Podsumowanie

„Własna broń jądrowa albo członkostwo w NATO” – to fałszywa alternatywa. Ukraina może mieć odpowiednie gwarancje bezpieczeństwa pozyskane w inny sposób.

Europo-i-polskocentryczna wizja konfliktu w Ukrainie to poważny błąd poznawczy, któremu masowo ulegamy, oceniając postępowanie Stanów Zjednoczonych.

Inny błąd poznawczy sprowadza się do tego, że dostrzegamy słabnącą Ukrainę, a nie widzimy coraz bardziej słaniającej się rosji.

Czy operacja kurska się powiodła?

O co dziś dziś toczy się wojna w Ukrainie – jakie są rosyjskie i ukraińskie cele na najbliższe miesiące?

O tym wszystkim, i o wielu innych kwestiach, mówię w wywiadzie udzielonym Podkastowi Dezinformacyjnemu. Odcinek nosi tytuł „Wojna na wyczerpanie”, jest dostępny na kilku platformach, oto linki do dwóch najpopularniejszych – na Spotify oraz w YouTubie.

Wybaczcie, że brzmię jak ze studni (to moja wina; zepsułem mikrofon), ale da się tego słuchać bez szkody na zdrowiu. Co więcej, sądzę, że warto, bo zrobiło nam się z tego wywiadu „gęste” podsumowanie sytuacji Ukrainy, okraszone kilkoma predykcjami.

A zatem dziś Ogdowski w wersji słuchanej, nie pisanej. Zapraszam!

—–

Dziękuję za uwagę! A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszej pracy, polecam się na dwa sposoby. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Osoby zainteresowane nabyciem moją najnowszej książki pt. „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji”, w wersji z autografem, oraz kilku innych wcześniejszych pozycji (również z bonusem), zapraszam tu.

Zdjęcie ilustracyjne, fot. SzG ZSU

Młot

Wczoraj nad ranem, we wsi Suponiewo pod Briańskiem, odnaleziono ciało dmitrija gołenkowa, szefa sztabu 52. Ciężkiego Pułku Bombowego. Oficer sił powietrznych federacji zginął od kilku uderzeń ciężkim narzędziem, najprawdopodobniej młotem.

Informacje na temat jego śmierci – wraz z załączonym filmem, na którym widać ciało gołenkowa – podał Główny Zarząd Wywiadu Ministerstwa Obrony Ukrainy (HUR). Do komunikatu dołączając frazę: „Za każdą zbrodnię wojenną nastąpi sprawiedliwa odpłata”. Tym samym HUR wziął na siebie odpowiedzialność przynajmniej za zlecenie zabójstwa. Potwierdza to również nagłówek oficjalnego komunikatu, brzmiący następująco: „Młot sprawiedliwości – zbrodniarz wojenny dmitrij gołenkow został wyeliminowany w rosji”.

Gwoli rzetelności trzeba odnotować, że od czasu rozpoczęcia pełnoskalowej wojny, w rosji obserwowany jest drastyczny wzrost najbrutalniejszych przestępstw. Idzie to w setki procent (jeśli za punkt odniesienia weźmiemy 2021 rok), sprawcami są głównie „weterani spec-operacji”, najczęściej dawni przestępcy amnestionowani w zamian za chęć pójścia na front. By może więc śmierci gołenkowa to „zwykłe” przestępstwo wpisujące się w to zjawisko, bez związku z działaniami ukraińskich służb. W tym scenariuszu HUR jedynie „korzysta z okazji” i przypisuje sobie sprawstwo.

Opcja zlecenia/wykonania zamachu wydaje mi się jednak bardziej prawdopodobna. Przemawiają za tym kolejne dwie przesłanki.

Po pierwsze, gołenkow (wraz z innymi wojskowymi) został oficjalnie zidentyfikowany jako osoba odpowiedzialna za ataki rakietowe na ukraińskie obiekty cywilne. Chodziło o centrum handlowe „Amstor” w Krzemieńczuku, gdzie 27 czerwca 2022 roku zginęły 22 osoby, oraz o budynek mieszkalny w Dnieprze – 14 stycznia 2023 roku rosyjski pocisk manewrujący zabił tam 46 cywili, pośród nich sześcioro dzieci. Szczególnie ten drugi atak wywołał w Ukrainie falę wściekłości. „Oko za oko, ząb za ząb”, zapowiedział wówczas Gienadij Korban, szef sztabu obrony miasta Dniepr i wyznaczył nagrodę za ustalenie personaliów sprawców. Po dwóch dniach znane były dane całej załogi samolotu Tu-22M, która wystrzeliła rakietę w wieżowiec, oraz dowódców planujących atak. Pośród nich znalazło się nazwisko gołenkowa. Zegar zaczął tykać…

Druga przesłanka to sposób, w jaki uśmiercono wojskowego. Gdy w listopadzie 2022 roku wagnerowcy rozłupali młotem głowę jednemu ze swoich, dezerterowi, w rosyjskim internecie trudno było znaleźć wyrazy oburzenia z powodu takiego bestialstwa. Przeciwnie, naszywki Wagnera i cyfrowe grafiki odwołujące się do „akcji z młotem” biły wówczas rekordy popularności. A kopia narzędzia stała się cennym podarkiem, jaki wręczali sobie nie tylko ludzie prigożyna, ale też zwykli rosjanie, niezaangażowani bezpośrednio w działania wojenne. Młot stał się symbolem rosyjskiej determinacji i specyficznej pryncypialności, w tym „sprawiedliwego” rozrachunku ze zdrajcami.

Rozbijając łeb gołenkowowi (czy „tylko” zlecając jego rozbicie) Ukraińcy przewłaszczyli ów symbol, nadali mu nowe, własne znaczenie (w rosyjsko-ukraińskim kontekście, wszak „młot sprawiedliwości” to figura o ugruntowanej tradycji i znacznie szerszym zasięgu kulturowym).

Brzmi to wszystko okrutnie? Zgadza się. Warto jednak pamiętać, że nie mielibyśmy do czynienia z takimi aktami, gdyby rosjanie trzymali się z dala od Ukrainy. I nie popełniali na jej ludności koszmarnych zbrodni wojennych; TO jest źródło problemu.

—–

Dziękuję za lekturę! I polecam uwadze przyciski poniżej – potrzebuję bowiem czytelniczego wsparcia, by móc kontynuować pisanie ukraińskiego raportu.

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa – gdybyście chcieli nabyć egzemplarze z autografem i pozdrowieniami, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. dmitrij gołenkow/fot. screen z materiału rosyjskiej wojskowej telewizji propagandowej

Wygłodzeni

Korea Północna wspiera rosję już od kilkunastu miesięcy, dostarczając jej amunicję artyleryjską i rakietową. W ograniczonym zakresie Kim Dzong Un śle putinowi również sprzęt ciężki, głównie holowane armaty. Dziś, wiele na to wskazuje, mamy do czynienia z kolejną odsłoną tej współpracy: oto w federacji pojawili się północnokoreańscy żołnierze, którzy przechodzą szkolenia zgrywające i niebawem mają trafić na ukraiński front lub do obwodu kurskiego.

W Ukrainie przyjmuje się te wieści bez większego zaskoczenia, jako naturalną konsekwencję ostatniego zbliżenia obu bandyckich reżimów. „Stare zobowiązania”, śmieje się znajomy dziennikarz z Kijowa, mając na myśli wsparcie ZSRR udzielone Korei Północnej na przełomie lat 40. i 50., podczas jej wojny z Południem (i stojącą za nim koalicją ONZ). Po prawdzie, sowiecki wkład ludzki – zespół pilotów i mechaników – nie miał takiego znaczenia, jak 200 tys. chińskich „ochotników”, no ale Moskwa umiejętnie zagospodarowała poczucie wdzięczności koreańskich sojuszników.

A dziś to po prostu interesy dwóch skazanych na siebie pariasów.

Naiwnością bowiem byłoby sądzić, że Kim wysyła mundurowych w geście solidarności – rosjanie sowicie mu za to zapłacą. Bezpośrednio Kimowi, gdyż w przypadku Korei Północnej mówimy o wyjątkowo zwyrodniałym systemie władzy i upośledzonej strukturze społecznej. Ekspediowani do rosji żołnierze to nie jest „wojsko Kima” z tytułu wspólnego pochodzenia i identyfikacji, ale z racji prawa własności – niczym niegdyś niewolnicy należący do plantatorów bawełny. Taki status ma niemal każdy obywatel Korei, co nakłania na niego obowiązek bezwzględnego służenia „najwyższemu przywódcy”. Także za granicą, jako tania siła robocza (z czym mieliśmy do czynienia i w Polsce, w sektorze budowlanym), bądź jako mięso armatnie.

Bo to będzie mięso armatnie. „Nasi chłopcy zabiją ich wszystkich”, deklaruje mój kijowski rozmówca i nie mam powodów, by nie wierzyć, że Ukraińcy będą próbować. Ale wiem też, że eliminować trzeba mieć kim (i czym), a dobrze znam problemy ukraińskiej armii z odtwarzaniem gotowości bojowej. W ich kontekście – braków sprzętowych, ludzkich, motywacyjnych/ogólnego wyczerpania – pojawienie się „na teatrze” kolejnego podmiotu nie jest dobrą wiadomością. Kyryło Budanow, szef ukraińskiego wywiadu wojskowego, szacuje, że na terenie federacji szkoli się obecnie 11 tys. północnokoreańskich żołnierzy. To nie jest liczba, która ma moc przesądzenia o wyniku wojny, ale nie wiemy, co będzie dalej. A już kilkadziesiąt tysięcy Koreańczyków mogłoby dać rosyjskiej machinie wojennej kilkanaście tygodni oddechu, którego Ukraińcy by nie mieli, co tylko pogłębiłoby niekorzystne dysproporcje w potencjałach obu stron. Można sobie wyobrazić, że „zaoszczędzone” na Koreańczykach rosyjskie wojsko użyte zostałoby w jakiejś kolejnej operacji zaczepnej, na wzór tej charkowskiej, z wiosny. Ile jeszcze takich ataków wytrzyma Ukraina?

I właśnie stąd moje zmartwienie.

Ale pojawienie się Koreańczyków tylko potwierdza diagnozę o kiepskiej bieżącej sytuacji rosyjskiej armii. „Tonący brzytwy się chwyta”, mówi popularne przysłowie, nieco w tym kontekście przesadne, ale jednak, rosjanie mają bowiem za sobą koszmarny rok. W ciągu ostatnich dwunastu miesięcy – od momentu podjęcia działań zaczepnych po nieudanej ukraińskiej kontrofensywie – Moskwa straciła około 400 tys. ludzi (zabitych i rannych). 2024 rok będzie najkrwawszym rokiem tej wojny (co dotyczy również Ukraińców). I oczywiście, rosyjskie zasoby mobilizacyjne są duże, większe od ukraińskich, ale widać znaki „dochodzenia do ściany”. Kilka dni temu, przytaczając ustalenia rosyjskiej „Wiorstki”, pisałem o dramatycznym wzroście średniego wieku powołanych do służby; ogromna część mężczyzn, którzy trafią dziś na ukraiński front, ma 50 lat i więcej.

Drugi znak wymaga małego wprowadzenia. Mil-blogerzy, dziennikarze rosyjskich mediów relacjonujący konflikt w Ukrainie, poza funkcjami propagandowymi pełnią też role „wentyli bezpieczeństwa”. To za ich pośrednictwem w obiegu pojawiają się treści opisujące problemy rosyjskiego kontyngentu. Bez nadmiernego krytycyzmu, ale czytający między słowami są w stanie wyłowić esencje. Tym sposobem rosyjscy dowódcy i urzędnicy starają się „korygować kurs”, wszak w kraju autorytarnym nie ma mowy o wolności i otwartości dyskusji. W każdym razie w ostatnich tygodniach pośród mil-blogerów sporo pisało się o mięsnych szturmach. Na zasadzie „wicie-rozumicie, to może nie jest najszczęśliwsza metoda na pokonanie przeciwnika, ale w obliczu różnych niedoskonałości lepszej nie mamy”. Mają czy nie (moim zdaniem nie mają), idzie tu o próbę racjonalizacji potwornych strat; na tyle potwornych, że tej racjonalizacji już wymagających. Pośród rosjan narasta świadomość, jak bardzo wojna demoluje ich społeczeństwo od strony demograficznej. Jak niebezpiecznie zbliża się do momentu, w którym trzeba będzie sięgnąć po „uprzywilejowanych”: „białych”, prawosławnych i wielkomiejskich rosjan, których dotąd putinowski reżim oszczędzał. Inaczej tego wytłumaczyć nie potrafię.

Jest więc „tonący”, jest i „brzytwa”, tyle że ta północnokoreańska – w dobrym dla Ukrainy scenariuszu – na niewiele może się rosjanom zdać. Kilka lat temu światem wstrząsnęła relacja lekarza z Korei Południowej, który opowiadał o stanie zdrowia żołnierza z Północy, dezertera. „W mojej ponad 20-letniej karierze chirurga widziałem coś takiego tylko w podręczniku”, mówił ów medyk podczas konferencji prasowej. I pokazał zdjęcia, na których widać było liczne pasożyty wydobyte z uszkodzonego przewodu pokarmowego dezertera. Jeden z pasożytów miał 27 cm długości.

Korea Północna od ponad 30 lat zmaga się z falami głodu. Ludzie jedzą korę z drzew, znane są liczne przypadki kanibalizmu. Jednocześnie kasa władców puchnie, oni sami też; dużo by o tym pisać, sytuacja w „królestwie Kimów” to temat na oddzielny tekst. Na potrzeby tego dość stwierdzić, że kondycja zdrowotna Koreańczyków z Północy jest fatalna, co w istotnej mierze dotyczy także sił zbrojnych. Mundur to gwarancja nieco lepszej diety (i paru innych przywilejów), ale co do zasady, północnokoreański żołnierz okazem zdrowia nie jest. Kim ma 200 tys. „specjalsów” – wykarmionych byczków – ale to gwardia reżimu i nie sądzę, by ludzi z tych formacji posyłał do rosji. Idą zwykłe „szweje”, ze swoimi problemami.

I wysoką motywacją, na którą zwróciłem uwagę w grudniu 2023 roku, gdy spotkałem się z emerytowanym generałem południowokoreańskiej armii. Głównym tematem rozmowy była współpraca przemysłów naszych krajów, ale skorzystałem z okazji i poprosiłem o ocenę możliwości wojsk Kim Dzong Una. „Są liczne i sfanatyzowane”, stwierdziłem. „Owszem”, usłyszałem w odpowiedzi. „Ale to nie jest żołnierz zdolny do długotrwałego wysiłku”, zapewnił mnie ów generał.

I najpewniej tacy ludzie szkolą się teraz w rosji. W kraju, która z dobrej kondycji zdrowotnej ludności też nie słynie, jednak aż tak źle tam nie jest. Czy w oparciu o taki zasób da się stworzyć przyzwoitą jakość, inną niż armatnie mięso jednorazowego użytku?

—–

Na dziś to wszystko – dobrego weekendu Wam życzę!

Dziękuję za lekturę i udostępnienia. Pamiętajcie proszę, że piszę głównie dzięki Wam – i jak kania dżdżu potrzebuję Waszych subskrypcji i „kaw”. Kapie ostatnio; symbolicznie i nie na tyle, bym ze spokojem planował kolejne działania. Pomożecie? Stosowne przyciski znajdziecie poniżej:

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa – gdybyście chcieli nabyć egzemplarze z autografem i pozdrowieniami, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Screen filmiku nagranego w tajemnicy przez rosyjskiego żołnierza/Fot. anonimowe źródło rosyjskie

Obawy

Dziś chciałbym napisać o „Wojnie nuklearnej”, niedawno wydanej książce Annie Jacobsen. Autorka to zasłużona, nagrodzona m.in. Pulitzerem, amerykańska dziennikarka; absolutny top tamtejszego świata mediów. Jej rozmówcy zaś – politycy, wojskowi i naukowcy, głównie z USA, ale też z innych krajów – to osoby z pnia establishmentu. Co podkreślam, by uzmysłowić Wam, że „Wojna…” ilustruje obawy ludzi, którzy mają „insajderskie” spojrzenie na kwestie użycia broni jądrowej. A wysłuchał ich ktoś o solidnym warsztacie i sprawdzonej rzetelności.

Czytelnicy nie muszą się obawiać – nie zamierzam ze szczegółami opisywać zawartości książki. Istotę oddaje podtytuł: „Możliwy scenariusz”; jest to więc quasi-relacja z pierwszych kilkudziesięciu minut po wystrzeleniu pocisku nuklearnego. W oparciu o informacje rozmówców i dostępne dokumenty autorka rekonstruuje proces decyzyjny, skutkujący wejściem USA i federacji rosyjskiej w jądrową konfrontację, oraz przybliża technologiczne/techniczne właściwości arsenałów. Nade wszystko jednak opisuje – czyniąc to z przerażającą skrupulatnością – fizyczne, biologiczne i chemiczne skutki atomowych eksplozji. Skóra cierpnie i ma cierpnąć. „Poza uderzeniem asteroidy jest tylko jeden scenariusz, który może położyć kres naszej cywilizacji w zaledwie kilka godzin: wojna nuklearna”, czytamy we wstępie. I to jest zasadnicze przesłanie książki.

Z przesłań cząstkowych wynika m.in. że eksplozja tylko jednej głowicy jądrowej – umieszczonej w kosmosie, 500 km nad terytorium USA – wywołałaby koszmarny blackout na obszarze całego kraju. Że uderzenie pocisku międzykontynentalnego o odpowiedniej mocy zniszczyłoby Waszyngton; nihil novi, podobnie jak świadomość, że taki atak mógłby mieć efekt dekapitacyjny, bo zginęłaby większość przedstawicieli amerykańskich władz. Rzecz w tym, że odpowiednimi możliwościami – zarówno „kosmicznymi”, jak i „międzykontynentalnymi” – już dziś dysponuje Korea Północna. I że Stany – choć posiadają rozmaite systemy obronne – mogłyby sobie nawet z takim pojedynczym zagrożeniem nie poradzić. A stąd prosta droga do zagłady.

Inna cząstkowa konkluzja jest bowiem taka, że w odpowiedzi USA unicestwiłyby Koreę. Tyle że część amerykańskich rakiet musiałby lecieć nad rosją. Jak zinterpretowaliby ów akt rosjanie? Idźmy dalej – putinowska propaganda chwali się możliwościami arsenału nuklearnego, kładąc nacisk na jego niezawodność. Tymczasem system Tundra – składający się z satelitów wczesnego ostrzegania – jest dalece niedoskonały. Niedowidzący, na poły ślepy; mniejsza o szczegóły techniczne, dość napisać, że odpalenie kilkudziesięciu rakiet na Koreę mógłby zinterpretować jako start kilkuset pocisków. Zamiar ograniczonej riposty urósłby wówczas do intencji przeprowadzenia ataku totalnego, którego celem nie mógłby być nikt inny poza rosją. Jak zareagowałyby rosyjskie władze?

Na okoliczność takich pomyłek jeszcze podczas zimnej wojny Amerykanie i sowieci ustanowili gorące linie. By w razie potrzeby szybko nawiązać kontakt i wyprowadzić drugą stronę z błędu. Ale by taka procedura zadziałała, linie muszą być czynne. Po wybuchu pełnoskalowej wojny w Ukrainie relacje między USA a rosją zepsuły się na tyle, że rosjanie miesiącami ignorowali amerykańskie prośby o kontakty na najwyższych szczeblach – to po pierwsze. Po drugie, skuteczność gorącej linii opiera się na bazowym, minimalnym zaufaniu; jedni muszą uwierzyć drugim, że ci w nich nie wystrzelili/nie wystrzelą. A jeśli po tamtej stronie słuchawki znajduje się paranoik lub co gorsza, cały sztab ludzi do cna nieufnych?

Tymczasem głównodowodzący – w obu przypadkach – ma zaledwie 6 minut na podjęcie decyzji, czy i w jaki sposób wyprowadzić nuklearny cios.

„6 minut” – Jacobsen podkreśla to kilka razy. Z jej książki wyziewa wręcz strach, że tego czasu jest tak mało. A presja tak gigantyczna. Istota tego lęku sprowadza się do wątpliwości czy po drugiej stronie będzie z kim rozmawiać, czy w ogóle uda się nawiązać kontakt. Jeśli się nie uda, albo tamci nie uwierzą, zacznie się armagedon. Bo raz wysłanych pocisków cofnąć nie sposób. I nie mają one opcji samozniszczenia, bo możliwość zdalnego przerwania lotu niesie ryzyko wrogiego przejęcia. Część rakiet uda się zestrzelić, ale w sekwencji: „rosjanie myślą, że lecą na nich setki pocisków, wysyłają więc cały swój aktywny tysiąc, na co Amerykanie wystrzeliwują własny tysiąc”, w przestrzeni mamy taką ilość amunicji, że nawet po przerzedzeniu jej przez OPL to, co doleci, wywoła potworne zniszczenia. Jakie? Jacobsen kreśli ponury scenariusz – by poznać jego szczegóły, odsyłam do lektury. Na użytek tego tekstu napiszę, że autorka nie wierzy w opcję ograniczonej wojny atomowej. W jej ocenie, cechy arsenału jądrowego i dyspozycje decydentów przesądzą o nieodwracalnej eskalacji, której skutkiem będzie totalna wojna nuklearna.

I jako się rzekło na wstępie: opowieść Jacobsen zostawia z przekonaniem, że w ten sposób myśli istotna część amerykańskiego establishmentu. Nie trzeba nam książki, by znaleźć potwierdzenie tej tezy – wystarczy posłuchać Joe Bidena i przedstawicieli jego administracji. Przeanalizować pod tym kątem politykę USA wobec napadniętej przez rosję Ukrainy. Bez trudu usłyszymy i dostrzeżemy amerykańską wstrzemięźliwość, której źródłem jest przekonanie o konieczności uniknięcia eskalacji. Niedoprowadzenia do sytuacji, w której wojna nabierze cech konfliktu nuklearnego.

Moim zdaniem, ten strach nasilił się po puczu prigożyna, który z całą mocną obnażył słabość systemu władzy w rosji. To wtedy Amerykanie się przestraszyli, że pod drugiej stronie gorącej linii może nie być komu podnieść słuchawki. Albo będzie to zbój i paranoik, przy którym putin uchodzi za racjonalnego gościa. To w popuczowej refleksji odnajdziemy powody dyskretnej początkowo wolty Stanów Zjednoczonych w odniesieniu do idei wspierania Ukrainy. Przejścia z pozycji „jesteśmy z wami aż do ostatecznego zwycięstwa”, na stanowisko „pomożemy wam zachować niepodległość i integralność”. „Kroplówka” materiałowo-techniczna i zakazy dotyczące używania zaawansowanych systemów broni na terenie rosji to praktyczne skutki takiego podejścia.

Jest nim również sceptycyzm, z jakim przyjęto na Zachodzie „plan zwycięstwa” Wołodymyra Zełenskiego. NATO, zwłaszcza USA, ma wszelkie środki i narzędzia, by zaakceptować i wdrożyć ukraiński plan zwycięstwa. Gospodarczo i militarnie góruje nad rosją po wielokroć – poza jednym aspektem, gdzie siły są wyrównane. Albo mogą takie być, ale sprawdzić to można na jeden sposób – wszczynając wojnę. Jądrową. Bo o arsenał jądrowy rosji chodzi. I jego percepcję na Zachodzie, o której pisze Annie Jacobsen. Póki ta przesiąknięta lękiem percepcja się nie zmieni, póty USA nie pomogą Ukrainie bardziej niż do tej pory – o czym więcej piszę w felietonie dla „Polski Zbrojnej”, który znajdziecie pod tym linkiem.

—–

Na dziś to wszystko. Dziękuję za lekturę i udostępnienia. Pamiętajcie proszę, że piszę głównie dzięki Wam – i jak kania dżdżu potrzebuję Waszych subskrypcji i „kaw”. Kapie ostatnio; symbolicznie i nie na tyle, bym ze spokojem planował kolejne działania. Pomożecie? Stosowne przyciski znajdziecie poniżej:

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa – gdybyście chcieli nabyć egzemplarze z autografem i pozdrowieniami, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Okładka „Wojny…”/fot. własne

Idiota

W lesie, w pobliżu wyludnionej wioski w obwodzie donieckim, oddział armii ukraińskiej odnajduje masowy grób. A w nim kilkadziesiąt ciała bestialsko zamordowanych żołnierzy ZSU. Rząd w Kijowie obarcza winą separatystów i rosję, których oddziały zostały wyparte z tego obszaru kilka dni wcześniej. Świat się oburza, o sprawie donoszą wszystkie najważniejsze media.

Sposób, w jaki potraktowano ofiary – pętając im dłonie drutem i strzelając w potylicę – w Polsce przywołuje wspomnienia o mordzie katyńskim…

Tymczasem wspierani przez Moskwę rebelianci odpierają zarzuty i… odbijają utracone tereny. Na jaw wychodzą też informacje, które burzą dotychczasowy obraz wydarzeń.

Kto zatem stoi za zbrodnią? Jakie były jej okoliczności? Komu zależy na tym, by ich nie ujawniać? O tym jest moja powieść pt.: „Uwikłani”.

Napisałem ją w 2015 roku, to pokłosie moich pierwszych wyjazdów do Donbasu. Dzieje się w realiach ówczesnego konfliktu, choć nieco podkręcam dynamikę militarnych zdarzeń (kreślę scenariusz poważnej próby rekonkwisty i rosyjskiej na nią odpowiedzi). Opowieść snuję przez pryzmat losów czwórki Polaków, uwikłanych w wojnę po obu stronach barykady. Jedna z postaci to walczący w szeregach gwardii narodowej Ukrainy Michał Domański – i to on jest bohaterem poniższego fragmentu.

Obiecałem Czytelnikom, że „Uwikłanych” – z dedykacją i pozdrowieniami – wstawię do oferty na Patronite. Książkę można już zamawiać (oto aktywny link), a na zachętę podrzucam krótką opowieść z pierwszych kart tej historii.

*          *          *

Okolice Słowiańska, obwód doniecki, 21 lipca

Dowódca batalionu okazał się idiotą. Dobrym człowiekiem, ale idiotą – tak o pyzatym, czterdziestoletnim pułkowniku myślał tego ranka Domański. Siedział właśnie nad kawą, przy pomocy której próbował przepędzić zmęczenie po nieprzespanej nocy.

„Po najgorszej nocy w życiu” – Michał czuł, że znów zbiera mu się na mdłości. Właściwie to nie miał już czym rzygać, bo całą zawartość żołądka oddał kilka godzin wcześniej na leśną ściółkę. Ale skurcze nie odpuszczały, pobiegł więc za dom, wydalając z siebie niewielkie ilości kipiącej żółci.

– W porządku? – Wadim przyglądał mu się uważnie.

Domański pokręcił głową.

– Sam widzisz – odpowiedział.

– Nos do góry. – Lekarz podał Michałowi niedużą manierkę. – Flaki masz podrażnione, ale weź łyka, dobrze ci zrobi.

– Nie, nie chcę wódki. – Domański aż wzdrygnął się na samo wyobrażenie smaku alkoholu. – To prawda, że mają nas jeszcze dziś wycofać? – zapytał.

Wadim wzruszył ramionami.

– Tak mówią ludzie, ale czy tak będzie? – Medyk wziął haust wyskokowego napoju. – Organizacja to nie jest silna strona naszego wojska – dodał, znów przechylając manierkę. – Ale o tym przecież wiesz. – Wytarł usta dłonią.

– Oj, kurwa, wiem… – Michał skrzywił twarz w smutnym uśmiechu. Bałagan i niekompetencja, których świadkiem był przez ostatnie kilkanaście godzin, brutalnie obnażyły słabość już nie tyle wojska, co całego ukraińskiego państwa.

Informacja o makabrycznym znalezisku trafiła do kwatery głównej operacji antyterrorystycznej późnym popołudniem. „Nie ruszać – czekać!” – brzmiał lakoniczny rozkaz dowództwa ATO. Sztab Generalny, który również został poinformowany o zdarzeniu, rozkazał z kolei „natychmiast ustalić liczbę ofiar”. Czego nie dało się zrobić bez rozkopania grobu. Dowódca brygady, w skład której wchodził batalion Domańskiego, kazał więc kopać, i wysłał na miejsce dwóch prokuratorów. Ci, przez komórkę, skontaktowali się z dowódcą batalionu, radząc mu, by… nie rozpoczynał ekshumacji, póki na miejscu nie zjawi się ekipa dochodzeniowa ze sztabu ATO. Zdezorientowany i wściekły pułkownik rzucił telefonem o najbliższe drzewo, niszcząc aparat – i wtedy po raz pierwszy okazał się idiotą. Bo zamierzał wykonać rozkaz dowódcy brygady, który w międzyczasie zmienił zdanie, ale z jakichś powodów nie mógł tego zakomunikować przez radio, a próbował przez komórkę.

Chłopcy z kompanii Michała zaczęli więc odgarniać ziemię, odkrywając sześć kolejnych ciał. Więcej nie zdołali, bo choć udało się zorganizować reflektory, wieczorem prace wstrzymano. Stało się to na wniosek prokuratorów z Kijowa, którzy na pokładach śmigłowców lada moment mieli dotrzeć na miejsce. Gdy już przylecieli, jeden ze śledczych zrugał potwornie żołnierzy z łopatami, a pułkownika zapytał wprost, czy przypadkiem nie zależy mu na zacieraniu śladów.

Wtedy dowódca batalionu wyszedł na idiotę po raz drugi, bo zgodnie z prawdą powołał się na rozkaz dowódcy brygady. Ten, obecny już na polanie, zwalił winę na Sztab Generalny, a pułkownikowi – z dala od śledczych ze stolicy – zapowiedział rychły koniec kariery w szeregach gwardii narodowej.

A potem zaczął się kolejny cyrk.

Sprawa nagle okazała się bardzo pilna. Z jakiegoś powodu do rana miano wydobyć z grobu wszystkie ciała. Ponoć dowództwo ATO spodziewało się kontrataku rebeliantów, którzy przegrupowywali swoje siły kilka kilometrów dalej. Ekshumację powinny przeprowadzić profesjonalne ekipy, ale do północy udało się ściągnąć tylko kilku techników policyjnych z pobliskiego Słowiańska. Przez jakiś czas była jeszcze nadzieja, że dołączą do nich koledzy z sąsiedniego Kramatorska, lecz ci zapadli się pod ziemię podczas niedawnych walk o miasto. Mówiono, że przynajmniej niektórzy przyłączyli się do separatystów i razem z nimi wycofali się na wschód.

Prokuratorzy poprosili więc o pomoc żołnierzy. Ochotników, którzy wyciągali ciała do szóstej nad ranem. Wojskowi pracowali w maseczkach, które nie chroniły przed smrodem, i w rękawiczkach tak szczelnych, że po godzinie ich dłonie wyglądały jak galareta. Ale nikt nie narzekał – niemal cała kompania Domańskiego stawiła się na polanie, by na zmianę brać udział w ekshumacji. Michał czuł autentyczną dumę, wspominając teraz tę niezwykłą solidarność.

Zwłoki układali na brezentowych płachtach, równiutko, jedne przy drugich, okrywając je pałatkami. W nogach ciał położyli foliowe woreczki, do których trafiła zawartość kieszeni zamordowanych oraz kartonowe tabliczki z imieniem, otczestwem, nazwiskiem i stopniem. Te ostatnie były tylko przy dwudziestu ośmiu ciałach – czterech chłopaków nie udało się zidentyfikować na podstawie rzeczy osobistych.

O siódmej rano, gdy wszyscy spodziewali się przyjazdu zapowiadanych od dawna chłodni, na skraju zdobytego dzień wcześniej przysiołka wylądował śmigłowiec Mi‑17. Domański od razu poznał charakterystyczne logo wymalowane na burcie. Maszyna latała w barwach należącej do prezydenta Ukrainy telewizji KRAW‑SAT. Chwilę później pokład helikoptera opuściła ekipa reporterska, z gwiazdą ukraińskich mediów Sandrą Tarasiuk na czele. „Kto inny miałby poinformować naród o bestialskiej zbrodni separatystów, albo nawet samych Rosjan, jeśli nie pupilka Witalija Krawczenki?” – przyszło wówczas do głowy Michałowi.

Wtedy też uznał, że wie już, skąd naprawdę wzięła się presja, by jak najszybciej wydobyć ciała. „Gdyby zostawić zwłoki w oryginalnym ułożeniu, jedne na drugich, trudno byłoby ukazać skalę zbrodni” – kalkulował. Jednak Domański – jak się niebawem przekonał – niewiele wiedział o zasadach „robienia telewizji”. Tarasiuk bowiem, imponując dziesiątkom mężczyzn, którzy spodziewali się widoku mdlejącej paniusi, bez cienia emocji przeszła wzdłuż szeregu martwych ciał. I ku zdumieniu zebranych zaczęła krzyczeć, że ekipa ekshumacyjna powinna zostawić przynajmniej część zwłok w grobie. I nie zdejmować im drucianych pęt.

Pyzaty pułkownik stał obok czarnowłosej, długonogiej gwiazdy i długo milczał. Aż wreszcie nie wytrzymał i wrzasnął: „I co!? Mamy im znów zadrutować ręce!? Wrzucić z powrotem do grobu!?”. To wtedy, po raz trzeci, okazał się idiotą. Gdy Sandra Tarasiuk, w towarzystwie prokuratorów z Kijowa i kilku generałów ze sztabu ATO, paliła papierosy na skraju polany, żołnierze przenosili ciała szesnastu ofiar do grobu. W dole zaś inni wojskowi, w tym Domański, zakładali zabitym druty na ręce.

To, co wydarzyło się później, było na swój sposób jeszcze bardziej przejmujące. Michał w każdym razie czuł ciarki na plecach na wspomnienie tej sytuacji. Dowódca batalionu sam chwycił za łopatę i zaczął przysypywać zwłoki zgodnie z sugestiami operatora kamery. „Ja to nawet rozumiem” – mamrotał pod nosem. „W wojnie propagandowej liczą się mocne obrazy. A ludziom trzeba pokazać grozę tego, co się tutaj stało. Trzeba, prawda?” – pytał Domańskiego i innych podwładnych. „Rozumiem, rozumiem, rozumiem” – powtarzał jak nawiedzony, wciąż operując łopatą. I płakał.

Czyta się? Ta powieść zebrała sporo dobrych recenzji i wciąż odkrywana jest przez nowych Czytelników. Ufam, że właśnie znalazłem kolejnych.

Jutro wracam do bieżącego raportowania. A już dziś polecam Waszej uwadze poniższe przyciski – piszę bowiem głównie dzięki Waszym subskrypcjom i „kawom”. Za które wszystkim pięknie dziękuję!

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki!

Nz. Okładka książki/Warbook/fot. Darek Prosiński