajów bloku wschodniego). W ostatnich latach coś się jednak zmieniło.

Rosyjska inwazja Ukrainy sfalsyfikowała dotychczasowe założenia fińskiej strategii bezpieczeństwa. Finowie doszli do wniosku, że dialog i współpraca z Moskwą obarczone są zbyt wielkim ryzykiem, jeśli z drugiej strony ma się wyłącznie niezobowiązujące relacje wojskowe z państwami NATO. Gdy zarządzono głosowanie w parlamencie, 188 z 200 posłów poparło akcesję kraju do Sojuszu, uznając, że tylko art. 5 Traktatu Północnoatlantyckiego zapewni bezpieczeństwo i integralność terytorialną Finlandii. Podobnego zdania jest dziś niemal 80% fińskiego społeczeństwa. Co istotne, gremialne „tak” dla integracji miało ogromny wpływ na sąsiednią Szwecję. Jeszcze w marcu br., już po rosyjskim ataku na Ukrainę, premier Magdalena Andersson wykluczała członkostwo Szwecji w NATO. Fińska wolta zrodziła obawy, że kraj pozostanie strategicznie osamotniony, jako jedyny w regionie Bałtyku (poza Rosją) nienależący do Sojuszu. I choć w Socjaldemokratycznej Partii Robotniczej (SAP) istnieją silne nurty antynatowskie i antyamerykańskie, Andersson przekonała działaczy do zmiany zdania. Zadanie ułatwiło nastawienie opinii publicznej, która pod wpływem wieści z Ukrainy przychylniej odniosła się do idei integracji. Obecnie popiera ją niemal dwie trzecie Szwedów (w ostatnich latach było to zaledwie 30-kilka proc.).

Ryzyko jazdy na gapę

Szwecja i Finlandia to jedne z najzasobniejszych państw świata. Szwedzki PKB za ubiegły rok przebił pułap 600 mld dol., fiński wyniósł ćwierć biliona. Oba kraje mają rozwinięte gospodarki, szwedzka posiada możliwości wyprodukowania niemal każdego rodzaju uzbrojenia – od karabinów po samoloty – zapewniające wojsku samowystarczalność. Jednocześnie to rozległe terytoria (528 tys. i 338 tys. km kw.), ze stosunkowo niewielkimi populacjami (10,3 i 5,5 mln), w przypadku Finlandii z mocno niekorzystnym układem granic – połowa z 2,6 tys. km przypada bowiem na Rosję. Finowie łożą na armię 2,15% PKB (5,7 mld dol. w 2021 r.), lecz dopiero od niedawna – wcześniej, przez wiele lat, wydatki militarne Helsinek nie przekraczały 1,3% PKB. Szwedzkie nadal pozostają na niskim poziomie 1,1% PKB (6,5 mld dol. w 2021 r.), co nie odpowiada standardom NATO. Dlatego pośród analityków wojskowych nie było zgody co do sensowności rozszerzenia Sojuszu o te kraje. W Polsce – gdzie zapanował w tej kwestii entuzjazm – głosów na „nie” właściwie nie zauważono, ale już za oceanem sporo mówiło się o kosztach i zagrożeniach. Podkreślano „zwiększoną ekspozycją wspólnoty na ataki Moskwy”. Obawy rodził fakt, że oba państwa dotąd rozwijały siły zbrojne uwzględniając wyłącznie specyfikę własnych terytoriów, tymczasem istotą NATO jest możliwość kolektywnej obrony. Najwięcej lęków rodził jednak scenariusz „jazdy na gapę” – skrycia się za potencjałem USA i ich parasola nuklearnego, przy jednoczesnym wydawaniu na obronność minimalnych środków. Niemcy Angeli Merkel pozostają tu żywym wspomnieniem.

Obawy związane z kwestiami finansowymi rozstrzygną się w ciągu najbliższych lat, ale już dziś warto zauważyć, że oba kraje słyną z ponadpartyjnych konsensusów dotyczących bezpieczeństwa państwa. Ich symbolem może być szwedzka Försvarsbeslut – przyjmowana co pięć lat nowa strategia obrony, realizowana później niezależnie od politycznych przetasowań. Ta z grudnia 2020 r. zakłada zwiększenie wydatków na wojsko do 1,5% PKB w 2025 r. A szwedzkie militarne przebudzenie wcale nie nastąpiło ledwie dwa lat wstecz – zaczęło się już w 2008 r., po wojnie w Gruzji i znacząco przyśpieszyło po 2014 r., kiedy doszło do pierwszej odsłony rosyjsko-ukraińskiego konfliktu.

Jego obecna faza każe ze spokojem patrzeć na ryzyko wynikłe z dodatkowych setek kilometrów granicy NATO z Rosją. Tak twierdzi szef agencji analiz wywiadowczych fińskich sił zbrojnych płk Esapekka Vehkaoja. „Trudno spodziewać się, aby w najbliższych latach Rosja zdołała znacząco wzmocnić swoje oddziały przy granicy z Finlandią”, oświadczył przed kilkoma tygodniami. Wynika to ze znaczących strat poniesionych przez wojska rosyjskie w Ukrainie (według brytyjskiego wywiadu, do połowy lipca zginęło i zostało rannych 50 tys. Rosjan). Dodajmy, że Kreml w pierwszych reakcjach na zapowiedzi Finlandii ogłosił utworzenie dodatkowych 10 brygad okołowojskowych, które miałby zostać wysłane na północ. Jak na razie Moskwa relokuje żołnierzy spod granicy fińskiej na ukraiński front.

Wkład do natowskiej puli

Te ruchy potwierdzają, że stawiane przez Kreml zarzuty dotyczące zagrożenia ze strony NATO, to w istocie retoryczny argument, uzasadniający politykę konfrontacji z Zachodem. Że nie stoi za tym realna obawa przed agresją na Rosję (a tego typu lęki są regularnie wzmacniane przez kremlowską propagandę skierowaną do własnych obywateli). Bo rzeczywiście, nie ma się czego bać. Szwedzi postawili sprawę jasno – nie chcą u siebie stałych sił natowskich oraz rozmieszczenia broni jądrowej (co jest opcją czysto teoretyczną). Finlandia nie sformułowała żadnych ograniczeń, ale w dyskusjach o przyszłych realiach członkostwa właściwie nie pojawia się wątek obecności obcych wojsk. Sztokholmowi i Helsinkom zależy wyłącznie na natowskich gwarancjach bezpieczeństwa. Ich własne armie pozostają nieliczne i mają defensywny charakter. W siłach zbrojnych Szwecji służy czynnie 24 tys. ludzi. Kolejne 11,5 tys. osób to wojskowi na niepełnym etacie (wkładający mundur na czas ćwiczeń i operacji militarnych). Szwecja ma też Hemvärnet – 20-tysięczną gwardię. W 2018 r. szwedzki rząd przywrócił pobór. Armia Finlandii liczy 31,5 tys. żołnierzy, ale dysponuje imponującymi rezerwami. Fińscy generałowie „na szybko” mogą zmobilizować 280 tys. świetnie wyszkolonych rezerwistów, cała dostępna populacja byłych żołnierzy w wieku mobilizacyjnym wynosi obecnie 900 tys. osób. W przypadku Finlandii to właśnie ona stanowi najwartościowszy wkład do natowskiej puli.

Szwedzkie wiano to przede wszystkim trzecia co do wielkości (po niemieckiej i rosyjskiej) marynarka wojenna na Bałtyku, wyposażona m.in. w trudno wykrywalne korwety Visby (pięć sztuk) oraz okręty podwodne A-19 Gotland (trzy sztuki; w budowie są dwaj następcy, jednostki typu A-26). Gotlandy, dzięki innowacyjnym rozwiązaniom napędowym, cieszą się renomą niezwykle cichych łowców. Jeden z nich w symulowanym starciu „zatopił” amerykański lotniskowiec – najsilniej broniony okręt na świecie. Szwedzkiego nieba strzeże niemal setka świetnych Gripenów, na lądzie siły zbrojne mają do dyspozycji m.in. 120 Leopardów i trzy i pół setki solidnych wozów bojowych z rodziny CV90. Niemieckimi Leopardami dysponuje też Finlandia – ma ich 240. Co ciekawe, obok setki szwedzkich CV90, Finowie eksploatują podobną liczbę rosyjskich BMP-2. To zresztą niejedyny rosyjski akcent w fińskiej armii, choć o jej sile stanowi przede wszystkim sprzęt zachodni. Na przykład 60 amerykańskich myśliwców F/A-18 – nadal niezłych, a już przewidzianych do nieodległej wymiany (w 2025 r.). Helsinki postanowiły zastąpić „osiemnastki” maszynami piątej generacji F-35A. Zamówienie o wartości 8,4 mld euro dotyczy zakupu 64 samolotów. Wraz z nimi do Finlandii trafią m.in. pociski manewrujące JASSM-ER, zdolne razić cele na odległość do 1000 km.

Ps. Na okoliczność orkowych kalkulacji (gdyby jednak przyszło im coś głupiego do łba) – z Helsinek do Moskwy w linii prostej jest około 900 km…

—–

Nz. Fińska artyleria podczas ćwiczeń/fot. Siły Obronne Finlandii

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 31/2022

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Podmiotowość

Pięć lat temu popełniłem na Facebooku następujący post:

„Latem zeszłego roku, gdy wracałem z Kijowa do Warszawy, usiadła obok mnie starsza o kilka lat Ukrainka rosyjskiego pochodzenia. Nasza stolica była dla niej jedynie miejscem tranzytowym – z Okęcia miała lecieć dalej, do Holandii. Zdawkowa wymiana uprzejmości szybko zmieniła się w rozmowę na temat sytuacji w Ukrainie. Moja rozmówczyni krytycznie wypowiadała się na temat rządu w Kijowie i jego poczynań na wschodzie. Których nie akceptowała do tego stopnia, że postanowiła na dłużej opuścić rodzinny Dniepropietrowsk (dziś Dnipro – dop. red.). Mniejsza o szczegóły – istotna jest konkluzja. A ta była taka, że Putin to dla Ukrainy „mąż opatrznościowy”. I że da bóg, a „kijowska junta wreszcie upadnie i władze w kraju obejmą prorosyjscy politycy”, co przyniesie naszemu sąsiadowi spokój, a ludziom dobrobyt. Że będzie „tak dobrze, jak w Rosji”.

Ostatnie stwierdzenie zaintrygowało mnie do tego stopnia, że zapytałem:

– Dlaczego więc, skoro w tej Rosji jest tak dobrze, emigrujesz do Holandii? Do Rosji masz bliżej, łatwiej byś się w niej odnalazła.

– Bo na Zachodzie jest lepiej – usłyszałem w odpowiedzi. (…)”.

Ano właśnie. Myśmy, Polacy, przez niemal pół wieku tęsknili do Zachodu, a gdy tylko pojawiła się okazja – w 1989 roku – zaczęliśmy nasz marsz ku integracji z lepszym światem. Korzystając z geopolitycznego zamieszania, daliśmy nogę i dziś jesteśmy po właściwej stronie barykady. Zachodnie uniwersum ma mnóstwo wad i sporo brzydkich obliczy. Imperializm i dominacja wielkiego kapitału to tylko niektóre z nich. Gdzie im jednak do zniewolenia, bylejakości, biedy, technicznej i organizacyjnej niewydolności, złodziejstwa i rozkładu więzi społecznych? A tym był, jest i zapewne pozostanie ruski mir. Także zresztą imperialny, bo dążący do narzucenia swych zasad i kontroli innym etnosom. Dziwi Was, że i Ukraińcy chcą się z tego przeklętego kręgu wyrwać? Mnie nie.

Mieli pod górkę znacznie bardziej niż my – ponad 300 lat rusyfikacji i 70 lat sowietyzacji zrobiły swoje. Kulturowe złogi i gospodarcze zależności sprawiły, że Ukraina po 1991 roku stanęła w rozkroku – chciała i nie mogła zerwać z przeszłością. Aż wyrosły kolejne pokolenia, wyzbyte nostalgii do tego, co w ruskim mirze mogło pociągać (iluzji, że choć wszyscy mamy mało, to jednak po równo, a i tak gdzie indziej jest gorzej). I nastały Majdany, i zaczęła się społeczno-polityczna rewolucja. „Idą w łapska amerykańskich imperialistów”, konkludują autorytety skrajnej lewicy i prawicy, wielu z naukowymi tytułami. Jest w tym niby troska o Ukraińców i ich kraj, a tak naprawdę mamy do czynienia z kolejną odsłoną prorosyjskich sympatii; pół biedy, jeśli opartych o naiwność, kulturową fascynację, gorzej, jeśli stoi za tym wyrachowana gra na rzecz Moskwy, w zamian za jakieś profity. No idą – wracam do wspomnianej argumentacji – no i co z tego? Myśmy też poszli i jakkolwiek wciąż „grają nam w duszy” rusko-mirskie rytmy (przede wszystkim zgoda na różne odmiany zamordyzmu), co do zasady nie żałujemy obranego kierunku. I wciąż, regularnie, potwierdzamy zasadność prozachodniego kursu. Dość wspomnieć o wynikach badań poparcia dla członkostwa w Unii Europejskiej i NATO.

No więc poszliśmy, bo realnie innego wyboru nie było. Mówienie, że istniała alternatywa dla integracji z Zachodem, to mrzonki. Zwłaszcza bajdurzenie o jakimś „polskim świecie” – Międzymorzu czy innych głupotach. Nie ten soft power, nie ten hard power, nie ta gospodarka, nauka, potencjał ludnościowy itp., itd. W naszym położeniu geograficznym wybór był/jest ograniczony do dwóch opcji – Zachód lub Wschód. I tak samo jest w przypadku Ukrainy.

Ukraińcy wybrali Zachód. Wybrali gremialnie; idiotyczne są te wszystkie narracje o spisku elit, o tym, że rząd w Kijowie działa(ł) na przekór społeczeństwu. W 1991 roku Ukraina miała PKB nieznacznie wyższe od Polski, 30 lat później nasze było ponad czterokrotnie większe – bo my postawiliśmy na radykalne zmiany, na wspomnianą integrację. Ukraińcy to widzą – widziała ich zarobkowa emigracja, na przestrzeni tych lat liczona przecież w miliony. Otwarte granice otwierały oczy – „my też tak chcemy” było naturalną konsekwencją tej otwartości. Oczywiście, chęci pójścia polskim tropem z rzadka towarzyszy świadomość „ciemnych stron” transformacji – tylko czy one naprawdę mogą mieć znacznie, gdy przeciętny Ukrainiec widzi, że Polakom generalnie żyje się o wiele lepiej?

„Wschód Ukrainy nie chciał tych zmian”, czytam w lewicowo-rusofilskiej i prawackiej banieczce. Naprawdę? Tych zmian nie chciała Rosja – i stąd siłowe próby zmiany kursu. Ale czy wschodnia, rosyjskojęzyczna Ukraina masowo poparła ingerencje Moskwy? W 2014 roku z wyrwanych Ukrainie skrawków powstały dwie niby-republiki, ufundowane przez rosyjskie wojsko, miejscowych kryminalistów i nielicznych zwolenników secesji Donbasu. Pomysł budowy Noworosji aż po Dniepr szybko spalił na panewce, a stało się to przede wszystkim dzięki masowemu ruchowi społecznemu, który przybrał także militarną postać batalionów ochotniczych. To „swoi”, „tutejsi” – w dużej mierze Ukraińcy rosyjskiego pochodzenia – pognali „separatystów” ze wschodnio ukraińskich miast. Pojawienie się w Donbasie regularnej ukraińskiej armii tylko umocniło efekt „antyrosyjskiej wiosny” (w kontrze do kremlowskiego hasła „rosyjskiej wiosny” – rzekomego „przebudzenia” mieszkańców Zadnieprza).

Moskwa nie odpuściła (co w mojej ocenie każe założyć, że w przyszłości – jeśli dać jej szansę – także nie odpuści) – i w lutym już otwarcie zaatakowała sąsiedni kraj. I gdzie te kwiaty dla rosyjskich żołnierzy, których, wraz z wódką, spodziewano się na wschodzie? A które byłyby symbolicznym dowodem na uznanie idei wchłonięcia przez ruski mir. Zamiast tego najeźdźcy dostali wciry w Charkowie, utknęli w środkowym Donbasie (by po czterech miesiącach wojny móc pochwalić się zajęciem miasta powiatowego Siewierodonieck), przez trzy miesiące męczyli się w bojach o Mariupol. Zajęli kawał południa, w sumie – z wcześniejszymi zdobyczami – ponad 20 proc. terytorium Ukrainy, ale za cenę ogromnych strat. Strat zadanych im przez Ukraińców z całego kraju (i ochotników z całego świata), walczących w szeregach regularnej armii, ale też strat, do których wybitnie przyczynili się „tutejsi” z Gwardii Narodowej i oddziałów obrony terytorialnej.

„Nacjonaliści trzymają społeczeństwo w garści”, czytam o powodach twardego oporu, terrorze zaprowadzonym przez rząd w Kijowie (rząd oczywiście nielegalny, bo mówimy o władzy, której korzenie sięgają zamachu stanu z 2014 roku). I co, rzeczeni „nacjonaliści” stawiają, niczym sowieci podczas II wojny światowej, oddziały zaporowe na tyłach swoich wojsk, by strzelać do potencjalnych dezerterów i maruderów? Wolne żarty… Prześladują ludność, wysyłając nieprawomyślnych i niewłaściwo-języcznych do obozów filtracyjnych? Oh wait, tak robią Rosjanie z mieszkańcami zajętych miast. „Gdzie jest ruch oporu!?”, zastanawiała się moskiewska „Prawda” w marcu tego roku, a chodziło jej o partyzantów, którzy wspieraliby działania rosyjskich sił inwazyjnych. Ukraińców, chcących obalić „kijowską juntę”. No właśnie, gdzie? Owszem, ruch oporu działa prężnie – w obwodzie chersońskim i samym mieście, tyle że to partyzantka wymierzona w Rosjan i (wciąż nielicznych!) kolaborantów. Co z „perłą rosyjskich miast”, Odessą? Jak to się stało, że dotąd nie wybuchło tam prorosyjskie powstanie, które ułatwiłoby lądowanie morskiego desantu? Co z masowymi ucieczkami przed poborem (uciekło przed nim za granicę 4 proc. męskiej populacji w odpowiednim wieku…)? Co z zamachami na komisje poborowe/punkty werbunkowe? No są, w Rosji, której młodzież nie garnie się, by ginąć w Ukrainie. I mógłbym tak dużo i długo, by wykazać, że perspektywa ruskiego miru nie jest tym, o czym marzą Ukraińcy, także ci ze wschodu.

I od dawna nie chodzi tylko o kwestie ekonomiczne. Ukraińskie „tak” dla integracji z Zachodem to także efekt kalkulacji – przekonania, że tym sposobem uda się zachować własną tożsamość narodową. Rosjanie już z otwartą przyłbicą mówią o „deukrainizacji”, w tym o fizycznej eksterminacji elit. Mierzi ich odrębność Ukraińców, pragną dla nich pełnej rusyfikacji. W istocie mamy tu do czynienia z zapowiedzią zbrodni przeciwko ludzkości [1], co powinno zamknąć wszelkie dyskusje na temat sensowności czy etyczności (sic!) ukraińskiego oporu. Marzenie ściętej głowy… Miast zamknąć ryje, piszą wszelkiej maści „autorytety” (także akademickie), że wojnę trzeba jak najszybciej zakończyć, bo szkoda ludzi – z czym trudno się nie zgodzić, ale… – ale ów koniec winien być efektem ukraińskiej kapitulacji, bo przecież „Rosja nie ustąpi”. Tak legitymizuje się bandycką politykę Kremla i zarazem stygmatyzuje winą ukraińskie władze, stawiając świat na głowie, bo to przecież nie Ukraina zaczęła tę wojnę. Czytam, że należy zmusić Ukraińców do dogadania się z Rosjanami, „bo Rosja to naturalny dla Ukrainy wybór; wspólna historia, więzi społeczne, powiązania gospodarcze”. Tak odbiera się Ukraińcom podmiotowość, „zapomina” o tym, że oni już podjęli decyzję o kierunku zmian cywilizacyjnych i że są gotowi za to walczyć i umierać. Niezależnie od tego, czy ich opór jest na rękę „wielkim tego świata” w ich geopolitycznej grze. To, że Ameryka pragnie osłabić Rosję, to dla Ukraińców zrządzenie losu, a nie przekleństwo. Nie są więc „przeklęte” państwa dostarczające Ukrainie broń, bo nie robią niczego wbrew Ukraińcom. Nikt im czołgów czy wyrzutni na siłę nie wpycha – Ukraińcy sami o nie proszą. I są to prośby formułowane na wszystkich szczeblach społecznej drabiny – żadne tam „chciejstwo niechcianych władz”.

Niełatwo mi o tym pisać, bo to sprawy oczywiste, a oczywistości wyjaśnia się najtrudniej. Pozwolę więc sobie na pewien myślowy eksperyment, z zastrzeżeniem, że nie kieruję go do zdeklarowanych sowieciarzy i ukrainofobów (ci są straceni – na rubelki i chorobę nie znajdę argumentów). Spójrzmy na Polskę z lat 1918-21 – jak próbowała wyszarpać dla siebie niezależność. I zastosujmy wobec niej myślenie, jakiemu poświęciłem ów post. Że przecież Polski nie było i było dobrze, że się Polakom w dupach poprzewracało z ich dążeniem do niepodległości, że po co walczyć z Rosją, skoro ona ma i tak większe zasoby, że cała ta Polska to wymysł elit, a zwykłym ludziom i tak wszystko jedno, że Polacy to durnie, bo bijąc się z bolszewią pomagają w geopolitycznych interesach Francji i Wielkiej Brytanii, że przecież Słowianin nie powinien strzelać do Słowianina, itp., itd. Brzmi znajomo, prawda? – zwracam się do sceptyków w kwestii sensowności ukraińskiego oporu. Z nadzieją, że może coś to w paru głowach zmieni.

—–

[1] ZpL: przestępcze zachowania skierowane przeciwko określonej grupie społecznej, np. narodowościowej, rasowej, etnicznej, wiekowej, religijnej lub światopoglądowej. Zalicza się tu m.in. morderstwa, obracanie ludzi w niewolników, deportacje.

Nz. Strażak po dzisiejszej akcji ratunkowej w Odessie. Rosjanie, najpewniej w zemście za Wężową Wyspę, ostrzelali w nocy miasto pociskami manewrującymi. Celując, a jakże, w cywilne obiekty…/fot. Сергій Крук

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to