Anachroniczne?

„Zrobili to!”, tak branża dziennikarsko-militarna skomentowała zapobiegliwość ukraińskich zbrojmistrzów. O co chodzi? Gdy na Wschód trafiły pierwsze zachodnie czołgi, miejscowi zaczęli doposażać je w pancerz reaktywny. Do tej pory takim przeróbkom poddawano Leopardy 2, Challengery i Abramsy. Przed kilkoma dniami pojawiły się zdjęcia dowodzące, że „ukostkowione” zostały także najstarsze z dostarczonych Ukraińcom tanków – Leopardy 1. Do wzmocnienia pancerza użyto radzieckiego systemu Kontakt-1 – i tym sposobem leciwe zimnowojenne technologie Zachodu i Wschodu „zeszły się” w jednym miejscu.

W tym konkretnym przypadku celem zejścia była – umownie rzecz ujmując – współpraca. Co do zasady jednak broń pamiętająca czasy słusznie minione w Ukrainie wykorzystywana jest zgodnie z pierwotnym przeznaczeniem – ta zachodnia ma niszczyć wschodnią i na odwrót. Konflikt na Wschodzie daje nam zatem pewne wyobrażenia o tym, jak mogłaby wyglądać gorąca faza zimnej wojny, odbywająca się z wykorzystaniem dostępnego wówczas, a dziś już „emeryckiego” uzbrojenia. Dość napisać, że Leopardy 1 weszły do służby w Bundeswehrze w 1965 roku, a Kontakt-1 znalazł się na uzbrojeniu armii sowieckiej 18 lat później.

A przecież wojna w Ukrainie, przynajmniej z rosyjskiej strony, miała być „konfliktem XXI wieku”. Takie zapowiedzi serwowała nam kremlowska propaganda, tego też my jako Zachód bardzo się obawialiśmy. Tymczasem już pierwsze godziny zmagań dowiodły, że jest inaczej. Że armia rosyjska jest, najogólniej rzecz ujmując, mocno zapóźniona technologicznie.

Nie czas wymieniać wszystkie powody tego zapóźnienia, dość zauważyć, że jednym z najistotniejszych jest potężna korupcja trawiąca rosję. Fakt, iż gigantyczne pieniądze – formalnie przeznaczone na rozwój i modernizację wojska – w praktyce trafiały na prywatne konta, zwykle poza granicami federacji. Kradli generałowie, dyrektorzy fabryk, w mniejszym zakresie, ale za to liczniej okradali armię niżsi rangą wojskowi i pracownicy przemysłu. Nade wszystko jednak kradli oligarchowie. W efekcie superjachty i superlimuzyny „nowych ruskich” prezentowały wyśrubowane standardy XXI wieku, podczas gdy okręty i czołgi „drugiej armii świata” pozostały w mrokach zimnej wojny. Gdzie w większości tkwią do dziś.

Po drugiej stronie nie jest inaczej. Trawiona równie potężną korupcją, w dodatku wyzbyta imperialnych sentymentów Ukraina, też miała armię w istotnej mierze anachroniczną – z tą różnicą, że nikt nie budował wokół niej żadnych złudzeń. Przez lata mówiło się nad Dnieprem, że łatwiej znaleźć ukraiński czołg „na chodzie” gdzieś w Afryce – gdzie trafił w niejasnych okolicznościach, wyeksportowany przez bóg wie jaką biznesową-wojskową sitwę – niż na tamtejszych poligonach czy w koszarach. To daleko od Europy – przewidywano – miał dokończy żywota zimnowojenny arsenał. Rosyjskie zagrożenie zmusiło Ukraińców do zajęcia się na poważnie sprawami obronności, ale wobec mizerii finansowej państwa i tak bazą pozostawał poradziecki sprzęt, z którym kraj wszedł do pełnoskalowej wojny.

I który nadal stanowi istotną część wyposażenia ZSU. Wspartych zachodnim sprzętem, ale znów – choć wyspowo są to bardzo nowoczesne systemy – to jednak w miażdżącej większości mówimy o broni jeśli nie fizycznie, to przynajmniej koncepcyjnie zimnowojennej. Na szczęście dla Ukraińców, znacznie lepiej wykonanej, zaprojektowanej, dotąd eksploatowanej w warunkach wyższej niż na Wschodzie kultury technicznej.

Można się zżymać, że Zachód nie dzieli się tym co najlepsze, ale nie zapominajmy, że najnowsze oznacza również najdroższe. A koszty to nie wszystko, są jeszcze kwestie polityczne. Dziś jest już oczywiste, że mocarstwom wspierającym Ukrainę nie zależy na definitywnym pokonaniu rosji, bo to wiązałoby się z ryzykiem zamętu w kraju dysponującym największą liczbę głowic jądrowych. Kijów ma nie przegrać, Ukraina przetrwać – pod takie cele konstruowana jest pomoc wojskowa. Ograniczona także ryzykiem wycieku tajemnic technicznych, gdyby jakieś systemy wpadły w ręce rosjan. Odrębna kwestia to ukraińskie możliwości absorpcji zachodnich technologii wojskowych. Czym jest pośpieszne doszkalanie przekonaliśmy się na Zaporożu późną wiosną zeszłego roku, gdy ukraińska armia użyła Leopardów 2 w iście sowiecki sposób.

Konkludując, westernizacja ukraińskiej armii to konieczność – by uzupełnić jej straty i dać przewagi jakościowe. Ale westernizacja w oparciu o najnowsze systemy uzbrojenia to pieśń przyszłości. Na razie muszą Ukraińcom wystarczyć zimnowojenne lufy (szerzej piszę o tym w felietonie dla „Polski Zbrojnej”, oto link do tego materiału).

—–

Pozostając przy kwestii anachroniczności – na takie miano zasługuje rzekomo rządowy program „Tarcza Wschód”, przewidujący budowę umocnień i przeszkód terenowych przy granicy polsko-rosyjskiej i polsko-białoruskiej. „No bo kto dziś buduje fortyfikacje?” i „kogo zatrzymają bagna czy mokradła?”, pytają pseudoeksperci. Co znamienne, jednego z takich „speców od wszystkiego” – szydzącego z idei zapór naturalnych, sugerującego sadzenie w ich miejsce pokrzyw i barszczu Sosnowskiego – z radością zacytował na Twitterze zdrajca Tomasz Szmytd. I generalnie za deprecjonowanie „Tarczy…” wzięły się media o mniej lub bardziej jawnym, prorosyjskim nastawieniu. Dlaczego?

Pamiętacie, jak w kwietniu 2022 roku – podczas bitwy o Donbas – rosjanie usiłowali przeprawić się przez Doniec w okolicach Iziumu? Koryta najwyraźniej nie dało się pokonać po dnie, więc moskale zasypali bród wielkogabarytowymi śmieciami. I to po nich, zamiast po mobilnym moście, przejeżdżały czołgi; nie wszystkie, bo część utonęła. Wiele innych rozbebeszyły drony i artyleria przy podejściu do przeprawy, która nie miała należytego zabezpieczenia przeciwlotniczego. A był to manewr w wykonaniu elitarnej 4 Kantemirowskiej Dywizji Pancernej, znanej m.in. z moskiewskich parad, gdzie prezentowała to, co w rosyjskich wojskach lądowych najlepsze.

Wojna w Ukrainie jasno pokazała, że rzeki, których koryto ma więcej niż 50 metrów szerokości, stanowią dla rosjan koszmarne wyzwanie logistyczne. Zmagania na Wschodzie dowiodły, że rasputica – dwa razy do roku zmieniająca rozległe obszary Ukrainy w rozlewiska i mokradła – potrafi zatrzymać front. Że ogromne obszary leśne i bagna istotnie przyczyniają się do ochrony ukraińskiej stolicy. Że nawet zwykły las – jak choćby ten wokół Kreminnej – odpowiednio obsadzony stanowiskami obronnymi już niemal drugi rok stanowi rubież nie do przejścia.

Ten konflikt sfalsyfikował założenie o przestarzałości fortyfikacji – dość wspomnieć dwuletnią (w realiach wojny pełnoskalowej, faktycznie zaś dziesięcioletnią) epopeję znaną jako bitwa o Awdijiwkę. Sami rosjanie – na Zaporożu – udowodnili niezwykłą przydatność nowoczesnych umocnień i rozległych pól minowych.

Zatem „Tarcza…” to sensowny pomysł, żaden anachronizm, zwłaszcza wobec takiego przeciwnika jak rosja. Bylebyśmy zrealizowali ów projekt sensownie. Czyli jak? Odpowiedź przynosi stanowisko Komitetu Biologii Środowiskowej i Ewolucyjnej PAN, załączone jako ilustracja do tekstu (dołączam również link).

Tylko po co nam „Tarcza…”, skoro prawdopodobieństwo wojny z rosją jest nikłe (o czym przekonuję Was od wielu miesięcy)? Pozwólcie, że znów sięgnę do pewnej analogii. Otóż z ryzykiem wojny jest jak z ryzykiem katastrofy lotniczej – nawet jeśli jest niskie, bliskie zeru, to i tak – z uwagi na ewentualne skutki – należy traktować je bardzo poważnie. Wypadki lotnicze zdarzają się rzadko, ale w ich efekcie ginie mnóstwo ludzi. Podobnie z wojnami. Więc nie jest żadną fanaberią „dmuchanie na zimne”, śrubowanie procedur i norm, zabezpieczanie się, zbrojenie, fortyfikowanie.

Szczególnie że rosyjskie elity polityczne cechuje wyraźna skłonność do ryzykanctwa, gry va banque oraz bezwzględna determinacja. Trzeba więc założyć, że rosjanie będą szukać swojej szansy. Presją dyplomatyczną, ekonomiczną (surowcową) i militarną (poniżej progu wojny) dążyć do osłabienia sojuszniczych więzi, wyizolować ze wspólnoty pojedyncze państwa – by później z „samotnikami” – jeden na jednego – próbować się rozprawić.

—–

Dziękuję za lekturę! A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się na dwa sposoby. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Andrzejowi Kardasiowi, Marcinowi Lyszkiewiczowi, Arkowi Drygasowi, Monice Rani, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Jakubowi Wojtakajtisowi i Joannie Marciniak. A także: Łukaszowi Hajdrychowi, Adamowi Cybowiczowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Krzysztofowi Krysikowi, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Jarosławowi Grabowskiemu, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Pawłowi Krawczykowi, Maciejowi Ziajorowi, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Mateuszowi Jasinie, Marcinowi Barszczewskiemu, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Mateuszowi Borysewiczowi, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Kacprowi Myśliborskiemu, Sławkowi Polakowi,   Grzegorzowi Dąbrowskiemu i Arturowi Żakowi.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatnich dwóch tygodni: Michałowi Baszyńskiemu, Adamowi Andrzejowi Jaworskiemu, Michałowi Wacławowi, Kasi Byłów, Czytelnikowi o nicku Praca mgr, Łukaszowi Podsiadle, Marcinowi Kotarskiemu (za „wiadro kawy”!) i Pawłowi Drozdowi.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały, także ostatnia książka.

A skoro o niej mowa – gdybyście chcieli nabyć „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” z autografem, wystarczy kliknąć w ten link.

(De)motywacje

Redakcja portalu Interia.pl poprosiła mnie o komentarz w sprawie ukraińskich problemów mobilizacyjnych. Odpowiadając na pytanie o to, dlaczego Ukraińcy już nie tak chętnie garną się do walki, najprościej byłoby stwierdzić, że są wojną zmęczeni. Że składową tego zmęczenia – co usilnie podkreśla rosyjska propaganda – jest również rozczarowanie własnym państwem, które mimo poświęceń obywateli nie zmieniło się w Ukrainę marzeń. Nadal jest koszmarnie skorumpowanym tworem, głuchym na problemy zwykłego człowieka. Trudno podważyć racjonalność tych argumentacji, ale dają one ledwie cząstkowe odpowiedzi.

Szukając innych, cofnijmy się w czasie do końca 1944 roku i sowieckiej zbrodni w Nemmersdorfie. Pierwszej niemieckiej wsi, wtedy w Prusach Wschodnich, zajętej przez armię czerwoną. Wedle wciąż popularnej wersji, rosjanie zamordowały tam 70 kobiet i dzieci. Niemki gwałcono, niektóre ukrzyżowano, sowieci nie oszczędzili nawet ślepej staruszki i niemowlaka. Tak twierdzili propagandyści od Geobbelsa.

Tymczasem ofiar nie było aż tyle – rosjanie zabili dwadzieścia parę osób. Zwyczajnie je rozstrzelali – obyło się bez gwałtów i ukrzyżowań. Niemieckie zdjęcia, które poszły w świat, to fałszywki, inscenizacje z wykorzystaniem prawdziwych ofiar. Wykonano je po odbiciu wioski, kiedy Niemcy zdali sobie sprawę, że mają w ręku nie byle jaki argument. Tak powstał film o zbrodni w Nemmersdorfie, z jednym przesłaniem: „nie można dopuścić, aby sowieci weszli do Rzeszy, bo wówczas każda miejscowość stanie się Nemmersdorfem”.

Stąd między innymi wziął się niemiecki fanatyzm, opór przed bolszewikami stawiany do samego końca, mimo świadomości przegranej sprawy. Niemcy widzieli w czerwonoarmistach zgraję gwałcicieli i zabójców, zagrażających zdrowiu i życiu każdej Niemki. Sposób, w jaki „radzieccy” postępowali z niemiecką ludnością po tym, jak w styczniu 1945 roku ruszyła znad Wisły ofensywa na zachód, tylko utwierdzał niemieckich żołnierzy w tym przekonaniu. Dość wspomnieć, że czerwonoarmiści zgwałcili 2 mln Niemek, część z nich wielokrotnie.

Wracając do Nemmersdorfu – rosjanie rozstrzelali mieszkańców wioski, licząc, że w ten sposób złamią wolę oporu Niemców. Egzekucja miała być zapowiedzią tego, co się wydarzy w każdej innej miejscowości, której mieszkańcom przyjdzie do głowy walczyć. Dzięki umiejętnej pracy Geobbelsa stało się na odwrót – a brutalna rzeczywistość tylko wzmocniła propagandowy przekaz.

Dlaczego o tym wspominam? Bo historia lubi się powtarzać. Nie da się zrozumieć i wytłumaczyć rosyjsko-ukraińskiej wojny bez zwrócenia należytej uwagi na cechujące ją bestialstwo. Ukraińscy żołnierze również potrafią być okrutni, ale nade wszystko zjawisko to dotyczy armii rosyjskiej, zwłaszcza – co najbardziej tragiczne – jej stosunku do ludności cywilnej.

Nie będę pisał o szczegółach rosyjskich zbrodni pod Kijowem czy w Iziumie; to powszechnie znane fakty. Równie znany jest los zgładzonego Mariupola. Pragnę jedynie podkreślić, że owa bezduszna bezceremonialność rosjan okazała się jednym z istotniejszych czynników mobilizujących Ukraińców do walki. Już po Buczy i Irpieniu stało się jasne, czym byłaby rosyjska okupacja. By dać masom wyobrażenia o niej, nie trzeba było improwizacji, „podkręcania” – wystarczyło „czyste”, już dokonane zło. Żaden żołnierz nie chciałby skazać na nie bliskich i sobie, stąd popularność kalkulacji „albo oni, albo my” i stojąca za tym determinacja.

Ale nic nie trwa wiecznie. Pomijając drobne korekty, front w Ukrainie stoi od jesieni 2022 roku. Żadna ze stron nie ma spektakularnych zdobyczy, co w przypadku rosjan oznacza, że nie wprowadzają terroru na nowych obszarach, wobec kolejnych grup ludności. Ukraińcy z kolei nie stykają się z nowymi dowodami zbrodni, typowymi dla realiów rosyjskiej okupacji. Upraszczając – nie ma grozy i nie ma powodów do jej siania.

A dodajmy, że realia okupacji albo właśnie ulegają zmianie, albo stają się mniej czytelne. Zza linii frontu do wolnej Ukrainy dociera coraz mniej informacji o rosyjskich zbrodniach, co może być skutkiem szczelniejszej blokady, konsekwencją tego, że okupanci zabili już i aresztowali wszystkich, dla których taki los przewidzieli, ale może też dowodzić, że rosjanie stali się bardziej humanitarni. Tak czy inaczej, w oczach wielu Ukraińców nie są już egzystencjalnym zagrożeniem, a będąc złem umniejszonym, nie motywują tak bardzo i tak licznie do walki.

Owo umniejszenie ma też wymiar geograficzny. Kreml może dalej przekonywać, że celem rosji jest całkowite podporządkowanie sobie Ukrainy. Ale to propagandowa retoryka – realne możliwości armii rosyjskiej pozwolą co najwyżej uszczknąć jeszcze kawałek Donbasu, może nieco więcej ziem na wschód od Dniepru. I tyle – czego świadomość mają też Ukraińcy. Bolesna strata? I tak, i nie; by to lepiej zilustrować, przywołam postać Walerija, kijowianina, żołnierza armii ukraińskiej. Poznaliśmy się zimą 2015 roku, później co jakiś czas wymienialiśmy się wiadomościami.

Walerij zginął latem 2022 roku, gdy znalazł się pod ogniem rosyjskiej artylerii. W kolejne wakacje odezwał się do mnie jego syn; porządkował ojcowskie sprawy, natrafił na naszą korespondencję. „Rozmawialiśmy dwa dni przed śmiercią ojca”, relacjonował junior. „Był wyczerpany, przygnębiony, obolały. A i tak wściekł się, gdy stwierdziłem, że powinni go odesłać na tyły. ‘Jakby wszystkich przemęczonych zwalniano, kto by zatrzymał te diabły?’, pytał. ‘Musimy z nimi walczyć tu, bo inaczej znów przyjdą pod nasz dom’. Miał rację” – syn podzielał ojcowskie podejście do sprawy.

Nie on jeden. Donbas był i jest dla wielu Ukraińców z zachodniej i środkowej części kraju „końcem świata”. „Czarną dupą”, jak go nazywał jeden z ukraińskich kolegów, odwołując się zarówno do kopalin, jak i perspektyw życiowych w regionie na długo przed wojną zdemolowanym ekonomicznie, ekologicznie i społecznie. Owszem, nadal pozostaje przedmiotem zażartej obrony, ale patrząc z perspektywy żołnierskich motywacji, często nie o Donbas tu chodzi. A jeśli – uwzględniwszy możliwości i utemperowane ambicje rosjan – nie chodzi już o nic więcej, to czy warto nadstawiać głowę dla „końca świata”? Takie kalkulacje sprzyjają umywaniu rąk przez potencjalnych rekrutów. Cedowaniu odpowiedzialności na innych, którzy już walczą, bo a nuż to wystarczy.

—–

Dziękuję za lekturę! A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się na dwa sposoby. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Nz. Ukraińska artyleria, zdjęcie ilustracyjne/fot. ZSU

A gdybyście chcieli nabyć moją najnowszą książkę pt. „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” z autografem, wystarczy kliknąć w ten link.

Atut

Szanowni, jestem dziś w drodze do Szczecina – dla mnie to wyprawa na drugi koniec Polski. Ale cel zacny – udział w seminarium pt. „Społeczeństwo obywatelskie i demokracja. Wyzwania i zagrożenia dla edukacji dziennikarskiej”. Imprezę organizuje Uniwersytet Szczeciński, a w panelach dyskusyjnych wezmą udział dziennikarze z Polski, Ukrainy i Niemiec. Ja postaram się zwrócić uwagę słuchaczy i pozostałych panelistów na zagrożenia płynące ze Wschodu i będące skutkiem działań aparatu dezinformacyjnego federacji rosyjskiej.

Wstęp na seminarium jest wolny, można też posłuchać obrad on-line; link do wydarzenia znajdziecie pod tym linkiem.

„Wytnie” mnie w sumie na trzy dni, tym niemniej pozostanę w trybie czuwania i jeśli na Wschodzie wydarzy się coś nadzwyczajnego, z miejsca o tym doniosę.

By zaś nie pozostawiać Was „na pusto”, podrzucam galerię autorstwa Bartka Bery, mojego dobrego kolegi i jednego z najlepszych fotografów lotniczych na kontynencie. Na zdjęciach widzicie amerykańskie F-35 z 495 Fighter Squadron, obecnie na dyżurze w Łasku, oraz rodzime F-16 z 31 Bazy Lotnictwa Taktycznego w Krzesinach. Doskonałe kadry (autor pracował z otwartej rampy samolotu transportowego CASA), znakomicie ilustrujące jeden z miażdżących atutów Paktu Północnoatlantyckiego. Co warto podkreślić w kontekście strachów na lachy o rzekomym realnym zagrożeniu rosyjską inwazją na kraje NATO. No więc Szanowni Czytelnicy na zdjęciach widzicie COŚ, co sprawiłoby, że ruskie nawet nie zdołałyby się zbliżyć na dystans skutecznego ognia z broni ręcznej. Z czego czerwoni generałowie znakomicie zdają sobie sprawę.

Dziękuję za lekturę! A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się na dwa sposoby. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Nz. F-16 w wersji na bojowo/fot. Bartek Bera

A gdybyście chcieli nabyć moją najnowszą książkę pt. „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” z autografem, wystarczy kliknąć w ten link.

Szum

„Lada moment rosjanie pomaszerują na Sumy, a zajęte miasto będzie dla nich przyczółkiem do dalszych działań wymierzonych bezpośrednio w Kijów”, czytam alarmistyczne zapowiedzi. Uśmiecham się pod nosem i w myślach kontynuuję wywód: „gdy wezmą już Kijów, pójdą na Lwów, a stamtąd wprost na Warszawę, by zaraz potem ruszyć na Berlin. Chyba, k…, taczankami…”.

Wybaczcie ów sarkazm, ale śmieszą mnie zabiegi (pro)moskiewskich propagandystów, usiłujących przekonać odbiorców – także tu, w Polsce – że armia neosowiecka „już jest w ogródku, już wita się z gąską”; że lada moment wyprowadzi decydujący cios, który powali wojsko ukraińskie na kolana. Śmieszą i martwią zarazem, bo grono łapiących się na te brednie systematycznie rośnie. Nie zżymam się na to, gdyż wiem, jak działa przestrach, wiem, że w tym konkretnym przypadku karmi się on obiektywnymi przesłankami, które każą sytuację Ukrainy traktować jako poważną. Ale wiem też – znając całkiem nieźle realia wojny – że rosyjska buńczuczność nijak się ma do rzeczywistych możliwości. Sumy w rękach rosjan? Już mi kaktus wyrasta na dłoni…

Mówimy o ćwierćmilionowym mieście – obecnie mniej ludnym, ale przecież powierzchnia zabudowy nie zmieniła się wraz z wojenną emigracją. Szturmowanie takiego kolosa – gdzie wiele elementów infrastruktury nadaje się do tworzenia pozycji obronnych – to zadanie dla dziesiątek tysięcy żołnierzy, wspartych ogromną ilością sprzętu ciężkiego. Tymczasem po drugiej stronie granicy – w rosyjskim obwodzie kurskim – stacjonuje zaledwie kilkanaście tysięcy żołnierzy, głównie lekko zbrojnej piechoty. Koncentracji liczniejszych i lepiej wyposażonych oddziałów nie widać – potwierdzają to zarówno ukraińskie, jak i zachodnie służby wywiadowcze, te ostatnie także w oparciu o dane ze zwiadu satelitarnego. Oczywiście, wojsko zawsze można przerzucić, lecz i to wymaga przygotowań, których „nasi” nie rejestrują (co z ogromnym prawdopodobieństwem oznacza, że takich przygotowań zwyczajnie nie ma).

Idźmy dalej, obwód sumski jest lepiej przygotowany na przyjęcie moskali niż północne obrzeża Charkowa. Mam tu na myśli umocnienia, inżynieryjne przeszkody, pola minowe i inne „niespodzianki”. Ponoć to skutek lepszej jakości administracji wojskowej, tak przynajmniej twierdzą moje ukraińskie źródła. Moim zdaniem, ważniejsza jest chyba bliskość Kijowa, którego ochrona – także wysunięta – jest absolutnym priorytetem sił zbrojnych Ukrainy. W tym kontekście nie bez znaczenia jest fakt, że droga krajowa 07 (Автошлях Н 07) – wiodąca z Sum do stolicy – była już zimą 2022 roku osią natarcia rosyjskich jednostek zmierzających pod Kijów.

Dodajmy do tego fakt, że na wschodnim brzegu Dniepru, między Czernihowem a Czerkasami, stacjonuje kilkanaście dużych jednostek armii ukraińskiej. Część z nich stanowi straż przednią stolicy, ale rejon ten używany jest również do odtwarzania zdolności bojowych wycofanych z frontu brygad (wbrew potocznym wyobrażeniom, w tym celu nie wykorzystuje się wyłącznie zachodniej Ukrainy). Tak czy inaczej, w razie potrzeby – rozumianej jako poważne zagrożenie na kierunku sumskim – dowództwo ZSU miałoby możliwość szybkiego sięgnięcia po odwody i to bez konieczności ściągania oddziałów z pierwszej linii na wschodzie.

Z czego rosjanie doskonale zdają sobie sprawę – czy zatem rzeczywiście zaatakują? Zapewne tak. Podobnie jak w przypadku operacji charkowskiej ograniczonymi siłami, z tymże z nieco inną intencją. O ile w przypadku „Charkowa” atak moskali miał charakter „saturacyjny” – chodziło w nim (w dużej mierze) o zaabsorbowanie uwagi, sił i środków oddziałów ZSU zaangażowanych na nieodległym froncie bądź stanowiących bezpośredni odwód – o tyle w przypadku „Sum” szłoby raczej o efekt propagandowy. Szum związany z tym, że rosjanie „otwierają kolejny front”, znów „stwarzają zagrożenie dla Kijowa” czy „uderzają, by wyjść na tyły broniącej Donbasu armii ukraińskiej”. A każda z takich katastroficznych narracji – podsuwanych przez rosjan, posłusznych im aktywistów medialnych, no i rzesze użytecznych idiotów – ma moc kropli drążącej skałę. Bo jeśli jest tak, jak mówią rosjanie, to Ukraina zaraz upadnie – po co więc ją wspierać?

A kaktus na dłoni jak nie wyrósł, tak nie wyrasta…

—–

Dziękuję za lekturę! A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się na dwa sposoby. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Nz. Tymczasem ruskie pięknie chlastają się same – wczoraj do aresztu trafił iwan popow, jeden z najlepszych liniowych dowódców armii rosyjskiej. Chłop w zeszłym roku publicznie przejechał się po MON i sztabie generalnym, odwołali go ze stanowiska dowódcy 58. Armii, a teraz postawili mu zarzut korupcji. Brał-nie brał; mało który w rosji nie bierze. Grunt, że potencjalnie niebezpieczny pionek definitywnie spadł z szachownicy. Idźcie dalej tą drogą, moskiewscy towarzysze…/fot. MOFR

A gdybyście chcieli nabyć moją najnowszą książkę pt. „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” z autografem, wystarczy kliknąć w ten link.

Oddech

Dziś króciutko, bo piszę zamówiony tekst dla zaprzyjaźnionej redakcji, a i dopadła mnie konieczność prac technicznych na blogu.

„Czy i Pan odnosi wrażenie, że armia ukraińska odzyskała oddech?”, pyta mnie jeden z Czytelników.

Rozejrzałem się, poczytałem, popytałem i muszę przyznać, że są podstawy do oszczędnego optymizmu. Ukraińcy łomocą rosyjskie zaplecze aż miło, dokonując zmasowanych uderzeń dronowych na rafinerie i lotniska. Tu już nie chodzi o kilka-kilkanaście jednorazowo użytych maszyn, ale o napady z wykorzystaniem setki bezpilotników. Jeśli idzie o cele stricte militarne, najbardziej obrywa się Krymowi, ostrzeliwanemu także za pomocą ATACMS-ów. Kilka cennych samolotów – w tym dwa od dawna nieprodukowane, a więc niezastępowalne MiG-i-31 – kilka wyrzutni i radar systemu S-400, skład rakiet lotniczych, trałowiec i nowiusieńka korweta (trafiona w porcie) – oto ukraińskie trofea z ostatnich sześciu dni. Przydatność półwyspu dla rosyjskiej armii i marynarki staje się coraz mniejsza, obecność coraz bardziej problematyczna.

Po zapleczu frontu hulają Himarsy o wydłużonym zasięgu – od początku maja porażono nimi co najmniej siedem rosyjskich dowództwo (od pułkowych wzwyż), w wyniku czego zginęło m.in. kilkunastu wyższych rangą oficerów, w tym jeden generał. Trafiono też kilkadziesiąt innych celów – magazynów, warsztatów naprawczych, składów amunicji, miejsc koncentracji wojsk. Ukraińcom najwyraźniej nie brakuje już dalekonośnej precyzyjnej amunicji, co dotyczy także lotniczych pocisków manewrujących Storm Shadow/SCALP. To ich użyto dziś w kolejnym ataku na Ługańsk, który jest dla rosjan ważnym centrum logistycznym i koszarowym.

Sytuacja pod Charkowem ma wszelkie cechy „zmierzającej do opanowania” – jeśli rosjanie nie doślą w to miejsce posiłków, Ukraińcy w ciągu kilku najbliższych dni wyczyszczą przygraniczny pas.

Czy doślą? Chyba nie bardzo jest kogo – patrząc generalnie, rosjanie jeszcze usiłują przeć, zwłaszcza w obwodzie donieckim, ale wzrastająca aktywność ukraińskiej artylerii topi kolejne szturmy w morzu krwi. Jednostki frontowe agresora są coraz bardziej zmęczone, w wielu drastycznie spadła liczba wspierającej piechotę „techniki”. Determinacja generałów wciąż pozostaje wysoka, oparta na chęci wykorzystania relatywnej słabości przeciwnika, ale możliwości są coraz mniejsze. Maj ma wszelkie szanse stać się miesiącem, w którym rosyjskie straty osiągną poziom 40 tys. wyeliminowanych z walki. Dotychczas oscylowały one w okolicach 20-30 tys., a więc bieżąca rekrutacja pozwalała w pełni uzupełniać ubytki. Teraz ruskie najpewniej będą „na minusie”.

Ale „na minusie” „jadą” też Ukraińcy. Podpisany kilka tygodni temu dekret mobilizacyjny ledwie wszedł w życie. Nowi rekruci w większej liczbie dopiero pojawiają się w koszarach, tymczasem w szeregach walczy co najmniej 30 tys. żołnierzy służących od dwóch do trzech lat. To ludzie na skraju wyczerpania, wymagający pilnego zwolnienia ze służby. A zarazem – jako weterani i najbardziej doświadczeni – są armii zwyczajnie niezbędni. Kolejne niemal ćwierć miliona wojskowych jest w niewiele lepszej sytuacji, mając za sobą co najmniej roczny pobyt w wojsku; istotna większość tej grupy spędziła na froncie sześć miesięcy i więcej, co oznacza, że również jest poważnie „zużyta”.

Więc owszem – za sprawą dużych dostaw amunicji i broni – ukraińskie wojsko „łapie oddech”, ale miejmy świadomość, w jakiej kondycji jest ów „biegacz”.

—–

Dziękuję za lekturę! A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się na dwa sposoby. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

A gdybyście chcieli nabyć moją najnowszą książkę pt. „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” z autografem, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. fragment SCALP-a użytego dziś do ataku na Ługańsk/fot. anonimowe rosyjskie źródło